Gość: Mosze
IP: 5.3.1R* / *.cust.bezeqint.net
25.12.03, 20:14
Gwiazdka 1940
Ryszard Hładko 23-12-2003, ostatnia aktualizacja 23-12-2003 19:10
Wspomnienie Ryszarda Hładki
Czy był to ten tradycyjny, prawdziwy wieczór wigilijny, o którym w bajkach
się pisze? Nie wiem. Nie pamiętam już nawet, czy padał wtedy śnieg. Nie
wiem, jakiego koloru było niebo, nie wiem, czy gwiazdy na nim świeciły i czy
jutrzenka wzeszła o przepisowej godzinie.
Ale jedno pamiętam dobrze: było zimno, straszliwie zimno. Grabiały ręce,
cierpły nogi, a przez plecy przebiegały skurcze, jakbyś ich dotykał zimnym
żelazem. A przecież pod kuchnią trzaskały szczapy i blacha aż biała była od
żaru.
Tylko że nie było co do gęby włożyć. Ostatni ziemniak zjedzony został na
śniadanie razem z ćwiartką gorzkiego chleba z kartkowego przydziału. Matka
chciała to wszystko zatrzymać do wieczora, aby mieć czym chociażby
upozorować wigilijny obrzęd. Głód jednak był ostrzejszy niż wszystkie
tradycje.
Teraz pod wieczór odżył ze spotęgowaną siłą. A głodnego i pożar nie
rozgrzeje. Toteż szczękało się zębami. Taki był nasz dzień wigilijny 1940
roku, w domu nr 207 na Czerniakowskiej w Warszawie.
Matka gorączkowała. Martwiła się, co będziemy jedli przez te dwa dni
świąteczne. Niedawno jeszcze chodziła na "posługi" - prała ludziom,
sprzątała, nosiła węgiel, trzepała dywany. Niewiele się zarabiało, ale
zawsze. Tylko że coraz mniej było tych "posług". Nawet w zamożnych domach
poczynało być krucho. Ostatnią "posługę" odbyła dwa tygodnie temu. Kredyt w
sklepiku urwany - już i tak wisi się na 200 zł. Sąsiadka pożyczyła raz 10 kg
ziemniaków, kto inny parę cebul, ale jak długo mogą dawać ludzie, którzy
sami niewiele więcej mają?
U sąsiadów za ścianą świętują. Dzwonią kieliszki, noże, widelce. Rozmowy,
głośne toasty, kolędowanie. W dzień powszedni nie byłoby tak przykro.
Dopiero święta ukazują całą beznadziejność sytuacji. Ech, życie! Połóżmy się
do łóżka - zapomnijmy o wszystkim. Sen zagłuszy prawa żołądka.
Nagle ktoś cicho, nieśmiało zapukał.
- Proszę - odkrzyknąłem, zwlekając się z łóżka, podczas gdy matka z bolesnym
zainteresowaniem uniosła się na poduszce.
W pierwszej chwili przeląkłem się; w mdłym odblasku naftowej lampy poznałem
Żyda. To był żydowski chłopiec, miał chyba nie więcej niż dziesięć lat.
Mrowie przeszło mi po plecach. Patrzyłem jak zahipnotyzowany na to, w czym
było wszystko dopowiedziane do końca, cała groźna prawda niebezpieczeństwa -
ostro zarysowany profil nosa. Czułem, jak matka wstrzymuje oddech,
dosłyszałem bicie jej serca.
Skąd się tu wziął? - przeleciało mi przez głowę. Jak się wydostał przez
trzymetrową wysokość muru getta, przez podwójny kordon uzbrojonych
posterunków niemieckich? Czyżby nie wiedział, że w mieście rozklejono
plakaty, które groziły śmiercią każdemu, kto przyjmie Żyda w swym domu?
Chłopiec najwidoczniej odczuł wrażenie, jakie sprawił swym przybyciem. Z
zakłopotaniem spuścił głowę i powiedział tonem usprawiedliwienia, wyciągając
ręce nad rozpaloną blachą kuchni:
- Ach, jak tu ciepło! A na dworze zawieja! - Spojrzałem nań oburzony, ja
trząsłem się z zimna. Gdy obrócił się do nas bokiem, zobaczyłem, że jest w
łachmanach. Na rękach, kolanach i ramieniu przez ogromne dziury przeświecało
gołe ciało. Na plecach zwisał mu worek o pokaźnej zawartości.
- Zaraz pójdę, ja wiem, że nie mogę tu dłużej... - zaczął szybko, prosząco. -
Wyrwałem się z getta. Jakoś się udało. Nie ustrzelili po drodze. Tam
zostali rodzice. Chorzy. Zapalenie płuc. Trzy dni bez jedzenia. Ludzie mrą
tysiącami. Giną od kul niemieckich. Chciałem pomóc rodzicom, więc się
przedarłem. Przy Wigilii łatwiej jest coś uprosić - zwrócił się do matki z
niedwuznaczną prośbą.
Zapadło kłopotliwe milczenie. Widziałem, jak matce napłynęły łzy do oczu. W
tym momencie przebudził się Tadeusz. Wychynął spod matczynego ramienia,
przetarł oczy i cicho, tonem skargi upomniał się:
- Mamo, jeść!
