Gość: El Favorro
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
16.10.04, 23:23
Wyobraźcie sobie:
Naprawdę dobre europejskie kino, bez śladu kretyństw rodem zza oceanu. Wątki
ładnie poprzeplatane i dociągnięte do końca, szczypta dobrego humoru zawsze
wysokich lotów. Praca operatorska zapiera dech w piersiach (nie ma mowy o
jakiejś rozdygotanej bez ładu i składu kamerze), narracja przemyślana a z
ekranu bije dorosłość i doświadczenie twórców. Budapeszt, w którym wszystko
się rozgrywa, pokazano w tak magiczny sposób że każdy po wyjściu z kina
odkrywa nagle, że kocha Węgry. Ale przede wszystkim, oprócz dobrego
rzemiosła, widać szacunek do widza, brak przejawów sprzyjania niskim gustom.
Szanowanie inteligencji publiczności. To film, który nie posiada ani jednego
z elementów, które są dziś chyba konieczne w "dobrym, polskim kinie akcji" (a
którymi są: gołe baby, seks, przemoc, nędzne dowcipy i antypatyczni
bohaterzy). Tego tu nie uświadczysz. Nie trzeba już nawet wspominać, że w
filmie tym (traktującym także o muzyce klubowej) można posłuchać prawdziwie
porywających rytmów. No i jeszcze jedno - ten film ma TO COŚ - pragnie się
aby trwał jak najdłużej, kunsztem twórców chce się napawać! To film, który w
programie takiego wydarzenia jak Warszawski Festiwal Filmowy jest czymś
absolutnie koniecznym.
A teraz wyobraźcie sobie film, który jest jego totalną negacją; zaprzeczcie
każde z powyższych zdań, a otrzymacie amerykański (bo gdzie tam on węgierski)
film pt. "Mix".
Czekam na głosy sprzeciwu bo jestem okropnie ciekaw, skąd wzięła się burza
braw po seansie.
pozdrawiam smutno