Dodaj do ulubionych

O ue bez mitów...

IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.11.02, 19:55
Brukselscy biurokraci prowadzą wobec nas politykę, która może tylko lawinowo
powiększyć obszary nędzy w Polsce i spowodować wybuch gwałtownych konfliktów
społecznych.

Wbrew bajecznym opowiastkom o rzekomym szybkim znaczącym wzroście stopy
życiowej w Polsce po wejściu do Unii Europejskiej liczyć się można z
nieuniknionym znaczącym wzrostem kosztów utrzymania od razu w pierwszych
latach po przystąpieniu do UE. Oto ważniejsze przykłady obciążeń, które
spadną na Polaków w pierwszych latach po wejściu do UE (cytuję za
wyliczeniem "Co jeszcze nas czeka", "Gazeta Wyborcza" z 8 marca 2002 r.):
- podwyżka z 3 do 7 proc. stawki VAT na produkty rolne - owoce, warzywa,
zboża, tuczniki, bydło itp.;
- podwyżka z 3 do 7 proc. stawki VAT na środki do produkcji rolnej - nawozy,
pasze, maszyny rolnicze itp.;
- podwyżka z 7 do 22 proc. stawki VAT na zabawki, łyżwy i narty dziecięce;
- podwyżka z 7 do 22 proc. stawki VAT na niektóre artykuły medyczne -
okulary, strzykawki, opatrunki;
- wprowadzenie 22-procentowej stawki VAT na usługi pogrzebowe;
- wprowadzenie 22-procentowej stawki VAT na posiłki wydawane w stołówkach
zakładowych.
Marek Rawecki w bardzo interesującej, udokumentowanej pracy "Unia na piasku
czy na skale?", wydanej w marcu 2002 r. jako materiał powielany w Gliwicach,
dodawał do podanych wyżej wyliczeń jeszcze takie koszty "dostosowywania" do
UE, jak:
- 7 proc. podatku przy sprzedaży mieszkań przez developerów;
- 22-procentowy VAT od sprzedaży ciągników i maszyn rolniczych oraz sprzętu
przeciwpożarowego;
- 22-procentowy VAT na wyroby rękodzieła ludowego i artystycznego;
- 7-procentowy VAT (po 5 latach 22-procentowy) na usługi gastronomiczne.
Komentując te podwyżki, Rawecki (op.cit. s. 17) stwierdzał: "(...) podwyżki
uderzają przede wszystkim w tych najbiedniejszych i bezbronnych, w dzieci i
ich rodziców, w rolników wraz z rodzinami, w młodych - bo szukają mieszkań, i
w starych, bo częściej chorują".
Warto przypomnieć, co pisał w kontekście zapowiadanych tu podwyżek po wejściu
do UE publicysta "Nowego Państwa" (z 31 grudnia 1999 r.) Włodzimierz
Jurasz: "Dla zrównoważenia lęków wywoływanych wspomnianymi nieuchronnymi
podwyżkami cen, mówi się sporo o wzroście płac, operując przykładami
wysokości zarobków w krajach należących do Unii. Ten wzrost jest tylko
pobożnym życzeniem. Niewątpliwie płace mają szansę się zwiększyć, ale tylko w
dziedzinach objętych centralną regulacją, czyli przede wszystkim - jak zwykle
u nas bywa - w biurokracji oraz zdominowanych przez silne związki zawodowe
zakładach państwowych. Oczywiście Unia może zażądać od nas na przykład
wzrostu tak zwanej gwarantowanej płacy minimalnej, należy jednak pamiętać, że
wzrost płac nie znajdujący pokrycia w wynikach ekonomicznych przedsiębiorstw
może znacząco pogorszyć ich sytuację ekonomiczną, a w skrajnych przypadkach -
doprowadzić nawet do bankructw".
