Dodaj do ulubionych

Lista Morderstw Popelnionych przez Zydow

    • Gość: kochanka [...] IP: 130.94.107.* 14.02.03, 19:52
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Pieniądze gettowe - szatański pomysł Niemców 17.02.03, 23:17
        Pieniądze gettowe - szatański pomysł Niemców
        Janusz Kozłowski


        Prawdziwym kuriozum, niemającym sobie równych, były pieniądze w getcie łódzkim,
        zwane - od nazwiska i imienia przełożonego Starszeństwa Żydów w getcie łódzkim
        Chaima Mordechaja Rumkowskiego - "Rumkami" lub rzadziej "Chaimkami".

        Stanisław Bulkiewicz, znany i wybitny numizmatyk, wieloletni kierownik Gabinetu
        Numizmatycznego w Muzeum Historii Miasta Łodzi, opublikował wiele artykułów na
        temat pieniędzy wprowadzonych do obiegu w getcie łódzkim. Fakt, że inicjatorami
        wypuszczenia tych pieniędzy w celu doszczętnego ograbienia Żydów byli Niemcy,
        potwierdził on na łamach "Kroniki Miasta Łodzi". (Zeszyt 1-2, 1999): Burmistrz
        Łodzi Karl Marder, za zgodą dyrekcji Banku Rzeszy, polecił Rumkowskiemu wydanie
        specjalnych pieniędzy dla łódzkiego getta.

        Wzór banknotów wykonał kierownik Wydziału Budowlanego w getcie - inżynier
        architekt Ignacy Gutman, natomiast rozrysował na poszczególne elementy i
        przygotował do druku - zmarły nie tak dawno w USA uczeń Władysława
        Strzemińskiego, wybitny artysta malarz - Pinkus Szwarc. Po zatwierdzeniu
        projektu przez Niemców papierowe "pokwitowania", upodobnione do pieniędzy, o
        nominałach 50 fenigów, 1, 2, 5, 10, 20 i 50 marek, zostały wydrukowane metodą
        litograficzną (z użyciem klisz cynkowych) poza gettem, w drukarni Zygmunta
        Manitiusa przy ul. Żeromskiego 87 (wówczas przemianowanej przez nazistów na
        Ludendorfstrasse). Mogły one nosić tylko nazwę Quittung, czyli pokwitowanie,
        gdyż zgodnie z obowiązującym w Trzeciej Rzeszy ustawodawstwem Żydom nie wolno
        było posiadać żadnych środków płatniczych. Hitlerowcy byli na tyle cyniczni i
        zapobiegliwi, że w piśmie Zarządu Getta w Łodzi z dnia 23 II 1942 r. zapisano,
        że ...gdyby getto zostało kiedyś rozwiązane, czego zresztą nie przypuszczamy,
        żaden właściciel pieniędzy gettowych nie mógłby mieć prawnych pretensji do
        Rzeszy, gdyż bon nie jest niczym innym jak pokwitowaniem.

        Warto nadmienić, że z terenów poza Polską znany jest tylko komplet pięknie
        zaprojektowanych graficznie banknotów, składających się z 7 sztuk o nominałach:
        1, 2, 5, 10, 20, 50 i 100 koron, wprowadzonych do obiegu w tzw. Muster-Getcie
        (wzorcowym) w Terezinie. W samej Polsce pieniądz o takim charakterze próbowano,
        oprócz Łodzi, emitować w Bielsku Podlaskim, Sokółce i Warszawie. Pieniądz
        gettowy z trzech ostatnich miejscowości znany jest tylko ze sporadycznych
        egzemplarzy i do dzisiaj dokładnie nie został zbadany. Są nawet podejrzenia, że
        nie wszystkie emisje są prawdziwe. Tak więc jedynym pieniądzem liczącym się,
        był ten wydawany w getcie łódzkim. Ale powróćmy po tej dygresji do naszych
        zasadniczych rozważań.

        Jak się później okazało, wydrukowano banknoty o łącznej wartości 7 348 000
        marek, a nie - jak błędnie podawano w raporcie sporządzonym przez Manitiusa - 8
        206 000 marek, czyli o 858 000 mniej.

        Nominały o wartości 10, 20 i 50 marek, w pierwszej serii emisyjnej, wydrukowano
        na papierze ze znakami wodnymi. Nosiły one datę 15 maja 1940 r., a wprowadzone
        zostały do obiegu w getcie z dniem 28 czerwca 1940 r.

        Podobno komplet banknotów pierwszej serii, z numeracją 000001, miał otrzymać od
        Zarządu Getta jako ciekawostkę i równocześnie akt hołdu sam Adolf Hitler w
        specjalnej kopercie, z nadrukiem "Bank Getta".

        Po wprowadzeniu tych kuriozalnych pieniężnych znaków papierowych, niemających
        żadnego pokrycia, wszyscy Żydzi zostali zobowiązani obwieszczeniem Rumkowskiego
        do wymiany i zdania innego rodzaju środków pieniężnych, a także złota, srebra,
        itp. w Banku Getta przy ul. Marysińskiej 71 lub w jego oddziale przy
        Limanowskiego 56. Za niezastosowanie się do tego zarządzenia groziła nawet kara
        śmierci. Był to bank niespotykany w dotychczasowych dziejach - bo skupował za
        niemające żadnej wartości "Rumki" różnego rodzju kosztowności. Perfidia Niemców
        nie miała więc granic, ponieważ wpisywano zdane pieniądze na specjalne konto
        wyżywienia ludności getta.

        Stanisław Bulkiewicz tak o tym pisze: Trzeba podkreślić, że wypuszczenie
        pieniędzy gettowych (...) było pomysłem przewrotnym. Po pierwsze,
        uniemożliwiało przemyt żywności ze strony aryjskiej i zrywało wszelkie kontakty
        walutowe ze światem zewnętrznym. Po drugie - zmusiło Żydów do wymiany dobrych
        reischmarek i innych walut na walutę bezwartościową, bez pokrycia (...). I po
        trzecie, dostarczyło hitlerowcom poważnych kwot w markach i dewizach. Niektórzy
        szacują, że zamykało się to kwotą 7 150 000 marek.

        Kwity markowe - wziąwszy pod uwagę wszystkie uwarunkowania i okoliczności -
        wykonane zostały bardzo solidnie. Miały nawet znaki zabezpieczające przed
        fałszowaniem w postaci kropek ukrytych w okienkach poddruku z gwiazdą Dawida na
        wszystkich nominałach.

        Ale nawet mimo tego wydarzyła się rzecz zupełnie niesłychana, co
        odnotowała "Kronika getta łódzkiego". Znalazł się fałszerz, który świetnie
        podrabiał nominały dwumarkowe, nazywał się Rochwerger (lub Rauchwerger).
        Sfałszował łącznie 5,5 tys., używając do tego celu płyt trawionych kwasami.
        Wyrokiem sądowym został deportowany, jako jeden z pierwszych, w czasie akcji
        wysiedleńczej. Po wojnie okazało się, iż Niemcy nie chcąc tracić tak
        zdolnego "fachowca", wysłali go nie na zagładę do Chełmna nad Nerem, ale do
        obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen koło Berlina, gdzie fałszował angielskie
        funty i dolary.

        Kwity opiewające na 10 i 20 marek, drukowane już na papierze bez znaków wodnych
        (była wojna i o taki papier było bardzo trudno), należą do drugiej emisji.

        Znamy różne wartości w odmianach papieru, kolorów, wielkości cyfr. Zachowały
        się wypuszczone kwity gettowe, "próbne" pierwszej serii, z zerami zamiast
        liczb. Wiadomo jest też o próbach wydawania kwitów pierwszej serii o nominałach
        10 i 20 fenigów. Zachowały się także banknoty makulaturowe z różnymi otworami,
        przesunięciami kolorów i cyfr, obcięte w parkach (2 sztuki), trójkach (3
        sztuki).

        W getcie łódzkim dawał się odczuwać bardzo brak drobnych pieniędzy, czyli
        bilonu. Rumkowski zwrócił się do zarządcy getta Hansa Biebowa o dopuszczenie do
        obiegu 10-fenigowej monety, powiadamiając równocześnie, że po jej wybiciu
        prześle do zatwierdzenia kolejny projekt monety - 5-fenigowej. Dopatrzywszy się
        podobieństwa "dziesięciofenigówki" do niemieckiej, Biebow nie wyraził zgody.
        Zaszokowało to całkowicie Chaima Rumkowskiego, ponieważ w międzyczasie w
        mennicy getta działającej w ramach Metallabteilung I, przy Zgierskiej 56, na
        specjalnie skonstruowanej maszynie bito codziennie 500 sztuk tych monet, a po
        pewnym czasie nawet 900. Zaczęto je puszczać do obiegu już 14 VI 1942 r., nie
        czekając na zezwolenie.

        Natychmiast po odmowie, produkcja została wstrzymana, a monety wycofane. Monety
        te znane są w numizmatyce jako Typ-I (duży).

        Do obiegu zatwierdzony został prawdopodobnie dopiero czwarty z projektów,
        wykonany przez pracownika mennicy. Była to moneta 10-fenigowa, znana jako Typ-
        II (mały), weszła do obiegu 8 XII 1942 r. Planowano wybić milion sztuk (na
        kwotę 100 000 marek). Pomimo tego, podobnie jak Typ-I (wycofany z obiegu) jest
        bardzo rzadka i zaliczana do najczęściej fałszowanych.

        Bito również monety 20-markowe, znane nam tylko w aluminium. Podobno surowiec
        brano z odpadów, między innymi z wraków samolotów. Zaprojektował je Pinkus
        Szwarc, natomiast stemple do nich wykonał Morduch Glezer - wyśmienity
        fachowiec, znany łódzki grawer. Bite były również w oddziale Metallabteilung I,
        przeniesionym na Łagiewnicką 63. Miały doskonałe, wielce pomysłowe
        zabezpieczenie przed fałszerstwem, w postaci maleńkiego trójkącika na
        przedłużeniu litery "R" w wyrazie MARK (przypomnijmy, że podobne zabezpieczenie
        miały gettowe banknoty).

        Na wystawie "Pieniądz czasów wojennych XVIII-XX w." zorganizowanej przez Muzeum
        Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi, w 1986 r. oglądałem, obok "Rumek" oraz
        pieniędzy gettowych z Terez
    • wojo_lubi_chlopcow Re: Lista Morderstw Popelnionych przez Zydow 15.02.03, 07:53
      • jewhaterexterminator jak próbowano uśmiercić TSKŻ 17.02.03, 23:18
        Rzecz o ogonie, który machał psem, czyli krótka opowieść o tym, jak próbowano
        uśmiercić TSKŻ
        Adam Rok


        W dosyć długich, bo przeszło 50-letnich dziejach Towarzystwa Społeczno--
        Kulturalnego Żydów w Polsce nigdy jeszcze nie powoływano komisji nadzwyczajnej
        do badania sytuacji w tej organizacji. Ale też, powiedzmy to otwarcie, nigdy
        nie mieliśmy do czynienia z tak jawnymi próbami jej likwidacji i to przez
        osoby, które z racji pełnionych funkcji winny były dbać o jej społeczny
        wizerunek, autorytet i bazę materialną.

        Materiały i dokumenty, które badała wspomniana komisja, pozwoliły jej
        sformułować bardzo ciężkie zarzuty pod adresem ówczesnego przewodniczącego
        Szymona Szurmieja i jego żony, sekretarza Zarządu, Gołdy Tencer, oraz całego
        prezydium, którego większość członków aprobowała szkodliwe dla Towarzystwa
        działania, lub nawet uczestniczyła w działaniach sprzecznych z interesem
        organizacji.

        Między innymi zarzucano im: notoryczne łamanie statutu, podejmowanie decyzji o
        zasadniczym dla organizacji znaczeniu bez zgody, czasem i wiedzy, Zarządu
        Głównego, wstrzymanie na polecenie przewodniczącego spłaty zadłużenia z tytułu
        dzierżawy wieczystej gruntu (dzisiaj dług ten sięga pół miliona złotych),
        zawieranie niekorzystnych umów z najemcami powierzchni biurowej w budynku TSKŻ
        w Warszawie oraz zawarcie szkodliwej i niebezpiecznej dla praw majątkowych
        organizacji umowy z fundacją "Shalom", której skutkiem była utrata co najmniej
        700 tys. złotych z tytułu niewynajmowania przez dwa lata znacznej powierzchni
        biurowej.

        W konkluzji dotyczącej przewodniczącego Szurmieja komisja stwierdziła,
        iż "całokształt pracy przewodniczącego prowadzi jednoznacznie do upadłości i
        rozwiązania naszego Towarzystwa". Użyty w tym miejscu czas teraźniejszy jest na
        miejscu: gdy obradowała komisja, Szymon Szurmiej jeszcze sprawował swój urząd.
        Nowe władze organizacji ukonstytuowały się miesiąc później - 7 grudnia 2002 r.
        Plenum zobowiązało nowe prezydium do powiadomienia organów ścigania o
        ustaleniach poczynionych przez komisję nadzwyczajną.

        Dwa przykłady z wielu, o tym, jak TSKŻ spychano na margines, by fundacja rosła
        w siłę, a ludziom (fundacji) żyło się dostatniej

        Kilkakrotnie pisaliśmy na naszych łamach o burzliwych konferencjach prasowych
        związanych z zabudową mieszkaniową na terenie tzw. Umschlagplatzu w Warszawie
        przez spółdzielnię mieszkaniową "Stawki". W tej sprawie starły się bowiem dwie
        ważne racje: z jednej strony racje społeczności żydowskiej, która chciała ten
        teren uczynić miejscem pamięci po ofiarach getta warszawskiego, z drugiej racje
        spółdzielni, która chciała dla swych członków budować domy na tym atrakcyjnym
        przez swoje położenie miejscu w stolicy.

        Pierwsza z tych konferencji miała miejsce 26 marca 1999 r., a jej organizatorem
        była Federacja Stowarzyszeń Żydowskich w Polsce. W następnych jednak
        organizacje żydowskie miały jakby coraz mniejszy udział, za to jako partner dla
        strony spółdzielczej zaczęła występować prywatna instytucja pani Gołdy Tencer -
        fundacja "Shalom". Spór zawędrował w końcu aż do Naczelnego Sądu
        Administracyjnego, który ją rozstrzygnął na niekorzyść strony żydowskiej, nie z
        powodów merytorycznych, lecz proceduralnych: "Shalom" nie mogła być przed sądem
        stroną w tej sprawie.

        Jak mogło dojść do tak skandalicznego zaprzepaszczenia tak ważnej dla
        społeczności żydowskiej (nie tylko w Polsce) sprawy? Odpowiedź brzmi: w
        dziecinnie prosty sposób. Fundacja otrzymała pełnomocnictwo do reprezentowania
        organizacji żydowskich od... prezydium TSKŻ. Ba, czy na pewno otrzymała? W
        żadnym protokóle z posiedzeń prezydium nie ma śladu takiego postanowienia.
        Jedynym dowodem na przyznanie takiego pełnomocnictwa jest samo...
        pełnomocnictwo, powołujące się na nieistniejącą uchwałę prezydium.

        Odnosząc się do tego wątku, komisja nadzwyczajna zarzuciła Gołdzie
        Tencer "wymuszenie na niektórych członkach prezydium zgody na pełnomocnictwo
        fundacji "Shalom" na występowanie w imieniu TSKŻ" i zażądała jego cofnięcia
        oraz zawiadomienia o tym fakcie Naczelnego Sądu Administracyjnego.

        Drugi przypadek, który tylko w wielkim skrócie przytoczę, dotyczy sprawy już
        prawie zapomnianej, ale przez swój spektakularny charakter jakże
        charakterystycznej dla sposobu traktowania Towarzystwa przez jej byłego
        przewodniczącego i jego żonę. Czytelnicy "Słowa Żydowskiego" zapewne pamiętają
        pompę towarzyszącą wydarzeniom związanym z restauracją Pomnika Bohaterów Getta
        Warszawskiego. Nie muszę dodawać, że jej głównym bohaterem była
        fundacja "Shalom". Zapytałem kiedyś dawno temu dlaczego przedsięwzięcie to
        firmuje nie Towarzystwo, a prywatna instytucja żydowska? Odpowiedź była
        zaskakująca: ponieważ TSKŻ został od tej sprawy odsunięty. Przedstawiciel TSKŻ,
        który rozpoczął już w tej sprawie rozmowy, między innymi w ówczesnym
        Ministerstwie Kultury i Sztuki usłyszał pewnego dnia wyraźne polecenie
        przewodniczącego Szurmieja: zostaw to, tym zajmie się fundacja "Shalom", oni
        mają ludzi i amerykańskie pieniądze. Z tymi pieniędzmi to było trochę inaczej,
        ale cały splendor medialny (i nie tylko splendor) przypadł w udziale nie
        organizacji, której pan przewodniczący szefował, lecz fundacji, którą kierowała
        jego żona.

        Pasożytnicza symbioza, albo jak z "ichniego" zrobić moje

        Symbioza personalna i programowa TSKŻ i fundacji "Shalom" wyraźnie temu
        pierwszemu nie służyła. Bo i służyć nie mogła. Pani sekretarz Towarzystwa
        rozdwojona między interesem organizacji a interesem swojej fundacji, wybierała
        co naturalne, fundację. I tak, wspólnie z małżonkiem, przewodniczącym przez
        całe minione dziesięciolecie, budowali kosztem Towarzystwa medialną i
        materialną potęgę fundacji. W miarę upływającego czasu TSKŻ było coraz mniej,
        fundacji coraz więcej. TSKŻ tonął w coraz większych długach i coraz trudniej
        było mu realizować statutowe zadania, a fundacja krok po kroku wchodziła w
        obszar jego statutowej działalności.

        Z uporem i godną podziwu konsekwencją utrwalano w środowisku przekonanie, iż to
        fundacja, a nie TSKŻ jest rzeczywistym animatorem żydowskiego życia
        kulturalnego w Polsce. I nie tylko kulturalnego. Cokolwiek się działo, musiało
        mieć stempel "Shalom". Zilustruję to na stosunkowo drobnym przykładzie
        przychodni lekarskiej TSKŻ w Warszawie. Jak się rzekło, jest to placówka TSKŻ,
        utrzymywana z jego środków, ale jej nazwa zapisana została jako "Shalom-Med".
        Oczywiście nieprzypadkowo i nie bez czytelnej intencji. Może nie jest to
        największe nadużycie fundacji wobec TSKŻ, ale w nim, jak w kropelce wody,
        zawiera się cała filozofia stosunków między fundacją "Shalom" i TSKŻ.

        Długoletnia główna księgowa Towarzystwa, pani Rita Jończyk, w liście
        skierowanym do członków Zarządu Głównego, Głównej Komisji Rewizyjnej i Sądu
        Koleżeńskiego, poświęca tej sprawie następujący pasus: "Dawniej - pisze ona -
        wmawiano Państwu, że koszty remontu gabinetu lekarskiego Shalom--Med w
        Warszawie pokryła fundacja "Shalom", a to jest kłamstwo. Za wszystko zapłaciło
        TSKŻ i to podwójnie. Były dwie oferty na wykonanie remontu. Komisja Rewizyjna
        wybrała ofertę renomowanej firmy, ale remont zlecono firmie dwa razy droższej i
        gorszej (poleciła ją pani Gołda Tencer - A.R.) Remont pomieszczeń o powierzchni
        27 m kw. kosztował ponad 30 tysięcy złotych".

        Psychologowie powiadają, że pełnienie dwóch konkurencyjnych względem siebie ról
        społecznych prowadzi albo do aberracji, albo do nadużyć. Osoba pani Tencer
        znakomicie ten drugi przypadek ilustruje. Jako sekretarz TSKŻ była ona
        zobowiązana do pilnowania interesu finansowego Towarzystwa, ale jako szefowa
        fundacji musiała z kolei dbać o dobro finansowe swojej firmy. Spróbujmy ten
        przypadek przeanalizować na konkretnym przykładzie. Fundacja "Shalom" mieści
        się w budynku Towarzystwa, czyli siedzi na majątku TSKŻ. Jako sekretarz TSKŻ
        powinna pani Tencer dbać, by organizacja nie p
    • Gość: wojo!!!! [...] IP: *.gen.twtelecom.net 16.02.03, 17:31
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Pana Michała jubileusz 90-lecia 17.02.03, 23:20
        Pana Michała jubileusz 90-lecia
        Adam Rok


        Był pełen rewerencji i szacunku list od prezydenta Rzeczypospolitej i bardzo
        osobisty list od ambasadora Izraela w Polsce, prof. Szewacha Weissa. Były
        życzenia od współpracowników i przyjaciół. A wszystko z powodu, że Panu
        Michałowi stuknęła 90-tka, w co nikt kto zna jego żywotność, energię, jasność
        umysłu uwierzyć nie chce. Mowa jest o Michale Friedmanie, byłym długoletnim
        przewodniczącym Zarządu Stowarzyszenia ŻIH, znakomitym tłumaczu literatury
        żydowskiej na język polski, redaktorze świetnego "Almanachu Żydowskiego", a
        także współpracowniku naszego pisma, które jego wsparciu i życzliwości tak
        wiele zawdzięcza.

        Skromna, ale jakże sympatyczna uroczystość poświęcona Panu Michałowi odbyła się
        w Żydowskim Instytucie Historycznym na specjalnym posiedzeniu Zarządu
        Stowarzyszenia ŻIH, na które zostali także zaproszeni goście. Niewielu jest w
        Polsce ludzi równie zasłużonych dla żydowskiej kultury i języka jidysz w
        ostatnim trzydziestoleciu jak Michał Friedman, toteż hołdy i dowody uznania tym
        razem nie brzmiały grzecznościowo - były uczciwym odzwierciedleniem
        autentycznych zasług Jubilata.

        Bo i jego długoletnia praca dla Teatru Żydowskiego, dorobek translatorski,
        dorobek jako nauczyciela języka jidysz na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie
        wykształcił całkiem sporą gromadkę młodzieży, która wykorzystuje dziś znajomość
        tego języka w swej pracy naukowej i literackiej, i długoletnie kierowanie
        Stowarzyszeniem ŻIH ku pożytkowi Stowarzyszenia, ale jeszcze bardziej
        Żydowskiego Instytutu Historycznego jako placówki naukowej - to wszystko składa
        się na obraz człowieka o niekłamanym autorytecie w środowisku żydowskim i
        wielkim uznaniu, jakim cieszy się poza nim.

        Gospodarzem spotkania był przewodniczący obecnego Zarządu Stowarzyszenia ŻIH,
        red. Marian Turski, który też wygłosił laudację na cześć laureata, okraszoną
        cytatami ze świętych ksiąg żydowskich. A kiedy już skończyły się gratulacje i
        mowy pochwalne, sam Jubilat poprosił o głos i jak zwykle barwnie, dowcipnie i
        ciekawie opowiedział historię swego życia. Mówił o swoim domu rodzinnym, w
        którym ojciec był bundowcem, a matka syjonistką, co dawało w sumie mieszankę
        wybuchową. Sądząc z tego co powiedział, to matka miała na niego większy wpływ.
        W pewnym okresie był nawet przeciwnikiem jidysz. W 1928 r. podczas spisu
        ludności podał jako język ojczysty hebrajski. Był członkiem Ha-szomer Ha-cair.
        W swoim życiorysie miał też krótki epizod francuski: studia na Politechnice w
        Grenoble. Uznał jednak, że to nie jest ten kierunek studiów, który go
        interesuje. Wrócił do kraju, do szkoły, zdał maturę w szkole polsko-
        hebrajskiej. Rozpoczął studia w Wyższej Szkole Dziennikarskiej Uniwersytetu
        Warszawskiego, którą ukończył tuż przed wojną, w roku 1938.

        Potem wybuch wojny, wkrótce jego rodzinny Kowel stał się częścią ZSRR. Kiedy z
        kolei wybuchła wojna radziecko-niemiecka został skierowany do tak
        zwanych "strojbatalionów", czyli zmilitaryzowanych jednostek robotniczych i
        gdzieś nad Morzem Kaspijskim budował "miasto naftowe". Pan Michał opowiadał z
        humorem jak to został tłumaczem z języka... angielskiego. Nie pomogły
        zapewnienia, że tego języka nie zna. Chodziło o instrukcje do różnych urządzeń.
        Na szczęście były słowniki i jakoś sobie poradził.

        Kiedy zaczęła się formować I Dywizja im. Tadeusza Kościuszki usiłował dostać
        się do wojska polskiego. Gdy przy pierwszym podejściu podał "nacjonalnost
        jewrej", to go w Wojenkomacie odrzucili. Za drugim razem podał, że jest
        Polakiem. Udało się. Do I Dywizji już nie zdążył, ale dostał się do I Armii. To
        był początek jego kariery w Wojsku Polskim, która jak dla wielu oficerów LWP
        pochodzenia żydowskiego zakończyła się w 1967 roku. Dzisiaj pan Michał
        mówi: "Żałuję, że mnie wcześniej nie wyrzucili, wcześniej bym się wziął za
        tłumaczenia".

        Bo właśnie literatura, tłumaczenie to jego prawdziwy żywioł. Dzięki niej przede
        wszystkim zapisał się na trwałe w powojennym życiu kulturalnym społeczności
        żydowskiej. Jej zawdzięcza nagrody Pen-Clubu i Zaiksu, stanowiące świadectwo
        niekłamanego sukcesu translatorskiego i satysfakcję, że przybliżając literaturę
        żydowską polskiemu czytelnikowi utrafił w rzeczywiste potrzeby polskiego rynku
        książki.

        Panu Michałowi żydowskim obyczajem życzymy "do stu dwudziestu" lat życia i by
        wszystkie jego książki, zarówno te, które leżą w wydawnictwach, jak i te, które
        w tej chwili tłumaczy, znalazły drogę do polskiego czytelnika.


    • Gość: dana33 [...] IP: 130.94.107.* 16.02.03, 20:30
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Instytut Badań Polityki Żydowskiej 17.02.03, 23:21
        Od naszego korespondenta z Londynu
        Instytut Badań Polityki Żydowskiej i poparcie dla kultury żydowskiej w Europie
        Poldek Sobel


        Wśród wielu interesujących instytucji żydowskich w Anglii na czoło wysuwa się
        londyński Instytut Badań Polityki Żydowskiej (Institute for Jewish Policy
        Research - JPR). Poprzednio Instytut był znany jako Instytut Spraw Żydowskich
        (Institute of Jewish Affairs). Przez wiele lat IJA pod redakcją nieżyjącego już
        profesora Uniwersytetu Warszawskiego i emigranta marcowego Łukasza Hirszowicza
        wydawał bardzo wpływowe czasopismo naukowe Soviet Jewish Affairs, zajmujące się
        sprawami żydostwa w Europie Wschodniej.

        Instytut mieści się niedaleko prestiżowej Oxford Street i od wielu lat odgrywa
        ważną rolę w życiu społecznym i kulturalnym żydostwa angielskiego. Od niedawna
        Instytut ten jest również jednym z dwóch ośrodków wspierających Europejskie
        Stowarzyszenie Kultury Żydowskiej.

        Instytut ma na celu informowanie, opiniowanie spraw społecznych, politycznych
        oraz kulturalnych dotyczących życia Żydów. Choć JPR jest organizacją
        dobroczynną zarejestrowaną w Wielkiej Brytanii, zajmuje się sprawami nie tylko
        dotyczącymi Żydów brytyjskich, lecz również sprawami dotyczącymi żydostwa na
        arenie międzynarodowej, koncentrując się szczególnie na sprawach europejskich.
        Instytut znalazł oparcie w szerokich kręgach żydostwa brytyjskiego, co wyraża
        się w składzie honorowego zarządu. Jego honorowym prezydentem jest Lord
        Rotshild. Instytut cieszy się również uznaniem Rady Nauk Ekonomiczno--
        Społecznych (Economic and Social Research Council) - oficjalnego brytyjskiego
        establishmentu nauk ekonomiczno--społecznych. JPR prowadzi prace badawcze,
        analizy, organizuje debaty naukowe. Instytut zatrudnia wielu znanych badaczy,
        którzy pod kierunkiem dyrektora, prof. Barry'ego Kosmina, wdrażają cztery
        kierunki działalności Instytutu. Warto również wspomnieć, iż dyrektorem ds.
        imprez publicznych jest emigrantka marcowa z Warszawy Lena Stanley-Clamp (z
        domu Błyskowska). Cztery kierunki działalności Instytutu to: 1) Planowanie dla
        społeczności żydowskiej; 2) Społeczność obywatelska; 3); Izrael: wpływ,
        społeczeństwo i tożsamość; 4) Żydowska kultura: sztuka, środki przekazu i
        spuścizna.

        PLANOWANIE DLA SPOŁECZNOŚCI ŻYDOWSKIEJ obejmuje badania infrastruktury, co
        pomaga przy formułowaniu zaleceń i strategii dla organizacji żydowskich
        działających w sektorach opieki społecznej, oświaty i życia społecznego.
        Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest opublikowanie wielkiego projektu
        badawczego Olivera Valinsa pt. Twarzą ku przyszłości: zapewnienie
        długoterminowej opieki dla starszego pokolenia Żydów w Zjednoczonym Królestwie
        (2002). Stanowi to ważny wkład do zaplanowania przyszłości starzejącej się
        ludności żydowskiej w Wielkiej Brytanii. W latach ubiegłych wydano dwie prace
        na temat planowania dla społeczności żydowskiej - jedna została poświęcona
        przyszłości szkolnictwa żydowskiego w Zjednoczonym Królestwie, a druga
        problemom bieżącym społeczności żydowskiej. Badania dotyczące tych kwestii są
        dostępne w postaci Raportów JPR (JPR Reports).

        W trosce o SPOŁECZNOŚĆ OBYWATELSKĄ i dla zapewnienia normalnego bytu żydowskiej
        mniejszości ważne jest prowadzenie programów zmierzających do umocnienia w
        społeczeństwie warunków sprzyjających rozwojowi życia społeczno-kulturalnego
        mniejszości narodowych. Dlatego też badania Instytutu w tej dziedzinie
        koncentrują się na problematyce związanej z antysemityzmem, rasizmem oraz
        prawami człowieka.

        Najbardziej prestiżowym wydawnictwem w tej dziedzinie jest publikacja
        Antysemityzm i ksenofobia w dniu dzisiejszym (Antisemitism and Xenophobia
        Today). Jest to szczegółowe sprawozdanie na temat przejawów rasizmu,
        ksenofobii, a szczególnie antysemityzmu we współczesnym świecie. Warto
        wspomnieć, iż rozdział poświęcony Polsce został opracowany (w roku 2002) przez
        młodego socjologa wrocławskiego, mgr. Marcina Starnawskiego. Mgr Starnawski w
        swoim sprawozdaniu wyraźnie nakreślił sytuację mniejszości narodowych w Polsce
        na tle sytuacji politycznej oraz aspekty historyczne antysemityzmu i rasizmu.
        Niestety, analiza ta nie obejmuje jeszcze polemiki wywołanej sprawą mordu w
        Jedwabnem i w innych miasteczkach w Polsce. Ważną publikacją jest naukowe
        czasopismo pt. Wzorce uprzedzeń (Patterns of Prejudice), wydawane kwartalnie
        przez JPR. Inne wydawnictwa JPR poświęcone powyższej tematyce to zbiory esejów
        wybitnych myślicieli żydowskich naszych czasów w Wielkiej Brytanii (m.in.
        naczelnego rabina Jonathana Sacksa oraz Petera Pulitzera) pt. Czy istnieje w
        Wielkiej Brytanii nowy antysemityzm? (Is there a new antisemitism in Britain?).

        Trzecim kierunkiem prac Instytutu jest BADANIE RELACJI POMIĘDZY IZRAELEM A
        DIASPORĄ oraz wewnętrzne sprawy Izraela związane z pluralizmem i prawami
        człowieka. Oczywiście trudna sytuacja polityczna w Izraelu znalazła i tu swoje
        odbicie - publikacji jest obecnie mniej. Jednak w poprzednich latach ogłoszono
        sprawozdania z niezwykle ciekawych kierunków badań, np. w 1997 r. ogłoszono
        raport o więziach Żydów brytyjskich z Izraelem (Barry A. Kosmin, Antony Lerman
        and Jacqueline Goldberg "The attachment of British Jews to Israel").

        Wydaje się, iż ostatni, czwarty kierunek działalności Instytutu dotyczący
        ŻYDOWSKIEJ KULTURY jest najbogatszy i najciekawszy. Jednym z owoców tej
        działalności jest projekt zatytułowany Obraz kultury żydowskiej w dzisiejszej
        Europie - studium pilotowe ukazało się w listopadzie 2002 r. Odzwierciedla ono
        między innymi żydowskie życie kulturalne w Polsce. Jedną z osób zaangażowanych
        w ten projekt była Dina Berenstein, córka emigrantów marcowych oraz wnuczka
        Tatjany Berenstein, współpracowniczki ŻIH przed 1968 r.

        Kierunek ten jest również na bieżąco urzeczywistniany przez działanie
        Europejskiego Stowarzyszenia Kultury Żydowskiej (European Association for
        Jewish Culture). To Stowarzyszenie jest zarządzane wspólnie z Londynu przez
        Lenę Stanley-Clamp oraz z Paryża przez Daniele Neumann. Biuro londyńskie
        zajmuje się kontaktami z Czechami, Danią, Finalndią, Wielką Brytanią, Węgrami,
        Irlandią, Włochami, Holandią, Norwegią, Polską, Słowacją i Szwecją, a biuro w
        Paryżu: z Austrią, Belgią, Bułgarią, Francją, Niemcami, Grecją, Luksemburgiem,
        Portugalią, Rumunią, Hiszpanią, Szwajcarią, Turcją i krajami b. Jugosławii.

        Organizacja ta przy pomocy funduszu Unii Europejskiej w ramach programu Kultura
        2000 wspiera rozwój kultury żydowskiej w całej Europie i warto się zatrzymać na
        jej działalności. Jest to głównie działalność polegająca na popieraniu
        finansowym kultury żydowskiej w różnorodnych jej formach. Do połowy roku 2002
        zostały przyznane 33 granty w trzech dziedzinach działalności kulturalnej:
        sztuki teatralne, sztuki plastyczne oraz środki przekazu. W dziedzinie teatru
        popierane są zarówno przedstawienia teatralne jak i choreografia - szczególnie
        nowe spektakle. W dziedzinie sztuk plastycznych Stowarzyszenie wspiera wystawy
        malarstwa, fotografii, instalacji oraz sztuki wideo. Specjalne wydania
        żydowskich czasopism (szczególnie wydania tłumaczeń na języki zachodnie, np.
        angielski) były w przeszłości również wspierane przez Stowarzyszenie. Dzięki
        pomocy w tej dziedzinie, między innymi został wydany specjalny dodatek w języku
        angielskim do warszawskiego Midrasza (czerwiec 2002 r.). W przyszłym roku
        granty w dziedzinie środków przekazu obejmą również prace filmowe.

        W roku 2002 granty zostały przyznane także polskim artystom. Teatr w Sejnach
        wystawi sztukę I.L. Pereca Noc na Starym Rynku w nowatorskiej adaptacji ze
        współczesnymi elementami literackimi. Stowarzyszenie udzieliło grantu twórcom
        tego spektaklu - Małgorzacie Sporek--Czyżewskiej oraz Wojciechowi Szroderowi.

        W październiku przy pomocy grantu Stowarzyszenia 2002 r. zorganizowano w
        Gardzienicach wystawę malarstwa Miry Żelechower-Aleksiun pt. Spuściz
    • Gość: Tomek44 [...] IP: *.gen.twtelecom.net 17.02.03, 08:50
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Wspomnienie o Jakubie Goldbergu 17.02.03, 23:22
        Wspomnienie o Jakubie Goldbergu
        współtwórcy legendy łódzkiej Szkoły Filmowej i powojennego filmu polskiego
        Janusz Kozłowski


        Ze stolicy Danii, Kopenhagi, nadeszła wiosną zeszłego roku smutna wiadomość, że
        zmarł tam Jakub Goldberg - reżyser i scenarzysta, współtwórca legendy łódzkiej
        Szkoły Filmowej i powojennego filmu polskiego.

        Należał do pierwszego rocznika Wyższej Szkoły Filmowej, tak zwała się wówczas
        nasza uczelnia nienosząca jeszcze w nazwie słowa "państwowa" - wspomina
        wieloletni rektor PWSFTviT w Łodzi, prof. Henryk Kluba. - Jakub Goldberg
        przyjęty został na Wydział Reżyserii 5 października 1948 r. Warto nadmienić, że
        otrzymał indeks z numerem 9.

        Razem z nim studiowali na tym samym Wydziale między innymi: Stanisław
        Lenartowicz, Janusz Nasfeter, Wadim Berestowski, Jan Batory, Ewa i Czesław
        Petelscy, a na równoległym Wydziale Operatorskim - Roman Wionczek, Kurt Weber,
        Zbigniew Raplewski.

        Był to jeden z najliczniejszych powojennych roczników - liczył prawie stu
        studentów.

        Kuba Goldberg, pochodzący z Warszawy, gdzie się urodził 29 sierpnia 1924 r.,
        jak pamiętam jego ojciec był z zawodu stolarzem, miał o wiele trudniejszy start
        niż większość z nas, ponieważ nie miał wcześniej żadnego przygotowania
        zawodowego, ja na przykład byłem słuchaczem Studium Teatralnego im. Adama
        Mickiewicza w Częstochowie.

        Poznaliśmy się w 1953 r., wówczas kiedy zacząłem studiować. Zbliżyła nas potem
        gra w eksperymentalnym, legendarnym dzisiaj filmie Romana Polańskiego "Dwaj
        ludzie z szafą". Mnie z Kubą Goldbergiem przypadło w udziale dźwigać wspólnie
        osławioną szafę z lustrem. Kręciliśmy go w bardzo trudnych warunkach na
        wybrzeżu.

        Wiele niecodziennych zdarzeń wiąże się z tym filmem, ale w pamięci utkwiły mi
        najbardziej dwa wydarzenia. Scena, w której wygrzewamy się, leżymy z Kubą w
        słońcu, patrząc na przesuwające się chmurki (uchwycił to po mistrzowsku Roman
        Polański), wśród gigantycznych stosów drewnianych beczek, służących do
        przechowywania i transportu ryb. Widzi nas strażnik, nakazuje opuścić to
        miejsce i kiedy opieramy się, wyrywa klapkę z rozsypującej się beczki, bije nas
        i przepędza. Zapach, jaki wydobywał się z beczek był nie do zniesienia, po
        kilku minutach strasznie rozbolała nas głowa. Ale opłacało się... powstała
        bowiem scena utrzymana w świetnym, surrealistycznym klimacie.

        Przebywaliśmy bardzo długo razem, od wczesnego rana do późnego wieczora na
        planie i nastał taki moment, taki czas, kiedy już mieliśmy wszyscy siebie dość.

        Polański jeszcze przed kręceniem filmu kazał mi specjalnie zapuścić zarost.
        Któregoś dnia Kuba wyrwał maszynką do golenia część mojego zarostu. Roman się
        wtedy niesamowicie wściekł, stłukł lustro i zszedł z planu. Później pojawił
        się, jak gdyby nic się nie stało. To był właśnie cały Romek. Zakupiono wtedy,
        na wszelki wypadek, dziesięć luster.

        Jakub Goldberg, jak go zapamiętałem, żył szybko, pełnią życia. Był niezrównany
        w towarzystwie, lubił w nim brylować, ubierał się elegancko i modnie.

        Nasza przyjaźń przetrwała wszystkie lata. Spotykaliśmy się później w mieszkaniu
        Andrzeja Czekalskiego. Żywił zawsze wielki sentyment do Łodzi, do pamiętnych
        schodów w Szkole Filmowej i do "Honoratki".

        Chcemy ufundować pamiątkową tablicę na cmentarzu żydowskim w Warszawie.

        Goldberga kilkakrotnie wspomina Roman Polański w książce "Roman" (Wydawnictwo
        Polonia, Warszawa 1989) - Innym człowiekiem z naszego kółka był Kuba Goldberg,
        absolwent łódzkiej szkoły, ze świetną opinią, choć w czasie pięciu lat studiów
        nie udało mu się zrealizować ani jednego filmu. Tego dowcipnego, przedwcześnie
        pomarszczonego, elegancko ubranego człowieka, otaczał nimb niezwykłości i to z
        jednego wyłącznie powodu: łączyła go przyjaźń z Andrzejem Munkiem, który
        mianował go swoim asystentem.

        Był współreżyserem oraz współautorem scenariusza - wraz z Jerzym Skolimowskim i
        Romanem Polańskim - głośnego "Noża w wodzie", który po znanych perypetiach
        politycznych w kraju, nominowany na Zachodzie do Oskara, utorował Polańskiemu
        drogę do kariery światowej.

