Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
04.06.03, 21:23
http://www.naszdziennik.pl/index.php?typ=my&dat=20030604&id=my11.txt
Z tygodnia na tydzień coraz widoczniejsze stają się skutki fatalnego
wynegocjowania warunków wejścia Polski do Unii Europejskiej. Można już dziś
powiedzieć, że przegraliśmy w tych negocjacjach dosłownie wszystko, co tylko
mogliśmy przegrać. Wyczerpaliśmy cały 100-procentowy limit klęski.
Zawdzięczamy to rządzącej próżniaczej klasie politycznej, która nie zadbała -
jak zwykle - o obronę narodowych interesów gospodarczych Polski (tę klasę
interesują tylko własne interesy).
Swego rodzaju "symbolami" działań tej klasy są czołowi polscy negocjatorzy z
UE z ostatnich kilku lat. Począwszy od AWS-owskiego negocjatora Jana
Kułakowskiego, który jak już przypomniałem w "Naszym Dzienniku",
niejednokrotnie zdrzemnął się podczas negocjacji z UE ("Rzeczpospolita" z 1
lutego 2003 r.). Nie rozumiem, dlaczego tego śpiocha nie wyrzucono od razu
po pierwszym zaśnięciu?! Korespondentka polska z Brukseli Katarzyna
Szymańska-Borgignon pisała w swych wspomnieniach ze stolicy UE, że
Kułakowski, którego obdarzyła ksywą "Salonowiec", ożywał głównie w salonach
przy koniaku. Trudno się dziwić również fatalnie słabym efektom głównego SLD-
owskiego negocjatora Jana Truszczyńskiego, byłego agenta służb specjalnych
PRL-u. Cóż, PRL-owsy agenci mieli w swej naturze poczucie niewolniczej
zależności od wielkiego brata - wywiadu sowieckiego. To były przecież czasy,
kiedy w ambasadach PRL-u w instrukcjach pożarowych jako pierwszą czynność
zalecano wcale nie gaszenie ognia, lecz dzwonienie do ambasady sowieckiej po
odpowiednie dyspozycje! A cóż powiedzieć o p. minister do spraw integracji
Danucie Huebner, która wyznała w wywiadzie dla "Życia" z 15 maja 2002 r., że
ona (minister!) wyraźnie nie bardzo orientuje się, co jest polskim interesem
narodowym, bo "polski interes narodowy jest trudny do zdefiniowania". Jakoś
Niemcy czy Rosjanie doskonale wiedzą, jak zdefiniować swój interes narodowy.
Polska minister nie wie i żałosne są tego skutki dla Polski.
Pamiętajmy, że wielu naszych dzisiejszych negocjatorów aż przebiera nogami
na myśl o tym, jak piękny będzie ich los po załapaniu się na synekury w
urzędach unijnych po wejściu do UE. Czy z tego nie wynikało już teraz
przypochlebianie się swoim przyszłym unijnym panom? Jak wiemy, zdominowany
przez SLD Sejm odrzucił zdecydowaną większością głosów zdrową inicjatywę, by
obecni negocjatorzy przez 3 lata (tak krótko) mieli zamkniętą drogę dojścia
na unijne urzędy. Stało się tak nieprzypadkowo. Przecież to SLD liczy na
obsadzenie 2,5 tysiąca tak dobrze płatnych unijnych urzędów w Brukseli,
które przypadną Polakom. Postkomunistyczna "Trybuna" z 28 kwietnia 2003 r.
ujawniła, iż: "W Polsce toczy się nie tylko gra o Unię, ale także gra Unią.
(...) Niepopularny rząd sądzi, że wygrana w czerwcowym referendum uratuje mu
życie". I właśnie o to głównie chodzi. Dodajmy, że pęd różnych
niekompetentnych osób do urzędów w Brukseli już się rozpoczął. Częstokroć
niekompetencja osób pchających się na "europejskie" urzędy jest tak wielka,
że graniczy z ponurą groteską. Ksiądz arcybiskup Józef Michalik pisał wprost
w tym kontekście o "ośmieszaniu Polaków, bo jak inaczej określić sytuację,
że posłanka nominowana do Parlamentu Europejskiego zna tylko język polski i
wcale nie zamierza uczyć się obcych języków" ("Niedziela" z 18 maja 2003 r.).
Ustępliwość polskich negocjatorów sprawiła, że zgodziliśmy się na obciążenie
Polski od początku jej obecności w Unii Europejskiej bardzo wysoką składką
członkowską na sumę 2,5 miliarda euro, która stanie się ogromnym balastem
dla polskiego budżetu. Przypomnijmy, że według ocen Pawła Sameckiego, byłego
wiceministra finansów w latach 1997-1998, obecnie pracującego w Centrum
Europejskim w Natolinie: "Suma różnych wydatków z tytułu wejścia do UE może
sięgnąć 8-9 proc. budżetu państwa" (P. Samecki, Trzy
scenariusze, "Rzeczpospolita" z 7-8 grudnia 2002 r.). Grozi to niezwykle
ciężkimi problemami finansowymi dla polskiego państwa, którego budżet i tak
ledwo dyszy. Jakże wymowna pod tym względem była wypowiedź byłego SLD-
owskiego premiera, a obecnie przewodniczącego sejmowej Komisji Integracji
Europejskiej Józefa Oleksego. Otóż w wywiadzie udzielonym "Dziennikowi
Zachodniemu" z 15 marca 2002 r. (znamienne, że Oleksy nie zdobył się na tak
szczerą wypowiedź w prasie centralnej) były premier przyznał bez
ogródek: "Gdyby Unia chciała od nas od razu wyegzekwować składkę w całości,
to siadamy, bo na początku możemy wyjść na płatnika netto [tj. dopłacać do
UE - J.R.N.]. Taka sytuacja jest nie do przyjęcia, bo ogłoszenie przed
referendum, że Polska dopłaca do Unii, oznacza przegranie głosowania. Ale
Unia o tym dobrze wie i chyba pójdzie na kompromis". Jak wiadomo, Unia nie
poszła na żaden kompromis z Polską w tej sprawie i narzuciła nam płacenie
całej składki, a więc "sytuację nie do przyjęcia"! Warto dodać, że jeszcze
kilka miesięcy po tym wywiadzie J. Oleksy, występując w Linii specjalnej,
kolejny raz zapewniał, że na pewno nie będziemy płacić pełnej składki od
początku naszego członkostwa. W prasie znaleźli się autorzy, którzy łudzili,
że na początku będziemy płacić tylko 10 proc. składki, a Balcerowicz
obiecywał, że 20 proc. Te obiecanki szybko okazały się absolutnym mitem. Już
w tydzień po zapewnieniach Oleksego w Linii specjalnej przybyła do Polski
unijna komisarz M. Schreyer publicznie zaakcentowała, że Polacy będą musieli
zapłacić całą składkę.
Pomimo tych kategorycznych stwierdzeń p. Schreyer jeszcze w listopadzie 2002
roku w korespondencji Jędrzeja Bieleckiego z Brukseli akcentowano: "Polski
rząd nie zgadza się, abyśmy płacili pełną składkę członkowską już w
pierwszym roku po wstąpieniu do UE. - Domagamy się albo powrotu do obniżki
składki, albo rekompensaty z budżetu UE - w ten sposób Jan Truszczyński,
główny polski negocjator, przedstawił nowe stanowisko rządu w rozmowach z
Unią. (...) Jeżeli przyjęlibyśmy propozycję Unii, oznaczałoby to, że po raz
pierwszy w historii nowi członkowie UE wpłacając pełną składkę, nie będą
korzystać z pełnej unijnej pomocy - mówił dziennikarzom nasz negocjator".
I stało się. Unia jak zwykle w negocjacjach z kapitulanckimi negocjatorami
SLD-owskiego rządu przeforsowała swój dyktat, zmuszając Polaków do płacenia
od razu - od pierwszego roku członkostwa - pełnej, tak wysokiej, tak
niszczącej polski budżet składki. Co gorsza, biednej Polsce narzucono
uczestnictwo w płaceniu sporej sumy pieniędzy za Wielką Brytanię, która
sobie niegdyś wywalczyła w negocjacjach specjalny rabat w składkach do UE.
Bezowocne okazały się wezwania tych ekonomistów polskich, którzy
przeciwstawiali się obciążaniu nas częścią kosztów tego brytyjskiego rabatu.
Na przykład były wiceminister finansów Paweł Samecki pisał
w "Rzeczpospolitej" z 7-8 grudnia 2002 r.: "Trzeba opierać się propozycjom,
by niezamożna Polska uczestniczyła (kosztem 220 mln euro rocznie) w
wyrównywaniu przez kraje członkowskie finansowych skutków 'rabatu', jaki w
płatnościach na rzecz UE uzyskali Brytyjczycy". I w tej sprawie ulegliśmy
jednak naciskom unijnym i... biedna Polska będzie dopłacać do "brytyjskiego
rabatu". Jacek Pawlicki przyznał na łamach "Gazety Wyborczej": "Zgodziliśmy
się na logikę, zgodnie z którą stosunkowo biedny kraj, taki jak Polska,
składa się na upust budżetowy dla bogatego i doświadczonego członka Unii. Do
2006 r. brytyjski rabat może kosztować Polskę blisko 620 mln euro".
Wbrew temu, co głosili przywódcy UE w Kopenhadze, iż rozszerzenie UE będzie
kosztować 40 mld euro, faktycznie - według wspomnianego dziennika
amerykańskiego - koszt przyjęcia nowych krajów wyniesie cztery razy mniej,
zaledwie 10,3 miliarda euro. Ekspert londyńskiego Centrum ds. Reformy
Europejskiej Heather Grabbe powiedziała, iż wspomniane 10,3 miliarda euro
to "drobna suma". Dodała przy tym w