Gość: #
IP: *.wroclaw.tpnet.pl
30.08.01, 13:47
By pewnym opluwaczom mnie pokazac przyczynek
dla ktorego wytykam ich zla wole obiecany tekst # Cytuje bez zgody autora:
Anonimowo na razie. Nie wiem czy zgodnie z Jego intencja.
Coraz wiecej zjawisk szokuje nas poniewaz obserwujemy cos co zupelnie nie
zgadza sie z naszymi przekonaniami, poczuciem piekna, tradycja, wiedza,
idealami, etyka, z tym wszystkim co sklada sie na definicje naszej kultury.
Towarzyszy temu czasem gest zdziwienia, czasem dezaprobaty, a czasem mowimy
powstrzymujac sie od zdecydowanego okreslenia i poslugujemy sie jezykiem
dyplomaty - byc moze jest to dobre ale jakos inaczej.
Czas nie stoi w miejscu i to co dla starszego pokolenia jest "inaczej" dla
mlodego pokolenia staje sie stopniowo normalnym.
Sadze, ze zdaja sobie wszyscy sprawe z potegi masowej propagandy bez ktorej
taki wlasnie stan rzeczy nie moglby miec miejsca. Wiemy kto kieruje
glownymi mediami propagandy i jak. Widzimy jak na naszych oczach dewiowana
i mordowana jest prawda, piekno, etyka, historia, moralnosc i to co w sumie
nazywamy Kultura Lacinska. Pokazuje sie na scenie telewizji amerykanskiej,
ktora oglada dziesiatki milionow ludzi sceny "prysznica", w ktorej mlodzi
ludzie po wypiciu odpowiedniej ilosci laksatiwu w pewnym momencie
spuszczaja spodnie i szprycuja nie poinformowane o scenariuszu
dziewczeta-harcerki, zwabione na scene. Incydent polewania moczem sceny
nasladowany byl takze w polskim plenerze tego "kulturowego" krajobrazu.
Jakze naiwni sa ci, ktorzy sadza, ze pozostala jeszcze opera, przynajmniej
klasyczna, klasyczny teatr.
Wybralem sie kiedys, pare miesiecy temu, do Liric Opera of Chicago.
Sadzilem, ze taka instytucja kultury jaka jest opera zachowuje swoj wiekowy
charakter. Cos takiego jak Macbeth, a wiec Sheskspeare w polaczeniu z
Verdim, a wiec klasyka nie moze byc zniszczone. Jakze naiwny. Niszczy sie
najwieksze swietosci i wprowadza nowe - ale inaczej, a wiec sprofanowanie
takiej rzeczy jak klasyczna opera jest stosunkowo prosta rzecza.
Scenografia okropna, powinienam napisac kontrowersyjna - przyznaje. Nie
nazwe jedak kontrowersyjna, bardzo spektakularnie i ekspresyjnie
wyrezyserowana scene kopulacji. Tutaj to nawet w slownictwie dyplomatow
brakuje okreslenia.
Dobrze ze przynajmniej wokalnie, aktorsko i muzycznie zachowano poziom.
Mam nadzieje ze nie uslysze Verdiego - ale inaczej, chociaz nie bede sie
bardzo dziwil jesli przy wspolczesnym trendzie muzyka Wagnera, ktorej nieda
sie sprofanowac poprostu zniknie z bibliotek i repertuaru orkiestr
symfonicznych. Ostatnie wydarzenia w Izraelu w zwiazku z Wagnerem daja
jednak troche nadzieii, ale czy faktycznie?
Takze w Chicago zagladnalem na przeciwny kraniec kalibru sztuki scenicznej
- malutkiej sceny z widownia mieszczaca 70 - 100 osob, - "Skybox". Jest to
jedna z czterech scen wchodzacych w sklad Second City Theatre w Chicago.
Second City Theatre ma swoje sceny takze w niektorych wiekszych miastach US.
To co zobaczylem to sztuka - show - komedia, trudno mi to zakwalifikowac.
Zakwalifikowanie tego do dna kultury scenicznej chyba byloby najwlasciwsze.
Tytul tego scenicznego wydarzenia byl - "I Polack". Mieszkancom USA nie
musze tlumaczyc co znaczy taki tytul. Mieszkancy z innych terenow niz USA
nie wiedza, ze "polack", "polock", "pollack", czy "You polack", mimo ze
fonetycznie nic zlego dla nie znajacych angielskiego, uzywane jest w celu
obrazenia kogos narodowosci polskiej. Cos w rodzaju ty s... synie, lub "you
niger" w stosunku do murzyna. O ile nikt powazny nie osmieli sie powiedziec
publicznie "Niger", a w slowie pisanym, jesli to jest nieuniknione napisze
"Ni...er", o tyle w tej niby sztuce scenicznej uzywanie terminu "you
polack" w stosunku do Polakow jest bez ograniczenia.
Nie jest to bezprecedensowa sprawa poniewaz nawet bardzo znana osoba z
byznesu amerykanskiej telewizyjnej propagandy wyrazajac kilka slow
pozytywnych o Papiezu skonkludowala, "ale przeciez on jest Pollack".
Spowodowalo to oburzenie nie tylko w polskim srodowisku co zmusilo ja do
przeproszenia. Przeproszenie jej jednak sprowadzilo sie do tego, ze
przeprosila chrzescijan w cyniczny sposob mowiac "Dalabym sie ubiczowac
gdybym wiedziala ze to moze obrazic chrzescijan". Ze to bylo obraza Papieza
i Polakow to jakos uszlo uwadze. Przeprosila...chrzescijan.
Wracajac do tej niby sztuki. Akcje rozpoczyna scena z niewidomym uczniem 3
klasy stojacym przy tablicy i siostra zakonna - nauczycielka, wrzeszczaca
na niego "ty swinio", "tylko swinia moze to zrobic" dlatego ze ktos
krzyknal ze on kradnie krede do pisania.
Te slowa padaja wielokrotnie przeplatane narracja-tlumaczeniem -
komentarzem, sprowadzajacym sie do tego ze dla polskich siostr zakonnych -
szkoly i kosciola wszystko jest grzechem wszyscy sa swinie, lub odwrotnie i
wlaciwie siostry sa tez swiniami co wynika posrednio z calosci tej sceny.
"tylko swinie..." Autor tekstu uznal tez waznym i moze smiesznym wplatanie
watku glosnego zanieczyszczania przez uczniow powietrza i to, ze siostra
rozpoznawala kto, po zapachu. "tylko swinie..." powtarzane wielokrotnie
wbijaja w glowy widowni i utrwalaja jednoznaczne przekonanie o kim mowa.
Akcja dalej toczy sie narracja, dialogiem, przeplatanym inscenizacjami niby
to dowcipnymi od groteski do makabry, nie wzbudzajacymi smiechu na widowni
poza klakerami. Chrzest przez wsadzenie glowy do wiadra lub obrzezanie przy
pomocy wielkich ogrodowych nozyc, "bez anastezji", co widownia przyjmuje
jako takze polski zwyczaj czy tradycje poniewaz mowa tylko o Polakach.
Padaja 3 slowa po polsku, zreszta jedyne slowa po polsku w calej tej sztuce
- pierogi, golubki i czernina - jako personalna dieta Polacks.
Autor tekstow nie traci czasu i wypunktowuje kolejno skrajna glupote,
prymitywizm, wulgaryzm i inscenizuje to w skeczach. Nie sadze zeby
przeoczyl cos czym czym moznaby zcharakteryzowac to co juz ustalono
wczesniej - "you pig", "only pigs...", only pigs do that". To co nie dalo
sie wyrazic slowami zostalo inscenizowane. Wulgaryzmy padaja gesto od
"f..ck" ze wszyskimi mozliwymi sufiksami, of, out, in, do "mother f..er",
przeplatane w odpowiednio umieszczonym momencie slowa Polack, z reakcja ha,
ha, klakerow. Autor takze uznal za stosowne bawienie widowni obszernym,
wymownym gestem onanizowania sie.
Glowny aktor, narrator, komentator, autor tekstow i rezyser w jednej osobie
mowi, ze jest polskiego pochodzenia i wychowywal sie w polskim srodowisku
ale nie zna i nigdy nie znal polskiego jezyka. Wymienia jakies raczej
brytyjsko brzmiace nazwisko swojej matki i twierdzi ze ona byla tylko Polka
"by injection",(ha, ha, klakerow) czyli przez wstrzykniecie czy zastrzyk. O
swoim ojcu powiedzial, ze wygladalo na to on rozumial ten jezyk w jakim
porozumiewali sie Polacks ale to co wyraznie powiedzial to to, ze
rozmawiali z matka w jakims jemu nie rozpoznawalnym jezyku. Z calosci
wynika, ze byl to polski jezyk lecz on nazywa go "dzidisz" czy cos w tym
brzmieniu. Nie brzmialo to napewno yiddish.
Porozumiewanie sie Polakow inscenizuje w makabrycznej formie dwu
karykaturalnych postaci polaczonych glowami w rodzaju braci sjamskich
wydajacych jakis odrazajacy belkot nie zrozumialy przez nich samych. Tyle
autor wymyslil w celu audio-wizualnego zobrazowania polskiego jezyka i
sposobu porozumiewania sie Polakow.
W czestych sketchach przeplatanych komentarzami pada kilka niby to
pozytywnych slow, - "dobry robotnik", "dobry kochanek", "romantyczny",
czego wartosc zostala zobrazowana w skeczu - scenie w ktorej zakochana para
trafia na jakiegos obcego chlopca z innego srodowiska niz polskie z ktorym
dziewczyna odchodzi zaklinajac sie, ze ten chlopiec z ktorym byla nie jest
jej bojfriendem. Komentarz do tego nie byl nawet potrzebny poza tym ze
dziewczyna byla pochodzenia fracuskiego. (jedyna dygresja od podmiotu
calosci sztuki.)
Zeby bardziej i glebiej przekon