        Jakub Goldberg był między innymi asystentem reżysera w tak głośnych filmach
        powojennych, jak: "Celuloza" (1953) i "Pod Gwiazdą Frygijską" (1954) Jerzego
        Kawalerowicza, współpracował reżysersko przy powstawaniu "Człowieka na torze"
        (1956) i "Eroiki" (1957) Andrzeja Munka, które przeszły do historii kina
        polskiego. Jako drugi reżyser asystował przy kręceniu filmu "Mąż swojej żony"
        (1960). W sumie brał udział w tworzeniu kilkunastu polskich filmów.

        W pięknym i wzruszającym pożegnaniu Jakuba Goldberga, zamieszczonym na łamach
        łódzkiej "Gazety Wyborczej" (z 20 maja ub.r.), jego bliscy i wieloletni
        przyjaciele - Andrzej Czekalski i Andrzej Gronau napisali:

        I wydawało się, że Ty - mały Kuba, mądry Kuba, wesoły Kuba - nie możesz mieć
        wrogów. Ale przyszedł czas i źli ludzie zmusili Cię do wyjazdu. Na Dworcu
        Gdańskim nadrabiałeś miną w oknie odjeżdżającego pociągu. Poszarzało,
        posmutniało na tyle długich lat. Zostały tylko listy, dużo listów, zaproszenia,
        odwiedziny. Ostatni raz, już wiedząc, żegnaliśmy Cię na Okęciu.
        Powiedziałeś: "Odlatuję...". To było ostatnie słowo, które usłyszeliśmy od
        Ciebie.

        Przymykamy oczy, bo chcemy widzieć jak odlatujesz, lecisz, mały jak polskie
        ptaki, lecisz ku słońcu. Tacy radośni jak Ty, mogą odlatywać tylko ku słońcu.
        To nic, Kubuś. Z naszej półki już biorą. Zobaczymy się niebawem...


    • Gość: kapusta [...] IP: *.gen.twtelecom.net 17.02.03, 18:28
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Co się stało z Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym 17.02.03, 23:23


        Co się stało z Towarzystwem Społeczno-Kulturalnym Żydów w Polsce?

        Dlaczego i jak doprowadzono do nieprawdopodobnej wręcz jego katastrofy
        finansowej: członkowie nowego prezydium przejmując dokumenty znaleźli w kasie
        organizacji trzy złote i piętnaście groszy i doliczyli się niemal milionowego
        zadłużenia, a nie wygląda, by na tym się miało skończyć.

        Postaramy się na naszych łamach odpowiedzieć na te pytania, pokazać jaki był
        mechanizm działań, jak ludzie, którzy z racji zajmowanych najwyższych stanowisk
        w organizacji miast dbać o jej interesy, o jej miejsce w społeczności
        żydowskiej w kraju i na świecie, zaczęli z całą świadomością działać na jej
        zgubę. Skromny komentarz odredaktorski nie jest właściwym miejscem na tego
        rodzaju analizy, dlatego ograniczę się do kilku refleksji związanych z tymi
        wydarzeniami, które wstrząsnęły całym środowiskiem żydowskim.

        Społeczność żydowska w Polsce składa się głównie z ludzi w podeszłym wieku,
        nieskłonnych do gwałtownych zmian, szukających raczej kontynuacji. TSKŻ weszło
        więc w nowy okres swego działania po zmianach społeczno-politycznych w kraju na
        zasadzie kontynuacji a nie odnowy, dźwigając ciężki garb niedemokratycznych
        mechanizmów władzy, których częścią był "wodzowski" charakter przywództwa i
        pozorujący wewnętrzną demokrację statut, który traktowano raczej jako listek
        figowy niż konstytucję organizacji społecznej. Łamano go bez żenady i - co
        gorsza - bez konsekwencji dla tych, którzy się tego dopuszczali.

        Przez długie lata komisje rewizyjne zwracały uwagę na ten stan rzeczy, ale
        skutek był żaden. W minionej kadencji przestępstwa przeciwko statutowi nabrały
        wręcz epidemicznego charakteru. Przez pół kadencji nie zwoływano Zarządu
        Głównego, aż o półtora roku przedłużono wybór nowych władz Towarzystwa, decyzje
        o życiowym dla organizacji znaczeniu podejmowane były bez zgody, a niekiedy
        nawet wiedzy Zarządu Głównego.

        Sytuacja w TSKŻ pogarszała się z roku na rok. Pan przewodniczący Szurmiej miał
        się coraz lepiej, a kierowana przez niego organizacja - coraz gorzej. A im było
        gorzej, tym większe pokładano nadzieje, że tylko on może organizację uratować,
        bo ma wpływy, stosunki, znajomości w najwyższych kręgach władzy. Nie ukrywał
        zresztą tego, przypominał o tym kiedy było trzeba i przeciw komu było trzeba.

        Iluzje rozpłynęły się niczym bańka mydlana w słońcu. Została pusta kasa,
        rozbite środowisko i długi, długi, długi... Nadzwyczajna komisja powołana do
        zbadania sytuacji w Towarzystwie nie pozostawiła wątpliwości co do roli, jaką
        były szef organizacji odegrał w tym dramacie. "Wieloletni przewodniczący TSKŻ
        Szymon Szurmiej - stwierdza się w tym dokumencie - powinien stać na straży
        prawa, dbać o interesy i dobre imię TSKŻ... Zamiast działać na jego korzyść,
        działał - jak wynika z dokumentów - na jego szkodę"... Smutne, ale prawdziwe.

        Adam Rok



        • jewhaterexterminator Zachęta dla Izraela albo Izrael dla Zachęty 17.02.03, 23:25
          Zachęta dla Izraela albo Izrael dla Zachęty
          Agnieszka Kowalska


          W imieniu Ministerstwa Spraw Zagranicznych w Izraelu ambasada w Warszawie wraz
          z galerią Zachęta zorganizowały niewielką wystawę wybitnego fotoreportera
          dziennika "Haarec" - Alexa Levaca zatytułowaną "Nasz kraj".

          11. 02. 2002 wystawę otworzyli: minister kultury Andrzej Celiński (jako że
          Zachęta jest polską galerią narodową) i ambasador Szewach Weiss oraz dyrektor
          galerii Zachęta Agnieszka Morawińska.

          Mówcy podkreślili, że narody polski i żydowski łączy długa, bogata i trudna
          przeszłość, a podobne inicjatywy kulturalne mają służyć wzajemnemu poznawaniu
          się, a w dalszej perspektywie zaleczeniu zastarzałych ran tak, abyśmy mogli
          wreszcie zobaczyć siebie nawzajem: świeżo, zwyczajnie, z ciekawością i bez
          uprzedzeń.

          Wystawa Alexa Levaca niewątpliwie sprzyja spojrzeniu w ten sposób, ponieważ
          różni się od wystaw zdjęć z Izraela, do jakich przywykliśmy. Najczęściej
          spotykamy dwa nurty: jeden religijny, pielgrzymkowy, chrześcijański bądź
          żydowski i drugi - polityczny, pełen spotkań czołowych polityków, a ostatnio -
          niestety - krwawych jatek w związku z zaogniającym się prawie do otwartej wojny
          konfliktem z Palestyńczykami.

          Wyostrzona uwaga Alexa Levaca spoczęła gdzie indziej: na dokumentowaniu życia
          zwykłych ludzi, portretowaniu ich w rozmaitych, często zabawnych a jednocześnie
          skłaniających do zadumy sytuacjach - najczęściej gdzieś w Tel Awiwie lub w
          Jerozolimie. Istotą tych zdjęć jest uważne, długotrwałe i cierpliwe
          przypatrywanie się izraelskiej ulicy, plaży i innym miejscom, w których bywają
          ludzie i... zwierzęta, bo one często towarzyszą ludziom i w nie mniejszym
          stopniu bywają bohaterami uwiecznionych przez Levaca chwil.

          Na wernisażu spotkałam zawiedzione osoby, którym zaprezentowane prace wydały
          się nazbyt błahe w stosunku do ich oczekiwań. Przecież Alex Levac należy do
          czołówki izraelskich fotoreporterów, ma stałą kolumnę w dzienniku "Haarec",
          którego znaczenie można porównać do "Gazety Wyborczej", zatem oczekiwanie na
          ważkie tematy wydaje się być naturalne.

          Co autor ma do powiedzenia w swojej obronie?

          Chciałbym, aby wszystkie moje zdjęcia były wspaniałe, pełne historycznych,
          społecznych i antropologicznych znaczeń, ale bardzo niewiele z nich osiąga ten
          poziom. Częściej rezultaty są po prostu anegdotyczną, wizualną rozrywką,
          zestawieniem fragmentów rzeczywistości, które zwykle się ze sobą nie łączą.
          Czasami prostą, czasami złożoną, ale zawsze taką, która mówi coś o nas (z
          katalogu wystawy).

          Właśnie - nawet scena, w której kobiety w altance niańczą swe dzieci, a jedna -
          królika, albo taka, gdzie pod tablicą z wymalowaną, leżącą w seksownej pozie
          Marilyn Monroe, śpi w wózeczku mała dziewczynka, a obok, na schodach
          dziecięcego wesołego miasteczka siedzi jej matka, ortodoksyjna żydówka - takie
          sceny też coś mówią o tym kraju i jego mieszkańcach. Bo - jak twierdzi Alex
          Levac i jak możemy się przekonać, przyglądając się uważnie fotografiom -
          kultura Izraela jest ekstrawertyczna, na ulicach króluje otwartość,
          komunikatywność i nawarstwienie symboli. Owa rzeczywistość wręcz domaga się
          bystrego i myślącego fotografa, który "zamrozi" konkretne epizody z toczącego
          się nieustannie teatru życia. W momencie wyzwalania migawki, potem podczas
          rekonstrukcji rzeczywistości w ciemni i wreszcie w kompozycji wystawy -
          dokonuje się wybór. Jest on odbiciem osobowości i wizji świata autora. Dlatego
          Alex Levac nie robi wielu zdjęć, a na prezentowanej wystawie jest ich zaledwie
          trzydzieści. Na tytułowej fotografii widzimy ciemnoskórą nastolatkę, której
          ktoś wpina we włosy malutkie izraelskie chorągiewki.

          Spośród moich ulubionych wymienię: kobietę, która pasie owce siedząc na
          biurowym krześle w górzystym pustkowiu; przygarbionego staruszka ze sztangą na
          ulicy; parę nowożeńców na plaży nad zrobionymi z piasku postaciami Samsona i
          Dalili oraz mężczyznę trzymającego telefon komórkowy w sposób analogiczny do
          gestu Jezusa na wizerunku widocznym za plecami mężczyzny.

          W izraelskiej arce wielu kultur i religii, jak wspomniałam, znalazło się
          miejsce dla zwierząt. Wyobraźmy sobie np. wielbłąda klęczącego nabożnie przed
          Elvisem Presleyem, namalowanym na gospodzie pod jego "wezwaniem" w Jerozolimie
          albo kundla mknącego z reklamówką w pysku, na której widnieje głowa kota.

          Ciepło, humor i dystans charakteryzują fotografie Alexa Levaca.

          Miłość to znaczy popatrzeć na siebie, tak jak się patrzy na obce nam rzeczy... -
          według poety Czesława Miłosza owa postawa leczy serce ze zmartwień.

          Niestety, wystawa w Zachęcie już się zakończyła, ale można będzie ją jeszcze
          zobaczyć w marcu we Wrocławiu, a w kwietniu w Świdnicy.



        • jewhaterexterminator Moje miasto Częstochowa 17.02.03, 23:26
          Moje miasto Częstochowa
          Renata Saks


          Klemnetyna ma dobrego, kochającego męża, zamiłowanego ponadto w pracy, którą
          obrał sobie jako zawód. Syn ich jest zdrowy i zdolny, przy tym gorąco do matki
          przywiązany. Życie rodzinne Klementyny układa się więc pomyślnie, jej szerokie,
          ciepłe ramiona mają co obejmować swym uściskiem.

          Wynika z tego, że Klementyna powinna być kobietą szczęśliwą. Tymczasem jest
          niepocieszona.

          Właśnie tam, gdzie masowo zabijano ludzi, działalność, która przeciwstawiała
          się zepchnięciu człowieka do roli zwierzęcia, była niezbędna. Na polu tej
          działalności znajdowano też czasami sposoby, aby uratować czy chociażby
          przedłużyć życie współwięźniom.

          Podczas wojny, mając tylko jedynego syna, postanowili z mężem wziąć dziewczynkę
          na wychowanie. W klasztornym domu sierot, po długim rozważaniu, wybrali dziecko
          trzyletnie, bardzo urocze. Dziewczynka była wesoła, miała włosy w kędziorkach,
          jasne jak pszenica i oczy duże, po brzegi powiek nalane ciemnym błękitem -
          zupełnie jak oczy przybranej matki. Przy jasnych włosach czarne brwi i rzęsy
          podkreślały jej dziwną urodę.

          Nade wszystko jednak przybrane dziecko, mała Ala, było czułe i miłe. Bez
          sprzeciwu dało się zabrać nowym rodzicom, z ufnością weszło w ich dom i od razu
          poczuło się w nim jak u siebie.

          Zaczęło się od tego, że raz po umyciu włosów głowa dziecka wydała się
          Klementynie przy skórze jakby brudna. Zauważyła to, popatrzyła i nie umiejąc
          rozwiązać tej sprawy, na czas jakiś o niej zapomniała.

          W dziesięć dni później zaprowadziła męża do dziecinnego pokoju, przywołała małą
          i przegarniając piękne, jasne loki dziecka podzieliła się z mężem swym
          wstrząsającym odkryciem: "Popatrz, popatrz: jej odrastają włosy czarne".

          Milczeli przez chwilę, by tę rzecz ogarnąć dokładnie i przystać na nią.
          Zrozumieli oboje, że weszli w sprawę poważną. A ich miłość do dziecka
          zwiększyła się przez śmiertelny niepokój o jego los.

          Powyższy fragment prozy pochodzi z opowiadania Zofii Nałkowskiej "Macierzyństwo
          z wyboru". Przedstawia prawdziwą historię, o której autorka dowiedziała się od
          państwa Urbańczyków, przybranych rodziców małej żydowskiej dziewczynki.
          Dziewczynka ze złotymi lokami przeżyła wojnę i dziś sama chce opowiadać o
          historii swojej rodziny i czasach Holocaustu. Pani Elżbieta Zielińska czyni to
          działając w organizacjach edukacyjnych, na spotkaniach z młodzieżą, a przede
          wszystkim realizując filmy dokumentalne, które możemy nazwać obrazami historii
          II wojny światowej.

          Częstochowa to dla Elżbiety Zielińskiej obco brzmiące słowo, mały znak na
          mapie. A jednak to właśnie miasto dało jej kiedyś życiową szansę, podarowało
          jej życie. Było to prawie 60 lat temu. Nic nie pamięta, bo była małą
          dziewczynką. Potem przez całe dorosłe życie mieszkała w różnych miastach i w
          różnych krajach, pochłonięta sprawami dnia codziennego. Jest doktorem chemii i
          wykłada termodynamikę na uniwersytecie w Caracas. Z Wenezueli przyjechała do
          Polski, aby pójść śladami swojej rodziny, wejść na scenę ich życia i odtworzyć
          wszystko co możliwe.

          Aliza Asz czyli Elżbieta Zielińska jest prawnuczką rabina Częstochowy Nachuma
          Asza i wie, że takie dziedzictwo zobowiązuje. Dziś, po latach, odczuwa brak
          wspomnień swego żydowskiego dzieciństwa, dlatego krok po kroku stara się iść
          śladami tamtych lat. Sama o sobie mówi, że jest produktem ludzkiej
          solidarności, poświęcenia dla innych i żywym przykładem tego, że godność i
          człowieczeństwo pielęgnować można nawet w najtrudniejszych warunkach. Teraz
          czuje potrzebę poznania świata, który został brutalnie zniszczony. Jego ślady
          żyją w pamięci już nielicznych świadków razem z obrazem tragedii Holocaustu.

          Prawie cała rodzina Alizy Asz zginęła w częstochowskim getcie. Pozostała tylko
          ona, maleńka dziewczynka z matką. Dzięki znanemu w getcie szlachetnemu
          człowiekowi, dr. Tadeuszowi Ferensowi, uśpioną luminalem Alizę wynoszą w worku
          na śmiecie. Trafia do zakonu sióstr Nazaretanek. Potem adoptuje ją małżeństwo,
          które ma już 9-letniego syna Andrzeja. Miała niebieskie oczy i jasne loki.
          Przybrani rodzice zatrzymali ją nawet wtedy, kiedy wyszło na jaw, że jest
          Żydówką, nie chcieli się z nią rozstać, choć za przechowanie żydowskiego
          dziecka groziła kula w łeb.

          Dla matki, która miała już fałszywe papiery na nazwisko Józefa Zielińska,
          ocaleniem był wyjazd na roboty do Austrii. Jakże dramatyczna musiała być
          decyzja rozstania z małą córeczką. A jakże wzruszające spotkanie po latach,
          kiedy przyjechała ją zabrać. Dla przybranych rodziców i brata to był cios,
          wszyscy ją pokochali i myśleli, że zostanie z nimi na zawsze. Początkowo matka
          przychodzi do domu państwa Urbańczyków jako ciocia. Ale w końcu... mała
          wyjeżdża z matką.

          Po wielu latach los rzucił je do Wenezueli. Pani Elżbieta uważa ten kraj za
          wspaniały, działa w Stowarzyszeniu Dzieci Holocaustu i w organizacjach
          edukacyjnych. Chce tam uczyć o Holocauście i o kraju swoich korzeni. A tu, w
          Polsce, rozpowszechniać wiedzę i opowiadać o Wenezueli, o postawie rządu w
          czasie drugiej wojny światowej i gestach godnych, pełnych podziwu, a mało
          znanych.

          Pomyślała, że najbardziej do ludzi przemawia obraz. Zrealizowała więc film
          zatytułowany "Okręty nadziei", o dwóch okrętach, na których Żydzi europejscy
          byli odsyłani od portu do portu, nieprzyjęci również przez Wielką Brytanię
          popłynęli do Wenezueli, która okazała się przyjazną przystanią. Warto dodać, że
          film był wyświetlany w wielu krajach i otrzymał prestiżowe nagrody.

          Teraz powstaje film o Żydach w Częstochowie według scenariusza i w reżyserii
          Marka Maldisa. Bohaterka filmu Aliza Asz vel Elżbieta Zielińska jest
          jednocześnie producentem filmu. Idąc starymi śladami realizatorzy szukają
          żydowskiej przeszłości Częstochowy. Odnaleźli też ostatnią zakonnicę, która
          pamiętała fakt umieszczenia dzieci żydowskich w zakonie w Częstochowie.
          Spotykają wiele osób, które kiedyś stanowiły łańcuszek ludzi dobrej woli.
          Bohaterka filmu spotyka się z Andrzejem Urbańczykiem, który jest dla niej
          przyrodnim bratem. Państwo Wiktoria i Marian Urbańczykowie, którzy ratowali jej
          życie, pośmiertnie zostali odznaczeni medalem Sprawiedliwy wśród Narodów
          Świata.

          Ileż tu historii, ileż poplątanych losów. To temat nie na jeden, ale na kilka
          scenariuszy filmowych. To nie koniec, Aliza Asz nie rozstanie się szybko z
          Częstochową. W przyszłym roku wraz z Markiem Maldisem, który bardzo zaangażował
          się w tę sprawę, planuje zrealizowanie wystawy, którą chciałaby nazwać "Żydzi
          Częstochowy".

          Wiele osób dobrej woli zainteresowanych jest pracami przygotowawczymi do
          wystawy, między innymi władze miasta Częstochowy, częstochowski oddział
          Towarzystwa Społeczno--Kulturalnego Żydów i Wyższa Szkoła Pedagogiczna w
          Częstochowie. Organizatorzy apelują do byłych mieszkańców Częstochowy - nie
          tylko w kraju ale i rozsianych po świecie, do wszystkich, którzy mogliby swoimi
          zbiorami lub dokumentami czy też pamiątkami rodzinnymi wzbogacić ekspozycję - o
          kontakt z redakcją lub z Markiem Maldisem, tel. 839 80 33 lub 0-601 366 527.



