Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
12.03.03, 23:41
Monologi triumfującego krocza
www.nczas.com/?a=show_article&id=1052
Lech Stępniewski
Ponieważ lubię młode i figlarne dziewczęta, a nadto lekarz zalecił mi
odbywanie długich spacerów dla zdrowia, wybrałem się na tegoroczną manifę
zorganizowaną 8 marca przez feministki oraz inne siły niepowstrzymanego
postępu. Traf chciał, że zaraz na samym początku, jeszcze pod pomnikiem
Kopernik, która oczywiście - jak pamiętają miłośnicy "Seksmisji" - była
kobietą, spotkałem starą znajomą z liceum. - A co ty tu robisz? - zapytała
zdziwiona. - Wiesz, żona nie ma czasu, bo zabrała się za sprzątanie i szykuje
obiad, więc przyszedłem walczyć o jej wyzwolenie - odpowiedziałem.
Oczywiście była to typowa dla męskich szowinistów głupawa odzywka, którą dr
Agnieszka Graff z pewnością zakwalifikowałaby nieomylnie jako "dowcip
seksistowski", który to dowcip "stanowi rodzaj przemocy - w ten sposób raz po
raz pokazuje się nam, gdzie jest nasze miejsce w ludzkim stadzie" (A.
Graff "Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym"). Ponieważ jednak,
jak zauważa dr Graff, "oskarżenie o brak poczucia humoru to klasyczna metoda
atakowania feminizmu, stosowana już wobec naszych prababek sufrażystek", cała
manifa aż trzęsła się od gejzerów słusznego śmiechu. Wiadomo przecie, że
dowcipy o blondynkach to dno, seksizm i wykluczenie, natomiast takie na
przykład parodiowanie liturgii katolickiej jest okropnie śmieszne i żadnych
imponderabiliów niczyjej godności nie narusza.
Byli też przebierańcy, na pohybel wojennym podżegaczom walono w bębny, dr
Kazimiera Szczuka robiła ucieszne miny, a radykalne cheerleaderki odśpiewały
wesoły protest song. Nie, nie będę streszczał. W końcu uciemiężonym kobietom
należy się, by nawet w reakcyjnym prawicowym tygodniku mogły przemówić
wreszcie "własnym głosem" (pisownia oryginału nb. ofiarowanego mi przez jedną
z p. cheerleaderek):
"8 marca to dzień kobiet / o tym świecie wam opowiem / cały świat nam daje
kwiatki / bo my dobre żony, matki / zawsze uśmiech jest na twarzach / biały
welon przy ołtarzach / duże brzuchy raz do roku / potem dzieci tłum przy
boku / dobra bozia z góry zerka / jak nam w rękach tańczy ścierka /
odkurzamy, prasujemy / i pierzemy, gotujemy / w naszych sercach super siła /
zawsze jestem przecież miła / rano wnosze ci śniadanie / za to kochasz mnie
mój panie".
I tu następowała radosna pointa:
"8 MARCA - W TĄ SOBOTĘ
JA PIER**LE TĄ ROBOTĘ
IDĘ BAWIĆ SIĘ Z SIOSTRAMI
DZIŚ PATRIARCHAT POKONAMY".
Song pod koniec trochę gubi rytm, a to przez ten przeklęty
czterosylabowy "patriarchat", dlatego artystki ze szczególnym entuzjazmem
akcentowały ów wcześniejszy wers o "pier**leniu roboty". Proszę się jednak
niepotrzebnie nie gorszyć: wykrzykiwały to bowiem dziewczątka poczciwe i
niewinne, jeśli idzie o gotowanie będące pewnie na etapie herbaty i
jajecznicy. Nadto rewolucyjność samej pieśni wydała mi się nader skromna,
skoro nawołuje ona, by "tą robotę" pier**lić tylko w "tą sobotę", z czego
można wywnioskować, że od poniedziałku wszystko już znowu będzie, jak "dobra
bozia z góry" przykazała: gary, pieluchy i ścierki.
Jeśli miałbym się już czegoś czepiać z wrodzoną męską małostkowością, to
jedynie tego, że po polsku mówi się "tę sobotę" i "tę robotę". Doprawdy, nie
przystoi feministkom okazywać taką nonszalancję gramatycznemu rodzajowi
żeńskiemu, może by więc przed kolejną manifą dr Szczuka raczej zadiustowała
dziełka swych sióstr, zamiast z godnym podziwu samozaparciem aspirować do
stania się feministyczną Polą Negri.
Co do samego patriarchatu zaś, to naturalnie pluto na niego nieustannie, a
także dobitnie uświadomiono mi raz na zawsze, że jako mężczyzna dzięki
patriarchatowi więcej zarabiam, zajmuję lepsze stanowisko, mam więcej szans
na byczenie się w Sejmie i w ogóle zażywam tak znacznych rozkoszy, że choć
wcześniej czasem ogarniało mnie zwątpienie, teraz gotów jestem bronić go
bardziej niż niepodległości.
W sumie feministyczna manifa to impreza miła i absolutnie nieszkodliwa -
niczym surrealistyczny happening. Zorganizowana w tym roku po raz szósty
zaczyna już obrastać tłuszczykiem rutyny, a jej program coraz bardziej staje
się przewidywalny niczym program telewizyjny na sylwestra, gdy obowiązkowo
dają "Bodyguarda" albo "Pretty woman". W tym roku za "aktualny akcent" robił
wprawdzie protest przeciwko wojnie w Iraku, bo z ostatnich demonstracji
antywojennych zostało sporo gotowych transparentów, ale rok temu był
Afganistan, a za rok też się przecież coś znajdzie. O sytuacji irackich
kobiet jakoś nikt nie wspominał - widocznie jest im pysznie i niech tak
zostanie.
Z okazji manify postępowe środowiska kobiece nadęły się, natężyły i wydały
tzw. Manifestę, którą podpisało mnóstwo pań oraz profesor Jan Tomasz Gross i
Dorota Masłowska, którą nie tak dawno naiwnie posądzałem o niezależne
poczucie humoru. Zaczyna się ten dokument trochę zaskakująco, bo od
stanowczego stwierdzenia: "Jesteśmy wolne. Korzystajmy z naszej wolności!",
co wygląda jak wstęp do postulatu samorozwiązania się ruchu feministycznego
po walnym zwycięstwie. Dalej jest jednak po staremu: trochę o aborcji, trochę
o pieniądzach, trochę ekologii, trochę demagogii, ale także garść
zdroworozsądkowych postulatów, z którymi zgodzi nawet gruboskórny
prawicowiec: na przykład żeby zdecydowanie reagować na przemoc. Proszę się
nie śmiać, dla lewicowej umysłowości to prawdziwe odkrycie!
Manifa zachęca też do szanowania związków homoseksualnych oraz dobrowolnego
wielożeństwa ("wszystkie uczciwe związki między ludźmi"), a także surowo
przestrzega: "Nie dajmy sobie wmówić, że różnica w płacach na niekorzyść
kobiet to kwestia rynku - to dyskryminacja". Nie wspomina się natomiast w
manifie, czy istniejąca i pogłębiająca się na niekorzyść mężczyzn różnica w
wykształceniu to również przejaw dyskryminacji, czy może "kwestia systemu
edukacyjnego" albo po prostu skutek tego, że dziewczynki są zazwyczaj
pilniejsze od chłopców.
Zastanowimy się jednak nad tym może kiedy indziej, nie poszedłem bowiem na
manifę, by się spierać i szukać dziury w całym. Toteż gdy w wśród
manifestujących zauważyłem papieżycę (a co najmniej biskupkę) polskiego
feminizmu, Kingę Dunin, wyznałem jej z męską nieśmiałością, że wprawdzie
kompletnie się z nią nie zgadzam, ale dziś chciałbym zawrzeć rozejm. - A
dlaczego się pan nie zgadza? - usłyszałem. - Przecież to, co mówię, jest
całkowicie racjonalne. Czy pan jako mężczyzna nie jest istotą racjonalną? -
dodała Kinga Dunin tonem, w którym wyczułem lekką drwinę oraz pewien
feministyczny sznyt, z jakim spławia się tzw. miśków. - Może nie będziemy
dziś o tym dyskutować? - bąknąłem speszony, ale zaraz pomyślałem, że taka
odmowa kontynuowania prawdziwie racjonalnego damsko-męskiego dialogu wygląda
niegrzecznie, więc zapytałem: - Czy mogłaby mi pani w takim razie racjonalnie
wyjaśnić, dlaczego moja żona, która jest przeciwniczką aborcji, powinna
płacić za to, że inne kobiety mają ochotę na przerwanie ciąży?
- Eee, nie chce mi się - powiedziała Kinga Dunin i odwróciła się plecami.
Lech.Stepniewski@czytanki.and.pl.
www.czytanki.prv.pl