absztyfikant
28.09.08, 14:01
wyborcza.pl/1,88975,5740101,Lomza_w_Nowym_Jorku.html
Najlepszy fragment:
A antysemityzm też przywożą z Polski?
- Określenie "antysemityzm" jest w warunkach nowojorskich mylące. Ukształtowało się jako opis postawy zachodnich społeczeństw wobec żydowskiej mniejszości. W Nowym Jorku Żydzi są jedną ze starszych i liczną (około 1 milionów pośród 8 milionów mieszkańców) grupą etniczną. Myślę, że postawy polskich imigrantów wobec Żydów kształtują się głównie już w Nowym Jorku, choć pamięć o relacjach chłopsko-żydowskich przed Holocaustem też ma znaczenie. Z moich wywiadów wynika, że Żydzi są dla polskich emigrantów najważniejszą grupą odniesienia, to z nimi się głównie porównują.
W Polsce Żydów praktycznie nie ma i antysemityzm rozgrywa się głównie na poziomie psychologii. W Nowym Jorku Polacy stykają się z nimi na co dzień. Pracodawcami przyjezdnych z Greenpointu są często chasydzi - ortodoksyjni Żydzi, zachowujący wschodnioeuropejskie tradycje, np. ubioru czy jedzenia - z pobliskiego Williamsburga. Zatrudniają jako sprzątaczki Polki - zwykle, jak wynika z moich badań, nowo przybyłe kobiety ze wsi i z małych miast. One narzekają, że Żydzi płacą mało. Tyle że to też uboga społeczność - ortodoksyjni, wielodzietni, z ogromnymi rodzinami. Ale sam fakt, że te dwie grupy mimo wzajemnej niechęci spotykają się na rynku pracy, świadczy moim zdaniem o istnieniu jakiegoś ciągle pamiętanego wspólnego wschodnioeuropejskiego kodu kulturowego.
Drugą naturalną grupą do porównań są Żydzi z byłego ZSRR - to wielka, biała, wschodnioeuropejska i postkomunistyczna grupa imigrancka. Polacy uważają, że rosyjskim Żydom wiedzie się lepiej. Jeszcze i dziś przyjeżdżają jako uchodźcy, a więc mają prawo do legalnego pobytu i korzystania z pomocy społecznej. Powszechnie jest to interpretowane jako niezasłużony przywilej dla Żydów - wywalczyli go, bo należą do lepiej zorganizowanej grupy, twierdzą Polacy. I przy okazji narzekają na swoje polonijne organizacje, że kłótnie i niemoc, a działacze - że lud nie daje pieniędzy.
Polacy coś znaczą w nowojorskiej polityce?
- Kiedy rozmawiałam z liderami polskiej społeczności, uderzyło mnie, że nie zdawali sobie sprawy z tego, jak małą grupą etniczną są Polacy w Nowym Jorku. Legalnie - a tylko tacy mogą głosować - to mniej niż 65 tysięcy osób w ośmiomilionowym mieście. Żydów z b. ZSRR oficjalnie jest ponad 200 tysięcy. Polacy to dopiero piętnasta co do wielkości grupa emigrancka!
Kiedy zaczynałam badania, myślałam, że przynajmniej liderzy będą szukać sojuszy w etnicznej polityce - np. z Włochami, którzy są największą katolicką i białą grupą, a w politycznej tradycji amerykańskiej to ma znaczenie. Nikt nie mówił o sojuszach, ale wielu porównywało Polaków z Żydami i Latynosami, dwiema dużymi grupami. Byli sfrustrowani, że Polacy za mało znaczą w polityce, i znowu obwiniali polską mentalność, niezdolność do wspólnego działania - zapominając, że w demokracji ważne są też liczby.
Z moich wywiadów wynika, że ciągle najważniejszymi organizacjami dla Polaków są parafie. Trochę tak jak w Polsce, gdzie poza wielkimi miastami parafie to nadal najważniejsze organizacje pozarządowe.