    • Gość: misiek`vel`jh 17 Luty 2003, 9 Palestynczykow zamordowanych IP: *.gen.twtelecom.net 17.02.03, 22:14
      www.washingtonpost.com/wp-dyn/articles/A18115-2003Feb16.html
      • jewhaterexterminator Dzieje i tajemnice zwoju księgi Estery 17.02.03, 23:24
        Dzieje i tajemnice zwoju księgi Estery
        Małgorzata Barcikowska


        Święto Purim (hebr. Święto Losów), odbywające się 14 i 15 dnia miesiąca adar,
        jest wedle tradycji upamiętnieniem cudownego wybawienia przez królową Esterę i
        jej wuja Mordechaja Żydów, mieszkających w perskim imperium króla
        Achaszwerosza, od zagłady, zgotowanej im przez zawistnego wezyra Hamana.

        Wydarzenia te opisano w biblijnej księdze Estery, którą czyta się podczas
        świątecznego nabożeństwa w synagodze. Księga ta wydaje się być zwykłym
        sprawozdaniem z wydarzeń, które rzeczywiście miały miejsce w Suzie, letniej
        stolicy Persji. Prawdą jest, że w latach 486-465 p.n.e. panował tam władca o
        imieniu zapisanym przez Żydów jako Achaszwerosz, a przez Greków jako Kserkses,
        zaś oficjalnym imieniem króla był Marduk (Mordechaj). Występuje tu jednak
        szereg chronologicznych nieścisłości i innych komplikacji. Jeżeli Mordechaj
        przybył do Persji wypędzony z Judei z królem Jehojakinem (589 r. p.n.e.), to w
        czasach Kserksesa miałby ponad 100 lat. Z kolei Herodot podaje, że królową za
        Kserksesa nie była ani Estera, ani Waszti, tylko Amestris, córka perskiego
        dowódcy. Ponadto, jak przekazał Herodot, perski władca mógł wybrać sobie za
        żonę tylko kobietę z jednego spośród siedmiu perskich dostojnych rodów. Poza
        tym księga pełna jest rozmaitych sprzeczności.

        Jedna z interpretacji księgi Estery zakłada, że jest to pseudoepigraf, dla
        którego Persja jest jedynie sceną mających miejsce wydarzeń w II w. p.n.e. w
        Palestynie za panowania Ptolemeusza Euergetesa II. Estera miała uosabiać
        sprzyjającą Żydom królową Kleopatrę III. Inni uczeni sądzą, że księga ta odnosi
        się do czasów Jana Hirkana, którego jednym z osiągnięć było przymusowe
        obrzezanie podbitego ludu Idumejczyków. Jeszcze inni umieszczają rzeczywiste
        wydarzenia tej księgi w czasach machabejskich, a postać Hamana miałaby
        wyobrażać prześladowcę Żydów, Antiocha Epifanesa.

        Inna szkoła uczonych przyjmuje, że imiona Mordechaj i Estera wywodzą się od
        imion babilońskich bóstw Marduka i Isztar, natomiast Waszti i Haman od imion
        elamickich bóstw Maszti i Hummana, a cała księga opisuje walkę między bóstwami
        babilońskimi a elamickimi lub ich wyznawcami.

        Wyniki najnowszych badań struktury literackiej księgi Estery rozwikłały nieco
        jej zagadek. Według nich księga ta zawiera dwa początkowo niezależne od siebie
        wątki, wywodzące się z orientalnych opowieści. Pierwszy to wątek intrygi
        dworskiej z głównym bohaterem w osobie Mordechaja, a drugi wątek stanowi
        intryga haremowa, której główną bohaterką jest królowa Estera. Wątek numer
        jeden to historia walki między faworytem królewskim a nowym przedsiębiorczym
        dworzaninem, któremu udaje się przechytrzyć dotychczasowego pupila i zająć jego
        miejsce u boku władcy. Odmowa Mordechaja oddania pokłonu Hamanowi jest tu zatem
        próbą zademonstrowania swej równości. Natomiast wątek królowej, doprowadzającej
        do upadku wezyra jest najwyraźniej jedynie uboczny, skoro Haman nie wiedział o
        żydowskim pochodzeniu Estery. Najprawdopodobniej nie występował on w pierwotnej
        wersji opowieści. Spoza tych faktów wyłania się jednakże bardzo interesujące
        oblicze księgi: jej pierwowzór nie był żydowski, na co wskazuje charakter
        narracji i wskazówki, że jego główni bohaterowie nie byli Żydami. Autor
        połączył dwie osobne opowieści, czego ślady można jeszcze znaleźć w kilku
        miejscach w tekście, jak chociażby obecność dwóch oddzielnych listów przy końcu
        księgi. Ponadto przedstawia ona Purim jako święto upamiętniające zwycięstwo
        Żydów, lecz zastanawiające jest, że obchodzi się je w dzień następujący po tym
        wydarzeniu, a nie jak w przypadku innych świąt tego typu, w dokładną jego
        rocznicę. Najprawdopodobniej zatem księga ta powstała, aby uzasadnić istniejące
        już święto rytualnej walki między "naszą", a "ich" stroną, obchodzonego przez
        dwa dni w stolicy i przez jeden dzień w kraju. Początkowo było ono lokalnym
        świętem Żydów mieszkających w Suzie i całej Persji, a jego nazwa miała wywodzić
        się od losów (akad. puru), które Haman rzucił, by wyznaczyć datę zagłady Żydów.

        Powyższa analiza nie pozwala jednak na ustalenie dokładnej daty powstania
        księgi, skoro większość występujących w niej motywów należy do długiej tradycji
        orientalnych opowieści. Tym niemniej autor księgi Estery był niewątpliwie
        perskim Żydem z Suzy (wskazuje na to między innymi jej słownictwo), a napisał
        ją przed 78/77 r. p.n.e., ponieważ wówczas właśnie do Egiptu dotarło jej
        greckie tłumaczenie.

        W księdze Estery ani razu nie pojawia się jakakolwiek choćby wzmianka o Bogu,
        jego opatrzności, czy interwencji. Było to jednym z głównych powodów, dla
        którego nie wszyscy uczeni żydowscy godzili się na przyjęcie jej do kanonu
        świętych ksiąg. Innym powodem był bardzo wojowniczy ton ostatnich rozdziałów,
        skierowany przeciw nie-Żydom i niektóre autorytety obawiały się, że może on
        wywołać nienawiść ze strony innych ludów. Echa sporów o przyjęcie księgi Estery
        zachowały się w talmudycznym traktacie Megila (hebr. zwój), gdzie opisano
        dyskusje roztrząsające, czy księga ta została stworzona z boskiej inspiracji i
        czy "kala ręce", to znaczy, czy po jej dotknięciu trzeba umyć ręce, by
        dotykając potem świeckich przedmiotów nie sprofanować jej świętości.

        Osobliwy brak wzmianki o Bogu postarał się nadrobić tłumacz tej księgi na
        grekę, Lysimachus syn Ptolemeusza z Jerozolimy. Jego przekład dotarł do
        Aleksandrii w "czwartym roku panowania Ptolemeusza i Kleopatry", jak głosi
        kolofon na końcu greckiej wersji, najprawdopodobniej Ptolemeusza XII Auletosa i
        jego żony i siostry Kleopatry V, czyli w 78/77 r. p.n.e. Przekład zawiera sześć
        fragmentów, których nie ma w tekście hebrajskim, jednak nie można ich
        wszystkich uważać za dzieło Lysimachusa. Także na ścianach synagogi w Dura-
        Europos znajdują się malowidła przedstawiające sceny z księgi Estery, których
        brak w hebrajskiej wersji, co sugeruje, że jej autor wykorzystał tylko część
        spośród szerszego kręgu opowieści o jej bohaterach. Zatem dodatki Lysimachusa i
        ilustracje z Dura-Europos stanowiłyby inne elementy tego popularnego zapewne
        cyklu.



    • jewhaterexterminator 80-lecie prof. Władysława Bartoszewskiego 17.02.03, 23:27
      80-lecie prof. Władysława Bartoszewskiego
      Żywot człowieka przyzwoitego
      Ryszard Wasita


      "Kiedy 22 IX 1940 r. przekraczałem bramę z napisem Arbeit macht frei w grupie
      ludzi szczutych psami, jak wszyscy tam przybywający, miałem osiemnaście lat.
      Nigdy w życiu nie byłem bity, nie widziałem bitych ludzi. Tak szczęśliwie
      upływało moje dzieciństwo i młodość. I oto tam spotkałem się z tak
      niewyobrażalnym wtedy - a był to przecież dopiero początek okupacji -
      poniewieraniem ludzi, wdeptywaniem w żwir, zabijaniem, katowaniem,
      odczłowieczeniem, że stało się to dla mnie doświadczeniem przełomowym. (...)
      Kiedy z Bożą pomocą udało mi się w kwietniu 1941 roku wyjść z Oświęcimia,
      powiedziałem sobie, że poświęcić trzeba wszystkie siły ratowaniu
      nieszczęśliwych. I to popchnęło mnie do współdziałania z najbardziej
      nieszczęśliwymi i najbardziej prześladowanymi, jakimi byli polscy Żydzi".

      Od tych najmłodszych lat i bardzo wczesnych dramatycznych doświadczeń zaczął
      się układać żywot Władysława Bartoszewskiego - godny opisania przez jakiegoś
      współczesnego Plutarcha.

      W lutym 2002 roku prof. Władysław Bartoszewski świętował - a wraz z nim liczni
      Polacy, Żydzi, Niemcy, Amerykanie - swoje osiemdziesiąte urodziny. Daj Boże
      takiego wigoru i takiej jasności umysłu wszystkim osiemdziesięciolatkom. Choć
      sam prof. narzeka: już nie mogę tak dużo jak dawniej pracować, po dwunastu
      godzinach czuję zmęczenie i muszę odpoczywać.

      Papież Jan Paweł II 7 lutego 2002 roku wysłał z Watykanu osobisty list do prof.
      Władysława Bartoszewskiego, w którym napisał między innymi: "Zachowuję w
      pamięci Pański dorobek naukowy i literacki, który w dużej mierze jest mi
      osobiście znany, jak również działalność społeczną i dyplomatyczną, zwłaszcza
      wszystkie wysiłki na rzecz zbliżenia ludzi i narodów". Myślę, że słowa o
      zbliżaniu ludzi i narodów to po prostu istota i najgłębszy sens całego długiego
      życia jubilata.

      Kim był przez minione osiem dziesięcioleci?

      Wymieńmy tylko to, co najważniejsze: więźniem KL Auschwitz, studentem tajnego
      Uniwersytetu Warszawskiego, żołnierzem podziemnej Armii Krajowej,
      współzałożycielem Rady Pomocy Żydom "Żegota", uczestnikiem Powstania
      Warszawskiego, dwukrotnie więźniem stalinowskiego reżimu w Polsce (1946-1948 i
      1949-1954), od 1961 roku współpracownikiem a potem (aż do dziś) członkiem
      zespołu redakcyjnego wydawanego w Krakowie "Tygodnika Powszechnego", w latach
      1973-1985 profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, współtwórcą
      opozycji demokratycznej, a między innymi Towarzystwa Kursów Naukowych,
      współautorem opracowań Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, więźniem
      stanu wojennego, w latach 1983-1990 profesorem uniwersytetów - w Monachium,
      Augsburgu i Eichtätt, a w latach 1990-1996 ambasadorem III Rzeczypospolitej w
      Austrii, dwukrotnie ministrem spraw zagranicznych (1995 oraz 2000-2001), od
      2001 przewodniczącym Rady Ochrony Pamięci Walki i Męczeństwa, prezesem
      Polskiego Pen-Clubu, przewodniczącym Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej.

      Już w 1966 roku Władysław Bartoszewski otrzymał - jako jeden z pierwszych
      Polaków - medal Sprawiedliwy wśród Narodów Świata oraz honorowe obywatelstwo
      Izraela. W 2001 roku został odznaczony Wielkim Krzyżem Orderu Zasługi RFN za
      pracę na rzecz pojednania między Niemcami, Polakami i Żydami.

      Dorobek naukowy i literacki prof. Bartoszewskiego obejmuje liczne książki i
      jeszcze liczniejsze artykuły publikowane w czasopismach polskich i
      zagranicznych.

      Zbiór świadectw opracowanych wspólnie z Zofią Lewinówną - "Ten jest z ojczyzny
      mojej" cieszył się tak dużym zainteresowaniem, że ówczesne władze postanowiły
      ograniczyć nakład, przed oficjalną cenzurą w odpowiednim departamencie
      ówczesnego ministerstwa kultury. Inne książki jubilata, między innymi "1859 dni
      Warszawy", "Warszawski pierścień śmierci", "Na drodze do Niepodległości" też
      musiały się przebijać, tyle że nie do czytelnika, bo ten chłonął publikacje
      prof. Bartoszewskiego, znajdując w nich prawdę o historii najnowszej.
      Wspomnienia jubilata, wydane najpierw w Niemczech po niemiecku, powinny stać
      się powszechną lekturą ludzi młodych, nie tylko w Polsce. Tytuł tych wspomnień
      brzmi: "Warto być przyzwoitym".

      Władysław Bartoszewski "dorobił się" kilkunastu metrów teczek tajnej policji,
      wcześnie "został" agentem militaryzmu i rewanżyzmu zachodnioniemieckiego oraz -
      bodaj jeszcze groźniejszym - agentem syjonizmu. A jednak się nie uląkł, nie
      zboczył z obranego kierunku.

      Osiemdziesięciolecie prof. Władysława Bartoszewskiego obchodzono bardzo
      uroczyście: nabożeństwo w intencji jubilata w Kościele Środowisk Twórczych przy
      Placu Teatralnym, koncert na Zamku Królewskim, ale także bardzo serdecznie
      przyjęta i przeżyta nieomal rodzinnie szabatowa kolacja na trzydzieści parę
      osób w café "Ejlat" przy Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Zaszczycił tę
      kolację prof. Szewach Weiss - ambasador Izraela, wraz z małżonką, prof. Michał
      Friedman - też z małżonką, wybitna poetka i eseistka - Julia Hartwig, znany z
      wielu szlachetnych działań polityk Henryk Wujec, byli ambasadorowie Polski w
      Izraelu - prof. Jan Dowgiałło i Wojciech Adamiecki, działaczka Polskiej Rady
      Chrześcijan i Żydów - Barbara Sułek-Kowalska. Pani Joanna Brańska ze swoim
      małym zespołem zadbała o oprawę muzyczną i kulinarną tak jak trzeba - było
      sporo radości, humoru, odrobina patosu i umiarkowana porcja refleksji.

      W rolę gospodarzy wieczoru wcieliła się cała rodzina Krajewskich: Stanisław
      Krajewski wraz z żoną Moniką oraz ich dwaj synowie. Wieczór miał, zgodnie z
      pełnym rytuałem żydowskim, charakter kolacji szabatowej - było więc zapalanie
      świec, kidusz, łamanie chały i śpiewanie zmirot.

      Jubilat, który zalicza się do najlepszych polskich mówców, tym razem powiedział
      tylko parę zdań. Ale metodą Beni Krzyka z Odessy: mało, ale smacznie.
      Zanotowałem na kartce takie np. słowa: "To nie jest sztuka żyć długo, sztuką
      jest żyć godnie". Albo: "Mieć nawet sto lat, ale po złej stronie, co to za
      satysfakcja".

      Stanisław Krajewski i Barbara Sułek--Kowalska wręczyli jubilatowi dyplom
      honorowego członka Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów. Pani Joanna Brańska
      ofiarowała mu w imieniu Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Izraelskiej rzeźbionego w
      drewnie anioła (żeby strzegł i chronił) dłuta rzeźbiarza ludowego z Meszny koło
      Białej - Stanisława Kwaśnego.

      Od ambasadora Szewacha Weissa prof. Bartoszewski otrzymał album poświęcony
      wizycie papieża Jana Pawła II w Izraelu. Dziękując za ten dar, jubilat
      przypomniał, że jego stosunek do Jerozolimy jest szczególny. Gdy przed kilku
      laty podczas wywiadu dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" zapytano go, gdzie
      mógłby mieszkać na stałe poza swoją rodzinną Warszawą, Władysław Bartoszewski
      odpowiedział bez wahania: "Tylko w Jerozolimie!". I tak myśli i czuje do
      dzisiaj. "Byłem w Jerozolimie - wspominał - kilkanaście razy, bo to jest dla
      mnie miasto całej ludzkości, symbol pokoju, na który Jerozolima czeka".

      Podczas spotkania w "Ejlacie" prof. Władysław Bartoszewski przytaczał budzące i
      śmiech, i grozę fragmenty z udostępnionych mu przez Instytut Pamięci Narodowej
      teczek "na siebie". Komentował je z właściwym sobie humorem i sarkazmem: "Może
      przygotuję, po przejrzeniu tych setek i tysięcy absurdalnych papierów, nową
      książkę? Mam już jej tytuł: Moja przygoda z syjonizmem, albo też Jak byłem
      agentem syjonizmu. Przewiduję dla tej książki miejsce na liście bestsellerów".



    • Gość: puls [...] IP: *.gen.twtelecom.net 18.02.03, 17:40
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Instytut Badań Polityki Żydowskiej 22.02.03, 00:24
        Od naszego korespondenta z Londynu
        Instytut Badań Polityki Żydowskiej i poparcie dla kultury żydowskiej w Europie
        Poldek Sobel


        Wśród wielu interesujących instytucji żydowskich w Anglii na czoło wysuwa się
        londyński Instytut Badań Polityki Żydowskiej (Institute for Jewish Policy
        Research - JPR). Poprzednio Instytut był znany jako Instytut Spraw Żydowskich
        (Institute of Jewish Affairs). Przez wiele lat IJA pod redakcją nieżyjącego już
        profesora Uniwersytetu Warszawskiego i emigranta marcowego Łukasza Hirszowicza
        wydawał bardzo wpływowe czasopismo naukowe Soviet Jewish Affairs, zajmujące się
        sprawami żydostwa w Europie Wschodniej.

        Instytut mieści się niedaleko prestiżowej Oxford Street i od wielu lat odgrywa
        ważną rolę w życiu społecznym i kulturalnym żydostwa angielskiego. Od niedawna
        Instytut ten jest również jednym z dwóch ośrodków wspierających Europejskie
        Stowarzyszenie Kultury Żydowskiej.

        Instytut ma na celu informowanie, opiniowanie spraw społecznych, politycznych
        oraz kulturalnych dotyczących życia Żydów. Choć JPR jest organizacją
        dobroczynną zarejestrowaną w Wielkiej Brytanii, zajmuje się sprawami nie tylko
        dotyczącymi Żydów brytyjskich, lecz również sprawami dotyczącymi żydostwa na
        arenie międzynarodowej, koncentrując się szczególnie na sprawach europejskich.
        Instytut znalazł oparcie w szerokich kręgach żydostwa brytyjskiego, co wyraża
        się w składzie honorowego zarządu. Jego honorowym prezydentem jest Lord
        Rotshild. Instytut cieszy się również uznaniem Rady Nauk Ekonomiczno--
        Społecznych (Economic and Social Research Council) - oficjalnego brytyjskiego
        establishmentu nauk ekonomiczno--społecznych. JPR prowadzi prace badawcze,
        analizy, organizuje debaty naukowe. Instytut zatrudnia wielu znanych badaczy,
        którzy pod kierunkiem dyrektora, prof. Barry'ego Kosmina, wdrażają cztery
        kierunki działalności Instytutu. Warto również wspomnieć, iż dyrektorem ds.
        imprez publicznych jest emigrantka marcowa z Warszawy Lena Stanley-Clamp (z
        domu Błyskowska). Cztery kierunki działalności Instytutu to: 1) Planowanie dla
        społeczności żydowskiej; 2) Społeczność obywatelska; 3); Izrael: wpływ,
        społeczeństwo i tożsamość; 4) Żydowska kultura: sztuka, środki przekazu i
        spuścizna.

        PLANOWANIE DLA SPOŁECZNOŚCI ŻYDOWSKIEJ obejmuje badania infrastruktury, co
        pomaga przy formułowaniu zaleceń i strategii dla organizacji żydowskich
        działających w sektorach opieki społecznej, oświaty i życia społecznego.
        Najnowszym osiągnięciem w tej dziedzinie jest opublikowanie wielkiego projektu
        badawczego Olivera Valinsa pt. Twarzą ku przyszłości: zapewnienie
        długoterminowej opieki dla starszego pokolenia Żydów w Zjednoczonym Królestwie
        (2002). Stanowi to ważny wkład do zaplanowania przyszłości starzejącej się
        ludności żydowskiej w Wielkiej Brytanii. W latach ubiegłych wydano dwie prace
        na temat planowania dla społeczności żydowskiej - jedna została poświęcona
        przyszłości szkolnictwa żydowskiego w Zjednoczonym Królestwie, a druga
        problemom bieżącym społeczności żydowskiej. Badania dotyczące tych kwestii są
        dostępne w postaci Raportów JPR (JPR Reports).

