Gość: pl.indymedia.org
IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl
27.03.03, 22:54
Dwa miesiace temu mialem okazje przechadzac sie po duzym targowisku nieopodal
centrum Bagdadu. To byl dzien, jak kazdy inny. Zarówno w sklepach, jak i na
ulicach dawalo sie odczuc wibracje zwyczajnej, ludzkiej codziennosci. W tym
samym czasie plonal juz podpalony w Waszyngtonie lont. Eksplozja miala
nastapic tutaj.
Dzis, gdy amerykanskie jednostki zblizaja sie do Bagdadu, media stosuja
wyszukane sztuczki, by zmylic swych odbiorców. "Tygodniowe ataki powietrzne,
wlaczajac w to najbardziej precyzyjne z bombardowan w historii amerykanskich
operacji wojskowych, pozostaly tony gruzu oraz glebokie kratery wszedzie tam,
gdzie wczesniej znajdowaly sie setki irackich budynków rzadowych i instalacji
wojskowych. Mimo to, rezim iracki nie wydaje sie ulegac." - takie wlasnie
stwierdzenie mozemy przeczytac w Washington Post z dnia 26 marca.
Blyskotliwa taktyka oraz najnowoczesniejsze technologie mialy zalatwic cala
brudna robote. Wojska koalicji napotkaly jednak trudnosci, które wywolaly
pierwsze oznaki niepewnosci wsród amerykanskich publicystów. Wszelkie oznaki
zblizajacej sie katastrofy humanitarnej staja sie powaznym problemem dla
amerykanskich speców od public relations - niezaleznie od tego, czy mowa
konkretnie o odcieciu dostaw wody pitnej do irackiej Basry czy tez o
kolejnych cywilnych ofiarach ostrzalów rakietowych. caly szkopul polega na
tym, ze wszelkie wydostajace sie z Iraku obrazy cierpienia i smierci zle
wplywaja na wizerunek "koalicji Dobrej Woli".
Nezaleznie od tego, jak bardzo wynajeci do tego celu specjalisci dbaja o
wizerunek koalicji, pozostaje ona obiektywnie porozumieniem na rzecz
zabijania ludnosci irackiej wszedzie tam, gdzie wchodzi ona w droge
praworzadnemu tytanowi. Pomimo niesamowitych wygibasów intelektualnych
czynionych przez proamerykansko nastawionych dziennikarzy, nikomu nie udalo
sie tak naprawde odpowiedziec na zwiazane z ta wojna wielkie pytania natury
moralnej. Wrecz przeciwnie - z kazdym kolejnym dniem dzialan wojennych
ulegaja one jedynie wzmocnieniu niezaleznie od tego, co prezentuja aktualnie
telewizyjne ekrany i pierwsze strony gazet.
Gdy dzis rano amerykanskie rakiety uderzyly w irackie nadajniki
radiofoniczne, byl to krok podjety w celu uciszenia irackiej propagandy,
której narastajace wplywy musialy niepokoic koalicyjnych przywódców. Przez
miesiace udawanej "dyplomacji" oraz w pierwszych dniach inwazji na Irak,
George W. Bush i Tony Blair dokonali rzeczy prawie niemozliwej - sprawili, ze
zaczeli byc postrzegani w swiecie jako wieksi kretacze, niz krwawy dyktator
Saddam Hussein.
Na wlasnym podwórku, media amerykanskie holduja wielkosci narodowego oreza.
Washington Post opublikowal duzy, kolorowy diagram zatytulowany "A Rugged
Bird" - "Niewrazliwy ptak". Publikacja nie miala oczywiscie nic wspólnego z
ornitologia. Przedstawiona grafika zachwalala konstrukcje smiglowca AH-64
Apache - maszyny do zabijania.
Oczekuje sie, ze bedziemy podziwiac przemyslnosc Pentagonu - im bardziej
zabójczy jest amerykanski arenal, tym lepiej. Przesaczone opisami manewrów
taktycznych oraz ogólnych strategii dzialania sil koalicyjnych, media
nieczesto wspominaja, ze cala ta wywolana przez Stany Zjednoczone i ich
brytyjskiego wasala wojna jest w swej istocie bezczelnym zlamaniem prawa
miedzynarodowego. Kilka dni przed amerykanskim uderzeniem na Irak, sekretarz
generalny ONZ, Kofi Annan, powiedzial, ze ta, nie potwierdzona nowa rezolucja
Rady Bezpieczenstwa, inwazja bedzie naruszeniem Karty Narodów
Zjednoczonych.
W stolicy jedynej superpotegi swiata, Washington Post raduje sie trwajaca
rzezia. "Ostatecznie nadejdzie zwyciestwo oraz dlugotrwale zaangazowanie w
odbudowe Iraku", podsumowala gazeta. To zdanie zostalo zawarte w tym samym
artykule, w którym wspomniano takze o bólu (nie gniewie), jaki odczuwa
pograzona w glebokim zalu po utracie ukochanego Kendalla D. Waters-Beya
(zolnierza Marines z Baltimore) rodzina. Poniósl on smierc on wkrótce po
wybuchu wojny.
W artykule zacytowano pograzonego w zalobie ojca - "Brak slów, by opisac
ból, jaki odczuwam". Zapomniano jednak wspomniec o tym, jak na zdarzenie
zareeagowala starsza siostra nieboszczyka - "On zginal na prózno. Tej wojny
mozna bylo uniknac. Stracilismy brata. To nie Bush utracil brata, lecz my."
The Baltimore Sun wspomnial, ze Michelle Waters wypowiedziala te
slowa "majac lzy na policzkach".
Po tygodniu wojny, korespondent CNN przy Bialym Domu, John King, podobnie
jak wilu innych dziennikarzy informowal o krytyce, jakiej poddawana
jest "strategia wojenna" administracji Busha. Poziom obaw wyrazanych przz
media narasta. Zwyciestwo nie przyjdzie jednak latwo.
Dzis przejrzalem jeszcze raz notatki sporzadzone podczas spotkan z irackimi
oficjelami, jakie odbylem podczas swoich wizyt w Bagdadzie ostatniej jesieni
i zimy. W polowie wrzesnia podstarzaly marszalek irackiego Zgromadzenia
Narodowego, Saadoun Hammadi, powiedzial naszej, skladajacej sie z Amerykanów,
delegacji: "Administracja USA grozi nam wojna. Nie zamierzamy nadstawiac
drugiego policzka. Bedziemy walczyc. Nie tylko nasze sily zbrojne. Caly naród
stawi opór."
Trzy miesiace pózniej, na spotkaniu, jakie mialo miejsce 14 grudnia, premier
Iraku, Tariq Aziz, powiedzial: "Zgina setki tysiecy ludzi, takze Amerykanie.
Jesli USA chca przejac kontrole nad iracka ropa, beda musialy o nia walczyc,
ale nie za pomoca rakiet i samolotów. Beda musialy przyslac tu piechote i
toczyc walki z iracka ludnoscia i armia. A to nie bedzie latwe."
Podpalony w Waszyngtonie lont dzis plonie w Bagdadzie. Za zaplacone przez
nas w podatkach dolary zabijani sa iraccy zolnierze i cywile.
Niezaleznie od tego, jak dlugo bedzie trwala ta wojna, w calej swej istocie
jest ona zlem.
[fragment tekstu "Target Iraq: What the News media Didn't Tell You" autorstwa
Normana Solomona i Reese Erlich opublikowanego przez www.zmag.org;
tlumaczenie - Lukasz Pietraczuk]