Gość: Marcin
IP: *.devs.futuro.pl
04.03.05, 14:55
Dobry tekst nt. legend miejskich ukazał sie w ostatnim numerze pisma "Ha!
art".Oto on:Miejskie legendy, czyli nowa mitologia „globalnej wioski”
Casus Leppera, straszącego z mównicy sejmowej wąglikiem w Klewkach, to nie
tylko wdzięczny temat dla satyryków i psychiatrów, lecz również, jak się
okazuje, poważny materiał dla socjologicznych czy folklorystycznych badań.
Dowód na to, jak żyzną glebę w Polsce znajdują tzw. urban legends – miejskie
legendy.
Ich korzenie tkwią w tradycji sagi, ustnego przekazu, bajki, klasycznej
legendy, podań ludowych. Dotyczą jednak wydarzeń współczesnych, wykorzystują
nowoczesne środki masowego przekazu – w tym internet. Są blisko spokrewnione
ze zwykłą plotką, mają jednak znacznie szerszy zasięg. Pierwszy użył tego
terminu w 1968 r. amerykański folklorysta Richard Dorson. Mianem „urban
legends” określił niesamowite opowieści, krążące – jak sama nazwa wskazuje -
wśród mieszkańców miast. Choć pierwsze takie historyjki zapisano już w latach
30., poważniejsze badania nad nimi rozpoczęły się dopiero w latach 70.
Pojęcie „miejskiej legendy” zostało wypromowane przez prof. Harolda Brunvanda
w książce pt. „Znikający podróżnik. Amerykańskie legendy miejskie oraz ich
znaczenie” ( „The Vanishing Hitchiker; American Urban Legends and Their
Meanings”). Tytułowy znikający podróżnik to autostopowicz, który zatrzymuje
samochody na odludnych drogach. Siada na tylnym siedzeniu, rozpoczyna miłą
rozmowę, po czym rozpływa się w powietrzu.
Według Brunvanda miejska legenda to forma folkloru, opowieść przekazywana z
ust do ust, powtarzana jako autentyczna historia. Choć czasami jej źródło
jest prawdziwe, funkcjonując na zasadzie „głuchego telefonu”, ulega po jakimś
czasie znacznym zniekształceniom. Nie sposób znaleźć jej autora.
Czarna wołga i talibowie w Klewkach
Jak brzmi typowa miejska legenda? Musi być aktualna, zawierać pewną dozę
niesamowitości i wiarygodności. Powinna również toczyć się w realiach życia w
mieście i zawierać typowe dla niego rekwizyty. Przytoczę najsłynniejszą
polską przedstawicielkę tego gatunku, pochodzącą jeszcze z lat 70. Opowieść o
czarnej wołdze. To złowrogie auto krążyć miało po polskich drogach i porywać
młodych ludzi. Po co? Tu plotkarze byli niezdecydowani: niektórzy twierdzili,
że narządy ofiar były przeszczepiane rodzinom komunistycznych dygnitarzy.
Inni – że porwanych wykorzystywali seksualni zwyrodnialcy, też zresztą
czerwonej proweniencji. Nie było to zupełnie pozbawione podstaw:
pezetpeerowscy urzędnicy, wzorem swoich moskiewskich “braci” upodobali sobie
tę właśnie markę samochodu. Źródło legendy zaś wywodziło się zapewne z
Kremla. W latach 30. jeździły po Moskwie czarne limuzyny, które porywały
ładne, młode dziewczyny dla zaspokajania erotycznych potrzeb partyjnej
wierchuszki – w tym Berii. Ofiary, którym udało się przeżyć, opisały po
latach swoje wspomnienia. Najbardziej radykalni wyznawcy mitu czarnej wołgi
przysięgali wręcz, że samochodem jeżdżą wampiry.
Legenda o handlarzach ludzkimi organami ma współczesną kontynuację. (Tym
bardziej prawdopodobną w kontekście niedawnej afery w pruszkowskim szpitalu,
gdzie zdrowa nerka, wycięta młodej pacjentce, zginęła bez śladu.) Brzmi ona
mniej więcej następująco: Dwie młode kobiety idą wieczorem do pubu. Po jakimś
czasie jedna z nich postanawia wrócić do domu, po drodze odwiedzając toaletę.
Tam traci przytomność. Budzi się nazajutrz za miastem, na poboczu ruchliwej
trasy. Czuje się okropnie. Zauważa kartkę, przyczepioną do bluzki: „Właśnie
usunięto ci nerkę. Musisz jak najszybciej pojechać do szpitala”. Lekarze
stwierdzają, że operacja została wykonana fachowo przez profesjonalnego
lekarza. (Modyfikacja: dwaj młodzi Polacy jadą na „saksy” do Niemiec.
Pośrednik kwateruje ich w opuszczonym domu i częstuje alkoholem z
narkotykiem. Po przebudzeniu okazuje się, że brakuje im nerek.).
Tego rodzaju opowieści , podobnie jak inne, dotyczące niezrozumiałych i
tajemniczych społecznych lęków, mają zadanie oswajać je i wyjaśniać. Tak było
od zawsze: ludzie z lubością powtarzali sobie historie o duchach, czarach,
demonach, wampirach czy wilkołakach. Kuba Rozpruwacz i Dracula to antenaci w
linii prostej dzisiejszych miejskich straszydeł. Prof. Brunvand wykazał, że
pierwotne wersje dzisiejszych miejskich legend funkcjonowały już w początkach
XX wieku. Stwierdził także, ze są one integralną częścią kultury
anglosaskiej; w tych krajach właśnie mają największe wzięcie.
Po ataku na World Trade Center lawinowo rodziły się legendy, obrazujące
społeczny strach przed zamachami terrorystycznymi. Najwięcej ich pojawiło się
na anglojezycznych stronach internetowych, by wkrótce jak zakaźna choroba
obiec cały świat. Opowieść o Angielce, która pomogła Arabowi w metrze, a on z
wdzięczności (?!) przestrzegł ją, aby określonego dnia nie jechała do
Birmingham, bo nastąpi tam atak bombowy, poznaliśmy w wersji polskiej,
dotyczącej warszawskiej „Galerii Mokotów”. (W innych modyfikacjach bohaterem
tej opowieści był Afgańczyk, tajemniczy narzeczony młodej Amerykanki, który
10 września 2001 r. przepadł bez wieści). Wiele legend poświęcono Saddamowi
Hussajnowi. Urastał on do rangi pół-boga, posługującego się starożytnym
kamieniem magicznym, odbijającym kule z broni palnej. Głośna była historia z
tzw. listami Klingermana – przesyłki pocztowe tego nadawcy zawierać miały
tajemniczy, zabójczy proszek. Bez wątpienia cytowaną już rewelację Leppera o
wągliku w Klewkach należy zaliczyć do tej właśnie kategorii.
Przerażające zwierzęta
Wiele miejskich legend dotyczy zagrożeń ze strony egzotycznych stworzeń i
nieznanych mikrobów. Strony internetowe obfitują w mrożące krew w żyłach
doniesienia o nieznanych nauce śmiertelnych wirusach, zmutowanych zwierzętach
i groźnych owadach. Najstarszą, bo pochodzącą z lat 30. legendą tego typu
jest opowieść o aligatorach – ludojadach, zamieszkujących nowojorskie kanały.
Jak się tam dostały? Otóż niefrasobliwy hodowca umieścił kiedyś krokodyli
miot w umywalce, a korek był nieszczelny. Gady wyrosły w podziemiach na
gigantyczne bestie, które pożerają pracowników służb komunalnych.
W Polsce, zwłaszcza w sezonie „ogórkowym”, w mediach często pojawiają się
opowieści o piraniach w jeziorach, tarantulach w piwnicach czy wężach boa w
miejskich parkach. Wszelkich cech prawdopodobieństwa dodaje im moda na
hodowanie w domach niebezpiecznych zwierząt. Wiele z nich pochodzi z przemytu
zza naszej wschodniej granicy. Łatwo uwierzyć, że przestraszeni kontrolą
celną handlarze pozbywają się żywego towaru w najmniej odpowiednich
miejscach. Najstarszą taką polską legendą jest „dziennikarska kaczka”
o „Paskudzie” – ogromnym, przedpotopowym gadzie mieszkającym w wodach Zalewu
Zegrzyńskiego. Nihil novi; to po prostu przeniesienie na rodzimy grunt
szkockiego potwora z jeziora Loch Ness.
Jedno z ładniejszych podań na ten temat opowiedziała mi w 1992 r. Agnieszka
Osiecka. Oto ono: “Kilka lat temu miałam bardzo wyrazisty sen. Stałam na
warszawskim dworcu i odprowadzałam jakiegoś dzieciaka na kolonie. Na peronie
roiło się od dzieci. Zwróciłam uwagę na chłopca, mniej więcej ośmioletniego,
na którego policzku siedział ogromny, piękny owad, podobny do ważki. Ku
mojemu przerażeniu ta ważka zaczęła powoli zagłębiać się w policzek tego
dziecka! Zdenerwowana złapałam za rękę kobietę, która wyglądała na matkę
chłopca i zaczęłam krzyczeć, żeby coś z tym zrobiła. Ona uśmiechnęła się i
powiedziała, żebym się uspokoiła, bo to taka stała dolegliwość jej synka.
Pociąg odjechał, sen się skończył. Po latach poznałam przypadkiem na
wakacjach rodzinę: ojca, matkę i dwunastoletnią córkę. Rodzice opowiedzieli
mi