        W trosce o SPOŁECZNOŚĆ OBYWATELSKĄ i dla zapewnienia normalnego bytu żydowskiej
        mniejszości ważne jest prowadzenie programów zmierzających do umocnienia w
        społeczeństwie warunków sprzyjających rozwojowi życia społeczno-kulturalnego
        mniejszości narodowych. Dlatego też badania Instytutu w tej dziedzinie
        koncentrują się na problematyce związanej z antysemityzmem, rasizmem oraz
        prawami człowieka.

        Najbardziej prestiżowym wydawnictwem w tej dziedzinie jest publikacja
        Antysemityzm i ksenofobia w dniu dzisiejszym (Antisemitism and Xenophobia
        Today). Jest to szczegółowe sprawozdanie na temat przejawów rasizmu,
        ksenofobii, a szczególnie antysemityzmu we współczesnym świecie. Warto
        wspomnieć, iż rozdział poświęcony Polsce został opracowany (w roku 2002) przez
        młodego socjologa wrocławskiego, mgr. Marcina Starnawskiego. Mgr Starnawski w
        swoim sprawozdaniu wyraźnie nakreślił sytuację mniejszości narodowych w Polsce
        na tle sytuacji politycznej oraz aspekty historyczne antysemityzmu i rasizmu.
        Niestety, analiza ta nie obejmuje jeszcze polemiki wywołanej sprawą mordu w
        Jedwabnem i w innych miasteczkach w Polsce. Ważną publikacją jest naukowe
        czasopismo pt. Wzorce uprzedzeń (Patterns of Prejudice), wydawane kwartalnie
        przez JPR. Inne wydawnictwa JPR poświęcone powyższej tematyce to zbiory esejów
        wybitnych myślicieli żydowskich naszych czasów w Wielkiej Brytanii (m.in.
        naczelnego rabina Jonathana Sacksa oraz Petera Pulitzera) pt. Czy istnieje w
        Wielkiej Brytanii nowy antysemityzm? (Is there a new antisemitism in Britain?).

        Trzecim kierunkiem prac Instytutu jest BADANIE RELACJI POMIĘDZY IZRAELEM A
        DIASPORĄ oraz wewnętrzne sprawy Izraela związane z pluralizmem i prawami
        człowieka. Oczywiście trudna sytuacja polityczna w Izraelu znalazła i tu swoje
        odbicie - publikacji jest obecnie mniej. Jednak w poprzednich latach ogłoszono
        sprawozdania z niezwykle ciekawych kierunków badań, np. w 1997 r. ogłoszono
        raport o więziach Żydów brytyjskich z Izraelem (Barry A. Kosmin, Antony Lerman
        and Jacqueline Goldberg "The attachment of British Jews to Israel").

        Wydaje się, iż ostatni, czwarty kierunek działalności Instytutu dotyczący
        ŻYDOWSKIEJ KULTURY jest najbogatszy i najciekawszy. Jednym z owoców tej
        działalności jest projekt zatytułowany Obraz kultury żydowskiej w dzisiejszej
        Europie - studium pilotowe ukazało się w listopadzie 2002 r. Odzwierciedla ono
        między innymi żydowskie życie kulturalne w Polsce. Jedną z osób zaangażowanych
        w ten projekt była Dina Berenstein, córka emigrantów marcowych oraz wnuczka
        Tatjany Berenstein, współpracowniczki ŻIH przed 1968 r.

        Kierunek ten jest również na bieżąco urzeczywistniany przez działanie
        Europejskiego Stowarzyszenia Kultury Żydowskiej (European Association for
        Jewish Culture). To Stowarzyszenie jest zarządzane wspólnie z Londynu przez
        Lenę Stanley-Clamp oraz z Paryża przez Daniele Neumann. Biuro londyńskie
        zajmuje się kontaktami z Czechami, Danią, Finalndią, Wielką Brytanią, Węgrami,
        Irlandią, Włochami, Holandią, Norwegią, Polską, Słowacją i Szwecją, a biuro w
        Paryżu: z Austrią, Belgią, Bułgarią, Francją, Niemcami, Grecją, Luksemburgiem,
        Portugalią, Rumunią, Hiszpanią, Szwajcarią, Turcją i krajami b. Jugosławii.

        Organizacja ta przy pomocy funduszu Unii Europejskiej w ramach programu Kultura
        2000 wspiera rozwój kultury żydowskiej w całej Europie i warto się zatrzymać na
        jej działalności. Jest to głównie działalność polegająca na popieraniu
        finansowym kultury żydowskiej w różnorodnych jej formach. Do połowy roku 2002
        zostały przyznane 33 granty w trzech dziedzinach działalności kulturalnej:
        sztuki teatralne, sztuki plastyczne oraz środki przekazu. W dziedzinie teatru
        popierane są zarówno przedstawienia teatralne jak i choreografia - szczególnie
        nowe spektakle. W dziedzinie sztuk plastycznych Stowarzyszenie wspiera wystawy
        malarstwa, fotografii, instalacji oraz sztuki wideo. Specjalne wydania
        żydowskich czasopism (szczególnie wydania tłumaczeń na języki zachodnie, np.
        angielski) były w przeszłości również wspierane przez Stowarzyszenie. Dzięki
        pomocy w tej dziedzinie, między innymi został wydany specjalny dodatek w języku
        angielskim do warszawskiego Midrasza (czerwiec 2002 r.). W przyszłym roku
        granty w dziedzinie środków przekazu obejmą również prace filmowe.

        W roku 2002 granty zostały przyznane także polskim artystom. Teatr w Sejnach
        wystawi sztukę I.L. Pereca Noc na Starym Rynku w nowatorskiej adaptacji ze
        współczesnymi elementami literackimi. Stowarzyszenie udzieliło grantu twórcom
        tego spektaklu - Małgorzacie Sporek--Czyżewskiej oraz Wojciechowi Szroderowi.

        W październiku przy pomocy grantu Stowarzyszenia 2002 r. zorganizowano w
        Gardzienicach wystawę malarstwa Miry Żelechower-Aleksiun pt. Spuściz
    • Gość: jewhater [...] IP: 130.94.107.* 19.02.03, 08:37
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator 60 rocznicę śmierci 22.02.03, 00:26
        60 rocznicę śmierci
        Ostatnie dni życia Adama Czerniakowa
        Jerzy Lewiński


        O Adamie Czerniakowie pisałem już kilkakrotnie. Ostatni raz w "Słowie
        Żydowskim" (nr 15 z lipca 2000 r.) w 58 rocznicę jego śmierci. Zwróciłem uwagę,
        że wśród sporej ilości różnego rodzaju publikacji o dziejach getta
        warszawskiego wciąż brakuje opracowania oddającego do końca prawdziwe
        okoliczności i przyczyny samobójstwa Adama Czerniakowa.

        W jednym z poprzednich artykułów pisałem, że niektóre wspomnienia i relacje o
        śmierci Adama Czerniakowa zawierają liczne dowolności, a nawet zmyślenia, bądź
        zmieniają fakty. Nawet w tak podstawowym i wydawałoby się bezspornym fakcie jak
        dzień śmierci Adama Czerniakowa istnieje sporo mylących danych. Przykładowo
        podałem, że Julian Kulski, wiceprezydent i kierownik Zarządu Miejskiego
        Warszawy w latach 1935-1944, we "Wspomnieniu o Adamie Czerniakowie"
        pisze: "Zadając sobie śmierć 24.VII.1942 r. Czerniaków"... Wspomnienie
        Kulskiego poprzedzone jest wstępem od redakcji podpisanym M.F., gdzie
        czytamy: "A gdy zorientował się w beznadziejności swojej samotnej walki w
        trzecim dniu akcji likwidacyjnej getta warszawskiego, 24.VII.1942 r. popełnił
        samobójstwo". Wybitny uczestnik akcji zbrojnej w getcie Marek Edelman w swojej
        głośnej rozmowie z Hanną Krall inaczej, ale również mylnie, podaje, "że
        wieczorem pierwszego dnia akcji popełnił samobójstwo prezes gminy, Czerniaków".
        Natomiast błędna data 24 lipca powraca w przypisach do publikacji "Kronika
        getta warszawskiego" Emanuela Ringelbluma, gdzie jest następujący
        zapis: "Poprzedni przewodniczący, inż. Adam Czerniaków, popełnił 24 lipca 1942
        r. samobójstwo". Również "Pamiętniki z getta warszawskiego" w opracowaniu M.
        Grynberga zawierają kilka wspomnień podających różnie dzień śmierci prezesa
        Czerniakowa jak i nieprawdziwe przyczyny i okoliczności jego śmierci. Jednakże
        najbardziej rozpowszechnione dowolności, a nawet zmyślenia, pochodzą z
        publikacji Leona Tyszki (w getcie używał prawdziwego nazwiska Tenenbaum),
        pracownika gminy, pt. "Sukcesy i klęski jednego życia" (Londyn 1984 r.). Leon
        Tyszka w pierwszym okresie istnienia getta blisko współpracował z prezesem
        Czerniakowem, ale w 1942 r. pracował już w zakładzie zaopatrzenia pod
        kierownictwem radcy gminy Abrahama Gepneza.

        W publikacji Leona Tyszki jest wiele przekonywających ocen niektórych zdarzeń,
        a także działalności i osobowości Adama Czerniakowa, ale w istotny sposób
        zniekształcił przebieg wydarzeń dnia 22 lipca 1942 r. i wręcz zmyślił niektóre
        okoliczności związane ze śmiercią Adama Czerniakowa. Pozostają one w
        sprzeczności nawet z tym, co zapisał prezes Czerniaków 22 i 23 lipca 1942 r. w
        swoim Dzienniku i świadectwem jakie pozostawiła jego żona dr Felicja
        Czerniaków. Wykażę to w odpowiednim miejscu, opisując przebieg wymienionych
        dni. Posiadam w tym zakresie dokładną i w dużej mierze bezpośrednią znajomość
        faktów związanych z działalnością ostatnich dni życia Adama Czerniakowa, a w
        szczególności związanych z jego samobójstwem.

        Dla pełnego zrozumienia tych wydarzeń muszę się cofnąć do wypadków, które
        nastąpiły w getcie w nocy z 17 na 18 kwietnia 1942 r. Zapoczątkowały one bowiem
        tragiczny okres, stanowiący niewątpliwie przygotowanie do rozpoczęcia akcji w
        dniu 22 lipca 1942 r. tzw. "przesiedlenia ludności żydowskiej warszawskiego
        getta na Wschód". Ta krwawa noc z 17 na 18 kwietnia wstrząsnęła gettem. Ludność
        getta dowiedziała się bowiem rano 18 kwietnia, że funkcjonariusze warszawskiego
        gestapo wyprowadzili z mieszkań 52 mężczyzn i każdego z nich zastrzelili zaraz
        na ulicy. Przerażona ludność po ustaleniu tożsamości ofiar kapturowych mordów
        starała się dociec powodów tej tragedii. Ofiary pochodziły z różnych środowisk
        gettowej społeczności, co niewątpliwie było zamierzone dla zdezorientowania
        ludności, której zresztą nie pozostawiono dużo czasu na rozwikłanie przyczyn
        kwietniowej tragedii. Po paru bowiem dniach ponownie wyciągnięto z mieszkań
        kilkanaście osób i w taki sam sposób zamordowano, co powtórzyło się jeszcze
        kilkakrotnie. Przywożono również Żydów zamieszkałych nielegalnie na tzw.
        stronie aryjskiej i zabijano ich na ulicach getta. Rozpoczął się okres bardzo
        trudny: powtarzające się zabójstwa, egzekucja 110 Żydów jako odwet za
        nieprzestrzeganie zarządzeń władz niemieckich, wzrastająca nędza, zwiększająca
        się liczba bezdomnych i wygłodniałych dzieci, wreszcie przesiedlenie do getta
        ludności żydowskiej z innych miejscowości, co wymagało ogromnych wysiłków
        organizacyjnych do ich przyjęcia. Getto nawiedziły niemieckie ekipy filmowe.
        Było oczywiste, że wychwytywanie przez filmowców osób lepiej ubranych,
        inscenizacja różnych scen na ulicach czy w restauracjach, służyły określonemu
        celowi: miały wskazywać na dobrobyt ludności i jej obojętność wobec żebrzących.
        Coraz częściej pojawiały się pogłoski, że akcja propagandowa filmowców
        niemieckich wyprzedza zamiar wysiedlenia z getta części ludności i
        szczelniejsze jego zamknięcie. Wszystkie te wydarzenia ostatniego okresu
        wprowadzały ludność getta w stały stan przerażenia i bezsilności, o co
        niewątpliwie chodziło władzom niemieckim, przygotowującym realizację planu
        tragicznej akcji wysiedleńczej, której rozpoczęcie wyznaczono na dzień 22 lipca
        1942 r.

        Prezes Czerniaków zdawał sobie w pełni sprawę z nastrojów ludności i starał się
        podtrzymywać ją na duchu. Otwiera Domy Dziecka, wspomaga otwieranie ogródków
        dziecięcych, przemawia na otwarciu kolejnej Izby Zatrzymań dla dzieci ulicy w
        rejonie Służby Porządkowej na Chłodnej. Równocześnie odważnie odmawia filmowcom
        niemieckim, którzy żądali, aby wziął udział jako przewodniczący w
        zainscenizowanym balu. Natomiast przy każdym spotkaniu z przedstawicielami
        władz niemieckich zabiega o poprawę życia ludności i stara się zorientować, czy
        represje ostatnich miesięcy mają charakter przejściowy czy też są zapowiedzią
        dalszych tragicznych wydarzeń. Z różnych stron dochodzą bowiem wiadomości, że
        dziesiątki tysięcy Żydów mają być wysiedlone z getta i nikt nie wie dokąd i z
        jakim przeznaczeniem. Czerniaków do tych wiadomości - chociaż nie mają one
        żadnego konkretnego potwierdzenia - odnosi się z należytą uwagą i troską.

        Z tych względów nie zaniedbując codziennych spraw związanych z prezesurą gminy
        usilnie zabiega o każdy możliwy kontakt z przedstawicielami władz niemieckich
        nadzorujących getto. Zdaje sobie sprawę, że nie dowie się prawdy, ale z
        wypowiedzi swych rozmówców może mu się uda zorientować w ich zamiarach. W
        poniedziałek, 20 lipca 1942 r., rozmawia ze wszystkimi funkcjonariuszami
        referatu żydowskiego gestapo. Zapewniają prezesa, że o zamierzeniach
        wysiedlenia ludności z getta nic nie wiedzą i są to zwykłe plotki. Czerniaków
        wynikami tych rozmów się nie zadowala i stara się o uzyskanie konkretnej
        urzędowej odpowiedzi. "Nie mając innego wyjścia - zapisał w Dzienniku 20 lipca
        1942 r. - udałem się do zastępcy kierownika wydziału III, Scherera. Wyraził
        zdziwienie co do pogłoski i oświadczył, że również nic o tym nie wie. W końcu
        zapytałem, czy mogę oświadczyć ludności, że nie ma powodu do obaw.
        Odpowiedział, że mogę, że to wszystko co mówią jest Quartsch i Unsinn (bzdura i
        nonsens). Poleciłem Lejkinowi, aby przez rejony zawiadomił o tym ludność". Wiem
        od żony prezesa, pani dr Felicji (z którą współpracowałem w działalności
        społecznej) jak i ówczesnego sekretarza generalnego gminy adwokata Zygmunta
        Wazmana, że Czerniaków zastanawiał się, czy otrzymane informacje przekazać
        ludności getta. Pełniąc już bowiem przez prawie trzy lata obowiązki prezesa
        gminy zbyt dobrze poznał mechanizm działania władz i urzędów hitlerowskich oraz
        postępowanie ich przedstawicieli, aby otrzymane wiadomości osobiście
        uwiarygodnić. Wiele jednak względów, a przede wszystkim ogromna panika w getcie
        spowodowała, że wydał Lejkinowi polecenie poinformowania ludności getta o
        z
    • Gość: kASIA [...] IP: 209.234.166.* 19.02.03, 15:32
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Warsztaty Młodych Jidyszystów - Łódź 2002 22.02.03, 00:27
        Warsztaty Młodych Jidyszystów - Łódź 2002
        Michał Bilewicz


        "My młodzi - my radośni, rozśpiewana hałastra!" - tym hasłem w 1919 roku Mojsze
        Broderson rozpoczął swój manifest. To w robotniczej Łodzi, a nie w Warszawie,
        Wilnie czy Nowym Jorku, narodził się ruch artystycznej młodzieży, która
        postanowiła tworzyć awangardową literaturę i sztukę w ramach kultury jidysz. Do
        hasła Brodersona i nazwy jego grupy "Jung Jidysz" zaczęli nawiązywać młodzi
        poeci z Warszawy ("Hałastra"), Wilna ("Jung Wilne") czy Ameryki.

        Nie jest więc przypadkiem, że dziś, pierwsze od dziesięcioleci młodzieżowe
        warsztaty języka jidysz zorganizowano właśnie tu - wśród zabytkowych fabryk,
        pałaców fabrykanckich, secesyjnych kamienic i schowanych w podwórzach
        prywatnych synagog.

        "Łódź stanowi doskonałą oprawę dla takich wydarzeń. To jedyne miejsce, w którym
        przedwojenny świat żydowski widać jak na dłoni" - mówi Piotr Piluk, organizator
        warsztatów. Piotr jest Lodzermenszem pełną gębą - zna w Łodzi wszystkich: od
        dyrektorów galerii, którzy pokazali jidyszystom sztukę związaną z żydostwem, do
        bywalców klubów na Piotrkowskiej, gdzie środowisko miłośników jidysz
        integrowało się wieczorami. Piotr zna też każdy łódzki kamień - o brukowanych
        ulicach, zaniedbanych budynkach i zapomnianych fabrykach potrafi opowiadać
        godzinami. W jego historiach powracają żydowscy fabrykanci i robotnicy,
        niemieccy Żydzi w getcie i drobni handlarze z Bałut. Na co dzień Piotr pracuje
        w łódzkim TSKŻ, choć ostatnio często można go spotkać w warszawskim Centrum
        Kultury Jidysz.

        "Wieloetniczna Łódź obecna była od samego początku w moim życiu - opowiada
        Piotr. - Wychowałem się w bliskim sąsiedztwie pałacu Poznańskich i jego
        fabryki. Pewnie dlatego zainteresowałem się architekturą tego miasta i historią
        sztuki" - dodaje. Przez ostatnie kilka lat Piotr zwiedził wszystkie zakamarki
        Łodzi i okolicznych miast. Dzięki temu powstała unikalna kolekcja zdjęć
        dokumentujących historię żydowskiego przemysłu, którą Piotr prezentował m.in. w
        kwietniu na międzynarodowej sesji "Sztetł" na UW, na wystawie w ramach
        zeszłorocznych "Dni Łodzi" i teraz, na warsztatach jidysz.

        Przez trzy dni młodzi miłośnicy kultury jidysz poszukiwali zabytków
        wielonarodowej Łodzi. "Łódź to niesamowite miasto - zachwycał się Robert z
        Warszawy. - To chyba głównie przez tę architekturę - przez nią widać inne
        kultury, naleciałości: żydowską, ale i niemiecką, polską". Piotr Piluk
        komentuje ze znawstwem: "Jest to jeden z największych na świecie zespołów
        architektury historyzującej i eklektycznej, z elementami secesji".

        "Zaprosiłam moich jidyszystów do Łodzi, bo to cudowne miejsce" - mówi Monika
        Polit, która razem z Piotrem zorganizowała warsztaty. Monika jest animatorką
        odradzającego się w Polsce jidyszyzmu - naucza mame łoszn w Centrum Kultury
        Jidysz i prowadzi w szkołach zajęcia o historii Żydów. "Łódź jest moim miastem,
        z którego wyemigrowałam do Warszawy - opowiada Monika. - Tu każdy kamień tchnie
        niemczyzną, albo naszym żargonem. Musiałam więc pokazać to miasto moim uczniom.
        W porównaniu do Łodzi Warszawa wydaje mi się martwa".

