Gość: vincent vega
IP: *.smlw.pl
10.11.03, 11:07
Już od paru ładnych dni chodzą za mną klimaty tego niesamowitego serialu. To
chyba przez ten jesienny krajobraz... Zacząłem chyba we czwartek. Wrzuciłem
CD-ka z sundtrackiem i odsłuchałem. W trakcie odsłuchiwania leżałem jak wór
na sofie i wyobraźnia zaczęła pracować. Laura Palmer, Ronnette Pulaski,
Major Briggs, Pieńkowa Dama, Leo Johnson, Bobby Briggs, szeryf Harry Truman,
jego zastępca Andy Brennan, Lucy - pierdzielnięta sekretarka z posterunku
policji i oczywiście jedyny i niepowtarzalny Special Agent Dale Cooper. I te
wszystkie laseczki, które się tam cały czas kręcą. No klimaty niesamowite.
Następnego dnia nie wytrzymałem i odpaliłem wyciągniętą na chybił-trafił
kasetę z którymś tam odcinkiem ( mam nagraną większość, choć kilku mi
brakuje). Szok ! Wciągnęło mnie jak trąba powietrzna. I tak sobie teraz
myślę - dlaczego Lynch nie zrobił ciągu dalszego. Przecież ostatni odcinek
kończy się tak, że można bez problemu kontynuować... ( Agent Cooper
w którego "wlazł" Bob myje zęby nad umywalką i powtarza ze zwierzęcym
błyskiem szaleństwa w oczach "Where's Annie, where's Annie ? "). A niechby
Lynch olał swoje artystyczne credo i zrobił ciąg dalszy po prostu dla kasy.
Znowu wróciłyby "te" nastroje. Prime time we wszystkich telewizjach świata
i miliony przed telewizorami. Ogólnoświatowe porozumienie ponad podziałami.
Globalny związek na rzecz wytropienia i przezwyciężenia ZŁA. Mijają lata, a
tu nic i nic. Przypomniała mi się teraz fajna historia ... Pamiętam, że po
raz pierwszy serial chodził w TV na "jedynce" w piątki o 20-stej. Byłem
wtedy na drugim (jesli się nie mylę) roku studiów. Z powodu pory nadawania
serialu odwoływaliśmy z kolesiami nasze eskapady po knajpach na dzień
następny. Jesień, ciemno i zimno. Mój kumpel (jedynak) mieszkający parę
przecznic dalej, chwilowo sam w domu jednorodzinnym, bo starzy pojechali do
sanatorium. Na parę chwil przed kolejnym odcinkiem Twin Peaksu gadamy przez
telefon i umawiamy się na sobotę. Potem projekcja kolejnego odcinka. Jeszcze
się napisy nie skończyły, gdy u mnie pierdzielnął dzwonek od telefonu. Mało
zawału nie dostałem. Po drugiej stronie kumpel. - Chyba się zesram - zaczął
nawijkę niepewnym głosem. - Dlaczego ? - odpaliłem lekko zamotany. - No ze
strachu kurwa - ryknął do słuchawki mój koleś. - Co ty kurwa myślisz, ja tu
przecież sam jestem w tym domu... Tę historię wspominamy do dziś. Ja bardzo
chętnie, on trochę mniej. Ale Twin Peaks tak właśnie wymiatał. Wszystko -
dla mnie przynajmniej - było tam dokładnie takie jak chciałem. Nawet wątki
poboczne były cudowne i robiły swoją robotę. Pamiętacie jak agent Cooper
niemal w każdym odcinku zachodził do miejscowego zajazdu na placek
z wiśniami i filiżankę kawy. A gdy mu już ten zestaw podano wdychał aromat
kawy i chwalił jakie to pyszności... Albo ptak Waldo, który zapamiętywał
ludzka mowę i go Leo Johnson ze snajperki rozwalił... A dziewczyny jakie
laski, że palce lizać (z wyjątkiem Pieńkowej Damy oczywiście he,he).
Kurrrwaaaa żesz mać, przerywam to, bo nie mogę.... Dziś mam absolutnie wolny
dzień, więc postanawiam, że wstaję od klawiatury i wyciągam kolejny odcinek
Twin Peaksu metodą chybił-trafił...