Szczególnie poważne konsekwencje dla milionów Polaków mogą przynieść naciski
UE, aby wprowadzić w Polsce 22-procentowy podatek VAT na materiały i roboty
budowlane. Zobowiązał się do takiego ustępstwa wobec UE i ciągle upierał się
przy nim także rząd Millera, mimo oprotestowywania tak wysokiego VAT-u nawet
przez licznych posłów SLD-owskich. Wprowadzenie 22-procentowego VAT-u na
materiały budowlane grozi całkowitą katastrofą i tak ledwo zipiącego
budownictwa. I to w sytuacji, gdy Polska ze wskaźnikiem 300 mieszkań na 1
tys. mieszkańców znajduje się na jednym z ostatnich miejsc w Europie. Niemal
wszystkie ankietowane w tej sprawie firmy budowlane (97 proc.) twierdzą, że
stawka 22-procentowa jest za wysoka (por. M. Wielgo "Eurosceptycy
górą", "Gazeta Wyborcza" z 4 czerwca 2002 r.). Narzucanie Polsce tak wysokiej
stawki VAT jest tym bardziej skandaliczne w sytuacji, gdy "UE nie wymaga od
swych członków ujednolicenia stawek VAT na budownictwo i wiele krajów UE
stosuje obniżone stawki, a Brytyjczycy - zerową" (wg J. Pawlickiego "Cud w
VAT: 22 czyli 7", "Gazeta Wyborcza" z 8 marca 2002 r.).

Coraz więcej autorów polskich i zagranicznych ostrzega przed groźbą
pogorszenia się sytuacji materialnej Polaków bezpośrednio po wejściu do Unii
Europejskiej.
Skrajnym euroentuzjastom poleciłbym odrobinę refleksji nad takimi oto
przewidywaniami dr. Hugona Dicke'a, kierownika programu badawczego
dotyczącego integracji europejskiej w Instytucie Gospodarki Światowej w
Kilonii na temat tego, co będzie dziać się w Polsce po wstąpieniu do
Unii: "Wystąpiłby potężny wzrost cen żywności - to jest pewne. (...) Polscy
konsumenci zmuszeni by zostali do ograniczenia spożycia mięsa, mleka i
relatywnie droższych produktów... Zmniejszyłyby się wydatki na samochody i
inne dobra trwałego użytku, ucierpiałby też zbyt produktów przemysłowych i
produktów żywnościowych o wyższym stopniu przetworzenia. (...) Bodźce do
wzrostu produkcji rolniczej będą jednak również prowadzić do wzrostu jej
kosztów (...). Tak że w końcu - w dłuższej perspektywie - zyskają właściciele
ziemi, a nie ci, którzy ją uprawiają. Rozstrzygające jest, że straty, które
poniosą konsumenci, będą większe od zysków i korzyści. Ogólne saldo będzie
negatywne" (cyt. za P. Skórzyński "Podwójna rocznica", "Arcana", nr 3 z 2002
r., s. 45).
Znany polski naukowiec prof. Julian Auleytner, autor książki "Polityka
społeczna, czyli ujarzmienie chaosu socjalnego", tak stwierdzał na
łamach "Przeglądu Tygodniowego" (nr 45 z 2002 r.), dodatku
do "Trybuny": "Pewne jest jedno: nasze przystąpienie do 'Piętnastki' na pewno
nie rozwiąże automatycznie naszych problemów socjalnych, bezdomności czy
licznych patologii. Proste rozszerzenie Unii musi się bowiem wiązać ze
wzrostem dotychczasowych nierówności już na starcie. Pamiętajmy, że Europa
nigdy nie realizowała ponadnarodowego programu walki z ubóstwem (...)".
Maciej Cieślicki, doktor nauk ekonomicznych na Uniwersytecie Szczecińskim,
szczególnie mocno ostrzega przed groźbą gwatemalizacji Polski. Oto jak
Cieślicki wyjaśnia istotę tego zagrożenia: "W Gwatemali zamieszkałej w
połowie przez Indian aż 90 proc. gruntów i kapitałów posiada kilku bogaczy z
Niemiec, Ameryki i Izraela. Gwatemalczycy są niewolnikami we własnym kraju"
(M. Cieślicki "Nadzieje i obawy", "Życie" z 12 listopada 2002 r.).

Lata ciągłych ustępstw polskich wobec UE zrobiły swoje. Bruksela przyjęła
wobec Polski politykę dyktatu i nie zamierza od niej odchodzić nawet na
milimetr. Nader fałszywe są więc wszelkie zapewnienia SLD-owskich polityków i
negocjatorów, jak to swoimi "herkulesowymi" zabiegami doprowadzą do poprawy
warunków, na jakich Polska wejdzie do UE. Prawdziwym zimnym prysznicem pod
tym względem okazał się artykuł bardzo dobrze poinformowanej polskiej
korespondentki z Brukseli Katarzyny Szymańskiej-Borgignon "Walka zręcznie
pozorowana" ("Newsweek" z 17 listopada 2002 r.). Zdaniem Szymańskiej-
Borgignon: "Politycy koalicji rządzącej mogą mówić, co chcą, ale warunków
naszego wejścia do Unii Europejskiej już się nie da poprawić (...). -
Praktycznie o wszystkim już zadecydowano, a obecne negocjacje z kandydatami
mają tylko dać wam złudzenie, że jednak wywalczycie więcej - mówi bez ogródek
jeden z unijnych dyplomatów.
W ubiegłym tygodniu politycy i komentatorzy zapowiadali rozpoczynającą się
końcową fazę negocjacji członkowskich jako 'ostatnią szansę' poprawienia
warunków, na jakich wejdziemy do Unii. W Brukseli jednak nikt nie ma złudzeń,
że na zmiany ustaleń jest już za późno. Premier przewodniczącej UE Danii
Anders Fogh Rasmussen ujmuje to dyplomatycznie: 'Margines do negocjacji jest
niewielki'.
Scenariusz 'negocjacji ostatniej szansy' jest już niemal ustalony. Najpierw
nasi negocjatorzy będą popisywać się nieustępliwością i troską o interes
kraju. Potem nagle zostanie ogłoszone korzystne dla Polski, ale drobne
ustępstwo Unii. Wtedy negocjatorzy obwieszczą światu, że oto
wykorzystali 'ostatnią szansę' jeszcze przed gr
Obserwuj wątek
    • Gość: +++Ignorant Re: O ue bez mitów... IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.11.02, 19:59
      Scenariusz 'negocjacji ostatniej szansy' jest już niemal ustalony. Najpierw
      nasi negocjatorzy będą popisywać się nieustępliwością i troską o interes kraju.
      Potem nagle zostanie ogłoszone korzystne dla Polski, ale drobne ustępstwo Unii.
      Wtedy negocjatorzy obwieszczą światu, że oto wykorzystali 'ostatnią szansę'
      jeszcze przed grudniowym szczytem Unii w Kopenhadze. W rzeczywistości jednak
      całe to zamieszanie służyć będzie jedynie za złoty papierek, w który i nasi, i
      zachodni politycy opakują gorzką pigułę prawdy".
      Jedyne, co pozostaje w takiej sytuacji, to zgodnie z interesem narodowym
      odrzucić brukselską politykę dyktatu. Za takim właśnie podejściem opowiadają
      się kompetentni badacze uczciwie analizujący degradujące nas warunki narzucone
      przez Brukselę. Na przykład: dyrektor Ośrodka Studiów Europejskich Uniwersytetu
      Śląskiego Jędrzej Krakowski pisał na łamach "Rzeczpospolitej" z 22 maja 2002
      r., że nie można się zgodzić "na dyskryminujące nas warunki członkostwa w Unii,
      które zamiast sprzyjać naszemu rozwojowi, będą przyczyną rosnących napięć
      społecznych, bezrobocia i wykluczenia".
      Zdaniem dyrektora J. Krakowskiego: "Nasze stanowisko musi być jasne. Nie
      zaaprobujemy warunków, które są sprzeczne z fundamentalnymi zasadami
      dotychczasowej integracji wspólnot europejskich. Wtedy politycy w krajach '15'
      będą musieli przemyśleć wszystkie negatywne konsekwencje dalszego utrzymania
      podziału Europy dla ich państw i społeczeństw".
      Podobną opinię zaczyna wyrażać coraz większa liczba realistycznie myślących
      polityków, w tym do niedawna zdecydowanie prounijni przywódcy PiS-u na czele z
      Jarosławem Kaczyńskim. Tylko jak nakłonić do takiej decyzji tak kapitulanckich
      wobec UE polityków SLD na czele z Leszkiem Millerem, którzy nawet przetrwanie
      swych rządów uzależnili od sukcesu w jak najszybszym wejściu do Unii.

      Są autorzy, którzy uważają, że wejście Polski do UE to nadal "znakomity
      interes" dla Unii. Tak uważa np. dr Marek Cieślicki z Uniwersytetu
      Szczecińskiego, który pisał na łamach "Życia" z 12 listopada 2002 r. o
      korzyściach, jakie odniesie UE z przystąpienia Polski: "Korzyść, to
      nieograniczony dostęp do rynku polskiego dla subwencjonowanych produktów państw
      członkowskich, liberalizacja wszystkich płaszczyzn życia społecznego,
      powodująca upadek podstawowych wartości i autorytetów, co prawdopodobnie
      umożliwi uzależnienie Polaków od Brukseli, duża podaż pracowników, gotowych
      pracować za płacę podstawową (np. hipermarkety), nieograniczony dostęp do
      ziemi, korzyści polityczne wynikające z podporządkowania rządu krajowego
      Brukseli, większa możliwość spekulacji finansowych.
      Tym, co potęguje wątpliwości Polaków, jest brak podstaw prawnych
      umożliwiających zrezygnowanie z członkostwa w UE. Dopłaty i subwencje unijne są
      niczym w porównaniu ze skalą wymiernych korzyści dla przedsiębiorstw,
      instytucji i rządów Wspólnoty. Co w takim razie ma do zyskania Polska?".
      Muszę polemizować z tym wyliczeniem dr. Cieślickiego. Dużą część wspomnianych
      korzyści, jak choćby "nieograniczony dostęp do rynku polskiego", UE już i tak
      faktycznie posiada. Pisali o tym liczni autorzy, jak choćby M. Kaduczok na
      łamach "Życia", prof. Bożyk w lewicowym "Przeglądzie" etc., etc. Największe
      konkretne korzyści z wejścia Polski do Unii Europejskiej mogą odnieść Niemcy.
      Wejście Polski do UE może pozwolić im na natychmiastowe skorzystanie z ram
      prawnych wewnątrz Unii dla przyspieszonych działań zmierzających do odebrania
      dawnej niemieckiej własności prywatnej na polskich ziemiach zachodnich.
      Pracujący od dziesięcioleci w Polsce korespondent prasy francuskiej Bernard
      Margueritte ostrzegał na łamach "Tygodnika Solidarność" z lipca 2002 r.: "Od
      dawna wiadomo, że Niemcy są zainteresowane członkostwem Polski również dlatego,
      że stworzy to możliwość (dzięki swobodnym przepływom ludzi i kapitałów) powrotu
      rodzin 'wypędzonych' i kapitału niemieckiego na tereny Śląska i Pomorza. Co w
      tym dziwnego? Domaganie się unieważnienia aktów prawnych, które doprowadziły do
      przesiedlenia Niemców, ma 'tylko' jeden aspekt dodatkowy: byle własności
      niemieckie byłyby Niemcom zwrócone, a nie musiałyby być odkupione. Należało w
      propagandzie polskiej dostrzec ten problem i debatować, zamiast serwować
      uspokajające banialuki. Poza tym według prawa unijnego cudzoziemcy mają bierne
      i czynne prawo wyborcze. Czy perspektywa przyszłego niemieckiego prezydenta
      Opola czy Wrocławia, jak za 'dobrych czasów', stanowi czy nie problem dla
      Polaków? Należy o tym mówić i to teraz" (B. Margueritte "Bez marzeń
      ponownie!", "Tygodnik Solidarność", 12 lipca 2002 r.).
      W przeciwieństwie do jakże wielu polskich czy tylko polskojęzycznych
      euroentuzjastów nasz francuski przyjaciel Margueritte od dawna ostrzegał przed
      niemieckimi roszczeniami do zachodnich ziem Polski. W "Tygodniku Solidarność" z
      31 lipca 1998 r. pisał: "Całkiem śmieszne jest zdumienie i oburzenie ludzi,
      którzy 'odkrywają', iż po integracji Niemcy będą chcieli kupić ziemi i firmy na
      Śląsku, Pomorzu. A dlaczego związki przesiedleńców w Niemczech są od początku
      najgorętszymi zwolennikami wejścia Polski do UE? Można się tylko dziwić, że
      bezczelnie żądają 'zwrotu' posiadłości, a nie tylko możliwości wykupu. Czy nie
      należało dawno omawiać publicznie tego tematu?".
      Zagrożenia te dostrzegane są przez coraz większą część polskich autorów. Tomasz
      J. Kaźmierski stwierdził w referacie wygłoszonym na X Kongresie Mut zur Ethik w
      Feldkirch w Austrii 1 września 2002 r., że: "(...) wysuwane wobec Polski i
      Republiki Czeskiej niemieckie żądania rewizji granic oraz zwrotu własności
      muszą być brane z jak największą powagą. Jarosław Kaczyński przyznał ostatnio w
      jednym z wywiadów, że status własności ziemi w zachodniej Polsce nie został
      uznany w UE. Obawia się, że kiedy Polska połączy się z UE, sądy UE mogą być
      użyte w celu egzekwowania niemieckich żądań zwrotu mienia wobec polskich
      obywateli i państwa polskiego" (cyt. za "Naszą Polską" z 22 października 2002
      r.).
      Były senator RP Józef Frączek pisał na łamach "Nowej Myśli Polskiej" z 2
      czerwca 2002 r., iż: "(...) należy również mieć na uwadze fakt, że znaczna
      część terytorium RP leży na ziemiach, co do których naród niemiecki rości sobie
      pretensje. Jeśli uważnie wsłuchamy się w głosy płynące od naszych sąsiadów zza
      Odry, to wyraźnie słyszymy dyskusje o prawach Niemców w Polsce. Natomiast
      debata o wspólnym europejskim domu tak jakby nie istniała w tamtych
      środowiskach".

      Szczególnie doniosłe ostrzeżenia przed próbami bagatelizowania zagrożeń ze
      strony Niemiec po wejściu Polski do Unii Europejskiej można było
      niejednokrotnie znaleźć w tekstach jednego z najwybitniejszych współczesnych
      uczonych polskich, czołowego specjalisty od zarządzania, prof. Witolda Kieżuna.
      Profesor Kieżun przez parę dziesięcioleci pracował na uczelniach amerykańskich
      i kanadyjskich, był ekspertem ONZ, dyrektorem ONZ-owskiego projektu, jest
      członkiem rzeczywistym Światowej Akademii Zarządzania.
      Szczególnie dramatycznie zabrzmiały ostrzeżenia profesora Kieżuna w wywiadzie
      pt. "Miliardowy interes", udzielonym "Głosowi Pomorza" z 24-25 maja 2002 r. W
      tym wywiadzie profesor Kieżun stanowczo przestrzegał przed groźbami
      rewindykacji własności poniemieckiej na polskich ziemiach zachodnich po wejściu
      Polski do Unii Europejskiej. Przypominając, że kwestia własności niemieckiej na
      polskich ziemiach zachodnich pozostaje nieuregulowana, prof. Kieżun
      powiedział: "(...) Traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy zawarty
      w czerwcu 1991 roku między Rzeczpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec
      nie dotykał w ogóle zagadnień majątkowych. Co gorsza, dołączony został do niego
      list ministra spraw zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego do niemieckiego
      ministra spraw zagranicznych, w którym expressis verbis pisze on, że traktat
      nie dotyczył spraw majątkowych (...)" (por. "Miliardowy interes". Rozmo
      • Gość: +++Ignorant Re: O ue bez mitów... IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.11.02, 20:03
        . Przypominając, że kwestia własności niemieckiej na polskich ziemiach
        zachodnich pozostaje nieuregulowana, prof. Kieżun powiedział: "(...) Traktat o
        dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy zawarty w czerwcu 1991 roku między
        Rzeczpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec nie dotykał w ogóle
        zagadnień majątkowych. Co gorsza, dołączony został do niego list ministra spraw
        zagranicznych Krzysztofa Skubiszewskiego do niemieckiego ministra spraw
        zagranicznych, w którym expressis verbis pisze on, że traktat nie dotyczył
        spraw majątkowych (...)" (por. "Miliardowy interes". Rozmowa J. Przybylskiego z
        prof. W. Kieżunem, "Głos Pomorza", 24-25 maja 2002 r.).
        Profesor Kieżun mówił w swoim wywiadzie o bardzo agresywnych oświadczeniach
        niemieckiego Związku Wypędzonych, kierowanego przez Erikę Steinbach, żądającego
        przyznania przesiedleńcom prawa własności na ziemiach polskich (z ich żądaniami
        liczą się wszystkie partie niemieckie). Nawiązując do uwagi, że traktat
        poczdamski mówił o przesiedleniu ludności niemieckiej, prof. Kieżun
        przypomniał, że traktat ten "nie zakładał przejęcia mienia, tylko oddanie ziem
        pod polski zarząd. Ostateczne uregulowanie kwestii własności było odniesione do
        traktatu pokojowego, który nie nastąpił. Praktycznie aktualną podstawą prawną
        naszej zachodniej granicy jest wspomniana umowa o przyjaźni polsko-niemieckiej
        z 1991 roku. (...) W ciągu ostatnich dziesięciu lat Niemcy masowo domagali się
        odpisów aktów hipotecznych. Bardzo dużo 'wypędzonych' zabrało je ze sobą,
        opuszczając Polskę. W 1998 roku przeprowadzono akcję składania wniosków do
        polskiego rządu o zwrot majątku byłym właścicielom. Do moich znajomych na
        ziemiach zachodnich przyjeżdżali Niemcy, oglądali swoje dawne posiadłości,
        cieszyli się, że ich domy są zadbane..." (tamże).
        Profesor Kieżun ostrzegał też, że siła rewindykacji niemieckich może się
        ogromnie wzmóc w nowej sytuacji po wejściu Polski do Unii Europejskiej,
        stwierdzając: "Stale zapominamy o jednogłośnej uchwale Bundestagu z 29 maja
        1998 roku. Mówi ona konkretnie, że 'perspektywa przystąpienia Polski do
        Wspólnoty Europejskiej powinna pozwolić na uregulowanie problemów, dla których
        dzisiaj nie można jeszcze znaleźć zadowalających rozwiązań. To odnosi się
        zwłaszcza do możliwości osiedlania się w Polsce niemieckich obywateli, łącznie
        z tymi, którzy musieli opuścić swe strony ojczyste'.
        Uchwała ma charakter rewindykacyjny. Stwierdzono w niej, że akt wypędzenia
        Niemców z ich terenów wschodnich był wielką niesprawiedliwością i jest
        sprzeczny z prawem międzynarodowym. Polski Sejm zareagował uchwałą, w której
        kategorycznie zaprotestował przeciw uchwale Bundestagu, ale fakt jest faktem.
        Poza tym ostatnie znane mi oficjalne stanowisko w tej sprawie to oświadczenie
        niemieckiego ministra spraw zagranicznych Kinkiela z 1995 roku, że 'Rząd
        Federalny nigdy nie uzna wywłaszczenia niemieckiego na podstawie polskich ustaw
        i traktuje ten problem jako nadal nierozwiązany'. Do chwili obecnej nie
        słyszałem żadnego oświadczenia rządu niemieckiego anulującego tamto
        stwierdzenie. Dlatego jestem przekonany, że po wejściu Polski do Unii Niemcy
        skierują wiele skarg do Trybunału w Strasburgu. Mając dokument hipoteczny
        nieruchomości, mogą zapytać, jakim prawem została ona zawłaszczona przez rząd
        polski, który przekazał ją później prywatnej osobie. (...) W europejskim
        ustawodawstwie od bardzo dawna obowiązuje generalna zasada, że zajęcie
        terytorium przez inne państwa nie oznacza wywłaszczenia własności prywatnej. Po
        sporach między Serbią a Chorwacją na Bałkanach orzeczenia poszły właśnie w
        kierunku wypłaty odszkodowań prywatnym właścicielom. Wprawdzie niemiecka
        własność prywatna uległa w Polsce zawłaszczeniu za przyzwoleniem aliantów, ale
        na podstawie bierutowskich aktów prawnych. Obawiam się, że może się okazać, iż
        ustawodawstwo europejskie stanie na stanowisku konieczności wypłaty odszkodowań
        niemieckim właścicielom ziem zachodnich (...)".
        Aby uniknąć realizacji tak negatywnego dla Polski scenariusza wydarzeń,
        profesor Kieżun sugeruje, aby żądano stanowczego wyeliminowania żądań
        niemieckich w sprawie odszkodowań poprzez jednoznaczne zaakcentowanie, że
        Polska przejęła własność poniemiecką jako rekompensatę za dokonane przez Niemcy
        zniszczenia wojenne. W wywiadzie dla "Głosu Pomorza" prof. Kieżun stwierdził w
        tym kontekście: "Polska przed wstąpieniem do Unii powinna domagać się
        anulowania przez rząd niemiecki oświadczenia z 1995 roku i wydania nowego: że
        rząd federalny uznaje wywłaszczenie na podstawie polskich ustaw. Również w
        umowie akcesyjnej z Unią Europejską powinien znaleźć się paragraf z wyraźnym
        zastrzeżeniem, że decyzja aliantów dotyczy również nieruchomości, które zostały
        skonfiskowane jako odszkodowanie za straty wojenne - za niszczenie Warszawy i
        wielu innych miast i osiedli polskich. Trzeba też pamiętać, że artykuł 116
        niemieckiej konstytucji wciąż odwołuje się do przedwojennych granic Rzeszy
        Niemieckiej. Rząd polski powinien wnieść o zmianę tego artykułu. Wtedy sprawa
        byłaby jednoznacznie zakończona (...)" (tamże).
        Profesor Kieżun ostrzegał również przed wystąpieniem na szeroką skalę z
        prywatnymi skargami Niemców przeciw obecnym polskim właścicielom ziemi, która
        do nich dawniej należała. Oznaczałoby to olbrzymie kłopoty dla polskich
        właścicieli. Aby uczestniczyć w wytoczonym procesie, musieliby przygotować
        odpowiednią dokumentację, opłacić doradcę i pełnomocnika procesowego. Profesor
        Kieżun akcentował, że niemieckie skargi przeciw Polakom mogłyby wpłynąć do
        Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości na "skalę milionową". Stwierdził: "Nie
        można zakładać, że ci wszyscy Niemcy będą chcieli składać skargi do Trybunału
        Sprawiedliwości, może nawet większość zrezygnuje z dochodzenia praw do tych
        ziem. Ale jeśli paręset tysięcy Niemców złoży takie skargi, spowoduje to
        ogromne komplikacje. Istnieje też teoretyczna możliwość, że wyroki będą dla
        Polski niekorzystne. Wówczas ci, którzy nie próbowali wcześniej, będą mogli
        złożyć skargi. Istnieją znaczące siły, które będą się domagać zwrotu
        nieruchomości ze względów ekonomicznych. To miliardowy interes" (tamże).
        Zdaniem prof. Kieżuna, polscy mieszkańcy ziem zachodnich, aby się zabezpieczyć
        przed tego typu skargami, musieliby jak najszybciej uzyskać akt hipotecznej
        własności, bo pojęcie "wieczystego użytkowania" w prawie europejskim nie
        istnieje. "(...) Jeżeli kwestia nie zostanie uregulowana na wyższym szczeblu,
        będzie istniała kwestia, który akt hipoteczny jest ważniejszy i czy Polak mógł
        kupić ziemię, skoro Niemiec był jej właścicielem. Dokument ten pozwoli jednak
        uniknąć indywidualnego procesu. Sprawą będzie musiał zająć się rząd polski,
        który wydał akt własności. Jednocześnie ludzie powinni poprzez
        przedstawicielstwa samorządowe: gminne, powiatowe, wojewódzkie, domagać się
        jednoznacznego rozwiązania tej sprawy (...)" (tamże).
        Były poseł AWS Czesław Ryszka wskazywał w "Niedzieli" z 7 lipca 2002 r. na
        bardzo znaczące zagrożenie dla Polski wynikające z faktu, że to właśnie od
        Niemiec "zależą unijne pieniądze, w tym wysokość dopłat bezpośrednich dla
        rolnictwa". W tej sytuacji tym bardziej niebezpieczne dla Polski jest
        występowanie niemieckiego kandydata na kanclerza Edmunda Stoibera z żądaniem
        unieważnienia dekretów, które stanowiły podstawę przymusowego wysiedlenia i
        wywłaszczenia Niemców po zakończeniu II wojny światowej. Na podobne zagrożenia
        wskazywał również publicysta Stanisław Michalkiewicz, pisząc w "Najwyższym
        Czasie!": "(...) Przecież przystąpienie Polski do Unii Europejskiej nie może
        dokonać się bez zgody Niemiec. Jeśli zatem pan Edmund Stoiber zapowiada,
        że 'nie wyobraża sobie', by Unia Europejska tolerowała w jakimkolwiek państwie
        członkowskim stan rażąco sprzeczny z prawem międzynarodowym, to znaczy, że
        zamierza w odpowiednim momencie uczynić ze zwrotu własności warunek niemieckiej
        z
        • Gość: +++Ignorant Re: O ue bez mitów... link IP: *.wroclaw.dialog.net.pl 28.11.02, 20:16
          www.naszdziennik.pl/index.php?typ=ux&dat=20021128&id=ux11.txt

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka