W zeszłym roku minęła setna rocznica urodzin Fryderyka von Hayeka. Jego wkład
w myśl wieku dwudziestego był znaczny, a poczesne miejsce zajmuje w nim
ciągła i niezmordowana walka z większością znaczeń, które przypisuje się
pojęciu "sprawiedliwości społecznej”. Nie znam pisarza, czy to religijnego,
czy politycznego, który wprost odpowiedziałby na Hayekową krytykę. Jeżeli
więc w naszych czasach chcemy zrozumieć sprawiedliwość społeczną, to
najlepiej będzie rozpocząć właśnie od Hayeka, który we własnym życiu
umysłowym był przykładem tej samej cnoty, z której zniekształceniami walczył.
"Sprawiedliwość społeczna" to pojęcie kłopotliwe. Pierwszym kłopotem jest
samo jego znaczenie. Hayek wskazuje całe tomy i traktaty poświęcone
sprawiedliwości społecznej, nie zawierające nawet definicji tego pojęcia. Na
tym polu wolno pływać tak, jakby każdy rozpoznawał sprawiedliwość społeczną
na pierwszy rzut oka. Ta mętność wydaje się być niezbędna. Kiedy tylko ktoś
próbuje pokusić się o definicję, popada w trudności intelektualne. Staje się
ona terminem, którego operacyjne znaczenie to: "przeciwko temu a temu
potrzebna jest ustawa”. Innymi słowy, staje się ono narzędziem ideologicznego
zastraszenia w celu zdobycia możliwości wywierania przymusu prawnego.
Hayek wskazuje inny jeszcze defekt dwudziestowiecznych teorii sprawiedliwości
społecznej. Większość pisarzy stwierdza, że używają jej, by opisać cnotę
(według nich cnotę moralną). Mimo to większość terminów, jakimi starają się
ją opisać, odnosi się do bezosobowego stanu rzeczy. "Wysokie
bezrobocie”, "nierówność dochodów” czy "brak godnej zapłaty za pracę” - oto
najczęstsze przykłady "niesprawiedliwości społecznej”. Hayek dociera do sedna
sprawy i zapytuje, czy sprawiedliwość społeczna jest cnotą, czy nie. Jeśli
jest, to można ją przypisać jedynie zamierzonym czynom osób. Większość
posługujących się tym terminem przypisuje ją jednak nie jednostkom, lecz
systemom społecznym. Używają "sprawiedliwości społecznej”, by opisać rządzącą
tymi systemami zasadę – i znów: koncentrują się nie na cnocie, lecz na władzy.
Termin "sprawiedliwość społeczna” został po raz pierwszy użyty przez
sycylijskiego księdza nazwiskiem Ludwik Taparelli d'Azeglio. Nadał mu rozgłos
Antoni Rosmini-Serbati w dziele "La Costituzione Civile Secondo la Giustizia
Soziale” ("Ustrój obywatelski według sprawiedliwości społecznej”

w roku
1848. Trzynaście lat później w dziele "Utylitaryzm” Jan Stuart Mill nadał
antropomorficznemu podejściu do spraw społecznych status niemal kanoniczny
wśród nowoczesnych myślicieli:
"Społeczeństwo winno jednakowo traktować tych, którzy jednakowo na to
zasługują, to jest zasługują w kategoriach bezwzględnych. To najwyższy
abstrakcyjny standard sprawiedliwości społecznej i rozdzielczej, do którego
winny zmierzać wszystkie instytucje i wysiłki wszystkich cnotliwych obywateli
(podkr. M. N.).
Mill wyobraża sobie, że społeczeństwa mogą być cnotliwe w tym samym sensie co
jednostki. Być może w wysoce spersonalizowanych społeczeństwach dawnego typu
miało to jakiś sens - na przykład pod władzą królów, tyranów czy wodzów,
gdzie jedna osoba podejmowała wszystkie ważne społecznie decyzje. Ciekawe
jednak, że popyt na termin "sprawiedliwość społeczna” nie pojawił się aż do
czasów najnowszych, kiedy bardziej złożone społeczeństwa zaczęły działać
według bezosobowych zasad stosowanych jednakowo wobec każdego, w
ramach "rządów prawa”.
Narodziny pojęcia sprawiedliwości społecznej zbiegły się z dwoma innymi
przesunięciami w ludzkiej świadomości: "śmiercią Boga” i pojawieniem się
ideału gospodarki nakazowej. Gdy Bóg "umarł”, ludzie zaczęli ufać pysznemu
rozumowi i jego ambicji, by porwać się na to, czego nawet Bóg nie zechciał
uczynić: skonstruować sprawiedliwy porządek społeczny. Ubóstwienie rozumu
znalazło logiczne rozwinięcie w gospodarce nakazowej. Rozum (czyli nauka)
miał rozkazywać, a ludzkość miała być mu posłuszna. "Śmierć Boga” i
jednoczesny wzrost znaczenia nauki i gospodarki nakazowej wydały z
siebie "socjalizm naukowy". Tam, gdzie rządziłby rozum, rządziliby
intelektualiści (Tak przynajmniej sądzili niektórzy. W rzeczywistości
rządziliby żądni władzy).
Z tego rozumowania wynika, że ze "sprawiedliwości społecznej" w sposób
naturalny wynika gospodarka nakazowa, w której jednostkom mówi się, co mają
robić, tak by zawsze było możliwe określenie, kto za co odpowiada. Takie
podejście zakłada, że ludzie są kierowani raczej wskazówkami zewnętrznymi niż
zinternalizowanymi, osobistymi zasadami prawego postępowania. Dalszym
wnioskiem jest, że nikt nie powinien być odpowiedzialnym za swoją względną
pozycję społeczną. Takie stwierdzenie byłoby "obwinianiem ofiary”.
Funkcją "sprawiedliwości społecznej” jest zaś obwinianie kogoś innego,
systemu, wszystkich mitycznych "onych". Jak to ujął Leszek Kołakowski w swej
autorytatywnej historii komunizmu, fundamentalny paradygmat ideologii
komunistycznej ma gwarancję szerokiej popularności: cierpisz - twoje
cierpienia spowodowane są przez potężnych innych - ci ciemięzcy muszą zostać
zniszczeni. Musimy zrzucić na kogoś odpowiedzialność, zauważa Hayek, nawet
jeśli wiemy, że taki protest byłby absurdalny.
Nie mylimy się, stwierdza Hayek, gdy zauważamy, że skutki jednostkowych
wyborów i otwartych procesów wolnego społeczeństwa nie są dystrybuowane
zgodnie z jakąś rozpoznawalną zasadą sprawiedliwości. Zasłużonych spotyka
często nieszczęście, źli prosperują, dobre pomysły nie wypalają, a ci co za
nimi stali, niezależnie od tego jak szlachetna była ich wizja, tracą ostatnią
koszulę. Lecz system, który ceni zarówno metodę prób i błędów, jak i wolny
wybór, w żaden sposób nie może z góry zagwarantować wyniku. Co więcej, żadna
jednostka (a z pewnością żadne politbiuro, komisja parlamentarna czy partia
polityczna) nie może stworzyć systemu, który traktowałby każdego według jego
zasług czy choćby potrzeb. Nikt nie ma wystarczającej wiedzy, by poznać
wszystkie osobiste szczegóły, a - jak napisał Kant - żadna ogólna zasada nie
jest wystarczająco szczegółowa, by je wszystkie uchwycić.
Hayek dokonał jednak ostrego rozróżnienia pomiędzy tymi aktami
niesprawiedliwości, które biorą się ze złamania ustalonych zasad słuszności,
a tymi, które są nieprzewidzianymi przez kogokolwiek konsekwencjami systemu.
Pierwszy rodzaj niesprawiedliwości godzien jest surowej krytyki. Nikt nie
może łamać zasad, gdyż wolność nakłada wysoką odpowiedzialność moralną.
Niesprawiedliwość drugiego rodzaju, o ile nie była przez sprawcę zamierzona,
nie była dla Hayeka zagadnieniem moralnym, lecz nieuniknioną cechą wszystkich
społeczeństw i samej natury. Szufladkowanie niepożądanych zjawisk pod
hasłem "niesprawiedliwość społeczna" powoduje w konsekwencji atak na wolne
społeczeństwo w celu przekształcenia go na społeczeństwo nakazowe. Hayek
zdecydowanie sprzeciwiał się takim praktykom, a wystarczające
usprawiedliwienie dla niego stanowi choćby zapis historycznych dokonań
sterowanej gospodarki nazistowskiej i komunistycznej.
Hayek zauważył, że gdy pod koniec XIX w., kiedy termin "sprawiedliwość
społeczna” wszedł na salony, z początku stosowano go jako apel do klas
rządzących, by zaspokoiły potrzeby mas wykorzenionych chłopów, którzy stali
się miejskimi robotnikami. Temu akurat się nie sprzeciwiał. Miał natomiast
obiekcje wobec nieostrożnego myślenia. Nieostrożni myśliciele zapominają, że
sprawiedliwość jest z definicji społeczna. Taka beztroska staje się
destruktywna, gdy termin "społeczny” przestaje opisywać efekt cnotliwych
zachowań licznych jednostek, a staje się utopijnym celem, do którego winny
zmierzać wszystkie instytucje i jednostki i to pod przymusem. W tym
przypadku "społeczny” w "sprawiedliwości społe