wikul
20.03.06, 23:56
Józef Zawadzki, katowicki radny,wezwał pod Teatr Śląski strażników miejskich.
Nie było tu żadnej awantury, nikt nikogo nie okradł ani nie pobił. Strażnicy
mieli odwieźć do domu jednego z radnych
Do zdarzenia doszło tydzień temu, po finale teatralnych Interpretacji, ale
zbulwersowani świadkowie opowiedzieli nam o tym dopiero teraz. Około północy,
gdy z Teatru Wyspiańskiego wyszli uczestnicy imprezy, Zawadzki chwycił za
komórkę i zadzwonił po strażników.
- Dzwoniłem, bo kolegę bolała noga. Na taksówkę długo by czekał, więc sam mu
zaproponowałem - opowiada Zawadzki.
- Przecież teatr jest w samym środku miasta i wolnych taksówek nawet w nocy
tu nie brakuje - próbuję oponować.
- Pomyślałem, że jak zadzwonię po pomoc, to nic się nie stanie - wyjaśnia
radny i zaręcza, że sam do domu poszedł na piechotę.
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3222293.html?nltxx=856991&nltdt=2006-03-20-09-05
Nie mógł zadzwonić do Jurgiela ?