karlin
09.01.03, 14:53
Na Forum pojawiła się specyficzna odmiana znachorów.
Na wszystko oferują jeden lek – wejście do Unii.
Państwo polskie gnije – Unia pomoże.
Społeczeństwo ma się coraz gorzej – z(Unii)fikować, zaraz mu się poprawi.
Korupcja rujnuje – Unia odbuduje.
Itd. Itp.
Przede wszystkim nie ma mowy o dezintegracji państwa na poziomie płonących
fabryk, kamienic i latarni, uginających się od ludzkiego ekwipunku. Tu
rzeczywiście obce czołgi mogłyby zaprowadzić „poriadok” lub „Ordnung” - jak
kto woli czy tęskni.
Największym problemem jest spodlenie, rządzącej nami prawie bez przerwy od 12
lat, polskiej kasty politycznej (naszych władców marionetek – od Belwederu po
redakcje gazet), która stara się (nie bez pewnych sukcesów) ugnieść na obraz
i podobieństwo swoje także polskie społeczeństwo.
CO TO KOGO, POZA POLAKAMI, OBCHODZI?
Jaka tu może być eurozbawcza rola Brukseli?
Czy sprzedajność polskich polityków kogoś tam martwi lub będzie martwiła?
Dlaczego widoczna gołym okiem obojętność na interes Polski i Polaków, jaką
demonstrują nasi dysponenci sznurków, ma wywoływać mars na czole Niemców czy
Francuzów?
Raczej zadowolenie, przeradzające się w mniej lub bardziej dyskretne wsparcie.
A korupcja?
Stopień podatności struktur państwowych na tę przypadłość różni się w Unii
znacznie – od Włoch czy Grecji do Niemiec i Wielkiej Brytanii. I z tego co
wiem, a trochę się tym interesowałem, wspólne dziesięciolecia w strukturach
europejskich tego zróżnicowania nie usunęły.
Polskie społeczeństwo po wyprowadzeniu z socbaraku zostało ubogacone takim, a
nie innym zestawem autorytetów. I taką, a nie inną ofertą polityczną,
kulturową, a zwłaszcza etyczną.
Czy mamy to, na co zasłużyliśmy?
A kiedy i jak mieliśmy na to zasłużyć?
Wolna wola obywateli u źródeł PRL?
Wygląda na to, że już trzeba przypominać, iż PRL nie uczyła samodzielności,
wiary w siebie czy umiejętności samoorganizacji. A przede wszystkim nie
pozwalała na wykształcenie się niezależnych, społecznych i środowiskowych
elit przywódczych. Te tępiła z całą, czasem śmiercionośną bezwzględnością.
Zostawała awangarda strefy cienia, gdzie czerwień rozmywała biel, zacierając
wszelkie kontury, a także personalna loteria z czasów „solidarnościowego”
karnawału.
Peerelowskie elity „opozycyjne” po 89 r. błyskawicznie roztrwoniły jedyny
kapitał, jaki miały u społeczeństwa – wiarę w ich moralną wyższość nad
komunistami. Przekonanie, że to co teraz nastąpi, może będzie trudne, nie
wolne od błędów ale udowodni, że Polska na barakowóz w karawanie narodów nie
zasługuje.
Opozycja antykomunistyczna, a dokładniej ta jej część, która od ponad 10 lat
z powodzeniem kręci się po salonach władzy, dowiodła ponad wszelką
wątpliwość, że próby zgłębiania komunizmu degenerowały najszybciej i
zazwyczaj nieodwracalnie. Intymne stosunki z szatanem potępiano już przed
wiekami, jak się okazuje – nie bez podstaw.
Nie dotyczy to jednak całej polskiej opozycji antykomunistycznej, a przede
wszystkim całej polskiej klasy politycznej ostatnich lat. Czy jest jakaś
szansa na wyrwanie się z zaklętego kręgu naszych Rycerzy (raczej
Raubritterów) Okrągłego Stołu?
Sądzę, że jest. Choć niewielka i jeśli jej teraz nie wykorzystamy, zajmując
się namaszczaniem brukselskich proroków, zapewne długo będziemy czekać na
kolejną.
Zniechęcenie i desperacja społeczna z jednej, a bezczelność polityków z
drugiej strony osiągnęły bowiem bardzo niebezpieczny punkt. Jego symbolem
może być spektakl pt. „klub 17,5 mln”, jakim karmi się tracących resztki
cierpliwości wyborców. Jeszcze parę miesięcy temu wybrali oni przytłaczającą
większością głosów na prezydenta Warszawy człowieka, który w dominującej od
12 lat propagandzie uosabiał wszelkie zło w polskiej polityce.
W moim odczuciu oznacza to, że na polskiej, realnej scenie politycznej
doszliśmy do ściany. Realnej – czyli obejmującej ludzi działających na niej
od kilku, kilkunastu lat, a więc poddających się jakiejkolwiek racjonalnej
ocenie. Po zburzeniu tej ściany mamy zagwarantowany chaos. Może komuś o to
chodzi?
Z drugiej strony, zwrot w stronę ugrupowania Kaczyńskich stwarza nadzieję, że
interesy i zamiary Bractwa Okrągłego Stołu zostaną, jeśli nie zniweczone, to
przynajmniej wyraźnie naruszone. A bez tego, rezerwację na barakowóz mamy
zapewnioną. I to – zwracam się do wszystkich minstreli, brzdąkających na
brukselskiej lutni – nawet jak do Unii wejdziemy.
Jeśli wszystkie wątpliwości, dotyczące tych czy innych decyzji lub
umiejętności Kaczyńskich są jedyną ceną, jaką mam za tę nadzieję zapłacić, to
ja się zgadzam.