- A skąd ci wezmę, jak nie mam! - odkrzyknęła matka z wściekłością.
Zaniosła się szlochem, łzy kapały na chude, wyssane do krwi piersi. Żydowski
chłopiec patrzał na to rozszerzonymi oczyma. Obejrzał nasz wspólny barłóg
rodzinny, spojrzał na matkę, na dzieci, pociągnął wzrokiem po pustych,
oszronionych ścianach i wreszcie jego wzrok zatrzymał się na garnkach wokół
pieca, w których nie było nic do jedzenia.
- Przepraszam - powiedział ze skruchą. - Przepraszam, nie wiedziałem.
Myślałem... - zawiesił głos.
Zdecydowanym ruchem ściągnął worek z pleców, rozwiązał, zagłębił w nim
obydwie ręce i począł wyciągać na stół różne specjały: ułomki makowców,
ciast wszelakich, bułek i strucli, obrzynki kiełbas i kaszanek, jaja i
mięsiwo, parę marchwi, wiązki cebuli, sporo jabłek i orzechów; znalazło się
tam nawet kilka ćwiartek chleba, tego kartkowego, przydziałowego chleba, po
którym w gardle paliło.
Patrzyliśmy jak urzeczeni na owe wspaniałości. Tamten zaś mówił krótkim,
zdyszanym szeptem z nutą żałości i uniesienia:
- Uzbierałem po ludziach. Każdy dawał, co miał. Wy nic nie macie.
Poczęstujcie się. Miejcie i wy swoje święta. A i ja pożywię się przy was.
Nie byłem jeszcze wtedy na tyle dorosły, by móc zrozumieć wagę wielkiego
wydarzenia, którego byliśmy świadkami: oto syn wyklętego narodu dzieli się z
nami tym, co miało odwlec chwilę głodowej śmierci jego rodziców. A przecież
ponad przejmujące uczucie głodu, w najgłębszym wzruszeniu serca odczuwałem
bezwiednie, że dzieje się tu coś niezwykłego, że do naszego domu zawitały
samo piękno i dobroć.
- Synku - matka tuliła głowę chłopca do piersi. - Synku - gładziła go
pieszczotliwie. - Dobre, kochane dziecko. Nie trzeba, nie trzeba. Damy sobie
radę, przeżyjemy. Weź to z powrotem. Weź, zanieś rodzicom. Chłopiec
zdecydowanie się sprzeciwił.
- Bierzcie - mówił - jedzcie! Jest jeszcze wcześnie. Jeszcze sobie uzbieram.
Pójdę po ludziach i uzbieram - przekonywał, nie dając dojść do słowa.
Brał ze stołu kawały ciasta i gwałtem podtykał nam do ust. Znalazł w worku
butelkę mleka, przelał je do garnka, postawił na blasze.
- Dla małego - wyjaśnił.
Jedliśmy w milczeniu, łapczywie.
Chłopięca twarz naszego wybawcy była poważna i skupiona. Tylko od czasu do
czasu przebiegał przez nią skurcz zmartwienia i żałości. O czym myślał? Może
o tym, jak z narażeniem życia, w ustawicznym lęku, by go kto nie wydał,
kryjąc w kołnierzu płaszcza twarz, błądził po klatkach schodowych, on, mały
żydowski chłopiec, którego rodzice tam, za ceglanym kręgiem śmierci, w tę
mroźną, grudniową noc oczekiwali ratunku. Czy zdąży jeszcze dzisiaj z
powrotem napełnić swój żebraczy worek?
Czy uda mu się przedostać do swoich? Dla jakiejś tam obcej rodziny, dla
ludzi, którzy przecież mają większą od niego szansę przeżycia, ludzi bez
gwiazd hańbiących na plecach, poświęca swych najbliższych zamurowanych w
grobie warszawskiego getta.
Niewiele powiedział o sobie. Utkwiły mi w pamięci tylko dwa szczegóły
- na imię miał Icek, mieszkał na Muranowie, na Nowolipkach.
Byliśmy syci, och, jak bardzo syci!
I było nam ciepło. Myślę, że serce Icka najmocniej nas wtedy ogrzało.
Zabierał się do odejścia. Matka usiłowała go zatrzymać. Nie zgodził się.
- Jeszcze dziś muszę być w domu - mówił, zwijając pod pachą pusty worek.
- Zabierz przynajmniej resztę - powiedziała matka, wyrywając mu worek z
ręki, i mimo jego energicznych protestów wypełniła go tym, co zostało z
naszej wieczerzy.
Nie dał się odprowadzić na ulicę. Nie chciał nas narażać. Cicho jak kot
wtopił się w mrok klatki schodowej.
Rano matka, wynosząc śmieci, potknęła się za progiem. Pod drzwiami leżał
worek żydowskiego chłopca z całą jego zawartością. Nie zabrał ani kruszyny.
Starczyło nam na całe święta!
Parę dni potem mówiono w naszej dzielnicy, że jeszcze jeden chłopiec
żydowski został zastrzelony na ulicach Warszawy. W tamtych czasach, kiedy
człowieka nic już nie mogło zdziwić, takie wiadomości prz