Dodaj do ulubionych

ZSRR w odpowiedzi Kubrickowi - o pierwszej ekra...

IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 12.02.03, 22:59
1. "Z monologu Snauta wynika przecież, że astronautom na Solaris
zwidują się nie "tak po prostu" osoby znane z przeszłości, ale
obiekty ich najskrytszych fantazji, z niewątpliwie erotycznym
podtekstem." Czyżby? Już raz w GW pojawił sie ten wątek... Że
niby tło "wizyt" jest seksualnej natury... Myślę, że to nader
prymitywna interpretacja... Skażona jakby komercją naszych
czasów. Autor pomylił ginekologię z psychologia i filozofia. To
częste w Gazecie Wyborczej.
Obserwuj wątek
    • Gość: Kolinkertiz Re: ZSRR w odpowiedzi Kubrickowi - o pierwszej ek IP: *.enterpol.pl / 192.168.1.* 14.02.03, 11:09
      Niektóre wizyty na stacji miały erotyczny podtekst, inne NIE (tu
      zgoda z poprzednikiem). Lema mogło drażnić mocne odchodzenie od
      tekstu, ale ja nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby AT ściągnął
      na stację (z pomocą oceanu i scenariusza) kogoś z ważnych
      krewnych K., gdyby film miał być świetny - ten stary film jest
      słaby. Nowy - pana S - pewnie niewiele lepszy. Lepiej czytać.
      Dlaczego Amerykanie nie zrobią pełnego efektów filmiszcza z
      książki "Niezwyciężony"?
      • Gość: Kagan Re: ZSRR w odpowiedzi Kubrickowi - o pierwszej ek IP: *.vic.bigpond.net.au 14.02.03, 11:59
        Gość portalu: Kolinkertiz napisał(a):
        < Niektóre wizyty na stacji miały erotyczny podtekst, inne NIE (tu
        > zgoda z poprzednikiem). Lema mogło drażnić mocne odchodzenie od
        > tekstu, ale ja nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby AT ściągnął
        > na stację (z pomocą oceanu i scenariusza) kogoś z ważnych
        > krewnych K., gdyby film miał być świetny - ten stary film jest
        > słaby. Nowy - pana S - pewnie niewiele lepszy. Lepiej czytać.
        > Dlaczego Amerykanie nie zrobią pełnego efektów filmiszcza z
        > książki "Niezwyciężony"?
        K: Zgoda... Dobry bylby tez "Eden", ciekawy moglby byc tez "Powrot z gwiazd"
        (tam jest dosc mocny i odwazny sex), tyle ze na dekoracje musieli by wydac
        majatek...
        mywebpage.netscape.com/ljkel2/lem01.html
    • Gość: janko26 Re: ZSRR w odpowiedzi Kubrickowi - o pierwszej ek IP: *.zgora.dialog.net.pl 14.02.03, 13:05
      Cały artykuł jest niepokojący w swojej "nowatorskiej" tonacji.
      Na jego podstawie można wyrobić sobie błędne wyobrażenie postaci
      i działań Andrieja Tarkowskiego. Daleko mu bowiem do postawy
      sugerowanej przez Autora. Zainteresowanych odsyłam do wypowiedzi
      Tarkowskiego na temat jego Solaris, polemiki z Lemem , a także
      zachęcam do przeczytania kilku słów o jego koncepcji filmu.
      Swoją drogą "spór" między L. a T.( troszkę krzykliwy i
      powierzchowany) kryje rzeczywistą polemikę dwu ciekawych
      stanowisk. Wydaje dobrym pretekstem do dyskusji na istoty filmu
      i jego powinowactw z literaturą. Janko26
    • Gość: g. Andriej Tarkowski. IP: *.warszawa.cvx.ppp.tpnet.pl 14.02.03, 19:21
      Czy wy wszyscy ślepi jesteście? Nie widzieliście, co ten
      Rosjanin zrobił? Nie widzieliście tej stężonej jak kwas azotowy
      metafizycznej wizji, powolnych obrazow o sile perswazji parowego
      młota? Czego chcecie? Gwiezdne wojny XII? Kosmiczne karate? Żeby
      kopulowali? Od tego są kasety wideo. Można tanio
      wypożyczyć. "Jest tyle do zobaczenia. Tylko trzeba umieć
      patrzeć."
      • Gość: Kolinkertiz Spowiedź i zęby CIA IP: *.enterpol.pl / 192.168.1.* 15.02.03, 18:03
        Zrezygnuję z my, przejdę na ja. Nie namawiam specjalnie do
        przyłączania się (ze Solar wwersji Tarkovs slaby), a zwłaszcza
        nie namawiam do przyłączenia się bez obejrzenia tego dzieła.
        Zatem uważam tak: Najlepsze kina są w Stanach, ale najlepsze
        filmy... tu sprawa się komplikuje. Nie jest tak, że można
        powiedzieć, że jedno dzieło sztuki filmowej jest obiektywnie
        znacznie lepsze od innego. Dla mnie - większość moich ulubionych
        filmów NIE powstała w USA (nowięc niechcialbym być przypisany do
        fanow etuzjastow konsumentów komerchy), niemniej jednak na pewno
        Andriej Tarkowski nie należy do moich ulubionych reżyserów.
        Zwolennicy ATark mają sto procent racji bytu w sieci i poza
        netem, przynajmniej przez najbliższe tysiąc lat, pod warunkiem
        że nie będą się przyczepiać do osób niewidomych. Pozdrawiam
        osoby, które mają znajomych niewidomych; jeśli okoliczności będą
        temu sprzyjały, to namawiajcie ich do poznawania wytworów Lema.
    • Gość: ten_no Re: ZSRR w odpowiedzi Kubrickowi - o pierwszej ek IP: *.dsl.sndg02.pacbell.net 15.02.03, 02:35
      Tylko krotka uwaga - artykul w "GW" powtarza plotke jakoby "Solaris" bylo radziecka odpowiedzia na "Odyseje kosmiczna". To wydaje sie sensowne, ale akurat jest to o ile wiem nieprawda. Tarkowski z Jusowem (operatorem filmu) obejrzeli film Kubricka po raz pierwszy jak juz zdjecia do "Solaris" byly w toku. Po obejrzeniu postanowili niczego nie zmieniac.

