roody102
15.03.03, 23:28
Zaczynam nowy wątek, bo tamten nizej od usunietej wiadomości się zaczyna, nie
wiem o co chodzi.
Troszkę się woziłem z recenzją nowego Star Treka, bo, po pierwsze, nie miałem
czasu, po drugie, chciałem ochłonąć. Nie chodzi o to, że takie wrażenie na
mnie zrobił, ale chciałem pisać po „odleżeniu się” tego filmu. I to jest
właśnie problem ze Star Trekiem - po odleżeniu się to już niewiele po nim
zostaje.
Ja nie jestem radykalnym miłośnikiem tej serii, gdyby porównać ze
zboczeńcami, którzy sobie operacja plastyczne uszu robią, żeby wyglądać jak
Wulkanie. Z drugiej strony, znajomi mnie uważają za chorego na tym punkcie,
bo wyraziłem chęć posiadania munduru floty gwiezdnej. No i pamiętam co nieco
ze Star Trekowej chronologii - na niewtajemniczonych robi pewne wrażenie, gdy
dwie osoby wspominają bitwę pod Wolf 359, która odbyła się w roku... No
dobra, nie pamiętam. Ale jedno jest pewne - atutem tego serialu jest, że
wciąga w fikcyjny świat, pozwala się w nim odnaleźć i sprawnie poruszać. I
dla ludzi, którzy tak właśnie mają, ten film jest na pewno czymś innym niż
dla zwykłego widza.
Dla kogoś, kto ma pojęcie o serialu, będzie to uczta. Nie dlatego, że jest on
jakiś rewelacyjny - przeciwnie, wiele pomysłów, które się w nim pojawia, było
już w odcinkach różnych pokazywane, ponadto serial, a szczególnie seria z ta
właśnie załogą, miał ambicje i poruszał czasem różne poważne dylematy i
pytania. W jaki sposób na nie odpowiadał, to inna kwestia, ale że zadawał w
nowy sposób stare pytania, to pokazuje przykład Marksa i mnie, którzy
potrafiliśmy dyskutować po nocach nad czymś, cośmy z danego odcinka
wyciągnęli i były to problemy egzystencjalne, filozoficzne, społeczne a także
z dziedzin ścisłych. Dla fana ten film będzie po prostu „wypasionym”
odcinkiem, a to dlatego, że trwa on tylko trochę dłużej od zwykłego odcinka
serii a budżet miał za pewne kilkanaście razy większy. Jest po prostu bardzie
rozbudowany. Ani najlepszy scenariusz, ani najgłębsza fabuła, ani nawet
osadzenie w trekowej rzeczywistości nie za mocne.
I to jest właściwie już aspekt tej drugiej perspektywy, zwykłego widza. Ten i
poprzedni pełnometrażowy film to już produkty, które miały nie tylko
zadowolić fanów Star Treka, ale i przyciągnąć do kin „zwykłych” ludzi. Czy to
się udało? Chyba nie, bo wyniki finansowe filmu podobno nie zadowoliły
Paramount Pic. i w związku z tym jest duża szansa, że będzie to ostatni film
z tej serii. W USA trawają jeszcze chyba wciąż prace nad kolejnymi sezonami
najnowszej serii serialu, ale ona z kolei nie zadowala fanów, a nowych też
nie przyciąga. Czym jest najnowszy Trek z perspektywy normalnego widza, to ja
do końca nie umiem ocenić, ale spodziewam się, że niczym, ponad zwykłe SF,
sprawnie zrobione, z kilkoma niezrozumiałymi dla nich żartami i sytuacjami.
No bo, żeby uśmiechnąć się na widok pijanego Worfa, to trzeba trochę wiedzieć
o Klingonach. Żeby zrozumieć żart Picrada do Rikera („Panie Troy”) to trzeba
widzieć dobrze kto jest kim na pokładzie, a tego nie ma w filmie - tu od razu
są bohaterowie. Dla fana postaci ze skomplikowanymi biografiami, z siecią
wzajemnych relacji - dla zwykłego widza jest to chyba niezrozumiałe, bo nie
ma on tej wiedzy.
A z drugiej strony wymóg dostosowania tego obrazu do odbiorcy nie znającego
tych szczegółów powoduje, że fan może mieć uczucie, że powtarza mu się rzeczy
oczywiste, że się go traktuje jak idiotę. Taki to efekt - film robiono pod
dwa targety a żaden nie będzie w pełni zadowolony.
Ale ze Star Trekiem, jak z alkoholem - nie ma byłych trekkies. Są tylko
zaleczeni. I nie znam takiego, który przepuści temu filmowi. Nie znam
takiego, któremu puls nie przyspieszy na widok znajomego statku i twarzy z
załogi. I jeszcze raz, na 110 minut, dadzą się przenieść „tam gdzie nie
dotarł jeszcze żaden człowiek”. Na chwilę znów poczują, że chcieliby skończyć
Akademię Floty i zostać członkiem załogi Enterprsie. Ja w każdym razie tak
miałem. Głupie? Nie jest to szczególnie groźne uzależnienie, a jakież
przyjemne. A że nie wszyscy je rozumieją? Ich strata.
Jeden do teleportacji.
Engage!