Gość: Piotr Grosman
IP: *.dami.pl / 192.168.1.*
24.06.03, 14:26
Można równie dobrze potraktować tę całą
opowieść jak koszmarny sen, są ku temu równie mocne przesłanki.
Ambiwalencja znaczeń została jednak celowo podpowiedziana.
Sugeruje ją nawet swoista kulminacja emocjonalna. Wszystko jest
pozorem, czymś innym niż wydaje się na pierwszy rzut oka, jakimś
wykrzywionym i zwielokrotnionym odbiciem.
W świecie stworzonym przez Davida Lyncha nic
nie jest oczywiste. Zło kłębiące się pod powierzchnią
pocztówkowego Los Angeles przejawia się w korupcji i zbrodni,
samotności, brakiem miłości, moralnym zepsuciem, ale ma także
charakter metafizyczny. Jest irracjonalne w swym nasileniu i w
jakiś osobliwy sposób pociągające. I jak to bywa zwykle u Lyncha
oglądamy świat mrocznych tajemnic i metafizycznych zagadek,
porusza się od sceny do sceny, bawi się scenariuszem jak tylko
może –podobno Lynch dostarczał aktorom scenariusz najczęściej w
ostatniej chwili.
Wszystkie filmy Lyncha łączy jedno –jakaś
niezdrowa fascynacja tym, co odbiega od normy, co dziwaczne. Ten
film nie mieści się jakoś w kategorii filmów, które powinny się
podobać. Bo niby wszystko wydaje się znajome –zarówno
amerykańskie Hollywood, jak i ponury dom na Mulholland Drive,
kryjący tajemnicę. Są to klisze do znudzenia nakładane na siebie
we współczesnym kinie. Jednak sposób, w jaki zostały użyte w
obrazie Lyncha budzi niepewność. Z jednej strony wręcz
ostentacyjnie podkreśla się ich stereotypowość, z drugiej w
jakiś szczególny wykalkulowany sposób odbiera im sens. Odbywa
się to często poprzez zauważalne szczegóły. Mamy tu do czynienia
z czysto filmowym surrealizmem, choć i to określenie uznać
trzeba za umowne; jest próbą nazwania emocjonalnego wrażenia, a
nie wyjaśnieniem mechanizmu obrazu. Usprawiedliwia je po części
osoba reżysera. Lynch jest artystą-plastykiem, który na studiach
próbował eksperymentów z ruchomym obrazem i dźwiękiem w duchu
surrealistycznym...Trudno znaleźć słowo do opisu czegoś, co ma
charakter sennego koszmaru. Film trudno opowiedzieć, podobnie
jak nie sposób naprawdę odtworzyć snu.
To przecież wciąż ta sama wizja, która
niewiele ma wspólnego z jakąkolwiek sprawdzalną rzeczywistością,
tym razem bardziej nawet wyrafinowaną, bo odwołującą się do
zbiorowej pamięci widza kinowego, wychowanego na filmach
hollywoodzkich. W przywołaniu znanych obrazów czy dialogów w
określonej stylistyce nie należy dopatrywać się intencji
parodystycznych. Reżyser niczego nie wyśmiewa, układa po prostu
inną łamigłówkę, zmienia funkcje elementów. Jeszcze raz powrócić
trzeba do sekwencji wstępnej, która nadaje ton całości; późną
nocą na jednej z ulic Hollywood, Mulholland Drive, dwóch
mężczyzn zamierza zamordować w limuzynie młodą kobietę (piękna i
świetna aktorsko Meksykanka Laura Elena Harring za tę rolę
otrzymała nagrodę American Latino Media Arts). W chwilę później
dochodzi do wypadku samochodowego, w którym zabójcy giną, a ich
niedoszła ofiara dociera do domu w dzielnicy Los Angeles i traci
pamięć. Nie pamięta nawet swojego imienia. Tymczasem do Los
Angeles przyjeżdża Betty Elms (znakomita Naomi Watts mogłaby
stworzyć wystawę nagród, które odebrała za tę kreację, a jest
ich chyba z osiem, o nominacjach nie wspomnę), której marzy się
kariera wielkiej aktorki albo gwiazdy Hollywoodu i właśnie
jedzie taksówką do domu swojej ciotki. Ciotki nie ma w domu,
jednak opiekująca się posiadłością Catherine 'Coco' Lenoix (Ann
Miller) wpuszcza ją do środka, ponieważ takie dyspozycje
otrzymała od właścicielki.
