Dodaj do ulubionych

Mój drogi Krzysiu

04.08.02, 20:45
Mój drogi Krzysiu

Z wielką przykrością dowiaduję się, że twój pacjent został chrześcijaninem.
Nie łudź się nadzieją, że unikniesz zwykłych w takich wypadkach kar;
przypuszczam, że w momentach powodzenia taka ewentualność nie przyszłaby ci
nawet na myśl. Tymczasem musimy wykorzystać sytuację do ostatnich możliwości.
Nie ma potrzeby rozpaczać. Setki tego rodzaju dorosłych konwertytów po
krótkim pobycie w obozie Nieprzyjaciela udało się odzyskać i obecnie znajdują
się u nas. Na razie wszystkie nawyki pacjenta, zarówno umysłowe jak i
cielesne, są w dalszym ciągu dla nas korzystne.

W tej chwili jednym z naszych wielkich sprzymierzeńców jest sam Kościół. Lecz
nie zrozum mnie źle. Nie mam na myśli takiego Kościoła, jak my go widzimy,
rozpostartego wszędzie w czasie i przestrzeni, zakorzenionego w wieczności,
groźnego jak armia z rozwiniętymi sztandarami. Przyznaję, że to jest widok,
który niepokoi naszych najodważniejszych kusicieli. Na szczęście jest to
zupełnie niewidoczne dla tych ludzkich istot. Wszystko, co twój pacjent
widzi, to na wpół wykończona pseudogotycka budowla, wzniesiona na miejscu
świeżo zajętym pod budowę. Wchodząc do wnętrza, spostrzega miejscowego kupca
z układnym wyrazem twarzy, zachwalającego lśniącą książeczkę, zawierającą
liturgię, której żaden z nich nie rozumie, oraz inną, tandetną książczynę,
zawierającą zniekształcony tekst szeregu pieśni religijnych, w większości
lichych i do tego pisanych bardzo drobnym drukiem. Gdy siada w swej ławce i
spogląda wokół siebie, widzi właśnie galerię tych sąsiadów, których do tej
pory unikał. W nich powinieneś znaleźć sprzymierzeńców. Spraw, by myśl jego
wędrowała tam i z powrotem pomiędzy takim wyrażeniem jak Ciało Chrystusowe a
twarzami ludzi z najbliższej ławki. To oczywiście jest mało ważne, jakiego
rodzaju ludzie naprawdę siedzą w tej ławce. Ty sam możesz orientować się, że
któryś z nich jest wielkim wojownikiem po stronie Nieprzyjaciela. To nie
szkodzi. Twój pacjent, dzięki Naszemu Ojcu z Otchłani, jest głupcem. Byle
tylko niektórzy z tych sąsiadów śpiewali fałszywym głosem lub mieli
skrzypiące buty, podwójny podbródek albo dziwaczną odzież, pacjent twój z
łatwością nabierze przekonania, że wobec tego religia ich musi być w pewnym
stopniu niedorzeczna. Jak widzisz, w obecnym stanie pacjent wyrobił sobie
wyobrażenie o "chrześcijanach", które uważa za uduchowione, lecz faktycznie
jest ono w wysokim stopniu powierzchowne, zaczerpnięte ze starych obrazów.
Jego wyobraźnia roi się od tóg, sandałów, zbroi i obnażonych goleni, a prosty
fakt, że inni ludzie w kościele noszą strój nowoczesny, jest dla niego
prawdziwą, chociaż oczywiście nieuświadomioną trudnością. Nigdy nie dopuść,
aby się w tym zorientował. Nie pozwól mu nigdy zadać sobie pytania, czego
oczekiwał on po ich wyglądzie. Przypilnuj, aby wszystkie jego wyobrażenia
były mgliste, a będziesz się miał czym zabawiać przez całą wieczność,
wytwarzając w nim ten szczególny rodzaj jasności, której dostarcza Piekło.

Wykorzystaj więc, ile możesz, chwile rozczarowania lub depresji, które
niewątpliwie przyjdą na pacjenta podczas jego pierwszych tygodni
przynależności do Kościoła. Nieprzyjaciel dopuszcza takie rozczarowanie na
progu każdego ludzkiego zamierzenia. Zjawia się ono, kiedy chłopiec,
oczarowany niegdyś w dziecinnym pokoju opowiadaniami z Odysei, zamierza na
serio uczyć się greki. Zdarza się zakochanym, którzy się pobrali i stają
przed realną perspektywą wspólnego życia. W każdej dziedzinie życia znaczy
ono przejście od marzycielskich aspiracji do pracowitego działania.
Nieprzyjaciel podejmuje to ryzyko, gdyż ma On osobliwą fantazję czynienia z
tej wstrętnej, nikczemnej ludzkiej gawiedzi swych, jak On to nazywa "wolnych"
wielbicieli i sług; "synowie" - to określenie, którego używa, mając dziwaczne
a upor­czywe upodobanie w degradowaniu duchowego świata przez Swe nienaturalne
związki z dwunożnymi zwierzętami. Szanując ich wolność, nie chce ich
doprowadzać jedynie uczuciem i przyzwyczajeniem do któregokolwiek z celów,
jakie przed nimi stawia. Pozostawia ich, by "uczynili to sami z siebie". I tu
jest dla nas okazja. Ale pamiętaj, że w tym kryje się także dla nas
niebezpieczeństwo. Jeśli raz przebrną pomyślnie przez tę po­czątkową oschłość,
stają się o wiele mniej zależni od uczuć, a przeto znacznie trudniejsi do
kuszenia.

Pisałem dotychczas zakładając, że ludzie siedzący w pobliskiej ławce nie
dostarczają racjonalnej podstawy do rozczarowania. Naturalnie, jeśli jest
przeciwnie, jeśli pacjent wie, że kobieta w dziwacznym kapeluszu jest
fanatyczną brydżystką, lub mężczyzna w skrzypiących butach - sknerą i
zdziercą, wówczas zadanie twoje jest o wiele łatwiejsze. Wszystko, co masz
wówczas do zrobienia, to strzec jego myśli przed pytaniem: "Jeśli ja, będąc
tym, czym jestem, mogę w pewnym sensie uważać siebie za chrześcijanina,
dlaczego wady tamtych ludzi z pobliskiej ławki miałyby dowodzić, że ich
religia jest jedynie hipokryzją i konwencją?" Może zapytasz, czy jest to
możliwe, by nie dopuścić nawet tak oczywistej myśli do ludzkiej świadomości.
Jest możliwe Piołunie, jest. Pokieruj nim odpowiednio, a po prostu nie
przyjdzie mu to do głowy. Nie obcował on jeszcze dość długo z
Nieprzyjacielem, aby mógł już nabyć prawdziwej pokory. To, co on mówi o
swojej grzeszności, nawet na klęczkach, jest tylko bezmyślnym naśladowaniem.
W gruncie rzeczy jest on w dalszym ciągu przekonany, że pozwalając się
nawrócić otworzył bardzo korzystne konto w księdze buchalteryjnej
Nieprzyjaciela, i uważa, że w ogóle okazuje wielką pokorę i uniżoność chodząc
do kościoła z tymi "zadowolonymi z siebie", pospolitymi ludźmi. Utrzymuj go w
tym przekonaniu, jak długo tylko możesz.

Twój kochający stryj
Mr.Hell
Obserwuj wątek
    • mr.hell Najmilszy Krzysiu! 07.08.02, 02:27
      Mój Wielce Drogi Krzysiu!

      Trzeba przyznać, że wszystko idzie doskonale. Szczególnie zadowolony jestem z
      tego, że tych dwoje nowych przyjaciół zapoznało go z całą swoją grupą. Jak
      zmiarkowałem z kartotek biura ewidencyjnego, wszyscy oni to z gruntu pewni
      ludzie: niezmienni i konsekwentni kpiarze, oddani sprawom doczesnym, zdążający
      bez żad­nych sensacyjnych przestępstw, w spokoju i wśród wygód do domu naszego
      Ojca. Mówisz, że są wielkimi śmieszkami. Mam nadzieję, że to nie oznacza,
      jakobyś sądził, że śmiech jako taki zawsze przynosi nam korzyść. Warto tej
      sprawie poświęcić nieco uwagi.

      Jako przyczyny ludzkiego śmiechu wyróżniam: Radość, Uciechę, Żart Właściwy i
      Płytką Paplaninę. Pierwsze spotkasz wśród przyjaciół i zakochanych,
      spotykających się u progu wakacji. Wśród dorosłych znajdzie się wówczas zwykle
      coś z żartów, lecz łatwość, z jaką naj­mniejsze dowcipy wywołują wtedy śmiech,
      wskazuje, że nie one są jego istotną przyczyną. Co jest rzeczywistą przyczyną,
      nie wiemy. Coś podobnego wyraża znaczna część tej obmierzłej sztuki, którą
      ludzie nazywają Muzyką, coś podobnego dzieje się również w Niebie - owo bezsen­
      sowne przyspieszenie rytmu niebiańskich doznań, dla nas całkowicie
      niezrozumiałe. Taki śmiech nie przynosi nam nic dobrego i należy mu zawsze
      zapobiegać. Ponad­to zjawisko to jest samo w sobie odrażające i jest jawną
      zniewagą realizmu, godności i surowości Piekła.

      Uciecha jest blisko spokrewniona z radością - to pe­wien rodzaj emocjonalnego
      wzburzenia, mającego swe źródło w instynkcie zabawy. Niewiele z niej mamy
      pożytku. Można ją oczywiście niekiedy wykorzystać, aby odciągnąć ludzką uwagę
      od przeżywania lub czynienia innych rzeczy, których życzyłby sobie
      Nieprzyjaciel; lecz uciecha, sama w sobie, zawiera zgoła niepożądane tendencje:
      skłania do miłości bliźniego, odwagi, pogody ducha i do wielu innych kategorii
      zła.

      Żart Właściwy, który polega na nagłym dostrzeżeniu niedorzeczności, jest
      dziedziną dla nas o wiele bardziej obiecującą. Wcale nie myślę tylko o
      nieprzyzwoitym lub sprośnym humorze, który choć wiele sobie po nim obie­cują
      kusiciele drugorzędni, w skutkach prowadzi często do rozczarowań. Faktem jest,
      że ludzie dzielą się w tej materii dość wyraźnie na dwie klasy. Są ludzie, dla
      których "żadna namiętność nie jest tak poważna jak pożądliwość" ' i u nich
      nieprzyzwoita historia przestaje wywoływać lubieżność dokładnie w takim samym
      stop­niu, w jakim staje się zabawna; są inni, u których i śmiech, i pożądanie
      budzą się równocześnie i z tych samych powodów. Pierwsza grupa ludzi żartuje na
      temat płci, ponieważ daje to sposobność do stwarzania wielu zabawnych sytuacji;
      druga natomiast stwarza sytuacje zabawne, ponieważ dostarczają one pretekstu do
      rozma­wiania o płci. Jeśli twój pacjent należy do ludzi pierwsze­go typu, to
      sprośny humor nic tu nie pomoże. Nigdy nie zapomnę zmarnowanych godzin (dla
      mnie nieznośnie nudnych), spędzonych w towarzystwie jednego z moich pierwszych
      pacjentów w barach i palarniach, zanim po­znałem tę regułę. Zorientuj się, do
      której grupy należy twój pacjent - lecz pilnuj uważnie, aby on sam się nie
      zorientował.

      Prawdziwego pożytku z Żartów lub Humoru należy szukać zupełnie gdzie indziej;
      szczególnie wiele można sobie przy tym obiecywać po Anglikach, którzy
      swój „zmysł humoru" traktują tak bardzo na serio, że brak tego zmysłu jest
      nieledwie jedynym brakiem, którego się wstydzą. Humor jest dla nich
      wszechosładzającym i (za­uważ to) wszechwybaczającym wdziękiem życia. Z tego też
      względu jest on nieocenionym środkiem niszczenia wstydu. Jeśli ktoś po prostu
      pozwala innym płacić za siebie, uchodzi za pospolitego skąpca; jeśli się tym
      chełpi w sposób żartobliwy i natrząsa ze swych kolegów, że dali się nabrać, nie
      jest już skąpcem, lecz zabawnym towarzy­szem. Samo tchórzostwo jest czymś, co
      przynosi wstyd; tchórzostwo, którym się ktoś przechwala z pełną humoru przesadą
      oraz groteskowymi gestami, może uchodzić za zabawne. Okrucieństwo jest
      haniebne, chyba że jego sprawca potrafi je przedstawić jako figiel spłatany dla
      żartu. Tysiące sprośnych czy nawet bluźnierczych żartów nie przyczynia się w
      tej mierze do potępienia człowieka, co uczynione przezeń odkrycie, że prawie
      wszystko, co­kolwiek pragnie czynić, może uczynić nie tylko bez naga­ny, lecz
      nawet zyskując jeszcze podziw swych towarzy­szy -jeśli tylko potrafi podciagnąć
      to pod Żart. Pokusę tę da się prawie z całą pewnością ukryć przed twym pacjen­
      tem dzięki owej angielskiej powadze, z jaką traktuje się tam Humor. Każdą myśl,
      która sugerowałaby mu, że przebrał miarę, można mu przedstawić
      jako "purytańską" lub zdradzającą "brak humoru”.

      Lecz płytka paplanina jest ze wszystkiego najlepsza. Przede wszystkim jest
      bardzo ekonomiczna. Tylko czło­wiek inteligentny może ukryć Żart na temat cnoty,
      lub w ogóle na jakikolwiek inny temat; natomiast każdy może nauczyć się paplać
      o cnocie jako o czymś zaba­wnym. Między ludźmi tego pokroju zawsze się zakłada,
      że został zrobiony Żart. W istocie jednak nikt go nie robi, lecz na każdy
      poważny temat dyskutuje się w taki sposób, jakby już z góry odkryto jego
      śmieszną stronę. Płytka Paplanina, uprawiana nawykowo na dłuższą metę, buduje
      wokół człowieka najsubtelniejszy pancerz, jaki znam, chroniący go przed
      Nieprzyjacielem; ponadto jest ona całkowicie wolna od niebezpieczeństw, które
      tkwią w innych źródłach śmiechu. Tysiąc mil dzieli ją od radości; zabija
      intelekt, zamiast go wyostrzać, a między tymi, którzy ją praktykują, nie
      wywołuje uczuć wzajem­nego przywiązania.

      Twój kochający stryj
      MR.HELL
      • d_nutka Re: Najmilszy Krzysiu! 07.08.02, 06:34
        Krzysiu!
        Masz fajnego stryja.
        Ale gawędziarz z niego!
        d_
        • mr.hell dziekuje za SLOWA otuchy i sympatii ! ]|:O) 07.08.02, 07:03
          o której konczysz prace...?
    • mr.hell khm khm khm Mój drogi Krzysiuniu! 12.08.02, 01:06
      apsik ... Mój drogi Krzysiu

      Nawet w szkole prowadzonej przez Slubgoba musiałeś się uczyć rutyniarskiej
      techniki kuszenia seksualnego, a ponieważ dla nas duchów cała ta dziedzina jest
      wyjątkowo nudna (jakkolwiek stanowi konieczną część naszego wyszkolenia), nie
      będę się nad nią zatrzymywał. Lecz jeśli chodzi o wyrobienie sobie szerszego
      spojrzenia na te zagadnienia, to sądzę, że musisz się jeszcze wiele nauczyć.

      Wymagania Nieprzyjaciela stawiane ludziom przybierają formę dylematu: albo
      zupełna wstrzemięźliwość, albo konsekwentne jednożeństwo. Już od chwili
      pierwszego wielkiego zwycięstwa Naszego Ojca całkowita wstrzemięźliwość dzięki
      naszym zabiegom jest dla ludzi zadaniem niezwykle trudnym. Natomiast ucieczkę w
      drugim kierunku zagradzamy im już od kilkuset lat. Dokonujemy tego przez poetów
      i powieściopisarzy, przekonując ludzi, że jedyną przyzwoitą pobudką wstępowania
      w związek małżeński jest owo ciekawe, a zazwyczaj krótkotrwałe przeżycie
      zwane "zakochaniem się", ze małżeństwo może i powinno to przeżycie utrwalić i
      że małżeństwo, które tego nie spełnia, przestaje być obowiązujące. W ten sposób
      sparodiowaliśmy ideę pochodzącą od Nieprzyjaciela. Cała filozofia Piekła opiera
      się na uznaniu pewnika, że jedna rzecz nie jest drugą rzeczą, a zwłaszcza, że
      jedna jaźń nie jest drugą jaźnią. Moje dobro jest tylko moim dobrem, a twoje
      dobro jest twoim. Co jeden zyskuje, to drugi traci. Nawet martwy przedmiot jest
      tym, czym jest, dzięki wykluczeniu z zajmowanej przez siebie przestrzeni
      wszelkich innych przedmiotów; jeśli coś się powiększa, czyni to przez
      odepchnięcie od siebie innych przedmiotów albo przez pochłonięcie ich. To samo
      odnosi się do ludzkiej osoby. U zwierząt pochłonięcie przybiera formę pożarcia;
      dla nas, szatanów, oznacza to wessanie woli i wolności osobnika słabszego przez
      silniejszego. "Być" znaczy "trwać we współzawodnictwie o byt".

      Natomiast filozofia Nieprzyjaciela nie jest niczym innym jak ciągłym
      usiłowaniem zmierzającym do ominięcia tej najoczywistszej prawdy. On zmierza do
      sprzeczności. Ma być zachowana wielość rzeczy, które w jakiś niewytłumaczony
      sposób mają również stanowić jedność. Dobro jednej osoby ma być dobrem drugiej.
      Tę nie- możliwość nazywa On miłością, i to samo monotonne panaceum można
      wyśledzić we wszystkich Jego poczynaniach, a nawet we wszystkim, czym jest -
      lub ma pretensję być. Skutkiem tego nawet jeśli chodzi o Jego własny byt, nie
      zadowala się jednością w sensie ściśle arytmetycznym; chce być troistym, a
      równocześnie jedynym, by w ten sposób cały ten nonsens o miłości mógł znaleźć
      oparcie w Jego własnej naturze. Na przeciwległym krańcu tej skali wprowadza On
      do materii ten obrzydliwy wynalazek - organizm - w którym poszczególne części
      zostały w sposób przewrotny oderwane od ich naturalnych funkcji rywalizacji i
      współzawodniczenia pomiędzy sobą, a skierowane ku zgodnemu współdziałaniu dla
      dobra całości.

      Rzeczywisty motyw, jakim kierował się Nieprzyjaciel decydując się na
      ustanowienie płci jako środka przekazywania życia, jest jednak zbyt widoczny ze
      sposobu, w jaki ją wykorzystał. Płeć - z naszego punktu widzenia - mogła być
      całkowicie nieszkodliwa. Mogła była być tylko jednym więcej sposobem, w jaki
      silniejszy osobnik napada na słabszego - jak to ma miejsce wśród pająków, gdzie
      oblubienica kończy swe gody weselne pożarciem swego oblubieńca. Lecz u ludzi
      Nieprzyjaciel połączył niedorzecznie miłość pomiędzy stronami z pożądaniem
      seksualnym. On również uzależnił potomstwo od rodziców, a rodzicom udzielił
      impulsu do jego wychowania - stwarzając w ten sposób Rodzinę, podobną do
      organizmu, tylko gorszą, gdyż jej członkowie są jednostkami bardziej odrębnymi,
      a równocześnie powiązanymi z sobą w sposób bardziej świadomy i odpowiedzialny.
      W rzeczywistości okazuje się, że cała ta rzecz to jeszcze jeden pomysł
      wciągania ludzi w sferę Miłości.

      A teraz do rzeczy. Nieprzyjaciel określił zaślubioną parę jako "jedno ciało".
      Nie powiedział "szczęśliwie zaślubiona para" albo "para zaślubiona, ponieważ
      była zakochana"; ty jednak możesz doprowadzić do tego, by ludzie to przeoczyli.
      Możesz również sprawić, by zapomnieli, że człowiek, zwany przez nich Pawłem,
      nie ograniczył tej jedności wyłącznie do par zaślubionych. Sam stosunek
      cielesny czyni według niego "jedno ciało". Można więc tak pokierować sprawę, by
      to, co w pismach Pawła było prostym podkreśleniem doniosłości samego faktu
      płciowego obcowania, ludzie przyjęli jako literacką pochwałę "zakochania".
      Prawdą jest, że gdziekolwiek mężczyzna współżyje fizycznie z kobietą, tam - czy
      strony tego chcą, czy nie chcą - zadzierzga się między nimi transcendentalna
      więź, która będzie trwała wiecznie, przynosząc szczęście lub cierpienie.

      Z prawdziwej przesłanki, że ta transcendentalna więź z przeznaczenia swego
      miała zmierzać do wytworzenia uczucia miłości i rozbudowania rodziny - co się
      rzeczywiście nazbyt często zdarza, w wypadku gdy zawiązuje się ją z uczciwymi
      zamiarami - ludzie powinni, dzięki odpowiednim zabiegom z naszej strony, wysnuć
      fałszywe przekonanie, że owa mieszanina czułości, lęku i żądzy
      zwana "zakochaniem się" jest jedyną rzeczą, która czyni małżeństwo szczęśliwym
      albo świętym. Urobienie takiego błędnego mniemania jest o tyle łatwe, że w
      Zachodniej Europie "zakochanie" bardzo często poprzedza związki małżeńskie,
      zawarte zgodnie z wolą i zamierzeniami Nieprzyjaciela, to znaczy z intencją
      wierności, płodności i dobrej woli; podobnie jak religijne wzruszenie
      towarzyszy bardzo często - choć nie zawsze - religijnemu nawróceniu. Innymi
      słowy, trzeba ludzi zachęcać, aby sądzili, że podstawą do małżeństwa jest jakaś
      mocno ukoloryzowana i wykrzywiona wersja tego, co Nieprzyjaciel istotnie
      przyobiecał, ale dopiero jako jego rezultat. Osiąga się przez to podwójną
      korzyść. Z jednej strony, ludzi nie posiadających daru wstrzemięźliwości można
      odciągnąć od szukania rozwiązania tej trudności w małżeństwie, ponieważ nie
      czują się "zakochani" - myśl zaś o zawarciu małżeństwa z jakiejkolwiek innej
      przyczyny wydaje im się, dzięki naszym wysiłkom, poniżająca czy wręcz cyniczna.
      I rzeczywiście ludzie tak sądzą. Uważają, że intencja lojalności partnerowi dla
      zachowania czystości, wzajemnej pomocy i przekazania życia jest czymś niższym
      od burzliwych emocji. (Postaraj się wytworzyć w twym pacjencie przekonanie, że
      ceremoniał zaślubin jest w swej istocie czymś obrażającym i poniżającym.) Z
      drugiej strony, każde seksualne zaślepienie, jakiekolwiek by ono było, dopóki
      zmierza do małżeństwa, będzie uważane za "miłość", a "miłość" będzie
      usprawiedliwiać wszelkie przewinienia człowieka. Rodząca się z takiego myślenia
      opinia publiczna nie pozwoli mu dostrzec konsekwencji, wynikających z
      poślubienia osoby bezbożnej, głupiej lub rozpustnej. Lecz więcej na ten temat w
      następnym liście.

      Twój kochający (inaczej) stryj

      mr.HEELLL
      • Gość: kunce Re: khm khm khm Mój drogi Krzysiuniu! IP: *.chello.pl 12.08.02, 04:39
        Mr Hell,
        z przyczyn, nad którymi nie chcę w tej chwili szerzej rozpisywać się, zaczęłam
        z uwagą czytać Pańskie listy do niesfornego Bratanka. Żałuję, że dostrzegłam je
        dopiero teraz. Bo rozważania, sprowokowane przez ich lekturę, którym oddaję się
        w tej chwili mogłam zacząć już w miniony łikend.
        Mojego zainteresowania proszę nie poczytywać za akces do organizacji
        (systemu?), którego jest Pan znaczącą częścią, jeśli nie podstawą. Przeciwnie,
        zapoznając się z Pańską teorią chcę pozostać w mej życiowej praktyce na
        pozycjach skrajnie odmiennych.

