juliancio.wodnik
04.12.04, 14:24
"Królestwo I" składa się z czterch odcinków o kolejnych tytułach
polskich: "Łapiduchy", "Przyjdź Królestwo Twoje", "Obce ciała", "Żywe trupy".
Utrzymane jest w konwencji serialu, bo każdy odcinek zaczyna się tak samo,
odpowiednim motywem muzycznym, zmontowanym trailerem, czasami powtórkami z
poprzednich częśći. Nie wiemy, czy Trier składa w ten sposób hołd telewizji,
czy raczej sobie z niej kpi, ale nie jest to istotne. Regularnie akcja każdej
części "Królestwa" zaczyna się od przyjazdu wspomnianego w recenzji Gazety
szwedzkiego ordynatora (Jaregarda) pod duński szpital i odczepienia
samochodowych dekli od kół - w obawie przed kradzieżą. Bodajże trzy z tych
odcinków kończą się sceną pobytu na dachu szpitala przez tegoż ordynatora.
Jaregard patrzy przez lornetkę na Szwecję (znajdująca sie tuż tuż) tęskniąc
za swoim krajem, ale nie jak polski emigrant w pozytywistycznej noweli, który
chciałby wrócić, ale jak... Jaregard, z "Królestwa" von Triera, który chiałby
wyjechac od tych głupków i wariatów, Duńczyków. Porównałem "Królestwo" do
tego samego filmu, bo to dzieło nie ma dla siebie odpowiednika ani wśród
miriad produkcji hollywoodzkich, ani wśród żadnych innych.
Moja siostra zasnęła na "Królestwie", co jest zrozumiałe, bo akcja
strasznie się ciągnie (tendencja serialowa), ale parę innych osób - w tym
ciotka - było skłonne poświęcić kiedyś cąłą noc na seans, gdy bodajże Ale
Kino emitowało "Królestwo" w telewizji.
Konczę recenzyę licząc na to, że dostanie ona kiedyś jakis odzew, co
jest wątpliwe.