Lzy leca same...

IP: 5.3.1R* / *.cust.bezeqint.net 25.12.03, 20:14
Gwiazdka 1940
Ryszard Hładko 23-12-2003, ostatnia aktualizacja 23-12-2003 19:10


Wspomnienie Ryszarda Hładki
Czy był to ten tradycyjny, prawdziwy wieczór wigilijny, o którym w bajkach
się pisze? Nie wiem. Nie pamiętam już nawet, czy padał wtedy śnieg. Nie
wiem, jakiego koloru było niebo, nie wiem, czy gwiazdy na nim świeciły i czy
jutrzenka wzeszła o przepisowej godzinie.

Ale jedno pamiętam dobrze: było zimno, straszliwie zimno. Grabiały ręce,
cierpły nogi, a przez plecy przebiegały skurcze, jakbyś ich dotykał zimnym
żelazem. A przecież pod kuchnią trzaskały szczapy i blacha aż biała była od
żaru.

Tylko że nie było co do gęby włożyć. Ostatni ziemniak zjedzony został na
śniadanie razem z ćwiartką gorzkiego chleba z kartkowego przydziału. Matka
chciała to wszystko zatrzymać do wieczora, aby mieć czym chociażby
upozorować wigilijny obrzęd. Głód jednak był ostrzejszy niż wszystkie
tradycje.

Teraz pod wieczór odżył ze spotęgowaną siłą. A głodnego i pożar nie
rozgrzeje. Toteż szczękało się zębami. Taki był nasz dzień wigilijny 1940
roku, w domu nr 207 na Czerniakowskiej w Warszawie.

Matka gorączkowała. Martwiła się, co będziemy jedli przez te dwa dni
świąteczne. Niedawno jeszcze chodziła na "posługi" - prała ludziom,
sprzątała, nosiła węgiel, trzepała dywany. Niewiele się zarabiało, ale
zawsze. Tylko że coraz mniej było tych "posług". Nawet w zamożnych domach
poczynało być krucho. Ostatnią "posługę" odbyła dwa tygodnie temu. Kredyt w
sklepiku urwany - już i tak wisi się na 200 zł. Sąsiadka pożyczyła raz 10 kg
ziemniaków, kto inny parę cebul, ale jak długo mogą dawać ludzie, którzy
sami niewiele więcej mają?

U sąsiadów za ścianą świętują. Dzwonią kieliszki, noże, widelce. Rozmowy,
głośne toasty, kolędowanie. W dzień powszedni nie byłoby tak przykro.
Dopiero święta ukazują całą beznadziejność sytuacji. Ech, życie! Połóżmy się
do łóżka - zapomnijmy o wszystkim. Sen zagłuszy prawa żołądka.

Nagle ktoś cicho, nieśmiało zapukał.

- Proszę - odkrzyknąłem, zwlekając się z łóżka, podczas gdy matka z bolesnym
zainteresowaniem uniosła się na poduszce.

W pierwszej chwili przeląkłem się; w mdłym odblasku naftowej lampy poznałem
Żyda. To był żydowski chłopiec, miał chyba nie więcej niż dziesięć lat.
Mrowie przeszło mi po plecach. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na to, w czym
było wszystko dopowiedziane do końca, cała groźna prawda niebezpieczeństwa -
ostro zarysowany profil nosa. Czułem, jak matka wstrzymuje oddech,
dosłyszałem bicie jej serca.

Skąd się tu wziął? - przeleciało mi przez głowę. Jak się wydostał przez
trzymetrową wysokość muru getta, przez podwójny kordon uzbrojonych
posterunków niemieckich? Czyżby nie wiedział, że w mieście rozklejono
plakaty, które groziły śmiercią każdemu, kto przyjmie Żyda w swym domu?

Chłopiec najwidoczniej odczuł wrażenie, jakie sprawił swym przybyciem. Z
zakłopotaniem spuścił głowę i powiedział tonem usprawiedliwienia, wyciągając
ręce nad rozpaloną blachą kuchni:

- Ach, jak tu ciepło! A na dworze zawieja! - Spojrzałem nań oburzony, ja
trząsłem się z zimna. Gdy obrócił się do nas bokiem, zobaczyłem, że jest w
łachmanach. Na rękach, kolanach i ramieniu przez ogromne dziury przeświecało
gołe ciało. Na plecach zwisał mu worek o pokaźnej zawartości.

- Zaraz pójdę, ja wiem, że nie mogę tu dłużej... - zaczął szybko, prosząco. -
Wyrwałem się z getta. Jakoś się udało. Nie ustrzelili po drodze. Tam
zostali rodzice. Chorzy. Zapalenie płuc. Trzy dni bez jedzenia. Ludzie mrą
tysiącami. Giną od kul niemieckich. Chciałem pomóc rodzicom, więc się
przedarłem. Przy Wigilii łatwiej jest coś uprosić - zwrócił się do matki z
niedwuznaczną prośbą.

Zapadło kłopotliwe milczenie. Widziałem, jak matce napłynęły łzy do oczu. W
tym momencie przebudził się Tadeusz. Wychynął spod matczynego ramienia,
przetarł oczy i cicho, tonem skargi upomniał się:

- Mamo, jeść!

- A skąd ci wezmę, jak nie mam! - odkrzyknęła matka z wściekłością.

Zaniosła się szlochem, łzy kapały na chude, wyssane do krwi piersi. Żydowski
chłopiec patrzał na to rozszerzonymi oczyma. Obejrzał nasz wspólny barłóg
rodzinny, spojrzał na matkę, na dzieci, pociągnął wzrokiem po pustych,
oszronionych ścianach i wreszcie jego wzrok zatrzymał się na garnkach wokół
pieca, w których nie było nic do jedzenia.

- Przepraszam - powiedział ze skruchą. - Przepraszam, nie wiedziałem.
Myślałem... - zawiesił głos.

Zdecydowanym ruchem ściągnął worek z pleców, rozwiązał, zagłębił w nim
obydwie ręce i począł wyciągać na stół różne specjały: ułomki makowców,
ciast wszelakich, bułek i strucli, obrzynki kiełbas i kaszanek, jaja i
mięsiwo, parę marchwi, wiązki cebuli, sporo jabłek i orzechów; znalazło się
tam nawet kilka ćwiartek chleba, tego kartkowego, przydziałowego chleba, po
którym w gardle paliło.

Patrzyliśmy jak urzeczeni na owe wspaniałości. Tamten zaś mówił krótkim,
zdyszanym szeptem z nutą żałości i uniesienia:

- Uzbierałem po ludziach. Każdy dawał, co miał. Wy nic nie macie.
Poczęstujcie się. Miejcie i wy swoje święta. A i ja pożywię się przy was.

Nie byłem jeszcze wtedy na tyle dorosły, by móc zrozumieć wagę wielkiego
wydarzenia, którego byliśmy świadkami: oto syn wyklętego narodu dzieli się z
nami tym, co miało odwlec chwilę głodowej śmierci jego rodziców. A przecież
ponad przejmujące uczucie głodu, w najgłębszym wzruszeniu serca odczuwałem
bezwiednie, że dzieje się tu coś niezwykłego, że do naszego domu zawitały
samo piękno i dobroć.

- Synku - matka tuliła głowę chłopca do piersi. - Synku - gładziła go
pieszczotliwie. - Dobre, kochane dziecko. Nie trzeba, nie trzeba. Damy sobie
radę, przeżyjemy. Weź to z powrotem. Weź, zanieś rodzicom. Chłopiec
zdecydowanie się sprzeciwił.

- Bierzcie - mówił - jedzcie! Jest jeszcze wcześnie. Jeszcze sobie uzbieram.
Pójdę po ludziach i uzbieram - przekonywał, nie dając dojść do słowa.

Brał ze stołu kawały ciasta i gwałtem podtykał nam do ust. Znalazł w worku
butelkę mleka, przelał je do garnka, postawił na blasze.

- Dla małego - wyjaśnił.

Jedliśmy w milczeniu, łapczywie.

Chłopięca twarz naszego wybawcy była poważna i skupiona. Tylko od czasu do
czasu przebiegał przez nią skurcz zmartwienia i żałości. O czym myślał? Może
o tym, jak z narażeniem życia, w ustawicznym lęku, by go kto nie wydał,
kryjąc w kołnierzu płaszcza twarz, błądził po klatkach schodowych, on, mały
żydowski chłopiec, którego rodzice tam, za ceglanym kręgiem śmierci, w tę
mroźną, grudniową noc oczekiwali ratunku. Czy zdąży jeszcze dzisiaj z
powrotem napełnić swój żebraczy worek?

Czy uda mu się przedostać do swoich? Dla jakiejś tam obcej rodziny, dla
ludzi, którzy przecież mają większą od niego szansę przeżycia, ludzi bez
gwiazd hańbiących na plecach, poświęca swych najbliższych zamurowanych w
grobie warszawskiego getta.

Niewiele powiedział o sobie. Utkwiły mi w pamięci tylko dwa szczegóły

- na imię miał Icek, mieszkał na Muranowie, na Nowolipkach.

Byliśmy syci, och, jak bardzo syci!

I było nam ciepło. Myślę, że serce Icka najmocniej nas wtedy ogrzało.

Zabierał się do odejścia. Matka usiłowała go zatrzymać. Nie zgodził się.

- Jeszcze dziś muszę być w domu - mówił, zwijając pod pachą pusty worek.

- Zabierz przynajmniej resztę - powiedziała matka, wyrywając mu worek z
ręki, i mimo jego energicznych protestów wypełniła go tym, co zostało z
naszej wieczerzy.

Nie dał się odprowadzić na ulicę. Nie chciał nas narażać. Cicho jak kot
wtopił się w mrok klatki schodowej.

Rano matka, wynosząc śmieci, potknęła się za progiem. Pod drzwiami leżał
worek żydowskiego chłopca z całą jego zawartością. Nie zabrał ani kruszyny.
Starczyło nam na całe święta!

Parę dni potem mówiono w naszej dzielnicy, że jeszcze jeden chłopiec
żydowski został zastrzelony na ulicach Warszawy. W tamtych czasach, kiedy
człowieka nic już nie mogło zdziwić, takie wiadomości prz
    • Gość: Mosze Re: Lzy leca same...(2) IP: 5.3.1R* / *.cust.bezeqint.net 25.12.03, 20:16

      Rano matka, wynosząc śmieci, potknęła się za progiem. Pod drzwiami leżał worek
      żydowskiego chłopca z całą jego zawartością. Nie zabrał ani kruszyny.
      Starczyło nam na całe święta!

      Parę dni potem mówiono w naszej dzielnicy, że jeszcze jeden chłopiec żydowski
      został zastrzelony na ulicach Warszawy. W tamtych czasach, kiedy człowieka nic
      już nie mogło zdziwić, takie wiadomości przyjmowało się z niemal tępą
      obojętnością. Ale ta wiadomość podcięła mi nogi.

      v v v

      Na gruzach getta, gruzach Muranowa, przy Nowolipkach w Warszawie, w nowym
      bloku jaśniejącym z dala bielą tynków, mieszka moja matka. Szanuję gruzy, na
      których stoi ten dom. Może to właśnie są gruzy Ickowego domu? Lecz choć
      widziałem tragiczną klęskę tego okolonego murem miasta umarłych, miasta, które
      wiosną 1943 r., w pamiętne wielkanocne dni zawrzało beznadziejną walką o
      życie, śmiem żywić nadzieję, że pod gruzami tego miasta nie leżą Ickowe kości.

      Myślę i marzę o tym, że Icek przyjdzie kiedyś do nas w wieczór wigilijny, by
      spożyć z nami wieczerzę. Tradycyjnym zwyczajem jedno krzesło przy stole będzie
      na niego czekać. Nie chcemy spłacać tego, czego w żaden sposób nie da się
      spłacić. Po prostu chcemy z nim podzielić się tym, co najcenniejsze - sercem i
      miłością. u


      Ryszard Hładko jest emerytowanym dziennikarzem, napisał książki: "Polski
      Październik '56. Opolszczyzna i kraj", "Kuglarze i opętańcy", wkrótce ukaże
      się "Epos warszawski" - wspomnienia z Powstania Warszawskiego - oraz "Kulty
      śląskie i ich relikty".





      -------------------------------------------------------------------------------
      -

      Tekst pochodzi z portalu Gazeta.pl - www.gazeta.pl - 2003 © Agora SA

      -------------------------------------------------------------------------------
      -

      • Gość: wikul Re: Lzy leca same...(2) IP: *.aster.pl / *.aster.pl 25.12.03, 20:32
        Łzy leca same...
        Pozdrawiam serdecznie i świątecznie .
    • Gość: Mosze Czy ktos ma podobne opowiadania...? IP: 5.3.1R* / *.red.bezeqint.net 26.12.03, 12:12
      Prosze podac, bo wszystko wytlumacze i posylam do Jad WaSzem...
      Pzdr,
      Mosze
      • gini Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? 26.12.03, 12:48
        Podchorąży, rocznik 1926
        ...aż do ofiary życia

        WYBUCH POWSTANIA W WARSZAWIE BYŁ KONSEKWENCJĄ TEGO, CO DZIAŁO SIĘ TU WCZEŚNIEJ.
        PRZEZ SZEŚĆDZIESIĄT DWA MIESIĄCE, 1859 DNI ŻYCIA I ŚMIERCI W OKUPOWANYM
        MIEŚCIE. CI, KTÓRZY PRZETRWALI DO 1 SIERPNIA 1944 ROKU, PRAGNĘLI ODWETU.



        Spod kolumny Teatru Wielkiego wróg ostrzeliwuje ratusz i Pałac Blanka, gdzie
        zginął Krzysztof Kamil Baczyński.

        FOT. (C) ZE ZBIORÓW WłADYSŁAWA BARTOSZEWSKIEGO




        WACŁAW GLUTH-NOWOWIEJSKI

        Kiedy wybuchła wojna, miałem trzynaście lat. Chłopak z normalnego świata,
        znalazłem się nagle w nowej rzeczywistości - dziecka podbitego kraju. Tu, gdzie
        czułem się dotychczas wolny jak ptak, wtargnęli najeźdźcy, którzy określali
        się "narodem panów". Butni, bezwzględni i - jak się wkrótce okazało -
        zbrodniczy. Ledwie, po hałaśliwej defiladzie ich wojsk, opuścił Warszawę
        Hitler, rozeszła się po mieście wieść o aresztowaniu kilkuset mężczyzn,
        przeważnie księży i znanych stołecznych obywateli. A zaraz potem następna: w
        ogrodach sejmowych okupanci zabijają ludzi...

        I wkrótce straszliwe wydarzenie. Mord dokonany na 107 niewinnych mężczyznach w
        Wawrze, wyciągniętych z łóżek w bożonarodzeniową noc. Nie wiedzieli, co się
        dzieje, nie mieli pojęcia o awanturze w tutejszej restauracji. Spędzali z
        rodzinami pierwszą okupacyjną gwiazdkę. Zrozumieli, co ich czeka, dopiero kiedy
        zobaczyli przygotowane do egzekucji karabiny maszynowe... Tej strasznej nocy
        strzały mieszały się z okrzykami "Niech żyje Polska!".

        Tak się zaczęło i trwało sześćdziesiąt dwa miesiące, pięć okrutnych lat.
        Wydarzenia w Wawrze uświadomiły Polakom grozę sytuacji. Wiedzieli już, że
        przegrana wojna jest początkiem dramatu, że muszą znaleźć dość siły, by
        przetrwać terror. Dość sił, by przeciwstawić się terrorowi. Tym bardziej że
        poczynania okupanta bardzo jasno zapowiadały wypowiedzi ich przywódców. "Polska
        ma być traktowana jak kolonia" - nakazał krótko Hitler. Ma dostarczać III
        Rzeszy tanich robotników. Należy więc "oczyścić" ją z inteligencji, "wytępić"
        ludzi z wyższym i średnim wykształceniem. Warszawę trzeba zburzyć, a na jej
        miejscu powinno powstać małe miasto Die neue Deutsche Stadt Warschau dla 500
        tysięcy mieszkańców-robotników.



        Rok 1944. Ćwiczenie leśne przed Powstaniem. Pierwszy z lewej autor
        wspomnień "Wacek", w środku dowódca plutonu, podchorąży "Mały Janek" (Jan
        Dobsz).




        Wcielanie w życie tego zdumiewającego programu stało się codzienną troską
        organów politycznych i służb policyjnych Generalnego Gubernatorstwa,
        szczególnie dystryktu warszawskiego. Zastraszyć! Złamać jakiekolwiek próby
        oporu! "Oczyścić" i "wytępić"!

        Ruszyły masowe aresztowania inteligencji i wszystkich, którzy swoim istnieniem
        mogli "zagrozić" Rzeszy Niemieckiej. Aresztowania i masowe egzekucje w
        Palmirach, Magdalence, w Lesie Kabackim. Nocne branki, często całych rodzin.
        Egzekucje bez śledztwa, bez przesłuchania. Unicestwiać! W kaźni gestapo przy
        Szucha, w więzieniu na Pawiaku, w ruinach getta.

        Z gettem wiąże się porażające ludobójstwo: zamordowanie w komorach gazowych
        Treblinki 320 tysięcy warszawskich Żydów w ciągu trzech miesięcy. Pięć, sześć
        tysięcy dziennie. Ci, którzy zostali jeszcze w murach stolicy, wybrali śmierć w
        walce. Powstanie w warszawskim getcie zyskało miarę bohaterskiego zrywu
        przeciwko zbrodni i pohańbieniu.

        Śmierć zbierała coraz obfitsze żniwo. Zaledwie dwa miesiące po zbudowaniu obozu
        koncentracyjnego w Oświęcimiu skierowano tam pierwszy transport 1660 więźniów z
        Warszawy. A później było tych transportów jeszcze kilkadziesiąt. Pociągi
        towarowe wypełnione mężczyznami, często złapanymi przypadkowo w ulicznych
        warszawskich obławach i wysłanymi pospiesznie do Auschwitz. Żeby "nie popsuć"
        statystyki. Kobiety kierowano do Ravensbr?ck. Na zbrodnicze eksperymenty
        lekarskie, na powolne konanie.

        Szalały łapanki. W listopadzie 1942 roku zgarnięto z ulic kilka tysięcy osób na
        przymusowe roboty do Niemiec i do więzień. W styczniu 1943 polowaniami objęto
        całe miasto. I tramwaje, i sklepy, i dworce kolejowe, i tereny przykościelne. I
        domy, z których wyciągano ludzi na oko: ten albo ten, albo ci... Z kilkunastu
        tysięcy "upolowanych" znaczna część trafiła do Majdanka. Nowo otwarty obóz
        koncentracyjny koło Lublina szeroko otwierał swoje podwoje dla warszawiaków.



        Amerykanie lecą z pomocą Warszawie.

        FOT. (C) ZE ZBIORÓW WŁADYSŁAWA BARTOSZEWSKIEGO




        Rotacja więźniów na Pawiaku była olbrzymia. Po transportach do Oświęcimia,
        Majdanka, Ravensbr?ck natychmiast uzupełniały stan kolejne obławy, masowe
        aresztowania. Więzienie bywało zatłoczone ponad wszelką miarę. Centrala gestapo
        w alei Szucha miała ograniczone możliwości. Oddelegowywano więc na Pawiak ekipy
        oprawców, którzy na miejscu przeprowadzali błyskawiczne śledztwo. Jak to
        wyglądało, obrazują grypsy opublikowane przez Władysława Bartoszewskiego w
        cennej pracy "Warszawski pierścień śmierci". Oto fragmenty dwóch z nich: "(...)
        Po biciu rannym stosuje się drugą porcję w południe, i znowu to samo -
        wieczorem (...) Skatowane kobiety, upadające, mdlejące, siłą ciągną na następne
        badania (...)"

        "(...) Przyniesiono do kostnicy czterech zamordowanych mężczyzn (...). Są tak
        zmasakrowani, że nie rozpoznałyby ich nawet rodziny (...) System badań jest tak
        makabryczny, że niektórzy strażnicy ukraińscy nie wytrzymują nerwowo i reagują
        płaczem, histerią (...)"

        Od roku 1943 nie było już dnia bez ofiar. I coraz perfidniejszych metod
        zastraszania.

        Na balkonach przy Lesznie powieszono 27 więźniów Pawiaka. W Alejach
        Niepodległości ginie pod murem grupa zakładników. I wkrótce to samo przy Piusa
        XI (dziś Piękna), na Nowym Świecie, Puławskiej, w Alejach Jerozolimskich...
        Setki zabitych w egzekucjach publicznych. Na oczach miasta. Jawnie wobec
        wolnego świata.

        Padnijcie na kolana, polscy podludzie, niewolnicy III Rzeszy.

        A jednak fiaskiem zakończyła się polityka spalonej ziemi. Warszawa nie ugięła
        się. Rosła w siłę Polska Podziemna. Tych, którzy padli, natychmiast zastępowali
        inni. Cios oddawano ciosem. Ginęli zdrajcy. Polała się krew okupacyjnych
        dygnitarzy zła. Wypadały z szyn pociągi wroga. Dała o sobie znać Polska
        Karząca. Psychoza strachu wdarła się w szeregi zbrodniarzy.



        Woda do picia, do gaszenia pożarów, była skarbem.

        FOT. (C) ZBIORY IPN.




        Po likwidacji ludności żydowskiej całkowicie puste getto zaczęto wykorzystywać
        jako teren krwawej rozprawy z Polakami. Usprawniono masowe zabijanie. Zamiast
        wozić ofiary pod Warszawę, mordowano teraz w gruzach, kilkaset metrów od bramy
        więziennej. Jednego dnia, 30 maja 1943 r., stracono tam np. blisko 600 więźniów
        Pawiaka.

        14 kwietnia 1944 r. wśród 163 osób zamordowano dwóch moich braci - Zbyszka i
        Janka.




        • gini Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? 26.12.03, 12:55
          Przypominam to wszystko, bo wiem, że wybuch Powstania w Warszawie był przede
          wszystkim konsekwencją tego, co działo się tu wcześniej. Przez sześćdziesiąt
          dwa miesiące, 1859 dni życia i śmierci w okupowanym mieście. Ci, którzy
          przetrwali do 1 sierpnia 1944 roku, pragnęli odwetu. Jak w hymnie Polski
          Podziemnej:

          Godzina pomsty wybija
          Za zbrodnie, mękę i krew.
          Do broni! Jezus, Maryja!
          Żołnierski woła nas zew.