        Z poważaniem
        Qn.C

        PS. Proszę sobie wyobrazić, że pisząc list największy kłopot miałam z
        nagłówkiem. Nie byłam w stanie napisać "Drogi Panie" jako że przymiotnik ten
        stałby w sprzeczności do stanu mych uczuć, słowo "Szanowny", choć bliższe
        prawdy, rezerwuję dla osób, których znaczącą rolę w mym życiu uznaję,
        a "Łaskawy Panie" wręcz mnie przestraszyło. Dlatego pozostałam przy formie
        suchej ale jakże dziś u nas rozpoweszechnionej dzięki bezdusznej urzędowej
        korespondencji.
        • mr.hell Krzysiuuuniu! 16.08.02, 14:41
          odprowadz Panią! do snu nieświadomych neutron ó w- n- i- o -j -z-z bum cyk cyk
        • mr.hell Q.n.C? hm niesłyszałem o takiej loży! jakiś odłam? 16.08.02, 16:10
          www.godf.org/divers1.htm#divers1
          ATTAques ROZUMques ALOGIques Rządiques! MAçonniques! ]surprised)

          MaSSonic Undogmatic Order which supports total freedom of conscience!
          total freedom Theft! "your" moneeey!





          www.godf.org/
          adogmatique prônant la liberté absolue de conscience w total kradzieżiques!
          kiblues la la koszues de absolute adogmatique total infiltrues ]surprised))
          la la de la Baalues bablaues

          • Gość: Sala Re: Q.n.C? hm niesłyszałem o takiej loży! jakiś o IP: *.pai.net.pl 11.09.02, 02:49
            > <a href="http://www.godf.org/"target="_blank">www.godf.org/</a>
            > adogmatique prônant la liberté absolue de conscience w total kradzieżiques!
            > kiblues la la koszues de absolute adogmatique total infiltrues ]surprised))
            > la la de la Baalues bablaues

            Piekielnie sie ubawilam...
            AJ \k to przy Mr_Hellu
            Total kradzieżykues ? Uwazajee, bo chat va zniknier..
            Infiltrues rues.
            Pozdrawiam cie
            Sala
      • mr.hell Krzysiu! HEj! 16.08.02, 14:38
        Mój drogi Krzyżtowie!

        Mocno się zastanawiałem nad kwestią poruszoną w twym ostatnim liście. Jeśli
        wszystkie byty, jak to jasno wykazałem, już z natury swej między sobą
        współzawodniczą, a tym samym idea Miłości głoszona przez Nieprzyjaciela
        pozostaje z tym w jawnej sprzeczności, to jaki sens mają moje tylokrotnie
        ponawiane ostrzeżenia, iż On naprawdę kocha tę ludzką gawiedź i rzeczywiście
        pragnie ich wolności i nieprzerwanej egzystencji? Mam nadzieję, mój drogi
        chłopcze, że nie pokazałeś nikomu mych listów. Oczywiście nie dlatego, aby to
        miało jakieś znaczenie. Nietrudno przecież dostrzec, że pozorna herezja, w jaką
        popadłem, jest zupełnie przypadkowym potknięciem się. A propos, mam nadzieję,
        że zrozumiałeś również, iż niektóre pozornie niepochlebne aluzje co do Slubgoba
        miały charakter wyłącznie żartobliwy. W rzeczywistości mam dla niego najwyższy
        szacunek. No i oczywiście to, co napisałem, że nie będę cię osłaniał przed
        władzami, nie było pomyślane na serio. Lecz proszę cię, trzymaj to wszystko pod
        kluczem.

        Prawdą jest, że stało się to wyłącznie przez nieuwagę, kiedy powiedziałem, że
        Nieprzyjaciel naprawdę kocha ludzi. To jest naturalnie niemożliwością. On i
        ludzie to dwa odrębne światy. Ich dobro nie może być Jego dobrem. Całe Jego
        gadanie o Miłości musi być maską, za którą kryje się coś innego - On musi mieć
        jakiś rzeczywisty motyw stwarzając ich i tak bardzo się o nich troszcząc.
        Powodem tego, że zapominamy się i zaczynamy mówić, jakoby On rzeczywiście
        posiadał tę niemożliwą Miłość, jest nasza kompletna bezsilność i niemożność
        wykrycia prawdziwego motywu. Jak On ich zamyśla wykorzystać? To jest właśnie ta
        nierozwiązalna zagadka. Nie sądzę, by to mogło przynieść jakąś szkodę, jeśli Ci
        zdradzę, że ten właśnie problem był główną przyczyną sporu między Naszym Ojcem
        a Nieprzyjacielem. Kiedy sprawa stworzenia człowieka została po raz pierwszy
        poruszona i kiedy już wówczas Nieprzyjaciel wyjawił, iż przewidział pewien
        epizod z krzyżem, Nasz Ojciec poprosił zwyczajnie o rozmowę i wyjaśnienie.
        Zamiast rzeczowej odpowiedzi Nieprzyjaciel przedstawił mu tę nieprawdopodobną
        historię o bezinteresownej miłości, którą aż do tej chwili podtrzymuje i
        rozpowszechnia. Ojciec nasz nie mógł się naturalnie na taką odpowiedź zgodzić.
        Błagał Nieprzyjaciela, by odkrył swe karty, i dawał Mu do tego wszelką
        sposobność. Wyznał, iż gorąco pragnie poznać tę tajemnicę; Nieprzyjaciel
        odrzekł: "Pragnę z całego serca, abyś ją poznał". Wyobrażam sobie, że to
        musiało być w tym stadium rozmowy, gdy odczucie takiego nie- usprawiedliwionego
        braku zaufania kazało Naszemu Ojcu usunąć się sprzed oblicza Nieprzyjaciela w
        bezkresną dal z gwałtownością, która dała początek tej śmiesznej
        nieprzyjacielskiej historii, iż został przemocą wyrzucony z Nieba. Od owej
        chwili zaczęliśmy dociekać, dlaczego nasz Ciemięzca był aż tak tajemniczy. Cała
        Jego władza opiera się na tej tajemnicy. Członkowie Jego stronnictwa
        przyznawali nieraz, że gdybyśmy kiedykolwiek zrozumieli, co On pojmuje przez
        Miłość, wojna byłaby skończona i weszlibyśmy z powrotem do Nieba. I wokół tego
        koncentruje się nasze największe zadanie. My wiemy, że On w rzeczywistości
        kochać nie może - nikt nie może - to w ogóle nie ma sensu. Gdybyśmy tylko mogli
        odkryć, do czego On naprawdę zmierza! Wysuwa się hipotezę za hipotezą i wciąż
        nie możemy tego zgłębić. Nie wolno jednak tracić nadziei; coraz więcej i więcej
        skomplikowanych teorii, coraz pełniejsze nagromadzenie danych, zwiększone
        nagrody dla badaczy osiągających postęp w badaniach, coraz straszniejsze kary
        dla tych, którym się nie udaje - to wszystko, kontynuowane i przyspieszane aż
        po kres czasu, na pewno nie może za: kończyć się niepowodzeniem.

        Uskarżasz się, że w mym ostatnim liście nie stawiam sprawy jasno, czy uważam
        zakochanie się za stan pożądany dla człowieka, czy nie. Lecz doprawdy,
        Piołunie, to jest pytanie, którego można by się od nich spodziewać. Pozostaw im
        roztrząsanie, czy takie rzeczy, jak "Miłość", patriotyzm czy celibat, świece na
        ołtarzu, abstynencja lub edukacja są "dobre", czy "złe". Czy nie widzisz, że na
        to nie ma odpowiedzi? Jedyna rzecz, która tu ma znaczenie; to to, czy stan
        umysłu w danych okolicznościach kieruje pacjenta ku Nieprzyjacielowi, czy ku
        nam. Przeto najlepiej byłoby nakłonić pacjenta, aby sam zdecydował,
        czy "miłość"' jest "dobra", czy "zła".

        Jeśli jest człowiekiem aroganckim, żywiącym dla ciała pogardę wynikającą z
        przewrażliwienia, lecz przez niego mylnie uważaną za czystość - i takim, który
        znajduje przyjemność w wyszydzaniu tego, co większość jego bliźnich aprobuje -
        niech za wszelką cenę zdecyduje się przeciw miłości. Wsącz mu w duszę pyszny
        ascetyzm, a skoro odgrodzisz sferę jego seksualności od wszystkiego, co mogłoby
        ją uczłowieczyć, narzuć mu ją z powrotem w formie jeszcze bardziej brutalnej i
        cynicznej.

        Jeśli natomiast jest człowiekiem uczuciowym i łatwo- wiernym, karm go
        pośledniejszymi poetami i powieściopisarzami starej szkoły, dopóki nie uwierzy,
        iż "Miłość" jest zarówno nieodpartą koniecznością, jak i czymś, co samo w sobie
        jest godne pochwały. Przyznaję, że to mniemanie niewiele pomaga do wywołania
        dorywczej nieczystości; jest jednak niezrównaną receptą na
        przewlekłe, "nobliwe", romantyczne i tragiczne cudzołóstwa, kończące się, jeśli
        wszystko idzie dobrze, morderstwami lub samobójstwami. O ile się to uda, można
        to nastawienie wykorzystać, skłaniając pacjenta do zawarcia korzystnego dla nas
        małżeństwa. Małżeństwo bowiem, chociaż jest wynalazkiem Nieprzyjaciela, posiada
        swe dobre strony. W otoczeniu twego pacjenta znajduje się z pewnością kilka
        młodych kobiet, które by mu niezmiernie utrudniały chrześcijańskie życie,
        gdybyś go tylko potrafił nakłonić do poślubienia jednej z nich. Przyślij mi -
        proszę - raport w tej sprawie w następnym liście. W tym czasie postaraj się raz
        na zawsze zrozumieć, że fakt zakochania się sam w sobie nie jest koniecznie
        sprzyjający ani dla nas, ani dla strony przeciwnej. Jest to po prostu okazja,
        którą obie strony, my i Nieprzyjaciel, próbują wykorzystać. Podobnie jak
        większość rzeczy, którymi się ludzie przejmują, takich jak zdrowie i choroba,
        młodość i starość czy wojna i pokój, zakochanie się jest z punktu widzenia
        życia duchowego surowym materiałem.

        Twój kochający stryj
        Mr.heeeeeeelll
    • Gość: Puchatek Re: Mój drogi Krzysiu IP: *.stacje.agora.pl 16.08.02, 16:27
      Ależ, panie Heel. Czy jak tam panu. Brzydko, oj, brzydko. Plagiacik rzecz paskudna.
      Pozostałym wyjaśniem - teksty są zaczrpniete (niemal zywcem) z ksiązki C.S. Lewisa �Listy starego diabła do
      młodego�, w niektórych przekładach znanej jako �Listy Screwscrape'a�
      A książkę - swoją dorga - polecam, dobrze pokazuje sposób działania... no, wujka.
      P.
      • Gość: kunce Puchatku, coś Ty zrobił! IP: *.chello.pl 16.08.02, 19:19
        Max, pardon, Mr Hell, często tak pracuje - częstuje nas całymi stronami
        cytatów, wyszukuje ciekawe strony i nowości. Na użytek odbiorcy dokonuje
        niekiedy skrutów, by leniwym przybliżyc fascynujace go myśli.
        Myślę, że większość ludzi, która zerknęła do tego wątku nie miała watpliwości,
        że są tu fragmenty "Listów starego diabła...".
        Max zachował nie tylko myśli autora, ale i piekny język, nawet używa formy, w
        jakiej stryj Krętacz zwraca się do bratanka, pisząc Mój Drogi Piołunie.

        Miałam nadzieję, że Wild po streszczeniu "Listów..." weźmie się za "Diabelski
        toast". Ale teraz może mu się odechcieć...
        • Gość: kunce Mr Hell, hop hoop! IP: *.chello.pl 17.08.02, 21:55
          Sir,
          to nieładnie tak odejść w pół zdania.
          Więc?
          Q'n'C
          • mr.hell czego 21.08.02, 02:02
            Gość portalu: kunce napisał(a):

            > Sir,
            > to nieładnie tak odejść w pół zdania.
            > Więc?
            > Q'n'C

            czekam i czekam i dalej te "pół" danie! co na przystafke? ]surprised)
            Qum and Chicken?
    • Gość: f Re: Mój drogi Krzysiu IP: *.tarnobrzeg.cvx.ppp.tpnet.pl 16.08.02, 19:24
      To Krzyś jeszcze w PRL-bis a mówiono na mięście ,ze został zastępcą Umiłowanego
      Przywódcy Kim Il Dzonga..no no ciekawe-tyle wspólnych przegadanych nocy
      i ie zaprosił?
    • mr.hell Moje oczko w głowie! 23.08.02, 18:41
      Mój drogi, mój bardzo drogi Krzysiuniu, Moja pieszczotko, Moje oczko w głowie,

      Jakże bardzo się mylisz, pytając mnie kwilącym głosem, teraz gdy wszystko jest
      stracone, czy wyrazy uczucia, z jakimi się do ciebie zwracam, nic od samego
      początku nie znaczyły. Nic bardziej błędnego! Bądź spokojny, moja miłość do
      ciebie i twoja miłość do mnie są kubek w kubek takie same. Ja zawsze pożądałem
      ciebie, a ty (biedny głupcze) pożądałeś mnie. Różnica polega jedynie na tym, że
      ja jestem silniejszy. Myślę, że mi cię teraz dadzą; jeśli nie całego, to
      przynajmniej cząstkę ciebie. Czy cię kocham? Ależ oczywiście, że tak. Tak
      znakomitym kąskiem nigdy się jeszcze nie tuczyłem.

      Pozwoliłeś duszy ludzkiej wymknąć się z twych rąk. Wycie podrażnionego głodu
      odbija się w tej chwili echem po wszystkich regionach Królestwa Hałasu, w dół
      aż do samego Tronu. Myśl o tym przyprawia mnie o szaleństwo. Jakże dokładnie
      zdaję sobie sprawę z tego, co się wydarzyło wówczas, gdy ci go porwali! Gdy
      zobaczył cię po raz pierwszy, oczy jego otwarły się nagle na wszystko (czyż nie
      tak?), a zarazem rozpoznał tę cząstkę, którą w nim miałeś, i zrozumiał, że jej
      już nie masz. Pomyśl tylko (i niech to będzie początkiem twej agonii), co on
      odczuł w owej chwili; to tak jak gdyby strup odpadł od zastarzałej rany, jak
      gdyby wyzwolił się z ohydnej, podobnej do liszaja skorupy, jak gdyby pozbył się
      taż na zawsze plugawego, wilgotnego, lepiącego się do ciała okrycia. Na Piekło!
      Dość już naszej niedoli, gdy widzimy ich, jak za ziemskiego życia zrzucają z
      siebie zabrudzone i niewygodne odzienie, zanurzają się w gorącej kąpieli i
      prężąc z ulgą swe zmęczone ciało, wydają lekkie pomruki zadowolenia. A cóż
      dopiero powiedzieć o tym ostatecznym wyzwoleniu i całkowitym oczyszczeniu?

      Im więcej się o tym myśli, w tym gorszym świetle przedstawia się cała sprawa.
      Tak łatwo przez to wszystko przebrnął! Żadnych stopniowo narastających obaw,
      żadnych orzeczeń lekarskich, żadnej lecznicy ni sali operacyjnej, żadnych
      złudnych nadziei na utrzymanie się przy życiu; proste, momentalne wyzwolenie. W
      jednym momencie wydawało się, że cały świat jest nasz; huk bomb, rozsypujące
      się w gruzy domy, gryzący płuca dym wybuchów i cierpki smak w ustach, piekące
      ze zmęczenia stopy, serce zamierające od okropności, zawrót głowy, obolałe
      nogi; w następnej chwili wszystko mija, mija jak zły sen i nie ma już żadnego
      znaczenia: Pokonany, wyprowadzony w pole durniu! Czy zauważyłeś, w jak
      naturalny sposób - jak gdyby się po to urodził - ten z ziemi zrodzony robak
      wszedł w nowe życie? Jak wszystkie jego wątpliwości stały się w okamgnieniu
      śmieszne? Wiem, co to stworzenie mówiło do siebie w owej chwili! "Tak.
      Oczywiście. Zawsze bywało tak samo. Wszystkie okropności tak samo się kończyły;
      coraz gorzej i gorzej, przechodzenie przez coś w rodzaju wąskiego gardła, aż
      naraz, w chwili gdy wydawało ci się, że zostaniesz zmiażdżony, znalazłeś się
      poza tym wszystkim i nagle wszystko znów jest dobrze. Wyrywanie zęba dokuczało
      coraz bardziej i bardziej, a potem nagle zęba już nie było. Sen przemienił się
      w koszmar, a wtedy obudziłeś się. Umierasz i umierasz, a potem nagle jesteś
      poza śmiercią. Jakże mogłem w to kiedykolwiek wątpić?"

      W chwili gdy zobaczył ciebie, zobaczył również Ich. Zdaję sobie sprawę z tego,
      jak to wyglądało. Zatoczyłeś się wstecz oszołomiony i oślepiony, raniony Ich
      widokiem bardziej niż on bombami. Cóż za poniżenie! - że to coś, powstałe z
      ziemi i z mułu, mogło stać prosto i rozmawiać z duchami, przed którymi ty,
      będąc sam duchem, możesz się tylko kulić. Może się spodziewałeś, że lęk i
      niezwykłość tego spotkania zniweczą jego radość. Lecz to jest przeklęta sprawa;
      czyste duchy są nieznane oczom śmiertelników, a jednak nie są im obce. Aż do
      tego momentu nie miał najsłabszego pojęcia, jak będą wyglądać, a nawet wątpił w
      ich istnienie. Lecz gdy ich ujrzał, zdał sobie sprawę z tego, że ich zawsze
      znał, jak również z tego, jaką rolę każdy z nich odegrał w niejednej godzinie
      jego życia, kiedy przypuszczał, że jest osamotniony; teraz mógłby się zwrócić
      do każdego z nich nie z pytaniem: "Kto ty jesteś?", lecz ze słowami: "A więc to
      ty byłeś ze mną przez cały czas". Wszystko, czym byli dla niego i co mówili,
      odżywało w jego pamięci w chwili tego spotkania. Niejasne uświadamianie sobie
      obecności przyjaciół wokół siebie, które już od dzieciństwa nawiedzało go w
      chwilach osamotnienia, zostało nareszcie wyjaśnione; owa wewnętrzna muzyka,
      przewijająca się dyskretnie poprzez każde czyste doznanie, która zawsze
      wymykała się jego pamięci, została nareszcie odnaleziona. Rozpoznanie uczyniło
      go wolnym i swobodnym w ich towarzystwie, nieomal zanim jeszcze znieruchomiały
      jego zwłoki. Tylko ty pozostałeś odepchnięty na ubocze.

      Ujrzał nie tylko Ich; on ujrzał również Jego. To zwierzę, ta istota zrodzona w
      łóżku mogła spoglądać na Niego. To, co jest dla ciebie duszącym i oślepiającym
      ogniem, dla niego jest orzeźwiającym światłem, jest samą jasnością, i przyjmuje
      postać Człowieka. Gdybyś mógł, chciałbyś to padnięcie pacjenta na twarz w
      Obecności, to jego uczucie odrazy do samego siebie i całkowite poznanie swych
      grzechów (tak, Piołunie, nawet jaśniejsze poznanie niż twoje) interpretować na
      podobieństwo twoich własnych doznań, owego dławiącego i paraliżującego uczucia
      przy zetknięciu się z tym śmiertelnym wiewem idącym z samego wnętrza Nieba.
      Pozbądź się jednak niemądrych złudzeń. Z karą może się jeszcze spotkać, lecz
      kary te przyjmują oni ze skwapliwością. Nie zamieniliby jej na żadną ziemską
      uciechę. Wszystkie rozkosze zmysłów, serca lub intelektu, którymi mogłeś go
      niegdyś kusić na ziemi, nawet rozkosze cnoty samej, mają dla niego, w
      porównaniu z obecną sytuacją, taką wartość, jaką miałyby na wpół zwiędłe
      wdzięki uróżowanej ladacznicy dla mężczyzny, który dowiaduje się, że jego
      prawdziwie ukochana (którą całe życie miłował, a sądził, że umarła) żyje i stoi
      właśnie u jego drzwi. Pacjent został porwany w ów świat, gdzie zarówno
      cierpienia, jak i rozkosze, nabierają wartości niewymiernych i gdzie cała nasza
      arytmetyka zawodzi. Jeszcze raz spotykamy się z czymś niewytłumaczalnym. Obok
      przekleństwa niedołężnych kusicieli, takich jak ty, największym przekleństwem,
      jakie nas spotyka, to niepowodzenie naszego Departamentu Wywiadu. Gdybyśmy
      tylko mogli odkryć, do czego On naprawdę zmierza! Niestety! Niestety! Wiedza
      ta, w istocie swej tak nienawistna i budząca najwyższe obrzydzenie, będzie nam
      jeszcze nieodzownie potrzebna do zdobycia Władzy. Czasami jestem na skraju
      rozpaczy. Wszystko, co mnie podtrzymuje, to przekonanie, że nasz Realizm, nasze
      odrzucenie (wbrew wszelkim pokusom) wszystkich nonsensów i pustych frazesów,
      musi w końcu zwyciężyć. Tymczasem pozostaje mi policzyć się z tobą. Z
      największym szacunkiem podpisuję własnoręcznie

      Twój coraz Drapieżniej cię miłujący stryj
      mr. Heeeell
    • wild Mój droogi Krzysiu! [ wersja wulgarna ] 02.09.02, 06:36
      Mój drogi Krzysiu

      Dostrzegam, o co ci chodzi w tym, co mi donosisz o kierowaniu lekturą twego
      pacjenta i trosce, by dużo przestawał ze swym przyjacielem, materialistą. Lecz
      czy nie jesteś odrobinę naiwny? Wygląda to bowiem tak, jak gdybyś przypuszczał,
      że argument jest skutecznym środkiem, aby go trzymać z dala od szponów
      Nieprzyjaciela. Mogłoby tak być, gdyby żył kilka wieków wcześniej. W tamtych
      bowiem czasach ludzie orientowali się jeszcze doskonale, czy jakaś rzecz jest
      udowodniona, czy nie; a jeśli coś było udowodnione, to rzeczywiście w tu
      wierzyli. Myślenie łączono wówczas jeszcze z czynem i z gotowością zmiany
      sposobu życia w zależności od wyniku przeprowadzonych rozumowań. Lecz dzięki
      prasie codziennej i innym podobnym środkom oddziaływania w znacznej mierze
      zmieniliśmy ten stan rzeczy. Twój pacjent już od wczesnej młodości przywykł do
      tuzina kłębiących mu się w głowie i sprzecznych z sobą teorii filozoficznych.
      Doktryny w jego pojęciu nie dzielą się w pierwszym rzędzie na "prawdziwe"
      lub "fałszywe", lecz na "akademickie" lub "praktyczne" ,”przeżyte”
      lub "współczesne", ”konwencjonalne" lub "bezwzględne". Żargon, nie argument
      jest twoim najlepszym sprzymierzeńcem w utrzymaniu go z dala od Kościoła. Nie
      trać czasu na przekonywanie go, że materializm jest prawdziwy! Zapewniaj go, że
      jest silny, nieugięty, odważny - że jest filozofią przyszłości. Te rzeczy
      bowiem są dla niego istotne.

      Kłopot z argumentowaniem polega na tym, że cała walka przenosi się wówczas na
      własny teren Nieprzyjaciela. On również potrafi przytaczać argumenty, natomiast
      w propagandzie naprawdę praktycznej, takiej, jaką ja sugeruję, okazał się w
      ciągu stuleci daleko mniej sprawny od Naszego Ojca z Otchłani. Przez sam akt
      argumentowania rozbudzasz u swego pacjenta zdolność rozumowania, a skoro raz
      zostanie rozbudzona, któż zdoła przewidzieć następstwa? Nawet gdyby jakiś
      szczególny tok myśli pacjenta dało się w końcu obrócić na naszą korzyść, to
      staniesz przed faktem, że wzmocniłeś w tym pacjencie fatalny zwyczaj zwracania
      uwagi na wnioski o charakterze ogólnym, a odwróciłeś jego uwagę od fali
      bezpośrednich doznań zmysłowych. W twoim interesie leży, aby przykuć jego uwagę
      do tych bezpośrednich doznań. Naucz go, by nazwał to "życiem realnym" i nie
      dozwól mu zastanawiać się nad tym, co rozumie przez słowo "realny".

      Pamiętaj, że nie jest on, tak jak ty, wyłącznie duchem. Nigdy nie będąc
      człowiekiem (och, ta nieznośna przewaga Nieprzyjaciela!), nie zdajesz sobie
      sprawy, jak dalece ulegają oni presji zwyczajności. Miałem niegdyś pacjenta,
      zdeklarowanego ateistę, który miał zwyczaj studiować w czytelni British Museum.
      Pewnego dnia, gdy tak siedział zaczytany, spostrzegłem, że tok jego myśli
      zaczyna zbaczać na złą drogę. Nieprzyjaciel naturalnie w jednej chwili znalazł
      się przy nim. Zanim się zorientowałem w sytuacji, ujrzałem, że dzieło
      dwudziestu lat mej pracy zaczyna się chwiać. Gdybym był stracił głowę i
      usiłował bronić się przy pomocy argumentów, byłbym zgubiony. Lecz nie byłem na
      tyle nierozsądny. Uderzyłem momentalnie w to, co w nim było najbardziej pod
      moją kontrolą i podszepnąłem, że jest już najwyższy czas na drugie śniadanie.
      Nieprzyjaciel uczynił przypuszczalnie przeciwną propozycję (wiesz, jak nie
      można nigdy całkowicie podsłuchać, co On mówi), mianowicie że sprawa ta jest
      ważniejsza od posiłku. Przynajmniej sądzę, że takie musiało być jego
      pociągnięcie, skoro bowiem powiedziałem: "Rzeczywiście, sprawa zbyt jest
      doniosła, by się do niej o takiej porze zabierać" - pacjent znacznie się
      rozpogodził, w chwili zaś, gdy dodałem: "O wiele lepiej przyjść tu z powrotem
      po śniadaniu i zastanowić się nad tym z świeżym umysłem" - on był już w połowie
      drogi do drzwi. Skoro już raz znalazł się na ulicy, walka była wygrana.
      Pokazałem mu gazeciarza wykrzykującego tytuł południowego dziennika i
      przejeżdżający autobus nr 73, tak że zanim zszedł ze schodów, wtłoczyłem mu w
      głowę niezachwiane przekonanie, że jakiekolwiek dziwaczne myśli mogłyby przyjść
      do głowy człowiekowi zamkniętemu samotnie wśród książek, to zawsze zdrowa
      dawka "realnego życia" (przez co on rozumiał autobus i gazeciarza) wystarcza,
      aby wykazać, że wszelkie "tego rodzaju sprawy" po prostu nie mogą być
      prawdziwe. Zdawał sobie sprawę z tego, że znajdował się wówczas na
      niebezpiecznym zakręcie i w późniejszych latach chętnie wspominał o "tym
      subtelnym wyczuciu aktualności, który jest naszym ostatecznym zabezpieczeniem
      przed zboczeniami czystej logiki". Obecnie jest już bezpieczny w domu Naszego
      Ojca.

      Czy zaczynasz rozumieć, na czym rzecz polega? Dzięki procesom, któreśmy w nich
      zapoczątkowali przed wiekami, jest dla nich rzeczą prawie niemożliwą wierzyć w
      rzeczy nieznane wtedy gdy to, co znane, znajduje się przed ich oczyma. Narzucaj
      mu ciągle zwyczajność rzeczy. Nade wszystko nie próbuj stosować nauki (mam na
      myśli naukę prawdziwą) jako środka obrony przed chrześcijaństwem. Z całą
      pewnością pobudziłoby go to do myślenia o rzeczywistości, której nie może ani
      dotknąć, ani zobaczyć. Podobne żałosne wypadki zdarzyły się już wśród
      współczesnych filozofów. Jeśli już twój pacjent musi parać się wiedzą, to zwróć
      jego uwagę na ekonomię i socjologię: nie pozwól mu wydostać się z kręgu tego
      bezcennego "realnego życia". Lecz najlepsze z tego wszystkiego - to nie
      pozwolić mu w ogóle na studiowanie żadnych prac naukowych, ale wpoić mu
      nacechowane pewnością ogólne przekonanie, że on to wszystko zna i że wszystko,
      co uda mu się zdobyć w przypadkowej rozmowie czy lekturze, jest "rezultatem
      nowoczesnych badań'. Pamiętaj, że jesteś tam po to, by go ogłupiać. Natomiast
      ze sposobu rozumowania niektórych z was, można by sądzić,[...tekst usunięty
      spowodu złamania praw lub regulaminu...] że naszym zadaniem jest nauczać.
      Twój kochający stryj
      mr.hjell!
    • mr.hell Mój droogi Krzysiu! [ wersja wulgarna ] errata... 02.09.02, 06:41
      "drobna" pomyłka na łączach hyhyhy ];O)

      Mój drogi Krzysiu

      Dostrzegam, o co ci chodzi w tym, co mi donosisz o kierowaniu lekturą twego
      pacjenta i trosce, by dużo przestawał ze swym przyjacielem, materialistą. Lecz
      czy nie jesteś odrobinę naiwny? Wygląda to bowiem tak, jak gdybyś przypuszczał,
      że argument jest skutecznym środkiem, aby go trzymać z dala od szponów
      Nieprzyjaciela. Mogłoby tak być, gdyby żył kilka wieków wcześniej. W tamtych
      bowiem czasach ludzie orientowali się jeszcze doskonale, czy jakaś rzecz jest
      udowodniona, czy nie; a jeśli coś było udowodnione, to rzeczywiście w tu
      wierzyli. Myślenie łączono wówczas jeszcze z czynem i z gotowością zmiany
      sposobu życia w zależności od wyniku przeprowadzonych rozumowań. Lecz dzięki
      prasie codziennej i innym podobnym środkom oddziaływania w znacznej mierze
      zmieniliśmy ten stan rzeczy. Twój pacjent już od wczesnej młodości przywykł do
      tuzina kłębiących mu się w głowie i sprzecznych z sobą teorii filozoficznych.
      Doktryny w jego pojęciu nie dzielą się w pierwszym rzędzie na "prawdziwe"
      lub "fałszywe", lecz na "akademickie" lub "praktyczne" ,”przeżyte”
      lub "współczesne", ”konwencjonalne" lub "bezwzględne". Żargon, nie argument
      jest twoim najlepszym sprzymierzeńcem w utrzymaniu go z dala od Kościoła. Nie
      trać czasu na przekonywanie go, że materializm jest prawdziwy! Zapewniaj go, że
      jest silny, nieugięty, odważny - że jest filozofią przyszłości. Te rzeczy
      bowiem są dla niego istotne.

      Kłopot z argumentowaniem polega na tym, że cała walka przenosi się wówczas na
      własny teren Nieprzyjaciela. On również potrafi przytaczać argumenty, natomiast
      w propagandzie naprawdę praktycznej, takiej, jaką ja sugeruję, okazał się w
      ciągu stuleci daleko mniej sprawny od Naszego Ojca z Otchłani. Przez sam akt
      argumentowania rozbudzasz u swego pacjenta zdolność rozumowania, a skoro raz
      zostanie rozbudzona, któż zdoła przewidzieć następstwa? Nawet gdyby jakiś
      szczególny tok myśli pacjenta dało się w końcu obrócić na naszą korzyść, to
      staniesz przed faktem, że wzmocniłeś w tym pacjencie fatalny zwyczaj zwracania
      uwagi na wnioski o charakterze ogólnym, a odwróciłeś jego uwagę od fali
      bezpośrednich doznań zmysłowych. W twoim interesie leży, aby przykuć jego uwagę
      do tych bezpośrednich doznań. Naucz go, by nazwał to "życiem realnym" i nie
      dozwól mu zastanawiać się nad tym, co rozumie przez słowo "realny".

      Pamiętaj, że nie jest on, tak jak ty, wyłącznie duchem. Nigdy nie będąc
      człowiekiem (och, ta nieznośna przewaga Nieprzyjaciela!), nie zdajesz sobie
      sprawy, jak dalece ulegają oni presji zwyczajności. Miałem niegdyś pacjenta,
      zdeklarowanego ateistę, który miał zwyczaj studiować w czytelni British Museum.
      Pewnego dnia, gdy tak siedział zaczytany, spostrzegłem, że tok jego myśli
      zaczyna zbaczać na złą drogę. Nieprzyjaciel naturalnie w jednej chwili znalazł
      się przy nim. Zanim się zorientowałem w sytuacji, ujrzałem, że dzieło
      dwudziestu lat mej pracy zaczyna się chwiać. Gdybym był stracił głowę i
      usiłował bronić się przy pomocy argumentów, byłbym zgubiony. Lecz nie byłem na
      tyle nierozsądny. Uderzyłem momentalnie w to, co w nim było najbardziej pod
      moją kontrolą i podszepnąłem, że jest już najwyższy czas na drugie śniadanie.
      Nieprzyjaciel uczynił przypuszczalnie przeciwną propozycję (wiesz, jak nie
      można nigdy całkowicie podsłuchać, co On mówi), mianowicie że sprawa ta jest
      ważniejsza od posiłku. Przynajmniej sądzę, że takie musiało być jego
      pociągnięcie, skoro bowiem powiedziałem: "Rzeczywiście, sprawa zbyt jest
      doniosła, by się do niej o takiej porze zabierać" - pacjent znacznie się
      rozpogodził, w chwili zaś, gdy dodałem: "O wiele lepiej przyjść tu z powrotem
      po śniadaniu i zastanowić się nad tym z świeżym umysłem" - on był już w połowie
      drogi do drzwi. Skoro już raz znalazł się na ulicy, walka była wygrana.
      Pokazałem mu gazeciarza wykrzykującego tytuł południowego dziennika i
      przejeżdżający autobus nr 73, tak że zanim zszedł ze schodów, wtłoczyłem mu w
      głowę niezachwiane przekonanie, że jakiekolwiek dziwaczne myśli mogłyby przyjść
      do głowy człowiekowi zamkniętemu samotnie wśród książek, to zawsze zdrowa
      dawka "realnego życia" (przez co on rozumiał autobus i gazeciarza) wystarcza,
      aby wykazać, że wszelkie "tego rodzaju sprawy" po prostu nie mogą być
      prawdziwe. Zdawał sobie sprawę z tego, że znajdował się wówczas na
      niebezpiecznym zakręcie i w późniejszych latach chętnie wspominał o "tym
      subtelnym wyczuciu aktualności, który jest naszym ostatecznym zabezpieczeniem
      przed zboczeniami czystej logiki". Obecnie jest już bezpieczny w domu Naszego
      Ojca.

      Czy zaczynasz rozumieć, na czym rzecz polega? Dzięki procesom, któreśmy w nich
      zapoczątkowali przed wiekami, jest dla nich rzeczą prawie niemożliwą wierzyć w
      rzeczy nieznane wtedy gdy to, co znane, znajduje się przed ich oczyma. Narzucaj
      mu ciągle zwyczajność rzeczy. Nade wszystko nie próbuj stosować nauki (mam na
      myśli naukę prawdziwą) jako środka obrony przed chrześcijaństwem. Z całą
      pewnością pobudziłoby go to do myślenia o rzeczywistości, której nie może ani
      dotknąć, ani zobaczyć. Podobne żałosne wypadki zdarzyły się już wśród
      współczesnych filozofów. Jeśli już twój pacjent musi parać się wiedzą, to zwróć
      jego uwagę na ekonomię i socjologię: nie pozwól mu wydostać się z kręgu tego
      bezcennego "realnego życia". Lecz najlepsze z tego wszystkiego - to nie
      pozwolić mu w ogóle na studiowanie żadnych prac naukowych, ale wpoić mu
      nacechowane pewnością ogólne przekonanie, że on to wszystko zna i że wszystko,
      co uda mu się zdobyć w przypadkowej rozmowie czy lekturze, jest "rezultatem
      nowoczesnych badań'. Pamiętaj, że jesteś tam po to, by go ogłupiać. Natomiast
      ze sposobu rozumowania niektórych z was, można by sądzić,[...tekst usunięty
      spowodu złamania praw lub regulaminu...] że naszym zadaniem jest nauczać.
      Twój kochający stryj
      mr.hjell!
      ]surprised>>>>
      • mr.hell oto nowe SŁOWA do Krzysia! 11.09.02, 02:22
        Mój drogi Krzysiu!

        Rozczarowałem się nieco: miast wyczekiwanego szczegółowego sprawozdania z
        pracy - list twój jest jakąś mglistą rapsodią. Mówisz, że "szalejesz z
        radości”, ponieważ Europejczycy rozpoczęli jeszcze jedną wojnę. Widzę bardzo
        dobrze, co ci się przydarzyło. Nie oszalałeś, lecz jesteś tylko odurzony.
        Czytając między wierszami twego bardzo niezrównoważonego sprawozdania o
        bezsennej nocy pacjenta, mogę dość dokładnie odtworzyć stan twego umysłu. Po
        raz pierwszy w swym zawodzie zakosztowałeś napoju, który jest nagrodą za
        wszystkie nasze trudy - udręczenia i oszołomienia ludzkiej duszy - i to ci
        uderzyło do głowy. Chyba nie mogę cię ganić. Próżno szukać doświadczonej i
        statecznej głowy na młodych barkach.