        Warsztaty biblioteczne, które poprowadziła Monika, miały przygotować młodych
        adeptów języka jidysz do ich przyszłej pracy. Na przykładzie niewielkiego
        księgozbioru uczyli się tworzyć karty katalogowe - opisywać w jidysz książki,
        odszukiwać nazwiska autorów publikacji. "Kluczem do sukcesu jest dobra
        znajomość alfabetu. Jak potrenuję alfabet, to będzie lepiej" - mówi Robert,
        który dopiero rozpoczyna naukę języka.

        Ostatniego dnia Monika wtajemniczyła młodych jidyszystów w historię ich
        poprzedników. Opowiedziała im o Brodersonie, Adlerze - którzy osiemdziesiąt lat
        temu postanowili tworzyć w duchu jidysz. Monika podkreśla jednak, że żydowska
        Łódź, to nie tylko Jung Jidysz: "Historia Łodzi to nie tylko historia wielkich
        poetów, malarzy. Byli tu także zwykli Żydzi, jidn fun a ganc jor, którzy
        nadawali miastu szczególny charakter".

        Fundatorka warsztatów, Gołda Tencer z Fundacji Szalom, również pochodzi z
        Łodzi. Kiedyś ukończyła słynną szkołę imienia Pereca, a dziś pragnie stworzyć
        młodemu pokoleniu szansę poznania kultury i języka, którego nauczano w jej
        liceum. "Musicie koniecznie zobaczyć budynek liceum - mówiła do jidyszystów
        Gołda Tencer. - Planujemy wmurowanie tam tablicy, a niedawno wydano nawet
        pamiątkową książkę o naszej szkole" - dodała w trakcie spotkania
        wprowadzającego.

        "Ich bin ojch a Lodzermensz" - powiedział kiedyś przyszły premier Leszek
        Miller, na spotkaniu z ziomkostwem łodzian w Izraelu. Z takim poparciem jidysz
        w Łodzi nigdy nie zginie. Czekamy więc na kolejne warsztaty.



    • Gość: kASIA [...] IP: 209.234.166.* 19.02.03, 15:32
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator "Journe'es des Actinides" 22.02.03, 00:27
        Polska obecność na konferencji "Journe'es des Actinides"
        O fizyce i chemii w Ejn Gedi
        Aleksander Bilewicz


        Cykliczne konferencje "Journe'es des Actinides" odbywają się już od 30 lat. Ich
        tematyka związana jest z własnościami aktynowców - grupy ciężkich pierwiastków,
        do których należą m.in. tak ważne jak uran czy pluton. Tegoroczna sesja miała
        miejsce w kibucu Ejn Gedi w Izraelu.

        Okres, w którym zaplanowano konferencję był dla państwa Izrael czasem niezwykle
        trudnym. Niestabilna sytuacja polityczna spowodowała, że losy konferencji
        ważyły się do ostatniej chwili. Wielu jej uczestników odwołało przyjazd.

        Jednak 32 sesja "Journe'es des Actinides" odbyła się. Niemała w tym zasługa
        polskich naukowców. Mimo ciągłych komunikatów o zamachach bombowych, do Ejn
        Gedi zdecydowało się przyjechać 24 zagranicznych badaczy, w tym aż 9 Polaków -
        z Wrocławia, Katowic, Krakowa i Warszawy.

        Udział polskich naukowców w tegorocznym "Journe'es des Actinides" był
        szczególnie ważny, gdyż konferencja zbiegła się z 50 rocznicą odkrycia przez
        Włodzimierza Trzebiatowskiego zjawiska ferromagnetyzmu związków uranu. Temu
        ważnemu odkryciu poświęcono jedno ze spotkań, na które przyjechał
        przewodniczący izraelskiej Komisji Energii Atomowej oraz przedstawiciel
        polskiej ambasady. Uczestnictwo w sesji planował także ambasador RP, jednakże
        wizyta ministra Siwca w Izraelu w tym samym czasie pokrzyżowała jego plany.

        Fakt, że konferencja ostatecznie doszła do skutku był bardzo ważny dla
        izraelskich gospodarzy. Po roku mozolnych przygotowań, jej odwołanie
        oznaczałoby kolejne zwycięstwo palestyńskiego terroryzmu, który chce
        sparaliżować normalne życie w Izraelu. Izraelczycy czuli, że nasz przyjazd był
        wyrazem solidarności z izraelskimi naukowcami i przeciwstawieniem się izolacji
        izraelskiego państwa od świata, na której tak zależy Arafatowi.

        Mimo że w konferencji wzięło udział tylko 24 zagranicznych uczestników, program
        naukowy został całkowicie wypełniony. Jak co roku, wymieniliśmy się
        informacjami o najnowszych osiągnięciach teoretycznych i eksperymentalnych.
        Szczególnie cenne były doniesienia o stwierdzonym nadprzewodnictwie związków
        aktynowców.

        Po konferencji polscy uczestnicy zwiedzili Jerozolimę, skąd tak często dochodzą
        sygnały o aktach przemocy. Czytając przed wyjazdem prasowe doniesienia z
        Izraela sądziłem, że zobaczę sparaliżowany strachem kraj. Jednakże życie toczy
        się tam zupełnie normalnie. Ulice w Jerozolimie i Tel Awiwie są jak zawsze
        pełne ludzi, a kawiarnie wieczorami zapełniają się gośćmi. Wszyscy oni są dziś
        szczególnie zdeterminowani, aby nie dać się terrorystom i żyć codziennym dniem
        w swoim kraju. Utrzymywanie przez Polskę naukowych kontaktów z Izraelem może w
        tym bardzo pomóc.

        Autor jest docentem w Instytucie Chemii i Techniki Jądrowej w Warszawie



    • Gość: Marco Re: Lista Morderstw Popelnionych przez Zydow IP: *.lta.lviv.ua 19.02.03, 17:54
      In Ukraine in the years 1932-33 died up to 10 millions
      of peoples. the artificiale famine organized by
      bolshevik party was planned and realized by Lazar
      Moisejewich Kaganovich
      • jewhaterexterminator Jestem Stąd - 22.02.03, 00:29

        Jestem Stąd - W dziesiątą rocznicę śmierci Stanisława Wygodzkiego
        Tadeusz J. Żółciński


        Niepostrzeżenie mija dziesiąta rocznica śmierci Stanisława Wygodzkiego. Co
        prawda w najnowszym, XIII roczniku telawiwskich "Konturów" sygnowanych na rok
        2002, zamieszczono znaleziony w papierach po zmarłym zarys
        opowiadania "Akacjowe maje", a w Warszawie z początkiem maja odbyło się
        spotkanie z wdową po Stanisławie Wygodzkim, ale na tym się kończy. Czyżby
        niepamięć objąć miała autora gorzkiej, rozrachunkowej z okresem stalinizmu
        powieści "Zatrzymany do wyjaśnienia?". Czyżby miał podzielić los licznych
        pisarzy wypędzonych, którzy mogli pisać za nim, że "Polska to moja wielka rana"
        i "...bo nie jestem skądinąd i nie jestem zewsząd: JESTEM STĄD".

        Bo dla Wygodzkiego bycie STĄD było byciem z Polski. I choć w Izraelu spędził
        ostatnie dwadzieścia cztery lata trudnego życia, to uczuciowo związany się czuł
        zawsze z Polską, krajem dzieciństwa, młodości, wieku męskiego, czasu Holocaustu
        i co ważne debiutu poetyckiego i lat dojrzałego pisarstwa. Dziś już mało kto
        pamięta jego poetycki debiut z 1936 r. spod znaku "Żywioł liścia", który ukazał
        się w serii Biblioteka "Okolica Poetów". Dziwne to były wiersze, pełne
        melancholii i przeczuć tego, co dopiero miało nadejść, a co miało wyznaczać
        biografię poety. To dziś dopiero możemy jednoznacznie odbierać treść wiersza "O
        niemieckiej śmierci" poświęconego początkom dojścia do władzy Hitlera:

        Ale ja nie wiem, czy taka zwyczajna,
        bo osiem kul było - nie jedna,
        i nie wiem, czy jawna strzelała czy tajna,
        i matka też nie wiedziała - biedna.
        I S.A. Männer rzekli:
        Er war ganz verdorben,
        drum ist er gestorben!

        Znalazły się w tym zbiorze wiersze, które dziś wymagają historycznego
        komentarza, jak choćby "Mahagonny", "Nowe Cesarstwo Mandżuko" czy "Hiszpania".
        I nie wystarczy do ich pełnego zrozumienia wyznanie pisarza z 1990 r., z okazji
        ukazania się w jego dawnym kraju po latach nieobecności na półkach
        księgarskich, tomu wierszy "Pożegnanie": "Z jakiej tradycji wywodzi się to
        niewielkie pisanie moje, to paranie się zawodem, napełniającym mnie ciągle
        wątpliwościami, zniechęceniem i goryczą? Z tego wszystkiego co w literaturze
        polskiej, i nie tylko polskiej, było pochyleniem się nad niedolą ludzką, nad
        cierpieniem, osaczeniem, pogardą i nędzą. Z tej literatury się wywodzę i ku
        niej zmierzam, jej pragnę pozostać wiernym tak długo, jak długo pogarda,
        nienawiść, łaknienie krwi będzie tradycyjnym składnikiem społeczności
        ludzkich".

        Temu też wyznaniu pozostawał Wygodzki wierny przez wszystkie lata służby
        pisarskiej, zarówno w poezji jak i w prozie oraz w publicystyce, w głoszonych
        poglądach politycznych.

        On, człowiek lewicy, komunista, dumny z posiadanej przez lata legitymacji
        partyjnej, głoszący chwałę "dialektyki dziejów", dający odpór imperialistycznej
        Ameryce, potrafił poddać krytyce swoje dotychczasowe poglądy w momencie, gdy
        się dowiedział, że służył piórem złej sprawie: "Pisałem przede wszystkim o
        wojnie, o tragedii Holocaustu, o własnych przeżyciach z tego okresu. Ale
        pisałem też - co było zgodne z moimi ówczesnymi zapatrywaniami - że Stalin to
        ten, który skutecznie wyzwolił ludzkość, a Dzierżyński to ten, który skutecznie
        walczył z kontrrewolucją... Cóż dziś mogę powiedzieć o tych utworach? Były
        haniebne, o wielu z nich myślę z pogardą. Nie chcę się usprawiedliwiać, ale
        wszystko jest kwestią perspektywy - dziś wiem o tamtych czasach dużo więcej niż
        wiedziałem wówczas... Tak, powiedziałem wówczas: służyłem złej sprawie. I tak
        było".

        To rozczarowywanie komunizmem było długim i bolesnym procesem. Ostatecznie
        zerwał Wygodzki z tą ideologią w dniu, w którym na zawsze opuszczał Polskę, na
        dwa miesiące przed wydarzeniami marca 1968 r.: "Mój wyjazd był protestem
        przeciwko temu, co się dzieje w Polsce, był emigracją nie do lecz od.
        Rozumowałem tak: jeżeli jestem Żydem i nie chcą mnie w kraju, który wybrałem na
        swoją ojczyznę, to moje miejsce jest tylko pośród Żydów, w Izraelu. Wyjeżdżałem
        z przymusu, ale Izrael był moim wolnym wyborem".

        Już będąc w Izraelu dowiedział się, że "wydany w Warszawie tajny okólnik,
        poleca spalenie książek Stanisława Wygodzkiego". Dało to poecie asumpt do
        napisania wiersza bez tytułu:

        Spaliłeś moje książki, barbarzyńco,
        na wicher cisnąłeś mój popiół.
        Kto czynił to kiedyś w Europie,
        złoczyńco!

        ...............................................

        Chcesz zatrzeć po mnie ślady,
        echo po tamtym narodzie,
        co w kłębach cyklonu padał -
        bo ty jesteś zbrodzień.
        Pojętny, partyjny uczniu,
        uczniu palaczy z Niemiec.

        * * *

        Wygodzki cierpiał na polskość. Pisać umiał wiersze i prozę jedynie w języku
        polskim. W Izraelu nieustannie tęsknił za dawnym krajem, wszystko mu się z nim
        kojarzyło, nasuwało porównania:

        Tej nocy w Giwataim
        krzewy pachniały jak w Polsce -
        trawa wilgotna, kładka nad rowem.
        Przychodźcie, deszcze,
        przychodźcie
        przychodźcie
        przychodźcie jeszcze
        i jeszcze.
        Ta jego Polska zawarta została w "pejzażach dzieciństwa":
        Zacisze snów z parskaniem koni,
        ze strychem i chrobotem myszy
        z gałęzią wiśni i jabłoni.

        Równocześnie ta Polska to czas wojennej Apokalipsy, Holocaustu, śmierci w
        obozach zagłady najbliższych - matki, żony i córeczki. To śmierć milionów
        współbraci, których jemu, uratowanemu, przyszło opłakiwać i pamiętać:

        Przez własny ból i własną mękę
        przenika wiersz mój i narasta
        i jak na ciepły popiół miasta
        na serce kładę swoją rękę,
        lecz zalękniona się nie cofa
        i wytrwa, wytrwa do ostatka
        powolna i bolesna strofa
        w której Córka ma i Matka

        ...........................................

        I odwrócony ku tej stronie,
        skąd nikt nie wraca, muszę zmieścić
        dwadzieścia bitew i klęsk dwadzieścia
        dalekie oczy, usta, dłonie
        i wytrwać, wytrwać sił ostatkiem
        i zapamiętać wszystko, grom
        i własny Kraj i dom i pogrom
        i Córkę własną i mą Matkę.

        * * *

        Spuścizna Wygodzkiego jest wymierna. Kilkanaście zbiorów poezji, tyleż samo
        tomów prozy. Wydawane za życia pisarza, dziś zapełniają w jego dawnym kraju
        półki kilkunastu bibliotek publicznych. Od czasu do czasu ktoś po nie sięga,
        zagląda, przerzuca. Ktoś go wspomni okazjonalnie, najczęściej w pracy naukowej
        poświęconej bądź to Holocaustowi, bądź to historii Żydów w Polsce i ich
        piśmiennictwu. Ktoś przytoczy fragment jakiegoś wiersza bądź prozy dla
        udokumentowania założonej tezy dotyczącej literatury żydowskiej tworzonej w
        Polsce, bądź dla poświadczenia, że Holocaust miał swoich poetów Hiobów. Bo był
        Wygodzki Hiobem opłakującym zagładę swojego narodu. I jak słusznie zauważa
        Józef Wróbel w książce "Tematy żydowskie w prozie polskiej 1934-
        1987": "Kilkadziesiąt martyrologicznych opowiadań Stanisława Wygodzkiego to
        fragmenty zamkniętego, niekończącego się fresku upamiętniającego żydowskie, a
        to znaczy w najwyższym stopniu skondensowane, ludzkie cierpienie...Wygodzki
        buduje świat swoich opowiadań z niewielkich cząsteczek ludzkich tragedii,
        każdej jednak może przypisać wymiar uniwersalizujący ludzkie cierpienie i
        ludzką podłość, która jest jego przyczyną. Tematem, który jest mu szczególnie
        bliski przez śmierć córki zagazowanej w komorze, której poświęcił tom trenów
        Pamiętnik miłości, jest dziecko".

        A Natan Gross pisze o żydowskich trenach Wygodzkiego, który jest w nich nie
        tylko świadkiem, ale i kronikarzem czasu Zagłady:
        Dziejopis ludzi, butów, sukien
        Po mych spalonych i po Twoich...

        Trudno jest zamknąć w krótkim przypomnieniu jakże złożoną drogę życia
        Wygodzkiego. Ukazać zamknięty w jego twórczości dramat człowieka, który przez
        wiele lat życia miał świadomość przegranych idei, które wyznawał, w które
        wierzył. Lecz jak Hiob opłakujący miał równocześnie nadzieję, że jednak świat
        jego wartości, jego przemyśleń, kiedyś jednak zwycięży.



      • Gość: zbik_czyli_wojo [...] IP: *.gen.twtelecom.net 03.03.03, 18:14
        Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: ZBIK 19 Luty 2003, MASAKRA - 14 LUDZI ZABITYCH IP: 209.234.157.* 20.02.03, 01:26
      www.haaretzdaily.com/hasen/spages/264640.html
      • jewhaterexterminator "Czy zaglądałeś do Goldberga"? 22.02.03, 00:30
        Promocja dzieła uczonego z Jerozolimy
        "Czy zaglądałeś do Goldberga"?
        Ryszard Wasita


        Tym pytaniem profesor Janusz Tazbir kończy swój komentarz do trzytomowego
        dzieła Jakuba Goldberga z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie. Pytaniem,
        jak najbardziej uzasadnionym, które należy odtąd kierować do badaczy dziejów
        Żydów w Polsce, aby przypominać im, że nie mogą pominąć tak bogatego źródła
        jak "Jewish Pirivileges in the Polish Commonwealth: Charter of Rights Granted
        to Jewish Community in Poland-Lithuania in the Sixteeth to Eighteen Centuries".

        Dzieło profesora Jakuba Goldberga powstawało długo, przez wiele lat, w skrajnie
        trudnych warunkach - zbieranie materiałów w znacznym stopniu utrudniał brak
        dostępu do archiwów litewskich, białoruskich i ukraińskich w ówczesnym Związku
        Radzieckim.

        Gdy w drugiej połowie lat 80. ukazał się tom pierwszy publikacji, wydany
        wówczas w sześciu wersjach językowych, czasopismo "Polska" przyznało uczonemu z
        Jerozolimy doroczną nagrodę "za najwartościowszą książkę roku o tematyce
        polskiej opublikowaną za granicą". Recenzentami-jurorami byli między innymi
        prof. Jan Szczepański z Polskiej Akademii Nauk, prof. Maurycy Horn z
        Żydowskiego Instytutu Historycznego i prof. Józef Andrzej Gierowski z
        Uniwersytetu Jagiellońskiego. Dla państwa Goldbergów była to radość niezwykła,
        bo wiązała się z możliwością spotkania z rodzinną ziemią - po latach zakazu.
        Ani prof. Olga Goldberg (etnograf i etnolog), ani prof. Jakub Goldberg nie
        widzieli Polski od dawna, gdy musieli ją opuścić w pamiętnym roku 1968. W
        latach 80. też nie było łatwo uzyskać pozwolenie na wizytę w kraju, ale dzięki
        przychylności jednego z ówczesnych wiceministrów spraw zagranicznych udało się
        zapewnić profesorskiej parze wizy polskie. Ówczesny prezes ZAiKS, pisarz i
        publicysta, rodowity opolanin Edmund Jan Osmańczyk sprawił, że we wrześniu,
        kiedy Zakopane jest pełne gości, znalazł się pokój w "Halamie" dla Olgi i
        Jakuba Goldbergów.

        Warszawska promocja dzieła Jakuba Goldberga odbyła się ósmego maja 2002 roku w
        Sali Joachima Lelewela w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk na
        warszawskim Rynku Starego Miasta.

        Profesor Janusz Tazbir, wybitny polski historyk i serdeczny przyjaciel Jakuba
        Goldberga, w swojej refleksji poświęconej pracy uczonego z Jerozolimy
        podkreślił istotne cechy Jakuba Goldberga wyróżniające go jako badacza -
        wzorowego edytora źródeł historycznych, umiejętnie dokonującego analizy i
        syntezy tematyki.

        Drugim mówcą był profesor Antoni Mączak, również wybitny polski historyk,
        utalentowany pisarz historyczny, także serdeczny przyjaciel prof. Goldberga.
        Mówił o zasługach uczonego z Jerozolimy w przybliżaniu mniej znanych epok w
        dziejach Żydów Rzeczypospolitej, bo główna uwaga badaczy skupiła się po II
        wojnie światowej na problematyce Zagłady i - w mniejszym już stopniu - na
        latach międzywojennych. Dzieło prof. Goldberga opisujące okres od XVI do
        schyłku XVIII wieku i rozbiorów, obejmuje całą wielką epokę w dziejach Żydów
        Rzeczypospolitej.

        Po wystąpieniu prof. Antoniego Mączaka wręczono gościowi z Jerozolimy list
        prof. Leona Kieresa - dyrektora Instytutu Pamięci Narodowej, przy aplauzie
        zebranych (widziałem między innymi prof. Henryka Samsonowicza, prof. Juliusza
        Bardacha, krakowskiego jezuitę ks. prof. Stanisława Obirka i wielu innych
        przedstawicieli polskiej humanistyki).