          Mimo zakazu braci - żadnego konspirowania! - nie wyobrażałem sobie dalszego
          pozostawania pod parasolem ochronnym.

          Mam szesnaście lat. Jestem silny, sprawny, najwyższy czas coś robić. I
          zacząłem. We wrześniu 1942 r. złożyłem przysięgę. Serce biło jak szalone, gdy
          wyprężony na baczność powtarzałem za dowódcą:


          W obliczu Boga Wszechmogącego
          I Najświętszej Maryi Panny,
          Królowej Korony Polskiej,
          Przysięgam być wierny ojczyźnie mej
          Rzeczpospolitej Polskiej.
          Stać nieugięcie na straży Jej honoru,
          O wyzwolenie z niewoli
          Walczyć ze wszystkich sił
          Aż do ofiary mego życia.


          Zostałem żołnierzem konspiracji. Plutonu 225 żoliborskiego obwodu
          AK "Żywiciel". Drżyjcie Niemiachy!

          Tyle się działo! Szkolenie strzeleckie, nauka o broni, o walkach w mieście,
          ćwiczenia praktyczne w terenie. I wreszcie podchorążówka pod komendą
          wspaniałego dowódcy, rotmistrza Adama Rzeszotarskiego "Żmii". Piękny prezent na
          osiemnastolecie - stopień kaprala podchorążego. A wkrótce - dowódca drużyny w
          plutonie 238.

          Był maj 1944 r. Front wschodni wkroczył na ziemie polskie...

          Kilka miesięcy wcześniej uczestniczyłem w spotkaniu dowództwa naszego rejonu z
          przedstawicielem okręgu warszawskiego AK. Omawiano plan zdobycia koszar
          niemieckich, czyli dawnej zawodowej szkoły gazowej na rogu Gdańskiej i Paska,
          na wypadek wybuchu Powstania. Z wielką dokładnością ustalano, kto gdzie uderzy,
          jaka będzie rola poszczególnych drużyn, a nawet sekcji, jakie należy
          przewidzieć warianty zastępcze. Byłem zachwycony precyzją planu. Wierzyłem, że
          wszystko się uda - z zapadnięciem zmroku drużyny "spłyną" z zakonspirowanych
          kryjówek na pozycje szturmowe. W nocy, z wybiciem godziny "W", uderzą na
          kompletnie zaskoczonych żołnierzy Wehrmachtu...

          Kiedy nadeszła ta chwila, wszystko się poplątało.

          Pierwszy sierpnia. Zziajana łączniczka dopadła mnie z informacją, że to dziś. O
          siedemnastej WYBUCH! Długo trzymałem w ramionach mamę. Ukląkłem w kaplicy
          jezuitów. W kościele sporo młodych ludzi. Wśród nich trzeci mój brat Alek. Też
          wyrusza na punkt zborny. Do zobaczenia po wojnie...

          W bazie, czyli w willi przy Dygasińskiego, czekały na mnie dwie niedobre
          wiadomości. Pierwsza o katastrofalnym braku broni. Magazyn naszego rejonu wpadł
          w ręce niemieckie, nie dostarczono jej również z innych źródeł. W tej sytuacji
          w szturmie wezmą udział tylko powstańcy, którzy coś będą mieli. Z plutonu
          dwudziestu do trzydziestu. Wiadomość druga - z mojej drużyny na pierwszy ogień
          ruszy jedynie ośmiu, dziesięciu chłopców. Pozostali zostaną w odwodzie i będą
          czekali, aż zdobędziemy dla nich broń na Niemcach...



          Zbiórka powstańczego oddziału.

          FOT. (C) ZE ZBIORÓW WŁADYSŁAWA BARTOSZEWSKIEGO.




          Przed czternastą zerwały nas na równe nogi serie z broni maszynowej i wybuchy
          granatów. Gdzieś od strony placu Wilsona. Co to znaczy? Do ataku jeszcze trzy
          godziny. Samowolnie nie wolno nam opuszczać stanowisk. Co robić?

          Czekaliśmy. Strzelanina jednak wzmagała się. O szesnastej założyliśmy biało-
          czerwone opaski. Rozdzieliliśmy broń: jeden karabin, dwa pistolety krótkie,
          kilkanaście sidolówek - granatów własnej roboty. Dla każdego "coś". Ruszyliśmy
          chyłkiem ku koszarom na Gdańskiej. Tu było jeszcze cicho.

          Klucząc wśród zaułków i ogrodów Dolnego Żoliborza, dotarliśmy na otwartą
          przestrzeń, którą od północy zamykał kompleks "szkoły gazowej". A więc jesteś
          nasz obiekcie do zdobycia! Stojący na wzniesieniu budynek otoczony był od ul.
          Paska drutem kolczastym. Po obu jego bokach wznosiły się potężne bunkry z
          otworami - strzelnicami. Wkrótce przekonaliśmy się, że tkwiły w nich załogi z
          karabinami maszynowymi. W oknach pierwszego piętra zionęły dodatkowe stanowiska
          ogniowe. Wyjście naszej grupki z ukrycia byłoby samobójstwem. Przemknęliśmy
          więc na Marymont.

          Wokół rozbiegany, zdezorientowany tłum. Jedni szukali swoich oddziałów, inni
          dowódców. Jeszcze inni meldowali, że zablokowanie wiaduktu nad Dworcem Gdańskim
          uniemożliwiło im dotarcie do rodzimych zgrupowań. Na Woli, Mokotowie, w
          Śródmieściu... "Zgłaszamy się. Przyjmijcie nas."

          Gorzkie to były chwile. Wobec miażdżącej przewagi ogniowej Niemców ukrytych za
          zasiekami i betonowymi zaporami mogliśmy jedynie zgrzytać zębami i przeklinać.
          Pewien zdeterminowany chłopak wyskoczył na przedpole i wygrażając pięścią
          krzyczał: "Wyłaźcie, tchórze!". Trafiony serią, padł kilka metrów dalej, a jego
          biała koszula natychmiast stała się czerwona.




          Żołnierze ze zgrupowania "Radosław" zdobyli więzienie tzw. gęsiówkę i uratowali
          kilkuset Żydów

          FOT. (C) ZE ZBIORÓW WŁADYSŁAWA BARTOSZEWSKIEGO




          Warszawa powstaniowa zbyt mało miała czasu na pełną mobilizację. Skrócenie
          czasu koncentracji z 36 do 22 godzin spowodowało, że do akcji ruszyło wiele
          oddziałów uszczuplonych o trzydzieści, czterdzieści procent stanu. Chłopcy i
          dziewczęta dokonywali cudów, by zdążyć na czas, ale nie docierali do swoich. A
          nie można było czekać. Godzina "W" już wybiła!

          I jeszcze ten zaskakujący brak broni! Przekreślał szanse zwycięstwa, stwarzał
          ogromne zagrożenie w każdym momencie walki. Z jaką rozpaczą, z jaką
          wściekłością przyjmowano w oddziałach informacje, że granatów nie starczy dla
          wszystkich, a pistolety są dla dowódców. Chłopcy, którym trafiły się pistolety
          maszynowe, to była elita. Wielu ich poległo, bo mając aż taką siłę ognia,
          wysuwali się zazwyczaj na czoło ataku. Nie raz, nie dwa taki empi przechodził z
          rąk do rąk jako najdroższy spadek.

          • gini Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? 26.12.03, 12:57
            Pierwszy Dywizjon 7. Pułku Ułanów AK "Jeleń" dostał nie lada zadanie. Zdobycie
            siedziby gestapo w al. Szucha. W centrum dzielnicy niemieckiej, z gmachami
            obsadzonymi przez uzbrojoną po zęby policję i żandarmerię. Z zasiekami i
            bunkrami. Z natychmiastowym wsparciem samochodami pancernymi i czołgami.

            "Jeleń" zgromadził zawodowych oficerów, konspiracyjnych podchorążych, wielu
            wspaniałych wartościowych ludzi. Dwa plutony - 1111 i 1119 - nacierały razem od
            strony Bagateli. Tych siedemdziesięciu straceńców miało zaledwie kilka stenów i
            kilkanaście pistoletów. Z bronią krótką na karabiny maszynowe? Z filipinkami,
            które miały zastąpić broń ciężką!

            "Naszym zadaniem było opanowanie GISZ (gmachu Głównego Inspektoratu Sił
            Zbrojnych przy Al. Ujazdowskich) - wspomina Andrzej Bontemps. - Po sforsowaniu
            muru trzeba było przebiec wolną przestrzeń ogródka jordanowskiego. I wtedy ze
            wszystkich stron posypały się strzały. Biegłem na oślep, wielu kolegów zginęło.
            Pozostali dopadli do okienek piwnicznych GISZ. Chwytaliśmy broń zabitych. To
            już była walka wręcz. Kiedy zostało nas sześciu, wyskoczyliśmy piwnicznym oknem
            na dziedziniec, wyważyliśmy bramę, przeskoczyliśmy Bagatelę.

            Ta 'szarża ułańska' skończyła się tragicznie. W ciągu dwudziestu minut zginęło
            51 naszych żołnierzy i cztery sanitariuszki. Pozostały żal, gniew i gorzka
            refleksja. Dlaczego nacierający na twierdzę gestapo nie otrzymali specjalnego
            wsparcia: karabinów maszynowych, granatników, piatów? Skoro nie było
            uzbrojenia, które dawałoby jakąkolwiek szansę, dlaczego nie odwołano akcji na
            Szucha?..."

            Podobnie pułk "Garłuch" miał odegrać w powstaniu szczególną rolę. Opanować i
            utrzymać lotnisko Okęcie. Tak by ułatwić lądowanie samolotom alianckim.
            Umożliwić walczącej Warszawie pomoc korytarzem powietrznym.


            Takie były założenia. Pierwszego sierpnia do godziny "W" udało się dotrzeć na
            miejsca zbiórek mniej niż połowie żołnierzy rejonu. Uzbrojenie? Mizerne.
            Szczególnie, jeśli chodzi o broń dłuższego zasięgu. A żeby dotrzeć do lotniska,
            powstańcy musieli pokonać rozległy, otwarty teren. Niemiecka załoga Okęcia
            wiedziała o wybuchu walk i w pełnej gotowości czekała na polskie uderzenie...

            Zdawał sobie z tego sprawę dowódca pułku major Stanisław Babiarz i po godzinie
            szesnastej wydał rozkaz odwołujący atak na lotnisko. Tylko że rozkaz ten nie
            dotarł niestety do wszystkich.

            Nie wiedziano o nim w kompanii "Anna", która o godzinie "W" uderzyła z
            odległego Zbarza. Józef K. Wroniszewski w monografii IV obwodu AK Ochota tak
            podsumowuje to wydarzenie:

            "Pod zmasowanym ogniem nieprzyjacielskim, na ponad 300-metrowej drodze
            natarcia, poległo około 120 powstańców ze 150 wyruszających. Jednym z
            pierwszych był prowadzący natarcie dowódca oddziału, por. Romuald
            Jakubowski "Kuba". Poległo 11 oficerów oraz 17 podchorążych i podoficerów."


            Polała się powstańcza krew pierwszego sierpnia. Bez atutu zaskoczenia, bez
            kolegów, którzy nie dotarli, bez broni, która miała być, lecz jej nie było,
            rzucili się powstańcy do walki. W kilkudziesięciu punktach miasta rozgorzał bój
            na śmierć i życie. Dla nas, zbyt często na śmierć. "Ci, dla których zabraknie
            broni, niechaj biorą ze sobą kilofy i siekiery" - zarządził dowódca
            powstania. "Naprzód - zachęcał inny wyższy oficer - do tyłu tylko na noszach!"

            Tych zachęt nie było potrzeba. "Nam ducha starczy" - wołał poeta. I starczyło.
            Determinacja pierwszego uderzenia była niesamowita. Dostać ich, wtargnąć,
            rozwalić filipinką!

            Tyle że przeciwnicy byli przygotowani. Mocno tkwili w swoich warowniach. Bili
            ogniem ciągłym, który uderzał każdego, kto pojawił się na przedpolu. I właśnie
            te przedpola stały się masowymi grobami warszawskich "kosynierów". Na
            Mokotowie, Ochocie, Woli. Na Żoliborzu, dzielnicy otwartych przestrzeni, walka
            była jeszcze trudniejsza. Po nieudanych akcjach pierwszego sierpnia
            pułkownik "Żywiciel" postanowił wycofać swoje oddziały do Puszczy Kampinoskiej.
            Przegrywamy? To przegrywajmy z honorem - szło z rozgoryczeniem po szeregach.
            Uciekamy pod osłoną nocy i deszczu? I jaki los szykujemy mieszkańcom z
            niepokojem wsłuchującym się w szum odchodzących kolumn?

            Już tam, w głębi puszczy, starałem się przywołać wrodzony optymizm. Nie
            kalkulować, bo i po co. Musi być dobrze.

            I było. Wkrótce przedzieraliśmy się ponownie do Warszawy. Wracaliśmy na
            Żoliborz dopełnić przeznaczenia, któremu na imię czterdzieści i cztery...


            Jakże pragnęliśmy zwycięstwa! Tego ostatecznego. Powalenia hydry, ukręcenia jej
            łba.

            Okupanci mieli ogromną przewagę. Czołgi, artylerie, sztukasy, goliaty. Myśmy
            mieli marzenia. Tam, wtedy, na ulicach Warszawy pragnienie dokonywało cudów.
            Ginęły zastępy najeźdźców, płonęły ich czołgi, chwiały się ich fortece.

            Ci chłopcy od "Kilińskiego" nie mieli zbyt dużo broni maszynowej. Ale mieli
            piata. Walnęli nim w niemieckie stanowiska i ruszyli na Prudential. Piętro po
            piętrze forsowali najwyższy budynek przedwojennej Warszawy. Był wśród
            nich "Garbaty". Od dozorcy dostał trzymetrowy maszt, od łączniczek flagę.
            Wdrapali się na dach i za chwilę flaga powiewała nad Warszawą. Biało-czerwona,
            biało-czerwona, hej, biało-czerwona!

            Wracając, "Garbaty" zachwiał się i osunął na ręce kolegów. Chyba nie wiedzieli,
            że płuca ma w kleszczach odmy. - Nieważne - powiedział. - Spójrzcie w górę, na
            łopoczącą.

            Trzy tygodnie później po raz kolejny próbowali powstańcy wyprzeć Niemców z PAST-
            y na Zielnej. Aż wreszcie...

            "Kolejny szturm wyznaczono na późny wieczór 19 sierpnia - wspomina ówczesny
            dowódca plutonu Antoni Bieniaszewski 'Antek'. - Akcją dowodził osobiście
            dowódca batalionu, wówczas rotmistrz, Henryk Leliwa-Roycewicz. Przygotowano
            dwie pompy, kilka tysięcy mieszanki palnej. Do ataku wyznaczono siedem kompanii
            Kilińskiego, drużynę saperów, patrol minerek, pluton z kompanii sztabowej i
            ochotników z innych oddziałów.

            Całą noc toczyły się zacięte walki. Budynek podpalono. Wysadzono otwory,
            którymi szturmujący wdarli się do środka. Rozgorzał bój o każde piętro.
            Wreszcie osaczona, przerażona załoga niemiecka poddała się."

            Wzięto do niewoli 115 Niemców; poległo ich 36. Zdobyto ciężki karabin maszynowy
            i kilka ręcznych, a także około 50 pistoletów maszynowych. Niemiecka twierdza
            przestała zagrażać Śródmieściu powstańczej Warszawy.

            "PAST-a jest nasza!" - wołali śmiertelnie zmęczeni, ale szczęśliwi chłopcy z
            oddziałów szturmowych.

            Takich lokalnych sukcesów było sporo. Nie miały decydującego wpływu na
            rozstrzygnięcie powstaniowego zrywu, ale jakże poprawiały nastroje. A często
            przynosiły również wymierne korzyści.

            Batalion "Zośka" już pierwszego sierpnia odniósł spory sukces, zdobywając
            zajmowaną przez SS szkołę przy ul. św. Kingi. Później poszło łańcuszkiem:
            wyparcie własowców ze szkoły przy Spokojnej, przechwycenie pełnego broni
            samochodu ciężarowego, przede wszystkim zaś... zdobycie dwóch czołgów.
            Batalion "Miotła" śmiałym szturmem opanował gmach Monopolu Tytoniowego,
            a "Kolegium A" - wielkie magazyny na Stawkach.

            Fakty te potwierdziły wcześniejsze przewidywania. Oddziały, które przystąpiły
            do godziny "W" dobrze uzbrojone, uderzyły skutecznie i - przy okazji -
            dozbrajały się. W kolejnych atakach sytuacja powtarzała się i broni przybywało,
            przybywało. Natomiast powstańcy, którzy zaczynali akcję z filipinką lub krótkim
            pistoletem, mogli liczyć jedynie na cud lub - wygrażając pięścią, jak chłopak z
            Marymontu - oddać życie bez walki.



            .
            Pierwszy Dywizjon 7. Pułku Ułanów AK "Jeleń" dostał nie lada zadanie. Zdobycie
            siedziby gestapo w al. Szucha. W centrum dzielnicy niemieckiej, z gmachami
            obsadzonymi przez uzbrojoną po zęby policję i żandarmerię. Z zasiekami i
            bunkrami. Z natychmiastowym wsparciem samochodami pancernymi i czołgami.

            "Jeleń" zgromadził zawodowych oficerów, konspiracyjnych podchorążych, wielu
            wspaniałych wartościowych ludzi. Dwa plutony - 1111 i 1
            • gini Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? 26.12.03, 13:00
              Pewien stary wiarus powiedział mi, że powstanie upadłoby w trzy dni, gdyby
              zabrakło w nim dziewcząt. To prawda. Jak myśmy je wszystkie kochali! Nasze
              troski i nadzieje. Uśmiechy i łezki.

              Taka Kazia z Nowego Miasta. Nigdy nie zawahała się biec do rannego, nawet gdy
              siekły nieprzyjacielskie kule. Gwizdała na nie i robiła swoje. Nic dziwnego, że
              pierwsza dostała Krzyż Walecznych. Zginęła pod gruzami zbombardowanego przez
              sztukasy szpitala.

              Albo Ania z Poczty Głównej. Podczas krytycznych momentów wskakiwała na
              stanowiska ogniowe i waliła z odziedziczonego po zabitym koledze karabinu.
              Podobno dobrze jej szło...

              Ciekawe opowieści krążyły po Starówce o dziewczynie z płowymi włosami, która
              polowała z ojcem na niemieckich snajperów. Wypatrywali takiego asa i... już po
              nim. Dziewczę miało tak dobre wyniki, że dowódca uzyskał dla niej stopień
              starszego strzelca.

              Były bardzo zagrożone. Stały się szczególnym celem degeneratów spod znaku
              swastyki. Służba najwyższego ryzyka. Podobnie jak łączniczek biegających z
              meldunkami pod ostrzałem, podczas nalotów, wśród pożogi.


              Było nas szesnastu na wysuniętych ku Bielanom pozycjach. Z wieżyczki CIWF (dziś
              AWF) dostrzegli nas stacjonujący tam niemieccy lotnicy i postanowili zetrzeć z
              powierzchni ziemi. Prawie im się udało. Choć strzelali nonszalancko i szrapnele
              rozrywały się trochę przed nami, trochę z boku, jednak rozbili
              drużynę. "Małeniczowi" ogromny kawał żelaza odciął głowę. Inni byli ranni. Mnie
              trafili w prawą rękę. Żadnego ruchu w stawie łokciowym, żadnego czucia - jakby
              zabrakło ręki. Sporo krwi. Ale już przybiegły nasze dziewczęta: Wanda, Basia,
              Danusia. Za mnie zabrała się Basia. Opatrzyła, założyła temblak i pogładziła
              delikatnie po policzku. Ten matczyny gest osiemnastolatki pamiętam do dziś.

              Pamiętam też, jak Basia z Danusią wołały z zagajnika: - Chłopcy, chodźcie za
              nami, tu jest przejście. Ale przejścia nie było. Nasze schronienie otoczył
              oddział pancerny dywizji SS "Hermann G?ring".

              Do drzewa, przy którym stały dziewczęta, podjeżdżał czołg. Siedziało na nim
              kilku młodych, opalonych żołnierzy. Jeden zdjął z ramienia pistolet maszynowy i
              krótką serią zabił obie sanitariuszki. Trzecia zginęła wkrótce.

              Pierwszego sierpnia kule trafiły Krystynę Krahelską "Danutę". Jej pluton 1108
              nacierał od Pola Mokotowskiego na "gadzinówkę", gmach okupacyjnego "Nowego
              Kuriera Warszawskiego". Ledwie zaczęli, a już rozpętało się piekło. Padli
              ranni. Krystynie udało się wyprowadzić na punkt sanitarny jednego, potem
              drugiego. Wydarzenie to przypomina jej siostra stryjeczna Halina
              Krahelska "Myszka":

              "Raz jeszcze zawróciła, by dołączyć do plutonu. I wtedy właśnie
              dosięgnęła 'Danutę' seria. Trzy kule w płuca. Nie krwawiła. Leżała duża i
              ciężka, twarzą do ziemi, wśród kwiatów i warzyw. Kiedy się tylko ściemniło,
              przeniósł ją do Lardellego patrol sanitarny. Operowana tuż przed północą,
              zmarła 2 sierpnia o czwartej rano, nie odzyskawszy przytomności.


              Gdy przyjdzie dzień odlotu do krainy

              innej,

              Chcę odlecieć w porywie szczęścia

              i natchnienia

              Jak ptak, co uciekając z ziemi

              niegościnnej

              Ziemię na niebo zamienia...

              Rzadko się zdarza, by tak dosłownie urzeczywistniło się pragnienie wyrażone w
              poetyckiej wizji. Krystyna zginęła w pierwszym dniu walki w 'porywie
              natchnienia'. Nie poznała więc goryczy ostatnich dni powstania, świadomości
              zbliżającej się klęski."




              Powstańcy wdzierają się do PAST-y.

              FOT. (C) EUGENIUSZ LOKAJSKI.




              Z niezwykłą zaciętością prowadzone były walki na wolskich cmentarzach. Padali
              ranni. Brakowało sanitariuszek, więc wolne łączniczki ruszyły do akcji. Otwarto
              rodzinne grobowce jako "gabinety pierwszej potrzeby". Opatrunki robiło się na
              metalowych trumnach. A potem trzeba było dźwigać rannych na noszach przez
              otwartą przestrzeń.

              Szóstego sierpnia na cmentarzu kalwińskim poległa łączniczka "Parasola"
              Krystyna Wańkowicz. Jej ojciec, Melchior, napisał: "Cechowała ją nieustępliwa
              prawość charakteru, miłość wolności, niezależność myśli i sumienność wobec
              podjętych obowiązków, a dziewczęca jej postać, jej uśmiech i czar jej
              osobowości pozostał wspomnieniem w sercach towarzyszy broni i tych wszystkich
              bliskich, którzy ją kochali."


              Takie były nasze dziewczęta. Był to czas wielkiej improwizacji. I wielkiej
              próby dla dowódców. Jakże często stawać się musieli naczelnymi wodzami
              podległych kompanii, plutonów, drużyn. W mgnieniu oka decydować o szturmie i
              odwrocie, o losach potyczki i oddziału. Nie raz, nie dwa szli w pierwszej linii
              i ginęli obok swoich chłopców. Dzieje dowódców to nieodczytana do końca, bogata
              karta Powstania.

              Porucznik Jerzy Zborowski "Jeremi", mając dwadzieścia dwa lata, został
              dowódcą "Parasola". Spadek ten przekazał mu ciężko ranny 6 sierpnia major Adam
              Borys "Pług", dotychczasowy dowódca batalionu. "Jeremi" przebył z oddziałem
              najkrwawszy szlak powstańczy. Od obrony Woli, poprzez dwadzieścia jeden dni
              piekła na Starym Mieście, po koszmar przyczółka czerniakowskiego. Dwukrotnie
              ranny na Starówce, padł na Ludnej, trafiony w brzuch w walkach wręcz. Przeżył
              ostatnie chwile przyczółka. Przetransportowany na noszach do siedziby gestapo w
              alei Szucha, został tam zamordowany wraz z żoną, łączniczką "Niną".

              W połowie września Niemcy zaatakowali znacznymi siłami stanowiska powstańców na
              Sielcach. Bomby zrzucane kilka razy dziennie, zmasowany ogień
              moździerzy, "krów", działa kolejowego zamieniał dzielnicę w gruzowisko.
              Wszystkie niemieckie szturmy zostały odparte, choć straty obrońców były
              znaczne. Również wśród dowódców. Lesław M. Bartelski relacjonował m.in.:

              "Koło godziny 11 rotmistrz Lech Głuchowski 'Jeżycki' poprowadził do
              przeciwuderzenia resztki dywizjonu 'Jeleń'. Oddział dostał się w silny ogień
              artylerii i czołgów. Niezwykle opanowany, a nawet flegmatyczny z
              usposobienia 'Jeżycki' nie krył się w czasie tego ostrzału. Naraz jego zielona
              lodenowa kurtka pokryła się plamami gwałtownie buchającej krwi. Rozpiął ją i
              zobaczył na wierzchu jelita. Powiedział spokojnie: - A to mnie urządzili. Wydał
              rozkazy, kazał swoim chłopcom zająć stanowiska obronne, potem wyjął waltera i
              zastrzelił się."

              Otoczony legendą dowódca osławionego Kedywu Komendy Głównej AK, pułkownik Jan
              Mazurkiewicz "Radosław", nieraz otarł się o śmierć. W natarciu na Stawkach,
              wraz ze swym bratem, dowódcą "Miotły", kapitanem Franciszkiem
              Mazurkiewiczem "Nieborą", szli w pierwszej linii na równi z żołnierzami.
              Dostali się w huraganowy ogień. Zginął "Niebora" i dowódca "Kolegium A"
              porucznik "Olszyna". Ciężko ranny został "Radosław". Długo nie wyleżał w
              szpitalu. Podczas obrony Starego Miasta był już znowu z chłopcami.



              Powstanie trwa. Dzieci bawią się w wojsko.

              FOT. (C) ZE ZBIORÓW WŁADYSŁAWA BARTOSZEWSKIEGO




              Pluton 1109 wbiegł 1 sierpnia wśród strzelaniny do bramy domu al. Szucha róg
              placu Unii Lubelskiej. Dookoła gestapowcy, żandarmi. Osaczyli powstańców.
              Torowali sobie do nich drogę pistoletami maszynowymi i granatami. Dowódca
              plutonu, porucznik Lech Działowski "Prawdzic", podjął walkę. Miał visa. Raz po
              raz wychylał się z bramy i strzelał. Ta scena mogła skojarzyć się z filmem "W
              samo południe". Tylko na Szucha happy endu nie było.



              • gini Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? 26.12.03, 13:02
                Często myślę o moim dowódcy "Małym Janku". O losach ludzkich poddanych
                wszechwładnemu przypadkowi. Biegliśmy polem pełnym łubinu. Noc była ciemna, ale
                dostrzegliśmy kontury zabudowań. Cel naszego ataku. Wartownik drzemał i nagle
                posłyszał szum łamanych łodyg. Wrzasnął: halt! I strzelił na oślep. Tyle było
                dookoła przestrzeni. A jednak ten jeden jedyny pocisk karabinowy uderzył prosto
                w angielski granat obronny, zawieszony na kieszeni bluzy "Małego Janka". Granat
                zapalił się, więc chwycił go, by natychmiast odrzucić. Ale nie rzucił. Wokół
                biegli jego chłopcy z plutonu. Przygarbił się, jakby przytulił do płonącego
                jaja. Potężna detonacja wstrząsnęła puszczą.

                Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi. Dlaczego tam właśnie zaniósł?


                Niekiedy dowodzenie przejmował sekcyjny lub ktokolwiek z żołnierzy. W
                straszliwych ostatnich dniach na przyczółku, opuszczeni przez wszystkich,
                ranni, półprzytomni z przemęczenia, głodu, braku snu obrońcy byli sami sobie
                dowódcami, jedynymi w świecie jednoosobowymi jednostkami wojskowymi.

                "Rotacja" była ogromna. A już szczególnie w kadrowych oddziałach Kedywu. Bo też
                oni - niezwykli
                żołnierze "Zośki", "Parasola", "Miotły", "Pięści", "Czaty", "Kolegium A" - od
                pierwszego dnia Powstania po ostatni znajdowali się w oku cyklonu. Oni wzięli
                na siebie główny ciężar bitwy o Wolę, heroicznej obrony Starego Miasta.
                Skierowani na odcinek śmierci nad Wisłą bronili do ostatnich sił korytarza
                ratunkowego prowadzącego do rzeki.

                Na tym szlaku polegli niemal wszyscy przedpowstaniowi dowódcy kompanii,
                plutonów, drużyn. Wśród nich wielu uczestników Małego Sabotażu i Wielkiej
                Dywersji, bohaterowie Arsenału, Sieczych, Celestynowa... Koledzy "Rudego"
                i "Alka". Kamienie na szaniec. Brylanty.

                Gdybym był prezydentem, nie zawahałbym się wystąpić z inicjatywą zbiorowego
                uczczenia wszystkich żołnierzy Kedywu Krzyżem Virtuti Militari, a wszystkich
                powstańców Krzyżem Walecznych. Na sześćdziesięciolecie WYBUCHU. Jako godne
                uznanie męstwa i ofiarnej służby ojczyźnie. Za postawę i wierność wartościom
                nadrzędnym.


                Problem dwóch wrogów nie ułatwiał sytuacji Polski już po pierwszej wojnie
                światowej. Obaj nasi sąsiedzi - i z lewa, i z prawa - potwierdzili to raz
                jeszcze podczas drugiej wojny.

                Niemcy faszystowskie, zafascynowane obłąkańczymi teoriami Hitlera, wprowadzały
                je w życie. "Drang nach Osten" nie było jedynie populistycznym zawołaniem.
                Podobnie jak teza o niższości Słowian - plemion o małej inteligencji,
                istniejących po to, by służyć narodowi panów.

                Polacy powiedzieli "nie", więc przywódcy III Rzeszy wydali na nich wyrok.
                Szczególnie na Warszawę. Trzy razy "Z": zabić, zgładzić, zburzyć! Czy mieliśmy
                czekać z założonymi rękami? W naszym domu roiło się od młodzieży. Kiedy
                dogorywało getto, ocenialiśmy przyszłość jednoznacznie. Teraz przyjdzie kolej
                na nas. Na likwidację problemu polskiego. Masowo. Jak Żydów.

                Już wcześniej Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy w Berlinie wyznaczał
                kontyngenty... zabijania. W Warszawie 400 osób na dobę.




                Przybycie polskich parlamentariuszy do kwatery głównej generała SS i policji
                Ericha von dem Bach Zelewskiego w Ożarowie


                Ze strony polskiej rokowania prowadzili ppłk Franciszek Herman i ppłk Zygmunt
                Dobrowolski, a akt kapitulacji z upoważnienia dowódcy AK gen. Tadeusza
                Komorowskiego "Bora" podpisali płk Kazimierz Iranek-Osmecki i ppłk Dobrowolski.
                Na zdjęciu (prawdopodobnie) podpułkownicy Herman i Dobrowolski oraz mjr policji
                Kurt Fischer z kierowcą. Po wojnie Kurt Fischer nierozpoznany siedział w
                polskim więzieniu, m. in. z Władysławem Bartoszewskim, który dopiero po
                odzyskaniu wolności dowiedział się - m. in. z tej właśnie fotografii
                zreprodukowanej w niemieckiej publikacji - kim był współwięzień.
                Ze zbiorów Władysława Bartoszewskiego




                Mieliśmy czekać? Czyż mogliśmy wątpić, że nakaz zgłoszenia się stu tysięcy
                mężczyzn - ogłoszony przez okupantów w końcu lipca 1944 - miał na celu
                uproszczenie zabijania? Ofiary same weszłyby do klatki. A za nimi poszliby
                następni.

                Bestialstwa niemieckie w czasie Powstania wobec mieszkańców Warszawy to
                zintensyfikowanie wcześniejszej akcji wyniszczenia narodu polskiego. Świat
                oniemiał, nie mógł uwierzyć - na stanowiska powstańcze pędzono przed czołgami
                kobiety i dzieci. Wywlekano z domów i mordowano masowo ludność cywilną.
                Czterdzieści tysięcy osób na Woli, tysiące na Ochocie, Starym Mieście,
                Powiślu... Samoloty nurkujące zrzucały z premedytacją bomby na szpitale,
                kościoły i wszędzie tam, gdzie wywieszony był znak czerwonego krzyża. Rannych
                powstańców dobijano, a szpitale powstańcze obrzucano granatami i podpalano.


                Przywódcy drugiego sąsiada - kolosa sowieckiego - mieli podobny cel, lecz
                bardziej perfidne metody. Od siłowego, wspólnego z Niemcami hitlerowskimi,
                czwartego rozbioru Polski w 1939 roku, po rozprawę z sojusznikami, zakończoną
                oddaniem naszego kraju w obszar wpływu Związku Radzieckiego. Z tą pełną
                cynicznej obłudy polityką wiąże się dramat Powstania Warszawskiego.

                W realizacji planu zniewolenia Polski trudną przeszkodę dla Stalina stanowiły
                struktury Państwa Podziemnego i Armia Krajowa. Toteż dążył do skompromitowania
                i upadku tych "agentur londyńskich". Do ich unicestwienia. Dlatego internowano
                i wywożono do ZSRR pomagających Armii Czerwonej w pokonaniu Niemców żołnierzy
                AK na Wileńszczyźnie, Nowogródczyźnie, Wołyniu. Dlatego polowano na akowców na
                polskich ziemiach od Bugu po Wisłę. Dlatego, gdy wybuchło powstanie, Stalin
                zacierał ręce. Niemcy rozwiązywali i jego problem.

                Biedna, osamotniona Ojczyzno, między swastyką i sierpem!

                I pomyśleć, że w Paryżu powstanie trwało tydzień. Z pomocą ruszył V Korpus
                amerykański, który następnie ustąpił miejsca francuskiej 4. Dywizji Pancernej
                generała Leclerca. Jeszcze krócej, bo trzy dni, walczyli powstańcy prascy. Na
                wieść o walkach ulicznych czeskich komunistów, radzieckie armie frontu
                południowego wykonały szybki manewr i uwolniły czechosłowacką stolicę.

                Dobrze pamiętam ten widok z domu przy ulicy Rudzkiej. Żołnierze z czerwoną
                gwiazdą na furażerkach. Dzieliła nas rzeka. Wydawało nam się wtedy, że dla
                potężnej armii to odległość na wyciągnięcie ręki. Ale ręki nie wyciągnięto.

                - Nie łudźcie się - powiedział na przyczółku czerniakowskim polski chłopak z
                Podola, wcielony do oddziałów generała Berlinga - po co się tam pchacie - mówił
                nam przed desantem polityczno-wychowawczy. Tam faszyści biją się z faszystami.
                Niech się sami pozabijają.

                Jeden z tych "faszystów", podchorąży Staszek Krupa z "Zośki", w ostatnich
                godzinach przyczółka rzucił się w nurt rzeki. Kontuzjowany na wolskich
                cmentarzach, z przestrzelonym płucem na Starówce, ledwie żywy po walkach na
                Czerniakowie postanowił dotrzeć na drugi brzeg. Nikt w to nie wierzył, ale
                anioł stróż wiódł go przez wiry i deszcz niemieckich pocisków, doprowadził do
                plaży i... szpitala na Pradze. Nie na długo. Po dwóch dniach polski pielęgniarz
                ostrzegł "Nitę", że pytają o niego enkawudziści, lepiej więc, żeby "spier...".
                Nie wahał się. Wyskoczył przez okno i nie pojechał na Sybir.

                Czy ktoś na Zachodzie mógłby uwierzyć, że tak postępowali sprzymierzeńcy Polski
                w koalicji antyhitlerowskiej?


                Łatwo odpowiedzieć, dlaczego nastąpił wybuch powstania. Trudniej pogodzić się z
                jego upadkiem. Jeszcze trudniej dyskutować o jego skutkach. A najtrudniej
                zastanawiać się, co by było, gdyby...

                Dla mnie, osiemnastoletniego chłopaka, były to przeżycia wręcz pozaziemskie.
                Rozpierała mnie radość i duma. Walczyłem o Wielką Sprawę. Tę samą, o którą
                trzydzieści lat wcześniej walczył mój ojciec, oficer 5. Pułku Legionów. Za
                którą oddali życie trzej moi bracia.

                Nie spotkaliśmy się po wojnie z Alkiem, jak umawialiśmy się w kościele. Poległ
                we wrześniu na Powiślu. -






                • gini Re:Przepraszam 26.12.03, 13:04
                  Znowu cos zepsulam,ale ja juz taka jestem.Ciagle cos psuje,.
                  • abstrakt2003 Daj spokój gini 26.12.03, 13:09
                    • gini Re: Daj spokój gini 26.12.03, 13:17
                      No spokojna jestem strasznie, nawet nie wiesz jak.To bylo chyba najpiekniejsze
                      Boze Narodzenie w moim zyciu, oby sie nigdy nie powtorzylo.
                      Ale przyrzeklam sobie, ze sie juz nie powtorzy, nigdy!!!
                      • abstrakt2003 Re: Daj spokój gini 26.12.03, 13:24
                        W TVP był reportarz świąteczny z Brukseli.
                        Ty to masz fajnie gini!
                        A poza tym Wesołych Świąt!
                        • gini Re: Daj spokój gini 26.12.03, 13:26
                          abstrakt2003 napisał:

                          > W TVP był reportarz świąteczny z Brukseli.
                          > Ty to masz fajnie gini!
                          > A poza tym Wesołych Świąt!

                          A z czym mam fajnie?
                          Wesolych swiat !!!
                          • abstrakt2003 Re: Daj spokój gini 26.12.03, 13:33
                            Ładne miasto (Bruksela) dużo świątecznych atrakcji. No i nie macie chyba
                            alarmu antyterrorystycznego.
                            • gini Re: Daj spokój gini 26.12.03, 13:45
                              abstrakt2003 napisał:

                              > Ładne miasto (Bruksela) dużo świątecznych atrakcji. No i nie macie chyba
                              > alarmu antyterrorystycznego.
                              Bruksela jako calosc nie jest ladnym miastem, ale ma wspaniale zakatki.
                              Tak jak Warszawa, wez Ursynow,....
                              Park krolewski w Brukseli to naprawde wstyd, a nasze warszawskie Lazienki to
                              cos pieknego.
                              Na Grande Place do Brukseli zapraszam w przyszlym roku..
                              Starowka jest przepiekna, i bedzie to co najpiekniejsze, dywan z kwiatow....


                              • s_loneczko Re: Daj spokój gini 27.12.03, 16:11
                                gini napisała:

                                > abstrakt2003 napisał:
                                >
                                > > Ładne miasto (Bruksela) dużo świątecznych atrakcji. No i nie macie chyba
                                > > alarmu antyterrorystycznego.
                                > Bruksela jako calosc nie jest ladnym miastem, ale ma wspaniale zakatki.
                                > Tak jak Warszawa, wez Ursynow,....
                                > Park krolewski w Brukseli to naprawde wstyd, a nasze warszawskie Lazienki to
                                > cos pieknego.
                                > Na Grande Place do Brukseli zapraszam w przyszlym roku..
                                > Starowka jest przepiekna, i bedzie to co najpiekniejsze, dywan z kwiatow....
                                >
                                >

                                Pijałem tam piwko w "letniej" resteuracji (na zewnątrz)...podziwiałem piękno
                                zamku? stojącego po mojej lewej stronie, którego szczyt wciskał sie w małą
                                uliczkę...

                                Limakty
                  • gini Re:Przepraszam 26.12.03, 13:13
                    www.republika.pl/kdhdogmat/Patron.htm
                    Masz tu Mosze linka , malo sie dowiesz , ale dopowiem reszte, siostra mojego
                    ojca przed wojna sobie wyjechala do Grecji , podczas wojny pomagala
                    Szajnowiczowi Mania z Warszawy takiego miala nicka , mieli pecha niestety, ktos
                    tam ich sypnal, zdaje sie, ze Grek , po torturach na gestapo, wywiezli ja do
                    Buchenwaldu , gdzie uroczyscie scieli jej glowe...
                    A mogla sobie zyc w slonecznej Grecji , .....
                    Po cholere nadstawiala te glowe?
                    Chyba jakas masochistka byla, przeciez wiedziala co ja czeka w razie wpadki.
                    No i sie doczekala...
                  • Gość: Mosze Nic nie zepsulas... IP: 5.3.1R* / *.red.bezeqint.net 27.12.03, 15:03
                    ...dzieki, Czesc ich bohaterskiej pamieci!!!
                    • Gość: Walka Re: Nic nie zepsulas... IP: *.icpnet.pl 28.12.03, 17:40
                      No Mosze ,
                      cześć tym , którzy oddali życie w walce !
                      • Gość: Mosze Troche mnie dziwi... IP: 5.3.1R* / 212.25.109.* 28.12.03, 18:08
                        Jak Polacy wlasnie obchodza Dzien Niepodleglosci...
                        Nic prawie nie slychac, nie ma flag i wszystko wyglada troche parwe...dlaczego?
                        Czy ktos wstydzi sie ze odzyskal Niepodleglosc...zobaczcie jak obchodza
                        Amerykanie, lub Francuzi...
                        • gini Re: Troche mnie dziwi... 28.12.03, 18:23
                          Gość portalu: Mosze napisał(a):

                          > Jak Polacy wlasnie obchodza Dzien Niepodleglosci...
                          > Nic prawie nie slychac, nie ma flag i wszystko wyglada troche
                          parwe...dlaczego?
                          > Czy ktos wstydzi sie ze odzyskal Niepodleglosc...zobaczcie jak obchodza
                          > Amerykanie, lub Francuzi...


                          Mosze, Mosze, wlasnie niektorym zalezy na tym, zeby zapominac...
                          Zeby przypominac tylko polskich szmalcownikow a zapominac o tych co walczyli, o
                          tych normalnych ludziach, dobrych, ktorych w kazdym narodzie duzo...
                          Nie wszyscy Polacy sa dobrzy, ale nie mozna twierdzic, ze kazdy Polak jest zly,
                          na to sie nie zgadzam.
                          Ludzie sa ludzmi, gdy tak bedziemy podchodzic do sprawy, nie bedzie ani
                          antysemityzmu ani antypolonizmu, ani rasizmu...
                          Czego zycze Tobie, mnie, naszym dzieciom i naszym wnukom.
                          Zycze calemu swiatu jak najwiecej ludzi dobrych!!
                          • Gość: Mosze Przestan Gini... IP: 5.3.1R* / 212.25.109.* 28.12.03, 21:46
                            W kazdym narodzie, sa tacy ludzi dobrzy i zli, mordercy i ofiary. Tak nazywa
                            sie narod, tylko prosic Boga ze wiecej jest madrych i dobrych, jesli nie-to
                            pieklo...
                            • gini Re:Mosze 28.12.03, 22:19
                              Gość portalu: Mosze napisał(a):

                              > W kazdym narodzie, sa tacy ludzi dobrzy i zli, mordercy i ofiary. Tak nazywa
                              > sie narod, tylko prosic Boga ze wiecej jest madrych i dobrych, jesli nie-to
                              > pieklo...
                              Mosze nie ma narodow sa ludzie, taka jest prawda.
                              Nie ma narodu belgijskiego chociaz jest panstwo belgijskie..
                              Czy Izrael jest panstwem Narodu izraelskiego?
                              Troche Zydow z Rosji troche z Argentyny, troche z Polski, czesc wierzacych,
                              czesc niewierzacych..
                              Masz pewnie jakiegos sasiada co go nie lubisz , masz pewnie jakiegos polityka
                              co go nie lubisz, wcale nie znaczy, ze jestes antysemita.
                              Nie dajmy sie zwariowac Mosze!!!
                              • abstrakt2003 Re:gini 29.12.03, 07:49
                                Mylisz się i to bardzo! Są narody. Wbrew pozorom są to bardzo silne wspólnoty,
                                spojone: mitologią współczesną, historią, językiem, religią, mentalnością itd.
                                Siła tych związków jest na tyle wielka, ze w obliczu konfliktów odbiera
                                ludziom zdrowy rozsadek i paraliżuje swobodne myślenie.
                                gini dokonałaś manipulacji. Prawdą jest, że nie ma narodu belgijskiego! Ale za
                                to macie tam dwa "miłujące się narody"!
                                Możesz z bliska oglądać konflikt flamandzko - waloński. Jakie są jego podstawy?
                                Czyż nie etniczne?
                                A Żydzi, to wspólnota religii, historii, cierpienia i woli życia!
                                Naród Izraelski chce żyć to jest podstwowy ich wspólny interes.
                                P.S. A co do "sąsiada". Ja lubię Mosze i cenię go za to co pisze ale gdy
                                napisał parę głupot to okrutnie go zaatakowałem. Czy to był antysemityzm? (to
                                ostatnie pytanie ma charakter retoryczny)
                                Pozdrawiam cię gini!
                                • d_nutka Re:abstrakcie 29.12.03, 07:58
                                  abstrakt2003 napisał:

                                  > A Żydzi, to wspólnota religii, historii, cierpienia i woli życia!
                                  > Naród Izraelski chce żyć to jest podstwowy ich wspólny interes.

                                  jakże krótko, a jakże całościowo zarazem
                                  mam tylko jedno pytanie
                                  napisałeś
                                  "Naród Izraelski chce żyć to jest podstwowy ich wspólny interes."
                                  czy "ich" należy rozumieć, że TYLKO ich?
                                  bo jeśli tylko ich, to...
                                  nie ma co się specjalnie dziwić, że mają cały świat przeciwko sobie

                                  d_nutka
                                  • abstrakt2003 Re:d_nutko 29.12.03, 08:11
                                    "ICH" - dotyczy każdego narodu. Uważam że każdy naród jest wspólnotą z natury
                                    egoistyczną i dba przede wszystkim o własne interesy. Inna sprawa to skala
                                    tego zjawiska.
                                    P.S. Pozwolisz że daruję sobie konkretne przykłady.

                                    P.S.II A co do odpowiedzialności za słowo to się z tobą zgadzam. Brak jej na
                                    FA. Dla wielu tutaj obecnych to pojęcie abstrakcyjne.
                                    • d_nutka Re:abstrakcie 29.12.03, 10:13
                                      abstrakt2003 napisał:

                                      > "ICH" - dotyczy każdego narodu. Uważam że każdy naród jest wspólnotą z natury
                                      > egoistyczną i dba przede wszystkim o własne interesy. Inna sprawa to skala
                                      > tego zjawiska.
                                      > P.S. Pozwolisz że daruję sobie konkretne przykłady.

                                      a może najważniejsze teraz, w czasach globalizacji, jest ta "inna sprawa" czyli
                                      skala egoizmu narodowego?

                                      może warto w tym temacie posłuchać i tych, dla których egoizm "własnego narodu"
                                      jest już rozszerzony o dobro innego narodu także?

                                      co ty na to abstrakcie?

                                      ależ mam dziwne uczucie zwracając się do ciebie twoim nikiem
                                      zawsze wtedy pomyślę, że to co piszę to też abstrakt smile

                                      d_nutka
                                • gini Re:gini 29.12.03, 09:24
                                  abstrakt2003 napisał:

                                  > Mylisz się i to bardzo! Są narody. Wbrew pozorom są to bardzo silne
                                  wspólnoty,
                                  > spojone: mitologią współczesną, historią, językiem, religią, mentalnością
                                  itd.
                                  > Siła tych związków jest na tyle wielka, ze w obliczu konfliktów odbiera
                                  > ludziom zdrowy rozsadek i paraliżuje swobodne myślenie.
                                  > gini dokonałaś manipulacji. Prawdą jest, że nie ma narodu belgijskiego! Ale
                                  za
                                  > to macie tam dwa "miłujące się narody"!
                                  > Możesz z bliska oglądać konflikt flamandzko - waloński. Jakie są jego
                                  podstawy?
                                  > Czyż nie etniczne?
                                  > A Żydzi, to wspólnota religii, historii, cierpienia i woli życia!
                                  > Naród Izraelski chce żyć to jest podstwowy ich wspólny interes.
                                  > P.S. A co do "sąsiada". Ja lubię Mosze i cenię go za to co pisze ale gdy
                                  > napisał parę głupot to okrutnie go zaatakowałem. Czy to był antysemityzm? (to
                                  > ostatnie pytanie ma charakter retoryczny)
                                  > Pozdrawiam cię gini!

                                  No zgadza sie splycilam troche.Co do narodow w Belgii tez sie mylisz, podzial
                                  jest wlasciwie tylko jezykowy ...
                                  Oficjalnie mowi sie niderlandofoni i frankofoni , Ci zas z Brukseli mowia o
                                  sobie, ze sa Brukselczykami.
                                  Wez taka Irlandie i zobacz jak tam przebiega podzial, a no juz nie jezykowo nie
                                  etnicznie, ale religijnie -prawda?
                                  W Polsce tez sie pokrecilo ostatnio, mamy Kaszubow , Slazakow itd...
                                  Co z narodem amerykanskim?Na dokladke czytalam dzis rano depesze , jeden
                                  Amerykanin stwierdzil, ze antyamerykanizm dodaje sie w Europie do wody pitnej,
                                  a mnie to sie skojarzylo od razu z polskim antysemityzmem wysysanym z mlekiem
                                  matki...
                                  Podzialy, podzialy, podzialy komu one sluza.
      • abstrakt2003 Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? 26.12.03, 13:08
        Mosze nie mam takiego opowiadania ale znam inną historię.
        Lata wojny 40 może 42 rok. Wieś nad Wisłą jakieś 20km od Warszawy. W
        sąsiedniej miejscowości było dużo Żydów, dlatego Niemcy utworzyli małe ale
        prawdziwe getto. Jest tam też gminny posterunek żandarmerii niemieckiej. W
        getcie pamuje głód. Mali Żydzi chodzą po wsiach za jedzeniem. Pewnego dnia
        dwóch chłopców jeden 12 drugi może 6 lat idzie przez wieś, od domu do domu
        szukając jedzenia. Nie wiedza że u sołtysa jest patrol niemieckiej
        żandarmerii. Wchodzą na podwórko i komiec, zamurowało ich, zdrętwieli ze
        strachu! Niemcy się śmieją, żartują. Młodszy zostaje puszczony wolno (dostaje
        kopa na dowidzenia). Pędzi do domu ile sił w nogach, obserwuje to pewiem
        czterolatek (mój ojciec). Starszemu niemcy nie darują. Prowadzą go nad Wisłę i
        roztrzeliwują! A chłopom każą zakopać ciało tam na miejscu. Tak też się dzieje.
        Teraz po latach nie wiadomo dzokładnie gdzie to było, nie wiadomo czy dalej to
        ciało tam spoczywa. Ludzie, wtedy dorośli już poumierali, to czteroletnia
        dziecko nie jest już teraz do końca pewne w który to było miejscu. A mnie to
        dręczy, taki mały wyrzut sumienia. Zawsze gdy tam przechodzę o tym myślę, ale
        niczego nie można zrobić. Czas zaciera ślady i pamięć.
        • abstrakt2003 Mosze to do ciebie było! 27.12.03, 10:15
          Odpowiedz co o tym sądzisz. Ta sprawa jest dla mnie ważna!
          • Gość: Mosze Co mozna powiedziec, moj drogi...? IP: 5.3.1R* / 212.25.109.* 27.12.03, 13:36
            Te rany nigdy nie zagoja sie, to jest niemy bol w naszym ciele. Od czasu do
            czasu te rany suchna, ale nie goja sie....
          • Gość: M Co mozna powiedziec, moj drogi...? IP: 5.3.1R* / 212.25.109.* 27.12.03, 13:36
            Te rany nigdy nie zagoja sie, to jest niemy bol w naszym ciele. Od czasu do
            czasu te rany suchna, ale nie goja sie....
            • abstrakt2003 Świadomość, że tak naprawdę jestem... 27.12.03, 15:09
              ...ostatnim niosącym pamięć o tym tak tragicznym epizodzie jest okropna!!!
      • Gość: eres Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? IP: *.szczecin.cvx.ppp.tpnet.pl 03.01.04, 21:29
        M: Prosze podac, bo wszystko wytlumacze i posylam do Jad WaSzem... Pzdr, Mosze

        eres: Jestem rodowitym warszawianinem. Także wojnę i całą okupację spędziłem w
        moim rodzinnym mieście (na prawobrzeżu).
        Oto Żydzi, którzy przed wojną dostrzegani byli przez moją rodzinę głównie w
        dniach zakupów rodzinnych, a dla nas dzieciaków stanowili „biedotę z
        sąsiedztwa”, teraz stali się zaszczutą zwierzyną łowną dla różnych służb
        okupanta. Zresztą nie tylko dla Niemców, bo i dla wszelkiej maści hien
        ludzkich: szantażystów zwanych szmalcownikami i większości będących na służbie
        okupanta polskich „granatowych” policjantów. Niemal codzienny był widok
        zastraszonych, natarczywie żebrzących po targowiskach wychudzonych bądź
        monstrualnie popuchniętych, odzianych w strzępy odzieży, moich żydowskich
        rówieśników. Nierzadko brutalnie przepędzanych przez dzielnicową łobuzerię i
        zaszczutych przez polską granatową policję.
        Wciąż tkwi we mnie pamięć okupacyjnego strachu o bliskich (łapanki),
        nieustannego głodu i zimnego mieszkania w mroźne, okupacyjne zimy. Pamiętam też
        częste obrazy z naszego podwórka: żebrzące postacie w łachmanach, nie rzadko
        całe rodziny. Byli to przeważnie uciekinierzy z sub-gett w Piekiełku i
        Legionowie. Mam też w pamięci pewną scenę, której dramatyzm uzmysłowiłem sobie
        w pełni dopiero po latach: pośród plejady żebrzących nędzarzy żydowskich
        przewijających się przez podwórze naszego domu, pojawił się kiedyś starszy
        wiekiem, przygarbiony, brodaty, pejsaty człowiek w podartym chałacie i w równie
        zniszczonej „mycce” (charakterystyczna okrągła czapka z małym daszkiem).
        Wyznawca judaizmu nie zechce mi zapewne uwierzyć, że starzec ów, mocno żydacząc
        (specyficzny żargon żydowski) teksty i żałośnie fałszując melodie,
        śpiewał ...katolickie pieśni maryjne. Oczekiwanych przezeń większych datków od
        nas mieszkańców, przecież również głodujących, chyba jednak nie udało mu się
        swoim śpiewem uzyskać.
        Innym tkwiącym trwale w mojej pamięci obrazem jest następujące zdarzenie:
        Czekając dłuższy czas na mojego znajomego w pobliżu targowiska (chyba plac
        Żelaznej Bramy) zauważyłem, jak z otworu u podstawy muru okalającego getto
        znikają luźno poukładane cegły (takich wydłubanych otworów, tylko
        prowizorycznie zasłoniętych luźnymi cegłami, było w murze getta było wiele). Po
        chwili wychynęła z otworu kudłata główka chłopca. Nagle pojawił się pośród
        przechodniów polski granatowy policjant. Szybkim krokiem podbiegł do otworu i
        mocnym ciosem uderzył w główkę chłopca pałką. Bezwładnie opadła na ziemię
        główka świadczyła, iż chłopiec utracił przytomność. Zadowolony z siebie
        policjant powolnym krokiem oddalił się, a główka znikła z otworu, który na
        powrót wypełniły cegły. Po pewnej chwili sytuacja się powtórzyła, w miejscu
        cegieł pojawiła się znów ta sama główka, łepetyna przez krótką chwilę trwożnie
        się rozglądała, poczym wszedł z otworu ów chłopiec; był w wieku ok. 6 do 7 lat,
        brudny, odziany w postrzępioną kurtkę jakby ze starszego brata. Za nim
        wyskoczyło z otworu kilku jego rówieśników obwieszonych połatanymi, szmacianymi
        torbami i pędem pobiegli w kierunku targowiska. Z przykrością dodam iż owo
        wydarzenie nie zrobiło najmniejszego wrażenia na przechodniach. Inna rzecz, że
        owi warszawscy przechodnie widywali na ulicach okupowanej Warszawy o wiele
        bardziej dramatyczne zdarzenia.
        Na koniec dodam, iż te i szereg innych traumatycznych wydarzeń w okupowanej
        Warszawie zaważyło w pewnym sensie na moim życiu. Myślę, że był to początek
        moich stałych zainteresowań sprawami żydostwa, ale i naszych polskich
        mniejszości narodowych i konfesyjnych w ogóle.
        I jeszcze jedno, istotne stwierdzenie: lata okupacji, a także ojca mojego
        doświadczenia z obozów koncentracyjnych sprawiły, iż bezpowrotnie znikły z
        mojego rodzinnego domu dawne, niechlubne uprzedzenia do Żydów i do innych
        naszych mniejszości narodowych.
        Pozdrawiam Cię Mosze, w nadziei, że Twoja prośba była szczera.
        • Gość: sp;lit Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? IP: *.nas28.tukwila2.wa.us.da.qwest.net 03.01.04, 23:11
          Wzruszajace , warszawiaku , podszywany patrioto polski ,... Masz cos moze na
          temat polskich wyglodnialych obdartusow z Powstania ? Moze jak toneli w
          sciekach z listami do rodziny , batalionow w zebach , a moze tak cos o
          warszawkich Zuchach rzucajacych z dachow flachy z knotem na Pantery i Tygrysy ,
          do ktorych strzelano jak do kaczek ,...

          Nie szczedzisz nam wspomnien i opinii z syjonistyczna latka o Granatowych i to
          ci wybacze , ale naszych wyglodnialych obdartusow ,... Niestety ,... Gnojku !

          uklony
          • Gość: wikul Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? IP: *.aster.pl / *.aster.pl 07.01.04, 21:54
            Gość portalu: sp;lit napisał(a):

            > Wzruszajace , warszawiaku , podszywany patrioto polski ,... Masz cos moze na
            > temat polskich wyglodnialych obdartusow z Powstania ? Moze jak toneli w
            > sciekach z listami do rodziny , batalionow w zebach , a moze tak cos o
            > warszawkich Zuchach rzucajacych z dachow flachy z knotem na Pantery i
            Tygrysy ,
            >
            > do ktorych strzelano jak do kaczek ,...
            >
            > Nie szczedzisz nam wspomnien i opinii z syjonistyczna latka o Granatowych i
            to
            >
            > ci wybacze , ale naszych wyglodnialych obdartusow ,... Niestety ,... Gnojku !
            >
            > uklony


            Zanim zaczniesz komus ubliżać , zapoznaj się z jego poglądami i wiedzą . Nie
            jest to trudne , nawet jeżeli nie lubisz czytać tekstów nie pasujących do
            twojej wizji swiata . Wystarczy skorzystać z wyszukiwarki . Rzadko spotyka sie
            na tym forum dyskutantów równie kompetentnych, obiektywnych i co najważniejsze
            doswiadczonych , jak eres ze Szczecina .
            Trzeba być wyjątkową kanalią by pozwalać sobie na takie oceny .
            • snajper55 Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? 08.01.04, 01:44
              Gość portalu: wikul napisał(a):

              > Zanim zaczniesz komus ubliżać , zapoznaj się z jego poglądami i wiedzą . Nie
              > jest to trudne , nawet jeżeli nie lubisz czytać tekstów nie pasujących do
              > twojej wizji swiata . Wystarczy skorzystać z wyszukiwarki . Rzadko spotyka sie
              > na tym forum dyskutantów równie kompetentnych, obiektywnych i co najważniejsze
              > doswiadczonych , jak eres ze Szczecina .
              > Trzeba być wyjątkową kanalią by pozwalać sobie na takie oceny .

              Także wyjątkowe kanalie na tym forum piszą. Tu mogą sobie pozwolić na słowa,
              które w realu jedynie w myślach sobie szepczą. Tu mogą sobie odreagować...

              Pozdrawiam smile)

              Snajper.
          • sen.dzia.li Re: Czy ktos ma podobne opowiadania...? 08.01.04, 01:28
            Gość portalu: sp;lit napisał(a):


            > Wzruszajace , warszawiaku , podszywany patrioto [...]



            Masz może jakieś zakłócenia w komunikacji między półkulami mózgu?
        • Gość: Mosze Przyzekalem... IP: 5.3.1R* / *.cust.bezeqint.net 08.01.04, 00:43
          ...jesli przyzekalem to tak uczynie. Twoje opisanie z tych "ciemnych dni"
          czytalem kilka razy. Nawet ci "granatowi", chcieli zyc. Nie mozna ich
          posadzac, moze byli okrotni, moze za duzo pomagali okupantom. Z drugiej strony
          ja jako Zyd, wiem ze moze nie bedzie popularne wsrod moich braci, ze z rak
          Granatowej Policji Zydzi byli bici, ale mordowani przez niemieckich oprawcow.
          To nie dobre i to jeszcze gorzej, ale byla nadzieja, moze jutro bedzie lepiej.
          Czlowiek chcial przezyc chocby jeszcze jeden dzien, wiec kazdy robil zeby
          przezyc...
          Serdecznie pozdrawiam,
          Mosze

          P.S.
          przepraszam ze zwlekalem z odp.
    • s_loneczko Re: Lzy leca same... 27.12.03, 16:19
      A ja znam taką historię:

      "Panie ambasadorze X ma swoje korzenie we Francji, ale nigdy- mimo krzywd
      jakich doświadczył on i jego rodzina po II wojnie światowej- nigdy nie wyprze
      się swojej Polskości!! Wspomnę tylko, że część rodziny X-a zginęła w Turowie,
      koło Częstochowy za ukrywanie Żydów. Ci Żydzi ukryci byli w specjalnie
      wykopanej ziemiance i nocami wychodzili z niej, by zaczerpnąć świeżego
      powietrza. W trakcie jednego z takich wyjść, zostali dostrzeżeni przez
      niemieckich żołnierzy i ...w trakcie przesłuchania, wydali tych, co ratowali
      im życie- wydali swoich dobroczyńców.. Wiedząc co niechybnie ich czeka, nie
      musieli tego czynić...ale X ich nie obwinia, rozumie ich strach , który
      spowodował takie irracjonalne zachowanie...Tej rodziny już nie ma, oni wszyscy
      zostali rozstrzelani, tej rodzinie nikt nie postawił pomniku, nikt o nich nie
      pamięta... i dzisiaj, nie miałby nawet kto nawet odebrać dyplomu „Sprawiedliwy
      wśród narodów”. Ta wojna była naszą wspólną tragedią, o niej trzeba pamiętać,
      a nie licytować się o rachunki krzywd, wzajemne obarczanie się winą i
      odpowiedzialnością za przeszłość."...

      Ta historia zdarzyła sie naprawdę- to była moja rodzina. Kto nad nimi dzisiaj
      zapłacze?

      LIMAKTY
      • Gość: Mosze Jesli podales juz... IP: 5.3.1R* / 212.25.109.* 27.12.03, 17:51
        ... to dlaczego wlasnie nie wiecej? Przecie nalezy sie im (twojej rodzine)
        Holdy i Pamiec co zrobily.
        Tutaj podaje moja poczte: jesli mozesz to napisz wiecej i ja przyzekam ze
        wysle wszystko do Jad WaSzem...

        mosze_zblisko_daleka@gazeta.pl

        Z wzruszeniem i wielkim bolem, serdecznie pozdrawiam bliskich i dalekich,
        Mosze

        P.S.
        moze juz wlasciwie przyszedl czas zeby wspominac wszystkich co zasluzyli sie
        na to, bo zaplacili czym co jest najdrozsze dla czlowiekia-zyciem swoim!!!
        • limakty Re: Jesli podales juz...- teraz już trochę więcej- 28.12.03, 14:34
          Gość portalu: Mosze napisał(a):

          > ... to dlaczego wlasnie nie wiecej? Przecie nalezy sie im (twojej rodzine)
          > Holdy i Pamiec co zrobily.
          > Tutaj podaje moja poczte: jesli mozesz to napisz wiecej i ja przyzekam ze
          > wysle wszystko do Jad WaSzem...
          >
          > mosze_zblisko_daleka@gazeta.pl
          >
          > Z wzruszeniem i wielkim bolem, serdecznie pozdrawiam bliskich i dalekich,
          > Mosze
          >
          > P.S.
          > moze juz wlasciwie przyszedl czas zeby wspominac wszystkich co zasluzyli sie
          > na to, bo zaplacili czym co jest najdrozsze dla czlowiekia-zyciem swoim!!!

          Ta rodzina mieszkała w Turowie Górnym , na trasie kolejowej od Częstochowy w
          stronę Kielc. Jest to chyba 3 stacja kolejowa za Częstochową w kolejności ;
          Zielona Góra, Kusieta iu następnie Turów.
          To stało się tak:
          drezyna z Niemcami jechała poprzedzając pociąg i Niemcy ci dostrzegli tychj
          Żydów...a potem już pisałem...zabili wszystkich i spalili całe gospodarstwo.
          Szczegóły (nazwisko) mogę Ci podać na maila, ale czy to ma teraz sens...te
          życia już uleciały, nawet z pamięci ludzkiej.
          Chociaż znam więcej takich przypadków Polaków którzy ukrywali Żydów, ale oni
          niczego w zamian nie pragną...znam taką rodzinę (matka już nie żyje) ...i znów
          z Borowna koło Częstochowy, która ukrywała Żyda...potem ten Żyd wrócił z
          pieniędzmi, jako podziękowaniem...ta matka ytych pieniędzy nie
          przyjęła...Dawid odjechał i...ślad za nim zaginął.
          Ale czy warto wracać do tych losów?

          LIMAKTY


Pełna wersja