        Czy pacjent zareagował na przedstawione przez ciebie przerażające obrazy
        przyszłości? Czy doprowadziłeś go choćby do paru tylko wnikliwych a palnych
        żalu spojrzeń na minioną szczęśliwą przeszłość? Może odczuł kilka subtelnych
        dreszczyków w swym wnętrzu? Spisałeś się więc na medal? Tak, tak - to wszystko
        jest całkiem naturalne. Ale pamiętaj, Piołunie, że obowiązek idzie przed
        przyjemnością. Jeśli teraz przez jakiekolwiek zlekceważenie sprawy doprowadzisz
        do ostatecznej utraty swego łupu, to przez całą wieczność cierpieć będziesz,
        pragnąc napoju, którego pierwszy łyk tak bardzo cię teraz uszczęśliwił. Jeśli
        jednak z drugiej strony przez stałe i z zimną rozwagą stosowane zabiegi zdołasz
        ostatecznie zabezpieczyć jego duszę, to stanie się on twoim na zawsze - żywy
        kielich po brzegi wypełniony rozpaczą, grozą i zdumieniem, który będziesz mógł
        podnosić do swych ust tak często, jak często będziesz miał na to ochotę. Tak
        więc nie dopuść, by jakiekolwiek przelotne podniecenie odciągnęło cię od
        istotnego twego zadania, którym jest podkopanie wiary i zapobieganie formowaniu
        się cnót. W następnym liście nie omieszkaj donieść mi szczegółowo o tym, jak
        twój pacjent reaguje na wojnę - tak ażebyśmy mogli zastanowić się nad tym, czy
        osiągniesz więcej korzyści czyniąc zeń zagorzałego patriotę, czy też zapalonego
        pacyfistę. I w jednym, i w drugim wypadku masz bogate możliwości. Tymczasem
        jednak muszę cię ostrzec, byś od wojny nie oczekiwał zbyt wiele.
        Naturalnie wojna to rzecz zajmująca. Związany z nią lęk i cierpienie ludzkie
        jest upragnionym i miłym pokrzepieniem dla niezliczonego mnóstwa naszych
        utrudzonych pracowników. Ale jakież trwałe dobro może nam to przynieść, jeśli
        nie wykorzystamy wojny dla dostarczenia dusz ludzkich Naszemu Ojcu w Otchłani?
        Gdy patrzę na doczesne cierpienia tych ludzi, którzy w końcu wymykają nam się z
        rąk, to czuję się tak, jak gdyby pozwolono mi skosztować pierwszego dania na
        wspaniałej uczcie, a potem odmówiono mi reszty. To gorsze, niż gdyby się
        niczego nie skosztowało. Nieprzyjaciel, wierny swym barbarzyńskim metodom
        walki, dozwala nam widzieć krótkotrwałą niedolę swych ulubieńców jedynie po to,
        by nas dręczyć i przyprawiać o męki Tantala - drażnić złudnymi nadziejami ten
        nieustanny głód, do jakiego do; prowadza nas Jego blokada w obecnej fazie
        wielkiego konfliktu. Myślmy przeto raczej, jak wykorzystać tę wojnę europejską,
        niż jak się nią cieszyć. Zawiera ona bowiem pewne tendencje, które same z
        siebie wcale nie są dla nas korzystne. Możemy spodziewać się dużej dozy
        okrucieństwa i nieczystości. Ale jeśli będziemy nieostrożni, ujrzymy, jak
        tysiące ludzi zwraca się w tej ciężkiej próbie ku Nieprzyjacielowi, podczas gdy
        dziesiątki tysięcy, które wprawdzie aż tak daleko się nie posuną - odwracają
        przecież uwagę od samych siebie, skierowując ją na wartości i sprawy, które ich
        zdaniem przewyższają ich samych. Wiem, że Nieprzyjaciel nie pochwala wielu tych
        spraw. Ale w tym właśnie tkwi Jego wielka nieuczciwość. Często zagarnia On
        ludzi, którzy życie oddali za sprawy przez Niego samego uważane za złe, a czyni
        tak na tej potwornie sofistycznej podstawie, że ludzie uważali je za dobre i że
        szli za tym, co w ich pojęciu było najlepsze. Rozważ również, jak wiele jest
        niepożądanych zgonów w czasie wojny. Ludzie giną tam, gdzie wiedzą, że mogą
        zostać zabici, o ile więc w ogóle należą do stronnictwa Nieprzyjaciela, idą na
        śmierć przygotowani. O ileż lepiej byłoby dla nas; gdyby wszyscy ludzie
        umierali w kosztownych zakładach leczniczych wśród doktorów, którzy kłamią,
        pielęgniarek, które kłamią, przyjaciół, którzy kłamią - tak jak ich
        nauczyliśmy - obiecując umierającym życie, umacniając w nich mniemanie, że
        choroba usprawiedliwia wszelkie pobłażanie dla siebie, a nawet, jeśli nasi
        pracownicy znają swą robotę, powstrzymując wszelką sugestię przywołania
        księdza, by choremu nie zdradzić, jaki jest prawdziwy stan jego zdrowia. A jak
        zgubną jest dla nas ustawiczna pamięć o śmierci, jaką ludziom narzuca wojna.
        Jeden z najlepszych naszych oręży - zadowolenie się doczesnością - staje się
        nieprzydatny. W czasie wojny nikt nie sądzi, że żyć będzie wiecznie.

        Wiem - Scabtree i inni widzieli w wojnach doskonałą okazję do ataków na wiarę,
        sądzę jednak, że to przesada. Nieprzyjaciel bardzo jasno uświadomił swych
        stronników, że cierpienie jest zasadniczym elementem tego, co On sam nazywa
        Odkupieniem, toteż wiara zburzona przez wojnę albo zarazę, w rzeczywistości
        niewarta jest trudu włożonego w jej burzenie. Mam w tej chwili na myśli
        cierpienie długotrwałe, takie jakie przynosi wojna. Naturalnie w samej chwili
        przerażenia, jakiejś bolesnej straty lub fizycznego bólu, gdy rozsądek chwilowo
        nie działa - możesz swym człowiekiem zawładnąć. Przekonałem się jednak, że
        nawet wówczas, jeśli tylko człowiek odwoła się do głównej kwatery
        Nieprzyjaciela, sytuacja jego jest prawie zawsze uratowana.

        Twój kochający stryj
        mr. Heeeeeel
    • mr.hell Re: Mój drogi Krzysiu 24.12.02, 07:53
      zieew... ];O]
      • Gość: Krzys52 Slucham - Mistrzu :O) IP: *.proxy.aol.com 24.12.02, 08:31
        mr.hell napisał:

        > zieew... ];O]
        :::::::
        ..
        To na Gwiazdke. Bo Cie lubie, Maxiu.
        ..
        I zycze Ci Wszystkiego Najlepszego
        ..
        K.P.
        • mr.hell Mój drogi Krzysiu! 26.01.03, 23:59
          Mój drogi Krzysiu

          Przez to dziewczę i jej odrażającą rodzinę pacjent poznaje z każdym dniem coraz
          więcej Chrześcijan, i to niestety Chrześcijan naprawdę inteligentnych. Skutkiem
          tego przez dłuższy czas nie będziemy mogli usunąć z jego życia uduchowienia. Z
          tym musimy się pogodzić; wobec tego jednak trzeba się starać popsuć za wszelką
          cenę to uduchowienie. Bez wątpienia ćwiczyłeś nieraz na piekielnym poligonie
          przekształcanie się w anioła światłości. Obecnie nadeszła najwłaściwsza pora,
          by próbę tę podjąć w obliczu Nieprzyjaciela. Świat i Ciało zawiodły nas;
          pozostaje trzecia Siła. A sukces tego trzeciego rodzaju jest najwspanialszy ze
          wszystkich. Zrujnowany wewnętrznie święty, faryzeusz, inkwizytor lub magik
          dostarcza Piekłu o wiele więcej rozrywki niż pospolity tyran lub rozpustnik.

          Biorąc pod uwagę krąg nowych przyjaciół twego pacjenta, dochodzę do
          przekonania, iż najszczęśliwszym punktem do podjęcia ataku byłyby zagadnienia z
          pogranicza teologii i polityki. Kilku z jego nowych przyjaciół jest bardzo
          czułych na punkcie społecznych konsekwencji religii. Sama w sobie jest to rzecz
          zła, można to wykorzystać jednak na dobre.

          Zwróć uwagę na fakt, że znaczna część pisarzy chrześcijańskich o nastawieniu
          politycznym sądzi, iż chrześcijaństwo już w bardzo wczesnym stadium swego
          rozwoju zaczęło zbaczać z drogi i oddalać się od doktryny swego Założyciela.
          Obecnie nadszedł czas, byśmy tę ideę raz jeszcze spożytkowali jako podnietę do
          ponownego wskrzeszenia koncepcji "historycznego Jezusa", którego należy szukać
          na drodze odrzucenia późniejszych "naleciałości i przekręceń" a następnie
          przeciwstawić całej chrześcijańskiej tradycji. W ostatniej generacji
          forsowaliśmy konstrukcję tezy o "historycznym Jezusie" w duchu liberalnego
          humanitaryzmu; obecnie formujemy nowego "historycznego Jezusa" skonstruowanego
          według idei marksistowskich, katastroficznych i rewolucyjnych. Korzyści z tych
          konstrukcji, które zamierzamy zmieniać mniej więcej co lat trzydzieści, są
          wielorakie. Przede wszystkim kierują one ludzką pobożność ku czemuś, co w
          rzeczywistości nie istnieje, ponieważ każdy "historyczny Jezus" jest
          niehistoryczny. Dokumenty tyczące postaci Jezusa mówią to, co mówią, i nic nie
          można do nich dodać; dlatego każdy nowy "historyczny Jezus" musi z nich być
          wydobyty przez pomniejszenie i przemilczenie w jednym punkcie, a wyolbrzymienie
          w innym i przez ten rodzaj domyślania się (trafnego - to przymiotnik, którego
          uczymy ludzi używać w tym miejscu), za który normalnie nikt nie dałby grosza,
          lecz który wystarcza, aby co roku wyprodukować i rzucić na półki księgarskie
          galerię nowych Napoleonów, Szekspirów i Swiftów.

          Po wtóre, wszelkie tego rodzaju konstrukcje upatrują doniosłość
          posłannictwa "historycznego Jezusa" w jakiejś osobliwej teorii, którą On -
          wedle ich przekonania - miał głosić. Ma On być "wielkim człowiekiem" w
          nowoczesnym tego słowa znaczeniu, przedstawicielem skrajnie ekscentrycznego
          kierunku myślowego, oferującym jakieś panaceum. W ten sposób odwracamy uwagę
          ludzi od tego, kim On w rzeczywistości jest, i od tego, czego dokonał. Najprzód
          czynimy zeń wyłącznie nauczyciela, by następnie zataić całko- witą zgodę między
          Jego nauką a nauczaniem wszystkich innych autorytetów moralnych. Nie możemy
          bowiem nigdy dopuścić do tego, by ludzie zauważyli, że wszelkich wielkich
          moralistów zsyła Nieprzyjaciel nie po to, by ludziom uświadamiali rzeczy nowe,
          lecz by im przypominali i podawali w sposób bardziej zrozumiały pierwotne
          zasady moralne - nudne i oklepane - i by to czynili na przekór nam, którzy je
          ustawicznie zatajamy i spychamy w niepamięć. My produkujemy sofistów, On
          wskrzesza Sokratesa, by im przeciwdziałał.

          Trzecim naszym celem jest zniszczyć przez tego rodzaju konstrukcję zdrową
          pobożność. Realnej obecności Nieprzyjaciela, doświadczanej przez ludzi w
          modlitwie i sakramentach, my przeciwstawiamy tylko jakąś prawdopodobną, daleką,
          mglistą i tajemniczą postać kogoś, kto mówił osobliwym językiem i zmarł dawno
          już temu. Taka postać nie może już być przedmiotem religijnej czci. Zamiast
          Stwórcy wielbionego przez stworzenia mamy tylko lidera obwołanego przez swych
          zwolenników, a wreszcie nieprzeciętny charakter, uznany przez rozsądnego
          historyka.

          Po czwarte wreszcie, tego rodzaju religia, oprócz tego, że jest niehistoryczna
          w tym, co sądzi o Jezusie, jest jeszcze fałszowaniem historii w innym sensie.
          Historyczne studium biografii Jezusa tylko jako biografii nie doprowadziło
          jeszcze do obozu Nieprzyjaciela ani jednego narodu, a z jednostek tylko
          nieliczne. W rzeczywistości materiały historyczne do pełnej biografii Jezusa są
          dla ludzi niedostępne. Najwcześniejsi wyznawcy nawracali się przez jedyny fakt
          historyczny (Zmartwychwstanie) i przez jedyną prawdę teologiczną (Odkupienie),
          skierowaną przeciwko grzechowi, który u nich już wcześniej istniał; grzechowi
          nie przeciwko jakiemuś nowemu nakazowi mody w zakresie kostiumów maskowych,
          wprowadzonemu przez jakiegoś "wielkiego człowieka", lecz przeciwko staremu,
          oklepanemu i powszechnemu prawu moralności, którego ich nauczyły matki i
          niańki. "Ewangelie" zjawiają się później i zostały napisane nie po to, by
          nawracać chrześcijan, lecz by budować dobrym przykładem już nawróconych.

          "Historyczny Jezus" zatem, jakkolwiek mógłby się wydawać w poszczególnym
          wypadku dla nas niebezpieczny, powinien być zawsze przez nas popierany.

          Jeśli chodzi o ogólny związek pomiędzy chrześcijaństwem a polityką, pozycja
          nasza jest bardziej delikatna. Z pewnością nie chcemy, aby chrześcijaństwo
          oddziaływało na życie polityczne ludzkości, ponieważ utworzenie czegoś w
          rodzaju prawdziwie sprawiedliwe. go społeczeństwa byłoby poważną klęską. Z
          drugiej strony trzeba nam, i to bardzo, tak urobić ludzi, by traktowali
          chrześcijaństwo i religię jako środek; najlepiej, oczywiście, jako środek do
          kariery życiowej, lecz jeśli to się nie uda, jako środek do czegokolwiek -
          choćby nawet do osiągnięcia sprawiedliwości społecznej. Cała rzecz polega na
          tym, ażeby najpierw skłonić człowieka, by cenił sprawiedliwość społeczną jako
          sprawę, której domaga się Nieprzyjaciel, następnie zaś doprowadzić jego umysł
          do takiego stanu, w którym zacznie cenić chrześcijaństwo tylko dlatego, że może
          ono wytworzyć społeczną sprawiedliwość. Nieprzyjacielem bowiem i Jego prawdą
          nie można się posłużyć jako środkiem do celu. Ludzie lub narody, które uważają,
          iż można uaktywnić i zdynamizować wiarę po to, by następnie uczynić z niej
          narzędzie do stworzenia wzorowego społeczeństwa, mogliby z równym powodzeniem
          uważać, że drogi do Nieba można by użyć jako krótszej drogi do pobliskiej
          apteki. Na szczęście stosunkowo łatwo udaje się zwabić ludzi w ten ślepy
          zaułek. Dopiero co znalazłem u pewnego chrześcijańskiego pisarza ustęp, w
          którym zaleca on swą własną wersję chrześcijaństwa, twierdząc, iż "jedynie taka
          wiara może przetrwać śmierć starych kultur i narodziny nowych cywilizacji”. Czy
          widzisz tę szczelinę? "Wierz w to nie dlatego, że to jest prawda, lecz dla
          jakiegokolwiek innego powodu." Oto, na czym polega gra.

          Twój kochający
          mr.hell
          • Gość: Krzys52 Mój drogi Maxiu IP: *.proxy.aol.com 27.01.03, 06:15
            Maxiu,
            czy to dla uraczenia mej proznosci tym wlasnie ustepem zdecydowales sie na
            zamieszczenie swego dzisiejszego posta? Nie wypada mi zatem wypierac sie, ze
            sprawiles mi przyjemnosc. Oto ustep ktorym tak precyzyjnie trafiles w moj gust:
            ..
            mr.hell napisał:

            >
            Po czwarte wreszcie, tego rodzaju religia, oprócz tego, że jest niehistoryczna
            w tym, co sądzi o Jezusie, jest jeszcze fałszowaniem historii w innym sensie.
            Historyczne studium biografii Jezusa tylko jako biografii nie doprowadziło
            jeszcze do obozu Nieprzyjaciela ani jednego narodu, a z jednostek tylko
            nieliczne. W rzeczywistości materiały historyczne do pełnej biografii Jezusa są
            dla ludzi niedostępne. Najwcześniejsi wyznawcy nawracali się przez jedyny fakt
            historyczny (Zmartwychwstanie) i przez jedyną prawdę teologiczną (Odkupienie),
            skierowaną przeciwko grzechowi, który u nich już wcześniej istniał; grzechowi
            nie przeciwko jakiemuś nowemu nakazowi mody w zakresie kostiumów maskowych,
            wprowadzonemu przez jakiegoś "wielkiego człowieka", lecz przeciwko staremu,
            oklepanemu i powszechnemu prawu moralności, którego ich nauczyły matki i
            niańki. "Ewangelie" zjawiają się później i zostały napisane nie po to, by
            nawracać chrześcijan, lecz by budować dobrym przykładem już nawróconych.
            ..
            ::::
            Alez oczywiscie, ze chodzilo Ci o skonfrontowanie powyzszego z wymowa mojego
            tekstu pt. "Nieslubne Dziecko Swietego Pawla" (podniosles go przecie w tym
            celu).
            No coz, najwyrazniej takze autor Twojego tekstu jest zdania, iz "materiały
            historyczne do pełnej biografii Jezusa są dla ludzi niedostępne". Z tym
            oczywiscie, ze ja nazywam jednak prawde po imieniu, twierdzac, ze tych
            materialow po prostu nie ma. Z powodow znanych, czyli ahistorycznosci Jezusa,
            czy jak kto woli, wymyslenia tej postaci od poczatku do konca przez tworcow
            religii.
            Stwierdzenie, ze materialy sa dla ludzi niedostepne implikuje (jednak)
            istnienie materialow potwierdzajacych historycznosc Jezusa, ktore z woli sil
            wyzszych, jak sie domyslam, nie sa jednak dostepne dla ludzi. A poniewaz
            zaczynamy wchodzic w swiat basni, wiec spodziewam sie jeszcze niejednego
            podobnego hocus pocus z ktorym, wybacz, doprawdy nie wiem co robic, albowiem
            stoje na solidnym racjonalnym gruncie, na ktorym owe hocus pocus nie poddaja
            sie ludzkiej logice i pozostaja soba - hocus pocus i abra kadabra.
            Cytowana przez Ciebie ksiazke czytam z zainteresowaniem. Nie tylko w celu
            sprawienia przyjemnosci Tobie ale, przyznam, dosc dawno temu odszedlem od
            beletrystyki a chcialbym powspominac sobie "stare dobre czasy" zaczytywania sie
            lekturami pozbawionymi sensu badz z sensem tak postawionym na glowie... ze tez
            bez sensu.
            Nie powiem, czytaloby sie to lekko, latwo i przyjemnie gdyby nie ten cholernie
            krytyczny umysl, ktory nie pozwala na tego rodzaju przyjemnosci. Co i rusz,
            musisz wiedziec, wyrywajac mnie z rozkosznej zadumy zgrzytami swych dzwonkow
            alarmowych. To nie sa lektury dla "hard core" ateistow, sceptykow, cynikow i
            realistow. No moze jakis stoik by sie jeszcze zalapal surprised)
            ....Niemniej jeszcze raz dziekuje za pamiec i polecam sie na przyszlosc, przy
            czym kto wie czy juz jutro nie dodam czegos zabawnego do niniejszej odpowiedzi.
            ..
            Zyczac jeszcze bardziej udanego wedkowania, serdecznie pozdrawiam.
            K.P.
    • mr.hell prawdziwie WARTOSCIOWE meta-SŁOWO! 20.04.03, 18:16
      Mój drogi Krzyśku! ]:8)

      Kiedy pisałem ci, byś nie zapełniał twych listów śmieciami o wojnie, to miałem
      wówczas na myśli, byś sobie oszczędził tych dziecinnych rapsodii o śmierci
      ludzi i zniszczeniu miast. Wymagam natomiast dokład­nych sprawozdań o tych
      wydarzeniach wojennych, które naprawdę wywierają jakiś wpływ na duchowy stan
      twe­go pacjenta. Lecz jeśli chodzi o ten aspekt całej sprawy, wydajesz mi się
      wyjątkowo tępy. Tak więc donosisz mi z radością, że są podstawy ku temu, by
      oczekiwać ciężkich nalotów na miasto, w którym to stworzenie żyje. Toż to
      właśnie jaskrawy przykład tego, na co się już uskarżałem - owej skłonności do
      zapominania o tym, co najważniejsze w trakcie rozkoszowania się ludzkim cier­
      pieniem. Czy nie wiesz, że bomby zabijają ludzi? Albo czy nie zdajesz sobie
      sprawy z tego, że śmierć pacjenta w obecnej chwili jest właśnie tym, czego
      najbardziej chce­my uniknąć? Wymknął się z rąk swym światowym przy­jaciołom, za
      sprawą których próbowałeś go omotać; "za­kochał się" w prawdziwie
      chrześcijańskiej kobiecie i przez pewien czas nie będziesz mógł atakować jego
      czystości, a rozliczne usiłowania, podejmowane z naszej strony dla wypaczenia
      jego życia duchowego, okazały się, jak dotychczas, bezskuteczne. W obecnej
      chwili, kie­dy potężna zawierucha wojenna przybliża się coraz bar­dziej, a jego
      doczesne nadzieje schodzą w jego świado­mości na dalszy plan, gdy myśl jego
      zajęta jest sprawami obrony i niepokojem o narzeczoną, gdy zmuszony jest zająć
      się sąsiadami w większym stopniu, niż to czynił kiedykolwiek przedtem, i lubi
      to bardziej, niż się spodziewał, gdy - jak to ludzie mówią - "wychodzi z sie­
      bie" i gdy z dniem każdym wrasta w świadomą za­leżność od Nieprzyjaciela, prawie
      na pewno będzie dla nas stracony, jeśli zostanie zabity tej nocy. Jest to tak
      oczywiste, że aż mi wstyd o tym pisać. Czasami zastana­wiam się, czy wy młodzi
      szatani nie pozostajecie jedno­razowo zbyt długo na stanowisku kuszenia, czy nie
      grozi wam niebezpieczeństwo zarażenia się uczuciami i war­tościami ludzi, wśród
      których pracujecie. Oni oczywiście skłonni są uważać śmierć za największe zło,
      a przetrwa­nie za największe dobro, lecz ten sposób myślenia podsu­nęliśmy im my
      sami. Nie pozwólmy się więc zarazić naszą własną propagandą. Wiem, że wydaje ci
      się to dzi­wne, iż w chwili obecnej głównym twoim celem ma być dokładnie to
      samo, o co modli się matka pacjenta i jego ukochana - mianowicie jego cielesne
      bezpieczeństwo. Tak jednak rzeczywiście jest; twoim obowiązkiem jest strzec go
      bez przerwy jak źrenicy oka. Jeśli teraz umrze, stracisz go. Jeśli zaś wojnę
      przeżyje, to zawsze jeszcze będziesz miał nadzieję zdobycia go. Nieprzyjaciel
      chronił go przed tobą w czasie pierwszej wielkiej fali pokus. Lecz jeśli tylko
      uda się zachować go przy życiu, czas będzie twoim sprzymierzeńcem. Długie,
      nudne i monotonne la­ta wieku średniego, wypełnione dobrobytem lub naszpi­kowane
      przeciwnościami losu, są doskonałym klimatem do prowadzenia akcji. Zdajesz
      sobie chyba sprawę, jak trudno jest tym ludzkim stworzeniom wytrwać. Znużenie
      przeciwnościami, stopniowe wystyganie młodzieńczych miłości i nadziei, spokojna
      (prawie nie odczuwana jako cierpienie) rozpacz i zwątpienie, czy będzie można
      kie­dykolwiek przezwyciężyć chroniczne pokusy, którymi łamiemy ich raz po raz,
      monotonia i szarzyzna, którą w ich życiu wytworzyliśmy, i niema odraza, którą
      uczy­my ich na to reagować - to wszystko stwarza doskonałą okazję do stopniowego
      wyjałowienia i wyniszczenia ludzkiej duszy. Jeśli przeciwnie, lata średnie
      okażą się pomyślne, nasza pozycja staje się jeszcze mocniejsza. Ży­ciowe sukcesy
      wiążą człowieka mocniej ze światem. Jest głęboko przekonany, że "odnajduje swe
      miejsce", podczas gdy w rzeczywistości świat odnajduje swe miejsce w nim. Jego
      wzrastająca reputacja, poszerzający się stale krąg dobrych znajomych, poczucie
      własnej war­tości, coraz większe pochłonięcie absorbującą przyjemną pracą -
      gruntuje w nim przeświadczenie, że istotnie jest u siebie w domu na tej ziemi,
      a to jest właśnie, czego my pragniemy. Zechciej zwrócić uwagę, iż ludzie młodzi
      na ogół mniej niechętnie odnoszą się do śmierci niż ludzie w średnim wieku lub
      starcy.

