Gość: AdamM
IP: *.icpnet.pl
07.04.03, 01:13
Przyznaję, ze nie znałem ich z tej strony. Że modlący się i bogobojni,
przebiegli, kombinujacy, pazerni na pieniądze, niechętni pracy - takie opinie
są częste. Ale że prawdziwe bandziory, w tym zabijaki - toż to nowum
niebywałe.
PS Sam tekst napisany dość dziwacznie (chyba na kolanie), wiec proszę się nie
zniechęcać zbyt szybko. Ale bili się wtedy malo skutecznie - kilkuset
gangsterow, kilka godzin strzelaniny i tylko 4 trupy. A autor tworzy
atmosferę jakby tam jatka prawdziwa się odbyła.
Fragment:
W latach 80. XIX w. topografia stref wpływów i etniczna specyfika
nowojorskich gangów zaczęła się radykalnie zmieniać. Głównie za sprawą
rozpoczynającego się wtedy i trwającego aż do pierwszej wojny światowej
wielkiego exodusu Żydów z Europy Środkowej i Wschodniej. W pierwszej dekadzie
XX w. stanowili oni czwartą część populacji Nowego Jorku. To już nie była
zdyscyplinowana, praworządna żydowska społeczność, jaka napłynęła głównie z
Niemiec w czasach tzw. starej emigracji lat 1843 - 1882, a która - według
raportu sporządzonego w 1886 r. przez Thomasa Byrnesa, inspektora policji
Nowego Jorku - odpowiedzialna była ledwie za 4 procent przestępstw
popełnianych w mieście. I to przestępstw pomniejszego kalibru. Jednak już w
1908 r. - cytujemy za artykułem historyka Jenny Weissman Joselit
zamieszczonym w "Jerusalem Post" - Żydzi stanowili połowę rezydentów
najcięższych nowojorskich więzień.
www.rp.pl/dodatki/plus_minus_030405/plus_minus_a_3.html