radca
06.05.03, 17:32
"Matczyna miłość aż po kres
Małgorzata S. ze Szczecina, która w czwartek zabiła dwójkę swoich
niepełnosprawnych dzieci i sama próbowała popełnić samobójstwo, ponownie
chciała odebrać sobie życie.
Szczecin
- Wszystkie się teraz bardzo martwimy, co będzie z Małgosią - mówią jej
siostry i płaczą. Małgorzata przebywa na obserwacji psychiatrycznej. Dzień po
tragedii zadzwoniła do domu. Poprosiła o papierosy i parę drobiazgów.
Siostra zawiozła jej wszystko w reklamówce. Następnego dnia usłyszała, że
Małgorzata właśnie tą torbą próbowała się udusić.
- Bez przerwy prosi tylko o jedno: żeby pochować ją razem z dziećmi. Wciąż są
dla niej najważniejsze. Tyle że teraz, jak nam mówi, nie ma już po co żyć -
opowiada Krystyna, jej siostra.
W czwartek wieczorem Małgorzata S., jak co dzień od 15 lat, przygotowała
dzieciom kolację. Zanim położyła je spać, podała im jeszcze śmiertelną dawkę
leków na sen. Sama podcięła sobie żyły. I czekała na koniec swych cierpień.
Śmierć nie była dla niej łaskawa. Odebrała jej tylko to, co najbardziej
kochała: Grzesia i Grażynkę. Co pchnęło matkę do tak dramatycznego kroku?
- Była pochłonięta opieką nad nimi. Bezgranicznie - twierdzą zgodnie jej
siostry i nie ukrywają, że to musiało się odbić na jej psychice. Jednak nie
oceniają tego, co zrobiła. Twierdzą, że nikt, kto nie był w sytuacji
Małgorzaty, nie ma do tego prawa.
- Zabrakło normalnego, ludzkiego spojrzenia jakiegokolwiek z lekarzy - mówi
Mirosława. - Powinni zauważyć, że dla samotnej kobiety wieloletnia opieka nad
tak ciężko chorymi i niepełnosprawnymi dziećmi może być zabójcza.
- Małgosia od wiosny ubiegłego roku bardzo podupadła na zdrowiu - opowiada 70-
letnia Krystyna K., jej matka. - Chodziła do różnych lekarzy. A oni
przepisywali tylko recepty.
Na dowód pokazuje stos różnych lekarstw, jakie w ostatnich miesiącach
wykupiła jej córka. Dziesiątki pudełek, setki tabletek.
Tymczasem nasi Czytelnicy w większości współczują matce:
- Ta kobieta to Siłaczka - pisze nasza Czytelniczka po lekturze wczorajszego
artykułu. - Wychowywać dwoje dzieci z porażeniem mózgowym to ciężar ponad
siły dla jednej osoby. Wcale się nie dziwię, że tak postąpiła. Szkoda, że
takiego wyboru dokonała, bo dzieciom nikt życia nie przywróci, a ona z tym
ciężarem będzie musiała być do końca swoich dni. Nieważne, jaki wyrok
zapadnie w sądzie. Musiała bardzo te dzieci kochać, skoro przez tyle lat nie
oddała ich do żadnej placówki społecznej. Ale psychika ludzka jest delikatna
i ona nie wytrzymała. Bardzo mi jej żal. Podpis: Też Matka.
Wojciech Tołyż "
( zaczerpniete z "Superexpressu" )
radca