      Trzeba przyznać, że Nieprzyjaciel przeznaczywszy dziwnym kaprysem te wierutne
      zwierzęta do życia w Je­go własnym wiecznym świecie, zabezpieczył je dość sku­
      tecznie przed niebezpieczeństwem zadomowienia się gdziekolwiek indziej. I
      właśnie dlatego musimy tak często życzyć długiego życia naszym pacjentom;
      siedemdziesiąt lat to moim zdaniem ani jeden dzień za wiele dla trudnego
      zadania odplątania ich dusz od Nieba i ugrun­towania w nich mocnego przywiązania
      do ziemi. Gdy są młodzi, potrafią często w najbardziej nieodpowiedniej chwili
      zmienić nagle swe postępowanie. Nawet w wypa­dku, gdy wysiłkiem naszym udaje nam
      się utrzymać ich z dala od wyraźnie sprecyzowanej religii, to i wówczas
      nieobliczalne w swych skutkach powiewy fantazji, muzyki i poezji - nieraz jedna
      twarzyczka dziewczęca, śpiew ptaka lub widok horyzontu - potrafią zawsze, jak­by
      za jednym zdmuchnięciem, zniszczyć całą, z trudem przez nas montowaną
      konstrukcję. Nie chcą się przy­kładać zbytnio do robienia majątku i kariery
      życiowej i przestrzegania bezpieczeństwa. Ich apetyt na Niebo jest tak głęboko
      zakorzeniony, że w obecnym stadium najlep­sza metoda przywiązania ich do ziemi
      to sprawić, by uwierzyli, że w jakimś określonym punkcie przyszłości ziemia
      będzie mogła być przekształcona w Niebo - przez sztukę rządzenia,
      eugenikę, "naukę" lub psychologię, lub też przez cokolwiek innego.

      Prawdziwe przywiązanie do świata jest dziełem cza­su, wspomaganego oczywiście
      przez pychę, albowiem uczymy ich, by w okresie późnej starości bardziej niż na
      fakt śmierci zwracali uwagę na związaną z tym Mądrość, Dojrzałość lub
      Doświadczenie. Doświadczenie, w tym szczególnym znaczeniu, jakie mu dzięki nam
      nadają, jest, nawiasem mówiąc, niezwykle pożytecznym słowem.

      Pewien ich wielki filozof omalże nie wydał naszego sekretu, gdy powiedział,
      że „tam, gdzie chodzi o Cnotę, Doświadczenie jest matką złudzeń", lecz dzięki
      zmianie Mody, a także, ma się rozumieć, Historycznemu Punkto­wi Widzenia,
      książkę jego w znacznej mierze unieszkod­liwiliśmy.
      Jak cennym dla nas jest czas, można wnosić z faktu, że Nieprzyjaciel tak mało
      nam go pozostawia. Większość ludzkiego rodzaju umiera w dzieciństwie; z
      pozostałych przy życiu wielu umiera w młodości. Jest oczywiste, że dla Niego
      ludzkie narodziny są ważne głównie ze względu na uzdolnienie do ludzkiej
      śmierci, przy czym śmierć pojmuje On jedynie jako bramę do owego drugiego
      rodzaju życia. Pozwolono nam pracować tylko nad wybraną mniej­szością ludzkiego
      gatunku, ponieważ to, co ludzie nazywają "normalnym życiem ', stanowi raczej
      wyjątek Wido­cznie Nieprzyjaciel chce, aby pewna ilość ludzkich zwierząt, choć
      bardzo ograniczona, mająca zaludnić Nie­bo, legitymowała się doświadczeniem
      opierania się nam na przestrzeni sześćdziesięciu lub siedemdziesięciu lat
      doczesnego życia. No cóż, tyle naszej sposobności. Im jej jest mniej, tym
      lepiej musimy ją wykorzystać. Cokolwiek zrobisz, staraj się za wszelką cenę
      zachować twego pacjenta przy życiu.
      Twój kochający stryj
      mr. ell
    • mr.hell Drogi Krzysiu! 04.07.03, 05:46
      Mój drogi Krzysiu

      Wydaje się, że obecnie niewiele robisz dobrego. Oczywiście nie można nic
      zarzucić wykorzystywaniu "miłości" do odciągania uwagi pacjenta od
      Nieprzyjaciela, lecz sam zdradzasz się, jak lichy z tego robisz użytek, gdy
      mówisz, że cała ta sprawa roztargnień i błądzących myśli stała się obecnie
      jednym z głównych przedmiotów jego modlitw. Znaczy to, że usiłowania twoje
      spełzły w zasadzie na niczym. Gdy takie lub inne roztargnienie wkradnie się do
      jego świadomości, winieneś zachęcać go, by je wyrzucił samą siłą woli i by
      próbował kontynuować normalną modlitwę tak, jak gdyby nic się nie wydarzyło;
      gdy raz uzna to roztargnienie za swój aktualny problem i przedłoży go
      Nieprzyjacielowi oraz uczyni go głównym przedmiotem swych modlitw i wysiłków,
      wówczas twoja działalność nie tylko nie dokonała nic dobrego, ale przyniosła
      nam szkodę. Każda rzecz, nawet grzech, która w ogólnym rozrachunku przybliży go
      do Nieprzyjaciela, na dalszą metę działa przeciwko nam.

      Obiecująca jest następująca linia postępowania. Teraz, gdy jest zakochany,
      zrodziła się w jego umyśle nowa idea ziemskiego szczęścia, a to pociągnęło za
      sobą nowe nasilenie w jego czysto błagalnych modlitwach - modlitwach,
      koncentrujących się wokół tej wojny i innych podobnych spraw. Obecnie jest
      dogodna pora na rozbudzenie intelektualnych trudności w związku z modlitwą tego
      rodzaju. Zawsze należy popierać fałszywe uduchowienie. W oparciu o tę pozornie
      nabożną zasadę, że "prawdziwa modlitwa to oddawanie czci i łączność duchowa z
      Bogiem", często da się podstępem skierować ludzi na drogę rażącego
      nieposłuszeństwa Nieprzyjacielowi, który (w swój jak zwykle prosty, banalny,
      nieciekawy sposób) wyraźnie im nakazał modlić się o chleb powszedni i o powrót
      do zdrowia chorych. Ty, ma się rozumieć, musisz ukryć przed nim ten fakt, że
      modlitwa o chleb powszedni, interpretowana w "znaczeniu duchowym", jest
      dokładnie tak samo prymitywna w swej błagalnej formie, jak w każdym innym
      znaczeniu.

      Ponieważ jednak pacjent twój nabrał okropnego przyzwyczajenia posłuszeństwa,
      będzie przypuszczalnie kontynuował te "prymitywne" modlitwy, niezależnie od
      tego, co zrobisz. Lecz możesz go niepokoić nawiedzającymi go podejrzeniami, że
      praktyka taka jest absurdalna i nie może przynieść żadnych obiektywnych
      rezultatów. Nie omieszkaj posłużyć się argumentacją w stylu: "reszka - ja
      wygrywam, orzeł - ty przegrywasz". Jeśli prośba zawarta w tego rodzaju
      modlitwie nie ziści się, wówczas jest to jeszcze jeden dowód więcej, że tego
      rodzaju modlitwy są nieskuteczne; jeśli się ziści, to będzie mógł, oczywiście,
      znaleźć jakieś fizyczne przyczyny, które do tego doprowadziły i "dlatego byłoby
      się to tak czy inaczej wydarzyło", a w ten sposób modlitwa wysłuchana staje się
      takim samym dowodem jak i nie wysłuchana na to, że modlitwy są nieskuteczne.

      Tobie, jako duchowi, trudno będzie zrozumieć, w jaki sposób dochodzi on do
      takiego pomieszania pojęć. Lecz musisz pamiętać o tym, że bierze on czas za
      niewzruszoną rzeczywistość. Przypuszcza, że Nieprzyjaciel, tak samo jak on,
      widzi niektóre rzeczy jako teraźniejsze, inne pamięta jako przeszłe, a jeszcze
      inne przewiduje jako przyszłe; lub nawet jeśli wierzy, że Nieprzyjaciel nie
      postrzega rzeczy w ten sposób, to jednak, w najgłębszych tajnikach swego serca,
      uważa to za jedną ze szczególnych cech Jego sposobu postrzegania - faktycznie
      nie uważa on (chociaż powiedziałby, że tak), że Nieprzyjaciel widzi rzeczy tak
      jak one istnieją! Gdybyś mu próbował wyjaśnić, że dzisiejsze modlitwy ludzi są
      jednym z niezliczonych czynników, z którymi Nieprzyjaciel harmonizuje pogodę
      dnia jutrzejszego, odpowiedziałby, że wobec tego Nieprzyjaciel zawsze wiedział,
      iż ludzie będą zanosić te modlitwy, a jeśli tak, to nie modlą się z wolnej
      woli, lecz są do takiego postępowania predestynowani. Ponadto dodałby, że można
      by prześledzić wstecz, aż do początku stworzenia samej materii, przyczyny,
      jakie wpłynęły na ukształtowanie się pogody w określonym dniu, tak że cała ta
      sprawa, zarówno po stronie ludzkiej, jak i materialnej bierze swój początek od
      słów "niech się stanie". My oczywiście wiemy, co on powinien by w takiej
      sytuacji powiedzieć: że problem dostosowania konkretnej pogody do konkretnych
      modlitw jest tylko zewnętrznym przejawem (w dwóch punktach ograniczonego czasem
      postrzegania pacjenta) ogólnego problemu dostosowania całego świata duchowego
      do całego świata materialnego; że akt stwórczy w swym całokształcie dokonuje
      się w każdym punkcie czasu i przestrzeni; lub raczej, że swoisty rodzaj
      ludzkiej świadomości zmusza ludzi do oglądania całego, spójnego aktu stwórczego
      jako serii następujących po sobie zdarzeń. Dlaczego ten akt stwórczy pozostawia
      miejsce na ich wolną wolę, jest problemem problemów, sekretem ukrytym za tym
      nonsensem Nieprzyjaciela o "Miłości". Jak to się dzieje, nie jest w ogóle
      żadnym problemem; ponieważ wiedza Nieprzyjaciela płynie nie z faktu, że
      przewiduje to, co ludzie w przyszłości uczynią, lecz Nieprzyjaciel widzi ich
      poczynania w swym bezgranicznym Teraz. A oczywiście widzieć człowieka, jak coś
      czyni, to nie to samo, co skłaniać go, aby to czynił.

      Można by powiedzieć, że niektórzy wścibscy pisarze, a szczególnie Boecjusz,
      ujawnili tę tajemnicę. Lecz w takim klimacie intelektualnym, jaki udało nam się
      wreszcie wytworzyć w całej Zachodniej Europie, nie musisz się o to martwić.
      Tylko uczeni czytają stare księgi, a z uczonymi daliśmy sobie już radę na tyle,
      że ze wszystkich ludzi najmniej możemy się o nich obawiać, aby - czyniąc to -
      nie nabyli mądrości. Dokonaliśmy tego przez wpojenie w ich umysły Historycznego
      Punktu Widzenia. Historyczny Punkt Widzenia, wyłożony w skrócie, oznacza, że
      kiedy uczony spotyka się u dawnego autora z jakimś twierdzeniem, to jedynym
      pytaniem, którego sobie nigdy nie stawia, jest pytanie, czy to jest prawda.
      Zapytuje, kto wywarł wpływ na tego starożytnego pisarza, jak dalece napotkane
      twierdzenie zgodne jest z tym, co napisał w innych swych dziełach, jaką to fazę
      w rozwoju pisarza lub w ogólnej historii myśli ilustruje, jaki to wywarło wpływ
      na późniejszych pisarzy, jak często bywało źle rozumiane (szczególnie przez
      własnych kolegów tegoż uczonego), jaki był ogólny kierunek krytyki owego ujęcia
      w ostatnich dziesięciu latach i jak się przedstawia "obecny stan tego
      zagadnienia". Traktować starożytnego pisarza jako możliwe źródło wiedzy -
      spodziewać się, że to, co powiedział, mogłoby w jakiś sposób zmodyfikować myśli
      lub zachowanie współczesnego człowieka - takie podejście odrzucono by jako
      niezwykle prostackie. A ponieważ nie jesteśmy w stanie ciągle oszukiwać całej
      ludzkości, jest rzeczą niezwykle ważną, aby w ten sposób odcinać każdą
      generację od wszystkich pozostałych; bo tam, gdzie nauka dokonuje swobodnej
      wymiany myśli na przestrzeni stuleci, istnieje zawsze niebezpieczeństwo, że
      charakterystyczne błędy jednego stulecia mogłyby być skorygowane przez
      charakterystyczne prawdy innego. Lecz dzięki naszemu Ojcu i Historycznemu
      Punktowi Widzenia wielcy uczeni czerpią obecnie z przeszłości tak mało
      korzyści, jak najbardziej ignorancki inżynier, który utrzymuje, że "historia to
      koszałki-opałki".
      Twój kochający stryj
      mr.hell
      • Gość: siusiusiusiu Re: Drogi Krzysiusiusiusiusiusiusiusiusiu !! IP: *.acn.waw.pl 05.07.03, 00:14
        A ty pierdoło , nie masz poczty elektronicznej ? Te twoje wypociny skierowane
        bezpośrednio do Kretyna52 nikogo nie interesują . Daruj sobie .

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka