Takie miałam dwa ostatnie dni. Kanadyjska rodzina w liczbie dwóch osób, obładowana tubami wyglądającymi jak lufy armatnie a zawierającymi dzieła wakacyjne, która mnie nawiedziła, poza stresem z powodu zbankrutowanych linii lotniczych miała zapotrzebowanie na wszystko jednocześnie w wielu różnych kierunkach. Zapotrzebowania nie były materialne, tylko duchowo mentalne i intelektualne. W bardzo krótkim czasie chcieli jeszcze to i owo zobaczyć i omówić wszystkie, niecierpiące zwłoki, sprawy dotyczące kultury polskiej. Pytania o atrystów, głównie malarzy i ich ocenę. Także rzeźbiarzy, z oceną naturalnie i pozostałych artystów różnej maści, ale głównie plastyków. A co to ja krytyk sztuki jestem? Na wiele pytań nie znałam odpowiedzi za co zostałam surowo skarcona. Były też pytania o rodzinę i tu, powiem nieskromnie, dostali wyczerpujące odpowiedzi na każde pytanie. Smaczkiem jest to, że to jest rodzina mężydła i pytała o swoje koligacje właśnie mnie. Jakoś tak inne tematy, na przykład polityka, były w odstawce.
Cały ten wstęp potrzebny był do czegoś ważnego. Otóż rodzina obejrzała z zainteresowaniem zdjęcia ze spotkania ogrodowego z Joanną Chmielewską, wysłuchała relacji z onego i zażądała spisu książek (oczywiście dostała i co ciekawe, najbardziej była zainteresowana cyklem "rodzinnym"). Ma wielką ochotę przeczytać. Mało tego, liczy na garden party w przyszłym roku latem. I liczy na zaproszenie na nie. Do tego czasu zobowiązała się zakupić w toronckich, polskich księgarniach ile się da i to wszystko przeczytać.
Powiedziałam, że w takim razie będę polować na Allegro i słać co się da.
Okazuje się, że nawet nawiedzeni artyści malarze, odpowiednio zachęceni, dają się przekształcić w miłośników literatury.

)