Bohaterka, która podaje się za Ritę
(zakłopotana wymyśliła to imię na poczekaniu, gdy zobaczyła na
zdjęciu wielkiej gwiazdy kina napis –Rita Hayworth), wydaje się
ofiarą, lecz znajduje przyjemność lesbijskiej namiętności i
nienawiści w akcie erotycznym z...Betty. Dokonuje w ten sposób
rytuału identyfikacji –bo w tym filmie wszystko w końcu
przemienia się w jakiś sposób w rytuał, co jest estetyczną
konsekwencją posługiwania się kinowymi stereotypami. Jeżeli chce
się uniknąć łatwizny pastiszu, trzeba znanym obrazom i sytuacjom
przydać specjalnej wagi choćby barokową przesadą. I z jednej
strony Lynch stara się szokować, z drugiej nie obawia się
dosłowności, która mogłaby się wydawać naiwna, gdyby nie
wynikała tak harmonijnie z tonacji całego filmu. Uosobieniem
dobra ma być w filmie Betty –jasnowłosa, czysta, prostoduszna
dziewczyna, która właśnie przybyła do Miasta Aniołów z
kanadyjskiej prowincji w nadziei zrobienia kariery w filmie, w
scenach kluczowych rozmów ukazywana jest jednak w przyciemnionym
świetle.
Nieporozumieniem byłoby doszukiwanie się
realizmu, myląca jest nawet logika kryminalnej zagadki. W
gruncie rzeczy Lynch rzuca widzowi wciąż i na nowo wyzwanie,
każąc zapomnieć o nawyku metaforycznego odczytywania obrazu
filmowego. A jest to tym trudniejsze, że dosłowność nie oznacza
bynajmniej jednoznaczności. A fabuła filmu nie jest, jakby się
wydawało, wcale taka płaska. Przecież akcja zbudowana jest z
niezliczonych wątków, przeczuć, wizji i metamorfoz, pojawiają
się coraz to nowe, osobliwe postaci, zdarzenia oraz zagadkowe
niebieskie pudełko, do którego nie ma klucza (dopiero potem się
odnajdzie).
Czy konkluzja ta sugeruje, że film Lyncha
jest tylko rodzajem perwersyjnej gry ku rozrywce widza ? Reżyser
nie ułatwia oceny, kusi nawet, żeby odpowiedzieć: tak. Lecz
byłoby to za łatwe. A do swojego filmu dodaje nowe postacie,
bohaterowie pojawiają się pod nowymi imionami, w nowych rolach
i biorą udział w wydarzeniach i jeszcze więcej ukazuje się
krótkich scen oraz epizodycznych sytuacji. Jedne łączą się w
logiczną jedną całość układanki, inne rozbijają tok wydarzeń.
W innej części Los Angeles poznajemy
żywot Adama Keshera (naprawdę dobry Justin Theroux),
neurotycznego młodego reżysera filmowego w okularach z grubymi
czarnymi oprawkami, który odmawia Luigiemu (gra go kompozytor
Angelo Badalamenti, który za muzykę do tego filmu był nominowany
do wielu nagród filmowych oraz dostał Online Film Critics
Society Award) i Vincezno Castigliane (Dan Hedaya) zatrudnienia
w swoim najnowszym filie aktorki, która oni mu polecają. Po
powrocie do domu Adam zastaje swoją żonę w łóżku z obcym
mężczyzną. Postanawia spędzić noc w hotelu. Dopiero w hotelowym
pokoju stwierdza, ze bracia Castigliane ukradli mu wszystkie
pieniądze, a to co ma przy sobie starczy mu tyko na jedną noc.
Kiedy na początku filmu gangster wypowiada zdanie: -„To jest ta
dziewczyna”, my jeszcze nie wiemy o niej nic. Potem to samo
zdanie wypowiada sympatyczny, lecz wywołujący przerażenie kowboj
(Lafayette Montgomery), ale my widzowie dalej nie wiemy kim ona
jest. W końcu słyszymy po raz kolejny to samo zdanie z ust
reżysera. Bo to Camilla Rhodes, którą znamy jako Ritę dostaje
rolę filmową w długo oczekiwanej produkcji reżysera Adama
Keshera. Okazuje się być błędnie rozpoznaną "tą dziewczyną".
Camille i Adam ogłaszają swój związek, zakończony ślubem, co
sprawia, że Diane Selwyn, którą poznaliśmy bliżej jako Betty,
przeżywa zazdrość.
„Mulholland Drive” pozostaje zatem
opowieścią o przemocy i władzy, o zakłamaniu i strachu, o
odwadze związanej z rozgraniczeniem dobra i zła. Porusza więc
kwestie, z którymi zmaga się najszlachetniejsze kino, i które
wymagają określenia postawy moralnej –tak samo ze strony twórcy
opowiesci jak i jej odbiorcy, widza. Lynch podąża śladem swych
odwiecznych obsesji ujętych w poprzednich swoich dziełach „Głowa
do wycierania”, „Twin Peaks”, „Blue Velvet” i „Dzikość serca”.
Betty odczuwa nieznośna fascynację
przygody, w której piękno m