      Plotka o "Solaris" jako radzieckiej "Odysei kosmicznej" wziela sie prawdopodobnie z dwoch zrodel. Jedno - radzieckie naczalstwo kinowe juz po fakcie wymyslilo sobie, ze to bylby niezly chwyt reklamowy. Drugie zrodlo - to amerykanski dystrybutor filmu, ktory ze swej strony zdaje sie nawet umiescil odpowiedni tekst (przez siebie wymyslony) na pierwszych amerykanskich plakatch do "Solaris" w 1972 r. (czy cos kolo tego).

      Nawiasem mowiac jest to b. czeste zjawisko - ludzie widza to, co sie spodziewaja zobaczyc, a nie to, co odpowiada rzeczywistosci. W wypadku "Solaris" pomysl, ze to riposta na "Odyseje kosmiczna" narzuca sie wrecz sam przez sie i tak powstala ta legenda.

      Mieszkam w USA i dam tylko taki przyklad. Nie wiem juz ILE RAZY odpowiadalem na pytania Amerykanow co do klimatu w Polsce: wszyscy byli przekonani, ze u nas panuje formalna arktyczna zima jak rok okragly. Jak mowilem, ze Polska ma 4 pory roku, tylko ze zima nie jest az tak straszna jak powiedzmy w Nowym Jorku - ludzie sluchali z niedowierzaniem. Gdy mowilem, zeby spojrzeli sobie na mape i sprawdzili, ze Warszawa jest na tej samej szerokosci georgraficznej co np. Londyn - byli zdumieni. I teraz gwozdz programu: te pytania o zime w Polsce skonczyly sie jak nozem ucial w 1989 r.! Dobre, co? Bo sprawa byla jasna: po prostu wszyscy zakladali, ze cala wschodnia Europa to jest komunizm, a w zwiazku z tym ma dokladnie ten sam klimat, co Syberia.

      Przepraszam za przydluga dygresje, pije sobie herbatke i odpoczywam.
    • Gość: Kagan Nudny romans w kosmosie IP: *.vic.bigpond.net.au 10.03.03, 07:50
      Nudny romans w kosmosie - Recenzja filmu “Solaris” Steven’a Soderbergh’a i
      James’a Cameron’a
      Idąc 27 lutego roku 2003 na australijską premierę hollywoodzkiej wersji
      “Solaris” starałem się jak mogłem, aby nie przynieść ze sobą na salę kinową
      żadnych uprzedzeń. Wynikało to z faktu, iż nie tylko znałem wcześniejsze
      recenzje tego fimu, ale też znam dość dobrze twórczość tych obu filmowców.
      Reżyser Steven Soderbergh jest znany głównie z “Sex, Lies, and Videotape”,
      filmu, powiedzmy sobie to szczerze, nudnawego i pretensjonalnego. Jednakże
      największy zawód sprawił mi producent “Solaris”, James Cameron (trzeba
      pamiętać, że w USA to producent, a nie reżyser, jest prawnie autorem filmu).
      Cameron jest znany z takich produkcji jak “The Terminator”, “Terminator 2”,
      “Aliens” (“Obcy”), “The Abyss” (“Głębia”) czy wreszcie “Titanic”.
      Sądząc po
      tym ostanim filmie, można było się spodziewać, iż “Solaris” zostanie
      sprowadzone de facto do wątku miłosnego (dość ważnego w powieści Lema, choć
      zdecydowanie w niej drugoplanowego). Niestety, “Solaris” Steven’a
      Soderbergh’a i James’a Cameron’a to coś znacznie gorszego niż “love story in
      space” (“romans w przestrzeni kosmicznej”), to jest po prostu nudne,
      rozwlekłe i pretensjonalne pseudo-romansidło, grane w sztucznym, teatralnym
      stylu przez marnych aktorów: George’a Clooney’a (Krisa Kelvina) i Nataszę
      McElhone (Rhey’ę, właściwie Harey, o czym będzie mowa później),i na dodatek
      źle wyreżyserowany i nienajlepiej zmontowany (liczne dłużyzny, nic nie
      wnoszące nawet do nastroju filmu).

      Według Soderbergh’a “Solaris” to `a combination of “2001” and “Last Tango In
      Paris"’ (`kombinacja “2001” i “Ostatniego tanga w Paryżu”’). Dla mnie to zaś
      raczej marne naśladownictwo arcydzieła Kubrick’a, w stylu owego, jakże
      przereklamowanego, a tak naprawdę, to równie nudnego jak “Solaris”,
      “Ostaniego tanga”. W filmie “Solaris” właściwie nic się nie dzieje. George
      Clooney pokazuje w nim conajmniej dwa razy swoją pupę, co bynajmniej nie
      ratuje filmu. Sceny miłosne są zbyt odważne, aby film był bez ograniczeń
      wiekowych, ale zbyt mało odważne, aby zaciekawić właściwie kogokolwiek. Z
      filozoficznego przesłania powieści Lema właściwie nic nie ocalało: kiedy
      zaczyna się ciekawa dyskusja na temat Boga, i nawet wspomniana jest opinia
      papieża, fonia zostaje natychmiast wyciszona, aby - broń Boże - nie zmusić
      widzów do myślenia… Jednym z powodów, iż filozoficzna głębia powieści została
      zgubiona przez Soderbergh’a i Cameron’a jest fakt, iż scenariusz został
      napisany przez Soderbergh’a na podstawie marnego tłumaczenia tej powieści na
      angielski (Joanna Kilmartin i Steve Cox przetłumaczyli “Solaris”, na dodatek
      dość niechlujnie, nie z polskiego, a z francuskiego tłumaczenia, stąd owe,
      jedyne dotąd, angielskie tłumaczenie powieści Lema, zawiera mnóstwo błędów i
      przeinaczeń, w tym nawet nazwisk bohaterów).

      Jak już wspomniałem, dwójka głownych bohaterów gra w sztucznym, teatralnym
      stylu. Zamiast dialogów mamy deklamacje, zamiast gry aktorskiej jeno jej
      nędzne namiastki (przykładowo. scena “rezurekcji” Rhei-Harey, jest
      niezamierzonie komiczna z powodu fatalnego aktorstwa Nataszy McElhone). Voila
      Davis jest niezła w roli czarnoskórej uczonej, doktora Gordona – sęk w tym,
      iż jest to postać nieistniejąca w powieści Lema. Została ona wyraźnie
      wprowadzona “na siłę” przez Soderbergh’a , aby film był politycznie poprawny
      (o ile dobrze pamiętam, to w powieści Lema występuje murzynka, ale jest ona
      tworem planety “Solaris”, i nie jest naukowcem, a prześladowcą jednego z
      wyraźnie bialych uczonych z załogi stacji). Ulrich Tukur jest również dośc
      dobry w roli Gibariana, a własciwie jego “ducha” (Gibarian popełnia
      samobójstwo tuż przed przylotem Kelvina), ale jest to rola wyraźnie drugo-,
      jak nie trzecio-planowa. Jeremy Davis jako Snow (Snaut) jest nieco lepszy niż
      Clooney czy McElhone, ale to przenież nie jest żaden powód do dumy…

      Od aktorstwa Clooney’a i McElhone chyba jeszcze gorsza jest reżyseria
      Soderbergh’a. Film po prostu się rozłazi, brak mu tempa, napięcia a przede
      wszystkim owego nastroju tajemniczej grozy, która uderza praktycznie z każdej
      strony powieści Lema czy też jest wyraźnie obecna w pamiętnej ekranizacji
      Tarkowskiego z roku 1972. Soderbergh starał sie naśladować Kubrick’a, stąd
      początek i zakończenie “Solaris” jest marną kopią “2001”. Brak funduszy na
      efekty specjalne rozłożył zaś ten film do końca. Wnętrze stacji i urządzenia
      znajdujące się w niej są na poziomie końca XX wieku i początku XXI, zaś
      techologia podróży kosmicznych o jakieś conajmniej 100 lat w przyszłość.
      Nieszczęściem Soderberg’a jest to, iż jego film ukazał sie po takich filmach
      jak “Minority Report” (“Raport mniejszości) Spielberg’a (według opowiadania
      Philip’a K. Dick’a), czy też niedawnych adaptacjach dzieł H.G. Wells’a (jego
      “Niewidzialnegp człowieka” i “Maszyny czasu”). Stąd oczekiwania publiczności
      są obecnie wysokie, i nikogo już nie sa w stanie zadowolić efekty specjalne
      na pozoomie “Milczącej gwiazdy” (“Astronauci’) Maetzig’a (1960) czy też
      “Testu pilota Pirxa” Piestraka (1979), a znacznie gorsze (szczególnie, jeśli
      wziąć pod uwagę upływ ponad 30 lat), niż w radzieckiej ekranizacji “Solaris’
      z roku 1972.

      Miłośnikom science fiction czy też historii miłosnych zdecydowanie odradzam
      “Solaris” Soderbergh’a, chyba, iż chcą się zanudzić na śmierć - na senasie w
      kinie “Southland Village Cinema” na przedmieściu Melbourne, który zaczął się
      27 lutego 2003 roku 2003 o godzinie 10:35 rano, tylko ja i osoba mi
      towarzysząca (ta ostania przez grzeczność) wytwaliśmy do końca… Polecam
      natomiast ten film studentom sztuki filmowej (aby zobaczyli, jak się się nie
      powinno kręcić filmów), oraz miłośnikom zdecydowanie złych, szmirowatych
      filmów, szczególnie z gatunku “science fiction i fantasy”, do którego to,
      niewiadomo czemu, zakwalifikowano ten zdecydowanie nieudany romans
      Soderbergh’a i Cameron’a, marny romans, który nie tylko nie dorasta do pięt
      klasie powieści Lema, ale jest o kilka klas gorszy niż klasyczna ekranizacja
      Tarkowskiego z roku 1972. Jako iż Lem był wyraźnie niezadowolony z wersji
      Tarkowskiego, jestem niezmiernie ciekawy, co sądzi on o “dziele” Soderbergh’a
      i Cameron’a. Obawiam się tylko, iż milionowe honorarium, które dostał on za
      prawa do sfilmowania “Solaris” zostało wypłacone nie tylko pod warunkiem, iż
      nie bedzie się on wtrącał do filmowania tej powieści, ale tez, iż nie będzie
      on publicznie wyrażać negatywnych opinii o fiasku “dzieła” Soderbergh’a i
      Cameron’a…

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka