wikul
19.11.06, 00:11
W obszernym wywiadzie dla "Dziennika" poseł PiS Jacek Kurski rozwiewa mit o
sobie jako wiecznym skandaliście, żali się na prześladujące go: pech,
niefortunne zbiegi okoliczności i przypadki losowe. "Nie ukrywam - mówi
Kurski - że w sferze frazeologii i obrazowania świata polityki jestem
chłonnym uczniem Jarosława Kaczyńskiego. Trafiłem na niego jako student na
strajku majowym w 1988 r. w Stoczni Gdańskiej, kiedy podczas jego
wielogodzinnych pogadanek politycznych w stołówce doznałem iluminacji
politycznej. Wtedy ułożył mi się pewien obraz świata, a że zgadza się on z
rzeczywistością, to pozostałem mu wierny". "Ta fascynacja Kaczyńskim i
gotowość do poświęceń, do frontowej nawalanki, powoduje, że ja z sukcesem
braci utożsamiam własny sukces. Że to, na co postawiłem mając 20 lat, nie
okazało się bzdurą, oszołomstwem. Tak bardzo wierzę, że to ostatnia szansa
Polski, że nikt mnie nie namówi na krytycyzm wobec PiS". "Nie może być tak,
żeby głosować inaczej niż kierownictwo! Może w Anglii są takie jaja, ale to
jest awuesizacja partii i to odradzam. Jarosław Kaczyński nigdy nie pozwoli
na awuesizację PiS. Musi być dyscyplina. Mamy pootwierane tyle frontów, że
jeśli pozwolimy sobie teraz na różnice w głosowaniach, to jesteśmy rozjechani
w minutę". "W sprawie, która legła u podstaw mojego obecnego wizerunku, czyli
w sprawie dziadka Donalda Tuska, to ja i PiS zostaliśmy zaatakowani. To była
skrajnie nieudana operacja socjotechniczna Platformy Obywatelskiej,
zaplanowana od początku do końca, by wbić w ziemię Lecha Kaczyńskiego". "Ze
Stefanem Niesiołowskim podajemy sobie czasem ręce. Jesteśmy końcówkami tej
samej podkowy - tak daleko, że aż tak blisko" - czytamy w wywiadzie "Guzik
mnie obchodzi dziadek Tuska".