oleg3
30.12.02, 08:59
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_021230/publicystyka/publicystyka_a_10.html
MACIEJ RYBIŃSKI
Różne były reakcje na rewelacje "Gazety Wyborczej" w sprawie sposobów
ustalania treści nowej ustawy o mediach. Od wzburzenia przez zdziwienie po
bagatelizację. Poczułem się odsunięty, a nawet odtrącony. Po prostu z
marginesu. Wyrzutek społeczny. I w takiej roli ustawiła mnie moja własna
firma. Jak moja gazeta, "Rzeczpospolita", może odgrywać jakąkolwiek rolę
polityczną, jak może ujawniać albo choćby ukrywać nieprawidłowości, skoro jej
kierownictwo nie uczestniczy w głównym i rozstrzygającym nurcie życia kraju?
Przecież mój naczelny redaktor Maciej Łukasiewicz nie tylko nie całował się
nigdy z żadnej okazji z żadnym premierem, nie tylko nie jest na ty ani z
Millerem, ani z Rywinem, ani z Jaruzelskim, ale nawet nie ma w gabinecie
ukrytego magnetofonu, i gdyby ktoś jednak do niego przyszedł na poufną
rozmowę, to nie mógłby jej nagrać. A nie ma magnetofonu i nie nagrywa, bo
żyjąc w izolacji od zwyczajów elity, nawet nie wie, że trzeba nagrywać, w
pierwszym rzędzie przyjaciół i kolegów.
Albo weźmy prezesa spółki wydającej "Rzeczpospolitą" Grzegorza Gaudena.
Przecież on z kręgów władzy najbliższe kontakty ma z prokuratorami dzielnicy
Ochota i to wyłącznie w czasie przesłuchania, kiedy to oni nagrywają każde
słowo na magnetofon. Żadnych miśków politycznych, żadnych bruderszaftów z
władzą i pieniądzem. I czy do firmy, do gazety, którą kierują jednostki tak
aspołeczne, przyjdzie ktoś i zaproponuje, żeby dać, wziąć, sprzedać, kupić? A
po co?
Sfrustrowałem się tak, bo przecież cała afera, ujawniona przez "GW", ma
charakter towarzyski. Do Adama przyszedł Lew i się ucałowali. Potem Adam
nagrał Lwa na taśmę i poszedł z tym do Leszka. Ucałowali się. Leszek
posłuchał, co na taśmie Adama mówi Lew i stwierdził, że Lew zwariował i nie
będą się więcej całować. W całej sprawie uczestniczyli jeszcze: Wanda,
Piotrek, Robert i Włodek, którzy - niewykluczone - też się ucałowali.
A my, w "Rzeczpospolitej", jesteśmy poza towarzystwem. Niektórzy z nas wierzą
nawet, że demokracja przedstawicielska, w jakiej żyjemy, to trochę co innego
niż załatwianie spraw państwowych między Leszkiem, Adamem, Lwem i Robertem.
Jeśli jest w tej aferze coś rzeczywiście przygnębiającego, to fakt, że
wszystkie osoby tego dziwnego dramatu są ze sobą po imieniu. Łatwiej chyba
byłoby znieść świadomość, że w III Rzeczypospolitej można kupić ustawę za
pieniądze, można by nawet czerpać pewną satysfakcję z tego, że jest
stosunkowo tanio, może nawet taniej niż w Ameryce Południowej albo w Afryce.
Ale wiedza o tym, że elitę, klasę polityczną, przedstawicielstwo narodu czy
jak kto woli społeczeństwa, stanowią nie posłowie i senatorowie, ale faceci,
którzy się nagrywają i całują, jest ponura. -