        Sam autor w krótkiej wypowiedzi podkreślił uniwersalność opublikowanych źródeł,
        bo dotyczą one nie tylko samych Żydów, ale także np. rozwoju gospodarczego
        dawnej Rzeczypospolitej, rozwoju urbanistyki na ziemiach polsko-litewskich,
        ukazują przyczyny i proces stanowienia prawa w Rzeczypospolitej.

        Na koniec zwięzły opis dzieła Jakuba Goldberga: przywileje dla gmin żydowskich
        były najważniejszymi dokumentami wydanymi dla Żydów w I Rzeczypospolitej przez
        królów i dziedziców miast prywatnych, stanowią więc rodzaj źródła obfitującego
        w podstawowe informacje z dziejów polskich Żydów i szeregu dziedzin historii
        Polski w XVI-XVIII wieku. Wystawcy przywilejów przyznawali Żydom szeroki zakres
        uprawnień, stwarzający im możliwość korzystania z większej niż gdzie indziej
        tolerancji.

        Dotyczyły one prawa do zamieszkania w miastach, zajmowania się różnymi
        zawodami, swobody uprawiania kultu religijnego, wznoszenia synagog, zakładania
        cmentarzy. Zawierają też normy określające status prawny Żydów, kompetencje
        żydowskich instytucji samorządowych, zasady wyboru starszyzny, zakres
        sprawowanej przez króla, dziedziców i kahały władzy sądowej, a ponadto
        ustanawiane dla ludności żydowskiej ograniczenia o charakterze prawnym i
        gospodarczym. W opracowanym przez prof. Jakuba Goldberga zbiorze przywilejów
        znajdujemy też przepisy regulujące stosunki Żydów z różnymi stanami polskiego
        społeczeństwa, władzami państwowymi, starostami, dziedzicami miast
        szlacheckich, duchowieństwem. Nakładały na Żydów obowiązek płacenia podatku
        pogłównego i uiszczenia czynszów dla starostów, dziedziców, magnatów i
        instytucji kościelnych oraz świadczenia różnego rodzaju powinności. Normy
        prawne zawarte w tych przywilejach zaważyły na charakterze ustawodawstwa
        ustanowionego dla Żydów w okresie przedrozbiorowym.

        W pierwszym i drugim tomie zamieszczone są teksty 129 przywilejów, do
        niektórych zaś dołączono aneksy. Przeważająca część przywilejów została
        napisana po polsku, niektóre po łacinie i niemiecku, inne zaś w części po
        polsku, a w części po łacinie. W pierwszym i drugim tomie obszerne wstępy
        omawiające znaczenie, funkcje i zawartość przywilejów oraz regesty i przypisy,
        publikowane są w wersji angielskiej, a trzeci tom zawiera polską wersję tych
        tekstów.

        Czy możliwe jest odnajdywanie nowych źródeł, a zatem uzupełnianie dzieła
        profesora Jakuba Goldberga o nowe, dotąd niepoznane przywileje? Prof. Antoni
        Mączak uważa, że jest to oczywiście możliwe (archiwa w krajach byłego ZSRR),
        ale będą to uzupełnienia niezmieniające ogólnego obrazu, który przyniosła praca
        uczonego z Jerozolimy. I - jak to powiedział prof. Janusz Tazbir - kolejne
        pokolenia badaczy będą sobie i kolegom zadawały pytanie: "Czy zaglądałeś do
        Goldberga?".

        Obecny na uroczystości w Instytucie Historii Polskiej Akademii Nauk Michał
        Friedman szepnął mi w pewnym momencie do ucha:

        - Kiedy patrzę na zebranych tu ludzi z różnych pokoleń i różnych dziedzin
        wiedzy, to myślę sobie słowami Wyspiańskiego - "A to Polska właśnie".



    • Gość: bASIA [...] IP: 130.94.123.* 20.02.03, 19:13
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Jan Kiepura 22.02.03, 00:31
        Jan Kiepura

        Teatr Wielki - Opera Narodowa w Warszawie premierą operetki Wesoła wdówka
        Franza Lehara uczciła setną rocznicę urodzin (16 maja 1902) jednego z
        najsławniejszych polskich tenorów XX wieku - Jana Kiepury.

        Ten syn piekarza z Sosnowca, dzięki swojemu talentowi, wyjątkowo pięknemu
        głosowi, świetnym warunkom zewnętrznym, obdarzony żywiołowym temperamentem,
        zrobił w swoim czasie zawrotną karierę. Po kilku początkowo amatorskich
        występach na estradach znalazł się w stolicy i wystąpił na scenie Opery
        Warszawskiej, w Halce Stanisława Moniuszki, w epizodycznej roli Górala w III
        akcie. Jego właściwy debiut miał miejsce we Lwowie, w 1925 roku, w roli
        tytułowej opery Faust Ch. Gounoda.

        Wreszcie rozpoczęła się jego wspaniała kariera wiodąca nie tylko przez polskie
        sceny, ale przez sceny operowe niemal wszystkich stolic Europy - od Wiednia,
        Berlina, Paryża, Londynu oraz Mediolanu począwszy. Podbił z ogromnym sukcesem
        także sceny Ameryki, gdzie jego głównym agentem był Sol Hurok. Dokonał ogromnej
        ilości nagrań płytowych. W repertuarze miał niemal cały "żelazny" repertuar
        operowy, a nawet tak rzadko grywane dzieła, jak opera E.W. Korngolda Das Wunder
        der Heliane (Cud Heliany), w której wystąpił z Lottą Lehman jako partnerką.

        W 1930 roku rozpoczął współpracę z niemiecką kinematografią, gdzie jego kreacje
        w filmach muzycznych jak Lied einer Nacht (Pieśń nocy, reż. A. Litvak, 1932)
        oraz Ein Lied für Dich (Dla ciebie śpiewam, w Polsce grany jako Zdobyć cię
        muszę, reż. J. May, 1933) zapewniły mu ogromną popularność w Niemczech, gdzie w
        zaraniu filmu dźwiękowego stał się niemal idolem, zresztą nie tylko tamtejszych
        melomanów. Ogółem wystąpił w 12 filmach nakręconych między innymi w Austrii i w
        Ameryce (kilka z udziałem jego żony, śpiewaczki i aktorki Marty Eggerth).

        Jego popularności w Niemczech zagraża coraz bardziej hitleryzm. Czujni
        funkcjonariusze Goebbelsa zwrócili uwagę, że matka sławnego śpiewaka Jana
        Kiepury i mniej sławnego jego brata, także tenora Władysława Ladisa (ur. 1904)
        była Żydówką. Niebezpieczeństwo zagrażające im ze strony nazistów zmusza ich
        obu do opuszczenia Europy. I wreszcie obaj znaleźli się w osławionym Lexikon
        der Juden in der Musik (Berlin 1940).

        Nie ma racji Jerzy Waldorff (w książce Jan Kiepura, 1974) pisząc: "W
        największym berlińskim kinie Ufa-Palast odbyła się premiera filmu z udziałem
        Kiepury, produkcji austriackiej, w reżyserii Carmine Gallone Im Sonnenschein (W
        słońcu). Znowu obecni najwyżsi dygnitarze Tysiącletniej Rzeszy, owacje dla
        polskiego tenora, ściskanie mu rąk, kwiaty.

        Wystarczyło jednak, że w obliczu wojny Jan Kiepura opowiedział się po stronie
        swojego kraju, aby na rozkaz tych samych przedstawicieli wysokiej germańskiej
        kultury ujrzał się w jednym więcej dokumencie niemieckiej hańby, w leksykonie
        Das Judentum in der Musik (Waldorff się myli: paszkwil pod tym tytułem
        opublikował w XIX w. Ryszard Wagner. Natomiast nazwisko Kiepury znalazło się we
        wspomnianym wyżej Lexikon der Juden in der Musik - M.F.), gdzie umieszczano -
        jako wyklętych - najwybitniejszych artystów, jeżeli byli żydowskiego
        pochodzenia, od Mendelssohna i Mahlera poczynając".

        Otóż nie całkiem o to chodziło. Kiepura wielokrotnie dawał przykłady swego
        przywiązania do ojczyzny, ale patriotów polskich było wielu, a przecież z tego
        powodu nie trafiali oni do wspomnianego leksykonu, chociaż byli prześladowani,
        zsyłani do obozów itd. W tym leksykonie umieszczono osoby ewidentnie
        żydowskiego pochodzenia, w tym także niektórych z oznaczeniem "H" (Halbjude). W
        związku z tą właśnie "plamą" na swoim życiorysie Kiepura się "zakwalifikował"
        do owego, jak słusznie pisze Waldorff - haniebnego leksykonu.

        Jeżeli chodzi o losy matki Kiepury - były one tragiczne. W 1940 roku ojciec
        tenora, Franciszek, przeprowadził rozwód z żoną Marią, która jako młoda Żydówka
        Miriam Neuman przyjęła chrzest, by poślubić przystojnego piekarza. Zagrożoną
        przez Niemców lub szmalcowników Marię przygarnęły siostry felicjanki.
        Opiekowały się nią z poświęceniem, była chora, miała ogromne ciśnienie. W 1942
        roku felicjanki z pomocą żołnierzy AK potajemnie przewiozły bardzo już chorą
        Marię do miasteczka Końskie, gdzie w wieku 58 lat zmarła i została pochowana na
        tamtejszym cmentarzu. Warto wspomnieć, że była bardzo ładna, muzycznie
        utalentowana i miała piękny głos. Synowie te cechy zapewne po niej
        odziedziczyli.

        Wracając do kariery Jana Kiepury - jego kariera jako wybitnego śpiewaka
        operowego zaczęła gasnąć. Poświęca się coraz częściej rozrywce na Broadway'u,
        grywa, jak już wspomniano, w filmach, występuje razem z żoną Martą Eggerth w
        operetkach, między innymi w znakomicie zagranej Wesołej wdówce. Z tym
        przedstawieniem po wojnie gościli z dużym powodzeniem na wielu scenach Ameryki
        i Europy. Po wojnie Kiepura dwukrotnie odwiedził Polskę. Na spotkaniu w
        Stowarzyszeniu Dziennikarzy Polskich - autor tego szkicu miał okazję zamienić z
        nim parę słów. Jego powojenny koncert w Warszawie (wystąpił także w Krakowie),
        przyjęty ze wzruszeniem, nie zachwycał już, niestety, jak dawniej.

        Jan Kiepura zmarł na atak serca 13 sierpnia 1966 r. w Nowym Jorku, w dwa dni po
        swoim występie na imprezie polonijnej.

        Pozostały po nim świetne nagrania płytowe, filmy i zasłużona pamięć i od 1967
        roku, Festiwale Arii i Pieśni im. Jana Kiepury w Krynicy.

    • Gość: viri-palestyna [...] IP: 130.94.107.* 21.02.03, 18:23
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator tym razem po kanadyjsku 22.02.03, 00:32
        Janusz Korczak - tym razem po kanadyjsku
        Olga Miedwiediewa


        Prawdopodobnie w każdym większym mieście w świecie znajdzie się przynajmniej
        jedna osoba, zafascynowana niezwykłą osobowością Korczaka. W kanadyjskim
        Vancouver taką osobą był wieloletni czytelnik i przyjaciel "Słowa Żydowskiego",
        Aleksander Dimant. Od lat nosił się z zamiarem nadania imienia Korczaka
        żydowskiemu przedszkolu. Ucieszyłby się, gdyby się dowiedział, że na początku
        2002 roku powstało tu, w Kanadzie, Towarzystwo Janusza Korczaka.

        Jeszcze dwa lata temu z inicjatywy wdowy po panu Dimancie Giny i przy poparciu
        Centrum Edukacyjnego Holocaust odbył się w Vancouver wieczór poświęcony pamięci
        Korczaka. Przygotowany według niezawodnego scenariusza sprawdzonego już w kilku
        innych krajach jako początek szerszych działań organizacyjnych: słowo wstępne i
        projekcja filmu Andrzeja Wajdy (film ten nie starzeje się, jak nie starzeje się
        legenda o Korczaku) - zaowocował powstaniem grupy zaangażowanych korczakowców.
        Owszem, stawiali sobie pytanie, które przy podobnej okazji już nie raz w
        świecie padało: "Dlaczego Korczak?". Doszli do wniosku, że trzeba go
        sformułować raczej jako: "Korczak - Dlaczego tak późno?". Przecież Kanada
        słynie z ogromnej uwagi poświęcanej problemom socjalnym i między innymi
        problemom dziecka. Żaden dorosły nie ośmieli się tutaj publicznie uderzyć czy
        nawet skrzyczeć dziecko. Ale wszędzie są nieszczęśliwe dzieci. I jak wszędzie
        na świecie szacunku dla dziecka nie jest tu za dużo. A właśnie szczęście
        dziecka było dla Korczaka sprawdzianem sprawiedliwości ustroju społecznego...

        Kanadyjskie Towarzystwo Janusza Korczaka planuje przede wszystkim zająć się
        popularyzacją w kraju osobowości i dziedzictwa Korczaka: organizować odczyty i
        dyskusje w szkołach i na uniwersytetach, dotrzeć z tematem korczakowskim do
        środków masowego przekazu, przełożyć i opublikować niektóre, nieznane w
        obszarze języka angielskiego, dzieła autora "Jak kochać dziecko"...

        Już na jesieni odbędzie się wystawa zatytułowana "Korczak i prawa dziecka".
        Zwiększenie zainteresowania Korczakiem wśród fachowców w dziedzinie wychowania
        to początek w realizacji naczelnego zadania Towarzystwa - pracy z dziećmi.

        I na zakończenie jeszcze jeden akcent kanadyjski. Wiadomo, że Korczak łączy
        ludzi z różnych krajów. W Kanadzie, biorąc pod uwagę jej wielokulturowość, może
        on również łączyć ludzi w kraju. I już łączy - przynajmniej Polaków i Żydów.



    • Gość: jewhater 21 Luty 2003,nastepny Palestynczyk zamordowany IP: 209.234.166.* 21.02.03, 21:24
      www.haaretzdaily.com/hasen/spages/265515.html
      • jewhaterexterminator Jubileusz, jubileusz 22.02.03, 00:32
        Jubileusz, jubileusz
        Renata Saks


        Jubileusz 55-lecia pracy dydaktycznej i translatorskiej obchodził
        najwspanialszy znawca języka jidysz i literatury żydowskiej Michał Friedman.

        Z tej okazji Państwowy Teatr Żydowski, Fundacja Shalom, Federacja Stowarzyszeń
        Żydowskich w Polsce, Towarzystwo Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce, Joint
        Distribution Committee zorganizowały uroczysty wieczór. W fotelu jubilata
        ustawionym na scenie naszego teatru zasiadł dostojny gość. Na widowni byli
        przyjaciele, znajomi, uczniowie, ci, którzy kiedykolwiek spotkali się z panem
        profesorem.

        Wieczór na cześć jubilata, Michała Friedmana, otworzył dyrektor teatru Szymon
        Szurmiej, który w serdecznych słowach złożył podziękowanie za jego pracę dla
        teatru, za naukę języka jidysz już kilku pokoleń aktorów żydowskiej sceny.

        Szef Kancelarii Prezydenta, minister Marek Siwiec, uhonorował prof. Michała
        Friedmana za jego wkład w dzieło popularyzacji literatury jidysz i przybliżenie
        jej polskiemu czytelnikowi Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski.

        Życzenia z okazji jubileuszu złożyli Michałowi Friedmanowi: dyrektor Fundacji
        Shalom, aktorka Teatru Żydowskiego Gołda Tencer, przewodniczący Stowarzyszenia
        Żydów Kombatantów i Poszkodowanych w II Wojnie Światowej Ludwik Krasucki. O
        wielkim znaczeniu pracy Michała Friedmana jako tłumacza literatury żydowskiej i
        przybliżaniu tej literatury polskiemu czytelnikowi mówił redaktor naczelny
        Wydawnictwa Dolnośląskiego Jan Stolarczyk. Przypomnijmy, że właśnie Wydawnictwo
        Dolnośląskie wydało już cały szereg powieści klasyków literatury żydowskiej w
        tłumaczeniu Michała Friedmana.

        Serdeczne gratulacje złożyła też jubilatowi attaché kulturalny ambasady Izraela
        w Polsce Beth-Eden Kite. Gratulowali mu pięknego jubileuszu i osiągnięć
        zawodowych licznie przybyli przyjaciele.

        W części artystycznej wystąpili aktorzy Teatru Żydowskiego. Wszyscy byli
        uczniami profesora, to on nauczył ich nie tylko języka jidysz, ale i
        wrażliwości na literaturę żydowską. W programie artystycznym było wiele
        żydowskich piosenek, scenek komicznych, śmiechu i wzruszeń.

        Znana piosenkarka, Sława Przybylska, która tak pięknie śpiewa w jidysz, także
        była uczennicą znanego maestro. Zaśpiewała nam pięknie dwie żydowskie piosenki.

        Warto dodać, że Michał Friedman był stałym współpracownikiem "Fołks-Sztyme".
        Czujemy się zaszczyceni, że pozostał z nami również w "Słowie Żydowskim". Od
        lat w każdym numerze naszego pisma drukujemy literaturę klasyków żydowskich w
        jego tłumaczeniu. Pan Michał służy nam również swoją pomocą i cennymi uwagami
        przy opracowywaniu stron żydowskich naszej gazety. Zespół redakcji "Słowa
        Żydowskiego" ma więc szczególne powody, aby wyrazić słowa podziękowania za
        współpracę i złożyć jak najgorętsze życzenia z okazji jubileuszu.



    • jewhaterexterminator Słowo Wstępne 22.02.03, 00:35





      Słowo Wstępne
      Z Kołomyi do Stopczetu
      Mil siedem jak obszył.
      Z góry jadąc - siedem dobrych,
      A pod górę - gorszych.

      Od Kitowa słońca talar
      Toczy się po łąkach
      "Stań się światło" - śpiewa Mejłech
      "Stań się" - Berek brzdąka

      Tak śpiewał czeladnik krawiecki Note Manger, bohater utworów Icyka Mangera. W
      poezji żydowskiej złotym miastem słońca jest zawsze Jerozolima. Miasteczka
      Ukrainy są złote innym słońcem, odbitym na drzewach, toczącym się po
      okolicznych łąkach. Ich złotem jest też bogactwo aszkenazyjskiej kultury.
      Nieprzypadkowo miasta te nazywane są: "Jerozolima Podola", "Jerozolima
      Wołynia", "Jerozolimka"...

      Icyk Manger urodził się w Czerniowcach. Na terenie dzisiejszej Ukrainy żyli też
      inni wielcy twórcy żydowskiej literatury: Mendele, Szolem Alejchem, później
      Dawid Hofsztajn i Perec Markisz. Tam też narodził się chasydyzm, który z czasem
      przeniknął do Polski.

      Dziennikarze "Słowa Żydowskiego" wyruszyli za wschodnią granicę Polski, żeby
      odnaleźć ostatnie złote promienie, o których pisał Manger. Niestety -
      ukraińskie judaika popadają dziś w ruinę, a ostatni Żydzi opuszczają właśnie
      zubożałe miasteczka w poszukiwaniu lepszej przyszłości w Izraelu i Niemczech.
      Ukraina jest jednak, i zawsze będzie, wspaniałym celem podróży. Zabytki
      żydowskie, polskie i ukraińskie skłaniają wciąż nielicznych turystów do
      częstych powrotów. Bowiem ten, kto choćby raz przekroczył Bug, wie, że
      prawdziwą historię wieloetnicznej Rzeczypospolitej odnajdzie tylko na Ukrainie.

      W naszym serwisie zebraliśmy owoce podróży autorów "Słowa Żydowskiego":
      reportaże, sprawozdania, zdjęcia, relacje i wspomnienia. Mogą one stanowić
      swoisty przewodnik dla każdego, kto zamierza wybrać się w tamte strony.
      Zapraszamy do podróży po żydowskiej Ukrainie!

      Michał Bilewicz
    • jewhaterexterminator O slowie Zydowskim 22.02.03, 00:37
      free.ngo.pl/wort/

      Słowo Żydowskie jest dwutygodnikiem wydawanym w Warszawie przez Towarzystwo
      Społeczno-Kulturalne Żydów w Polsce. Ukazuje się dzięki wsparciu Ministerstwa
      Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Słowo Żydowskie ukazuje się w dwóch językach:
      polskim i jidysz.

      Na stronach polskich pojawia się tematyka związana z aktualnymi wydarzeniami
      politycznymi, kulturalnymi i społecznymi. Poza tym: recenzje, publicystyka,
      tematyka izraelska oraz artykuły historyczne.

      Na stronach jidysz prezentujemy również aktualności z kraju i ze świata,
      opisujemy ważne wydarzenia związane z kulturą żydowską. Jako jedyne w Polsce
      pismo w tym języku, staramy się przypominać wspaniałą literaturę jidysz: poezję
      i prozę. Poza tym: przedruki najważniejszych artykułów ze światowj prasy Jidysz
      oraz publicystyka i korespondencje od naszych współpracowników z rozsianej po
      całym świecie Diaspory.

      Pismo dostępne jest w sieci salonów "Empik" oraz w prenumeracie, poprzez "Ruch
      SA" lub poprzez redakcję. Cena numeru wynosi 1 zł.
    • jewhaterexterminator Renesans żydowskiej kultury we Lwowie 22.02.03, 00:38
      Renesans żydowskiej kultury we Lwowie
      Krzysztof Dzięciołowski


      [LWÓW]

      Małym autobusem jedzie wesoły i hałaśliwy 9 osobowy, zespół "Sheyne Mejdelach".
      Chwilę później, już na stołówce, pierwsze takty znanej ludowej piosenki, na
      harmonii gra Konstantin Sokolow: "Wo iz majn Sztetl, majn Gesle, majn Sztib? Wo
      iz majn Tajchle un majn Mejdle, dos ich lib ?" Gdzie jest ta wioska, gdzie jest
      ten dom, gdzie ta dziewczyna co kocham ją? Kobiety, z których najmłodsza ma 71
      lat, mogą śpiewać w jidysz, po ukraińsku, rosyjsku i polsku. Cały charakter
      wielokulturowej Galicji sprzed II wojny światowej. "Piosenki w jidysz to
      ostanie ślady nie istniejącego już tak na prawdę języka" - zdaje sobie sprawę
      Sokolow.

      Pod polską jak i habsburską władzą dzisiejszy, należący do Ukrainy Lwów
      (Lemberg) przez stulecia uchodził za kulturowe centrum galicyjskich Żydów. W
      1941 roku, gdy do miasta wkroczyli żołnierze Wermachtu jedną trzecią populacji
      miasta stanowili Żydzi - 110 000. Do nich należało 16 teatrów, 8 gimnazjów, 18
      synagog. "Cała ta kultura została praktycznie zniszczona" - mówi Ada Dianowa,
      dyrektor Hessed Arie.

      Na początku lat 80-tych starsi, pamiętający jeszcze galicyjskie czasy żydzi,
      próbowali rozbudzić zainteresowanie kulturą, którą znali jeszcze z
      przedwojennych czasów. "Od 1939 do 1980 dwa pokolenia żydów wyrosły pozbawione
      tożsamości, dostępu od własnej historii. Są jak nie zapisana karta papieru"
      stwierdza Dianowa. Żydowska tradycja była im obca, rozmawiali po rosyjsku, nie
      wiedzieli nic o religii, świętach. Polityczna odwilż, pierestrojka oraz
      późniejszy upadek Związku Radzieckiego sprzyjały powolnemu wskrzeszaniu
      żydowskiej społeczności. Boom nastąpił wraz z pojawieniem się pierwszych
      organizacji i trwa do dziś. Coraz więcej ludzi odkrywa swoje korzenie, angażuje
      się w życie społeczności, która po wojnie właściwie do lat dziewięćdziesiątych
      nie istniała. "Przychodzą do nas aby odkryć kulturę, odnaleźć swoją tożsamość,
      to dobre dla duszy" mówi szefowa "Klubu rodzinnego" Elena Powolocka. "Klub
      rodzinny" to jeden z projektów Hesedu skierowany głównie do pokoleń 30, 40 i 50-
      latków. Uczą się historii narodu żydowskiego, poznają tradycję, ale przede
      wszystkim poznają siebie nawzajem.

      Hessed Arie powstał we Lwowie w maju 1998 roku. Pieniądze na działalność
      dostaje od Jointu oraz od prywatnych sponsorów i organizacji. Obecnie zrzesza
      4000 członków, co w praktyce oznacza, że skupia połowę lwowskich żydów, których
      liczbę szacuję się na 6 do 8 tysięcy. W początkowym okresie organizacja
      zajmowała się przede wszystkim pomocą dla najstarszych członków żydowskiej
      społeczności. Trzeba było ich odnaleźć i zaproponować im przystąpienie do
      programu pomocowego. Dla nich Hessed otworzył we Lwowie dwie stołówki, z czego
      jedna przy synagodze, koszerną. "Z naszych kantyn staramy się uczynić miejsce
      spotkań o charakterze klubowym, a nie punkty pomocy socjalnej" - tłumaczy nam
      zza olbrzymich okularów Ludmila Bondarewa. Dziś organizacja rozwozi jedzenie,
      odzież i inne potrzebne produkty do 52 miejscowości na terenie lwowszczyzny, w
      lutym 2001 otworzyła nowy ośrodek w Drohobyczu.

      Działalność organizacji opiera się głównie na zasadzie wolontariatu. Lekarze,
      fryzjerzy, krawcy, technicy od naprawy sprzętu domowego przychodzą wykonywać
      drobne usługi nieodpłatnie. Dla niektórych, jak dla 79-letniego mechanika-
      inżyniera Jakowa Grabowieckiego samo przychodzenie do zakładu jest bardzo
      ważne - "muszę coś robić, nie mogę siedzieć bezczynnie" - mówi. Jakow wykonuje
      zaprojektowane w biurze wynalazków sprzęty ułatwiające życie - maszynkę do
      krojenia kiełbasy, krzesło z siedzeniem ułatwiającym wstanie i inne.

      Przy Hessedzie działa obecnie "Klub rodzinny", teatr młodzieżowy "Debiut"
      zespoły: tańca, klezmerski, wokalny "Sheyne Mejdelach", rodzaj
      przedszkola "Mazel Tow", projekt "Gadająca książka" - nagrywane są książki o
      tematyce żydowskiej na kasety, tak aby niedowidzący mogli ja odsłuchiwać,
      program dofinansowywania leków, pomoc osobom starszym, które nie są w stanie
      wychodzić z domu i wiele innych. Część tych projektów obecnie jest zagrożona z
      powodu braku finansowych środków. Po 11 września subwencje dla Hesed Arie we
      Lwowie drastycznie spadły, co najprawdopodobniej odbije się na osobach
      najbardziej potrzebujących.

      Dziś renesans żydowskiej kultury we Lwowie wydaje się faktem. Duża liczba Żydów
      ukraińskich wyemigrowała (obecny poziom to około 100 osób na miesiąc) do
      Izraela i Niemiec, jednak ci, którzy zostali, są zdecydowani tworzyć i
      odbudowywać żydowską tradycję na terenie Galicji. Ada Dianowa mówi,
      że "najbardziej ortodoksyjnym obecnie Żydem we Lwowie jest rabin, który
      przyjechał tu... z Ameryki". Czy będziemy mieli jeszcze szansę zobaczyć
      ortodoksyjnych żydów na lwowszczyźnie? Czas pokaże.


    • jewhaterexterminator Izkor w Starym Samborze 22.02.03, 00:38
      Izkor w Starym Samborze
      Maria Giercuszkiewicz, Jerzy Bander


      [SAMBOR]

      "Ziemio nie zakryj mojej krwi by krzyk ukojenia nie zaznał"

      Ten cytat z księgi Hioba widnieje na obelisku umieszczonym ku czci około
      tysiąca Żydów z Sambora i okolicy zamordowanych we wsi Radłowice (pod Samborem)
      w kwietniu 1943 roku w tzw. trzeciej akcji i w czerwcu tegoż roku podczas
      likwidacji getta w Samborze. Dwa rowy, każdy o długości około 15 metrów i
      szerokości 3 metrów są ostatnim miejscem spoczynku ofiar nazistowskiej zbrodni.

      24 października 2001 roku po raz pierwszy od tych strasznych wydarzeń w tym
      miejscu rozległ się głos rabina i został odmówiony izkor - modlitwa za
      umarłych. W scenerii po-godnej jesieni, wśród żółknących liści wysokich drzew,
      na tle błękitnego nieba usłyszeliśmy wszyscy tam zgromadzeni słowa Szma Israel.
      Nie było żadnej oficjalnej delegacji z Polski.

      My dwoje - "Dzieci Holocaustu" ocalałe z Zagłady - przyjechaliśmy na to
      miejsce, by oddać hołd pomor-dowanym, ponieważ uważaliśmy, że jest to nasz
      obowiązek.

      Wcześniej w tym samym dniu otwieraliśmy wraz z delegacjami organizacji
      żydowskich ze Lwowa i Kijowa oraz przedstawicielami władz miejskich
      odrestaurowany, a raczej odkopany z ziemi wspaniały, liczący ponad 400 lat,
      zabytek kultury materialnej - cmentarz żydowski w Starym Samborze.

      Ze zdumieniem oglądaliśmy macewy, które po kilkuset latach wyglądają jakby
      zostały wykonane wczoraj i zastanawialiśmy się, czy nie ma w tym ręki
      Najwyższego. Pięknie położony na zboczu wzgórza żydowski cmentarz z bogactwem
      ponad stu zabytkowych macew będzie odtąd jedną z atrakcji turystycznych ziemi
      lwowskiej. Komu zawdzięczamy to wszystko? Trudno w to uwierzyć, ale te
      Radłowice i Stary Sambor to dzieło życia jednego człowieka - pana Zeka Gardnera
      liczącego 87 lat - Żyda ze Starego Sambora zamieszkałego obecnie w Vancouver w
      Kanadzie. Jego prawie 30-letnia wojna z władzami tej ziemi dopiero teraz
      przyniosła zwycięstwo, a my byliśmy świadkami najszczęśliwszego dnia w jego
      życiu 24 października 2001 roku.


    • jewhaterexterminator Nostalgia, Drohobycz, Schulz i ja 22.02.03, 00:39
      Nostalgia, Drohobycz, Schulz i ja
      George Oscar Lee


      [DROHOBYCZ]

      Byłem, a właściwie ciągle jeszcze jestem drohobyczaninem chorującym na bardzo
      rzadką chorobę, którą "Pan Doktor" Benio Loffestiel z Hajfy określił
      jako "nostalgia acuta drohobyciensis".

      I właśnie ta nostalgia za mym rodzinnym miastem skłoniła mnie do odwiedzenia go
      po raz wtóry od czasów II wojny światowej. Na początku lipca 2001 roku wybrałem
      się do Drohobycza w towarzystwie mojej córki, mego 16-letniego wnuka Grzegorza
      i czterech innych członków mojej rodziny z Australii. Wszyscy drohobyckiego
      pochodzenia.

      Po spędzeniu kilku dni w Polsce w Warszawie, Treblince, Kazimierzu, Krakowie,
      Oświęcimiu i odwiedzeniu miejsc, o które walczyłem będąc młodym podoficerem I
      Dywizji LWP, polecieliśmy z Warszawy do Lwowa, a stamtąd do Truskawca.
      Zostawiliśmy bagaż w hotelu i wyruszyliśmy w naszą podróż do Drohobycza.

      Drohobycz, miasto mego dzieciństwa, został mi w pamięci jako miejsce zbliżone
      tylko do raju i tak też opisywałem go moim dzieciom i dzieciom moich
      krewnych... O pięknościach miasta, o ratuszu, o kasztanowych drzewach przy
      ulicy Mickiewicza, o mojej powszechnej "Białej" szkole, "Czerwonej" szkole,
      szkole Św. Jadwigi, o Małym Rynku, gdzie moi rodzice mieli sklep, o chederze
      przy ulicy Szkolnej ("byś wiedział, że jesteś Żydem"), a przede wszystkim o
      naszym domu, który należał do mo-jej babki, a mieścił się przy Głównym Rynku 5.

      Nic dziwnego, że moje pierwsze kroki w Drohobyczu skierowałem w tamtą stronę,
      by pokazać młodej generacji ten dom. Moja rodzina patrzyła z rozcza-rowaniem i
      zdziwieniem na strasznie zaniedbany budynek w samym centrum miasta. Wnętrze
      domu było rzeczywiście okropne. W zalanym wodą korytarzu rozchodził się
      obrzydliwy odór. Przyszło mi do głowy, że widocznie od czasu, gdy opuściliśmy
      ten dom w 1939 roku nikt tu nie sprzątał i o nic nie dbał. Właściwie to moja
      babka miała dwa domy, drugi był w podwórku od strony ulicy Szkolnej i właśnie
      tam, na drugim piętrze, mieszkałem z siostrą i rodzicami.

      Teraz to duże mieszkanie zostało podzielone na dwa małe mieszkanka. Poprosiłem
      mieszkającą tam Ukrainkę, aby wpuściła mnie do środka. Takiego brudu, nędzy i
      biedy to już dawno nie widziałem.

      "A szczo wy tutka szukajete?" - spytała. Doprawdy nie wiedziałem, co jej na to
      od-powiedzieć. "Ten dom należał kiedyś do mojej babki i myśmy tutaj mieszkali".

      "A wy chotite widebraty cij dom?"

      "Nie, absolutnie nie. My mieszkamy w Ameryce i ten dom jest nam niepotrzebny".
      To ją znacznie uspokoiło.

      Moje amerykańskie i australijskie dzieci patrząc na to wszystko nie mogły
      zrozumieć, jak ich dziadek i wujek mógł to opisywać jako pałac? Dom był ongiś
      piękny, bo inni ludzie tu mieszkali!

      Przez ulicę Szkolną doszliśmy do rogu Mickiewicza, gdzie Powszechna "Biała"
      szkoła im. Adama Mickiewicza była i jest do dziś. Nogi same mnie powiodły do
      mojej pierwszej klasy, tuż z lewej strony przy wejściu.

      Czy to było dopiero wczoraj, czy tysiąc lat temu, gdy mój ojciec Jakub
      zaprowadził mnie w dniu moich urodzin l września po raz pierwszy do szkoły?

      "Czy ty, synu, będziesz tutaj stał i płakał za mamą jak ci wszyscy mali
      chłopcy, czy też będziesz już wielkim chłopcem?"

      "Nie tato, ja nie będę płakał".

      "No, dobrze synu, pamiętaj tylko jedno, że ty nie jesteś ani lepszy, ani gorszy
      od nikogo".

      Te słowa ojca zostały we mnie na całe życie. Ale wróćmy do naszej podróży. Ze
      szkoły poszliśmy w stronę Wielkiej Bóżnicy na Łanie. Babka moich australijskich
      krewnych jest z domu Greis, a jej ojciec był chazanem w tej bóżnicy, tak że
      dzieci były specjalnie zainteresowane, by ją zobaczyć. Idąc przez rynek, gdzie
      kiedyś Segal miał swoją wędliniarnię, mijaliśmy jakąś kawiarenkę, gdzie grupa
      młodych ludzi siedziała na dworze pod parasolami "Marlboro" pijąc piwo i inne
      trunki.

      Widząc grupę obcokrajowców obwieszonych aparatami fotograficznymi, jeden z tych
      młodych ludzi siedzących przy stole powiedział do nas po niemiecku:

      "Willkommen im schoenem Drohobycz". Bez wahania odpaliłem mu: "Es war einmal
      eine schone Stadt, aber sie ist nicht mehr. Leider, meine Damen und Herren,
      sind wir keine Deutschen. Wir sind Amerikaner!" Aby to jeszcze silniej
      podkreślić, dodałem po rosyjsku: "K sożaleniju, my nie Giermancy, my
      Amierikancy!"

      Usłyszałem tylko: "Smotri, kak on choroszo goworit toże po ruski".

      Przez Mały Rynek dotarliśmy do Wielkiej Synagogi. Wprawdzie byłem tutaj siedem
      lat temu, ale takiego zniszczenia tu nie było. Tym razem ta kiedyś jedna z
      najpiękniejszych synagog w Polsce, wyglądała strasznie, zniszczona przez
      wandali, z powybijanymi oknami. W tyle budynku był napis "Sieg Heił". Na
      podwórzu bóżnicy remontowano dwie taksówki.

      W ruinach znalazłem pierwszą stronicę Hagady Pesachowej, którą wziąłem, ze sobą
      i wysłałem dr. Izakowi Awigdorowi, synowi głównego rabina miasta Drohobycza.

      Zmęczeni wróciliśmy na noc do Truskawca, by następnego dnia wyruszyć na dalsze
      zwiedzanie mojego miasta.

      To zwiedzanie zaczęliśmy w towarzystwie Ireny Kliger z Drohobycza. Pojechaliśmy
      do lasu w Bronicy, gdzie hitlerowcy i ich po-mocnicy zamordowali tysiące Żydów
      i pochowali ich w masowych grobach, obecnie starannie pokrytych betonem. Ale i
      tego miejsca nie oszczędzili wandale. Wielkie gwiazdy Dawida na grobach były
      rozbite, podobny los spotkał też tablicę poświęconą pamięci 265 obywateli
      Drohobycza zamor-dowanych w "dziki" czwartek 19 listopada 1942 roku.

      Na tych grobach był po prostu śmietnik, porozrzucane butelki, puszki po
      konserwach, papiery i szmaty. Bez słowa nasi młodzi ludzie pozbierali te
      śmiecie do kosza. Na każdym grobie zapaliliśmy świeczki.

      Następnym miejscem był "nowy" cmentarz żydowski, bo stary został zniszczony
      przez Niemców i Sowietów. I tutaj też byliśmy przerażeni wandalizmem. Tyle było
      pustych, wykopanych grobów, powalone macewy, obraźliwe napisy i rysunki na
      drodze.

      Zdjęcie przedstawiające to specyficzne graffiti było pokazane w polskim
      magazynie "Viva" 9 kwietnia 2001 r. wraz ze zdjęciem Alfreda Schreyera, byłego
      ucznia Shulza, mieszkającego w Drohobyczu.

      Odszukałem pana Schreyera w mieście i spytałem go, dlaczego nie usunięto tych
      obraźliwych napisów.

      On zwalił winę na satanistów. Ciekawe jest, że i on, i Maurycy Weiss, którego
      też widziałem w mieście, i Dora Katznelson (nawiasem mówiąc w ogóle nie jest z
      Drohobycza) żądają, by Yad Yashem zwrócił freski Schulza Drohobyczowi.

      Ukraińcy mieli prace Schulza przez 58 lat i nic nie zostało zrobione, by je
      utrzymać. I gdyby nie pani Pola Kliger (Polka nie Żydówka), żona Artka Kligera,
      byłego ucznia Schulza, która zwróciła na to uwagę niemieckiej telewizji, to
      świat by w ogóle nie wiedział o tym, że takie prace istnieją.

      Czy prace Schulza powinny wrócić na Ukrainę? Odpowiedź jest bardzo prosta. Nie
      i jeszcze raźnie. Praca Schulza wisiała przez tyle lat i nikt na to nie zwracał
      uwagi i jeżeli popatrzymy wokół Drohobycza na tragiczne resztki kultury
      żydowskiej to trudno nie nabrać przekonania, że jest źle i będzie jeszcze
      gorzej.

      Fakt pozostaje faktem, że willa, w której mieszkał gestapowiec Landau, należała
      do Żyda, że malarz Schulz był Żydem i jego dorobek należy do narodu
      żydowskiego.

      Jeżeli władze ukraińskie chcą coś zrobić, by zmienić światową opinię, to niech
      zaczną od remontu Wielkiej Synagogi, trzeba też doprowadzić do porządku cmen-
      tarz w Bronnicy i "nowy" cmentarz, gdzie jest pochowany Bruno Schulz.

      A że tam znajduje się jego grób to wiem od mego bliskiego przyjaciela, też
      byłego ucznia Schulza, który uczestniczył w jego pogrzebie.

      Schulz został zabity tylko i wyłącznie dlatego, że był Żydem. Był
      drohobyczaninem, mieszkał i tworzył w Drohobyczu, więc powinien spoczywać na
      wieki właśnie na żydowskim cmentarzu w Drohobyczu.


    • Gość: abc http://www.davidduke.com/writings/howisraeliterror IP: *.zabrze.sdi.tpnet.pl 22.02.03, 15:34
      www.davidduke.com/writings/howisraeliterror.shtml
    • Gość: abc [...] IP: *.zabrze.sdi.tpnet.pl 22.02.03, 15:34
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
    • Gość: Scierwo_yehuda [...] IP: *.gen.twtelecom.net 22.02.03, 17:33
      Wiadomość została usunięta ze względu na złamanie prawa lub regulaminu.
      • jewhaterexterminator Jewish Personals 22.02.03, 18:04
        web2.relationshipnetwork.com/lf1/index.asp?PR=CL&client_id=16
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka