Gość: wild
IP: *.net.bialystok.pl / 192.168.1.*
08.06.02, 17:44
www.nczas.com/?a=show_article&id=483
Populizm natchniony?
Stanisław Michalkiewicz
Jak zaświadcza sam Sławomir Mrożek w "Indyku", kiedy krowa przemówiła ludzkim
głosem do Marcina, to co mu powiedziała? Powiedziała: "nie jest dobrze,
Marcinie". Że nie jest dobrze, to każdy widzi, no, może z wyjątkiem rządowej
telewizji, według której jest tak "zajebiście", że nawet "wieś się śmieje".
Chyba baranim głosem. Więc nie jest dobrze, a czy w ogóle kiedyś było? Według
60 procent obywateli, najlepiej było za Gierka. A co takiego robił Gierek?
Gierek odbywał gospodarskie wizyty, podczas których rozmawiał z kim tylko się
dało, m.in. z krowami. Takie to były czasy. Nie tylko rozmawiał, ale w dodatku
nigdy się nie zdarzyło, by jakaś krowa powiedziała Gierkowi, że "nie jest
dobrze". Wcale nie dlatego, że przedtem UB odbyło z nią rozmowę przygotowawczą,
tylko dlatego, że po prostu było dobrze. Byczo było, aż się zbyło. Dlatego
teraz pan premier Miller co tydzień pakuje cały rząd do kibitki i wszyscy jadą
na gospodarską wizytę. Nie słyszałem, by rozmawiali już z krowami, bo na razie
dygnitarze wolą bałamucić dzieci po szkołach, opowiadając im bajki, jak
to "zajebiście" będzie w Unii Europejskiej. Ze starszymi jest większe ryzyko,
bo jak tylko zobaczą kogoś, niekoniecznie z rządu, wystarczy, że z Warszawy, to
zaraz krzyczą: "złodzieje, złodzieje!" Takim bajek nie opowiesz.
Tymczasem jedną z ulubionych bajek eurofilów z rządu i opozycji jest bajka o
suwerenności. Że to niby po wejściu do Unii Polska nie straci suwerenności. To
bardzo ciekawe, bo jednocześnie ci sami ludzie powiadają, że w dzisiejszych
czasach prawdziwej suwerenności już nie ma. Nie ma, ale mimo to Polska
suwerenności nie straci. Jak widać, w bajkach wszystko jest możliwe. Zresztą,
kto wie, może to i prawda; czego się nie ma, tego stracić nie można. Oto
niedawno przywódcy 15 państw Unii Europejskiej z samym panem komisarzem Prodim
na czele rozmawiali w Moskwie z panem prezydentem Putinem o korytarzach z
okręgu królewieckiego do Rosji przez Polskę i Litwę. Tak się akurat złożyło, że
pan komisarz Prodi akurat nie zgodził się na żaden korytarz. A jakby tak się
zgodził? Jakże wyglądałby wtedy pan premier Miller odgrażający się w telewizji,
że o żadnych korytarzach "nie ma mowy"? Jakże "nie ma mowy", kiedy właśnie w
Moskwie akurat o tym mówiono, tyle że pan premier Miller nie miał tam akurat
nic do gadania! W takich okolicznościach trudno opowiadać bajki nawet dzieciom,
a cóż dopiero dorosłym, że nie wspomnę już o krowach.
Porzućmy tedy bajarstwo dla bolesnego powrotu do rzeczywistości. Podczas
uroczystości Bożego Ciała Ksiądz Prymas Józef Glemp zwrócił uwagę na obfitość
form zagarniania cudzego mienia, zwanego kiedyś po prostu kradzieżą. Z kolei
ks. abp. Józef Życiński skrytykował "pokrzykiwania" w wykonaniu "populistów".
No i dobrze, ale cóż takiego właściwie wykrzykują ci "populiści" w
swoich "pokrzykiwaniach"? No, to nie jest żadna tajemnica; każdy to
słyszał: "złodzieje, złodzieje!". A przecież Ksiądz Prymas Glemp w swojej
homilii powiedział mniej więcej to samo. Byłżeby i on "populistą"? No, proszę,
a to ci ładna historia...
Może nie jest tak źle, bo w swym kazaniu Ksiądz Prymas wspomniał też o
sumieniu, że jest ono "głosem Boga", pozwalającym jednoznacznie odróżnić dobro
od zła. To oczywiście święta prawda, ale z sumieniem jest jeszcze taki problem,
że nie da się go oddzielić od człowieka. Jeśli zatem człowiek, dajmy na to,
zaczyna politykować, to i jego sumienie też. Na przykład, Ksiądz Prymas
powiada, że "władze" usiłują zaradzić złodziejstwu, zwiększając i lepiej
szkoląc policję, zaostrzając kary i rozbudowując system kontroli. Być może, że
Ksiądz Prymas rzeczywiście w to wszystko wierzy i naprawdę tak myśli, ale nie
można z góry wykluczyć, że jest to raczej wypowiedź uprzejma, podyktowana
okolicznościami politycznymi. Gdyby bowiem Ksiądz Prymas był mniej uprzejmy, a
za to bardziej spostrzegawczy, to z pewnością bez trudu by zauważył, że prawa
tworzone przez władze III Rzeczypospolitej już nawet nie zachęcają, ale wprost
wymuszają złodziejstwo. Że w państwie socjalnym złodziejstwo i korupcja
przestają być jakimś patologicznym marginesem, tylko stają się najważniejszą
zasadą rządzenia. Że III Rzeczpospolita stała się strukturą bezlitosnego
wyzysku obywateli przez własną "szlachtę-gołotę" zachowującą się jak okupanci i
gotową tę okupację zatwierdzić w porządku międzynarodowym poprzez akces do Unii
Europejskiej. Że w postaci III RP mamy do czynienia z ostentacyjną "strukturą
grzechu" przeciwko siódmemu i dziesiątemu przykazaniu. Oczywiście tak daleko
posunięta spostrzegawczość wykraczałaby daleko poza granice uprzejmości
przyjęte wśród naszych okupantów, stając się zapewne rodzajem
wzgardzonego "populizmu". Jeśli nawet sprzyjałaby budzeniu sumień, to z
pewnością za cenę kolizji z misją polityczną, nawet w postaci
uznania "historycznej konieczności". Poddawanie się "historycznym
koniecznościom" nigdy nie sprzyja jednoznaczności w odróżnianiu dobra od zła.
Esperons tedy, że sól jeszcze nie zwietrzała, bo w przeciwnym razie
musielibyśmy zaryzykować potworną zaiste możliwość, że przez usta
wrzeszczące: "złodzieje, złodzieje!", przemawia sam Duch Święty.
Takie rzeczy czasami się zdarzały, o czym poucza nas biblijna opowieść o
Balaamie i jego oślicy w Księdze Liczb. Jak wiadomo, Baalam został wynajęty, by
przeklinał Izraelitów i im złorzeczył, jednak na skutek niepojętych zrządzeń
boskich, musiał ich nolens volens chwalić. Dokładnie tak samo, jak pan red.
Janusz Anderman z "Gazety Wyborczej". Wynajęto go tam na chłopaka do pisania,
żeby co rusz pogrążał nieprzyjaciół rodzaju ludzkiego, a tymczasem co się
dzieje? Cytuje ci on fragment mego felietonu z "Naszej Polski": "Jeśli więc GW
robi teraz w Polsce politykę niemiecką, to zapewne w nadziei, że Niemcy jakoś
to docenią i awansują środowisko do rangi własnego prokurenta, który by
zarządzał narodem tubylczym tak samo, jak to było za innego Józefa, czyli
Józefa Stalina", nazywając ów fragment "diagnozą nad wyraz przenikliwą".
Zapewne miała to być ironia, ale - podobnie jak w przypadku Balaama - wyszło
akurat odwrotnie, tym bardziej, że pan red. Anderman zaniepokoił się, czy -
jeśli moje słowo stanie się ciałem - zadowoliłbym się posadą odźwiernego.
Zupełnie niepotrzebnie się niepokoi. Ja o tę posadę z pewnością nie będę z nim
konkurował, bo przecież nie mogę liczyć na, konieczne w takiej sytuacji,
referencje od pana red. Michnika.