Dodaj do ulubionych

Dr T. i kobiety

IP: *.dami.pl / 192.168.1.* 26.07.03, 20:06
Są filmy, na które chodzi się do kina nie ze względu na treść
czy gatunek, ale na nazwisko. I chociaż ciągle jeszcze nie
wiemy, co potrafi kino i nie doceniają go nawet najpoważniejsi
pisarze, kilku ludzi na świecie wie, o co chodzi. Taki na
przykład Robert Altman. On wie swoje. I ma swoich odbiorców.
Poza tym jeszcze Altman lubi, by w jego filmie było nie jedno
czy dwa, ale kilkanaście nawet znanych, cenionych i lubianych
nazwisk. Podobnie jest i w tym przypadku.

Niemiecko-amerykański komediodramat zawdzięcza swój urok nie
tyle fabule, ile postaci głównego bohatera, doktora Sullivana
Travisa (Richard Gere - ekranowy odtwórca słodkiego brutala,
potrafiącego śmiać się z samego siebie, idealnie trafia w gusta
widzów, gorzej z krytykami, którzy na grę Gere'a reagują
alergicznie), znanego w całym Dallas ginekologa, idola bogatych
i znudzonych żon milionerów. Pacjentki garną się do przystojnego
lekarza, wymyślając różne dolegliwości byle tylko mieć okazję do
intymnej rozmowy. Doktor T. otacza bowiem opieką także ich
dusze. Konsekwencją tej popularności są bardzo duże sumy
pieniędzy, ale Travis wcale nie wydaje się tym być zmanierowany.
Kocha swoją żonę Kate (Farrah Fawcett nareszcie utarła nosa
wszystkim tym, którzy powątpiewali w jej aktorskie umiejętności)
oraz dwie dorosłe córki – Connie (Tara Reid) i Dee Dee (Kate
Hudson). Mottem życia słynnego ginekologa jest uszczęśliwianie
wszystkich kobiet. Lecz któregoś dnia wszystko zaczyna pogrążać
się w chaosie.

Reżyser nie goni za sensacją, nie epatuje śliskim erotyzmem
(scena gdy naga Farrah Fawcett kąpie się w fontannie w miejscu
publicznym jest na szczęście króciutka). Może nawet zbyt wiele
tu sentymentalizmu, ale równoważy go spory ładunek dyskretnego
humoru, z jakim Altman obserwuje oryginalny związek bohaterów.
Tymczasem postaci instynktownie dążą ku sobie, wchodzą w orbitę
wzajemnego przyciągania i – poniekąd - jakby zaczynają odwracać
swoje role. Bo jest to reżyser, który lubi improwizować na
planie, zakłada spontaniczność zdarzeń, pewną nonszalancję w
rysunku postaci, tła obyczajowego. U Altmana liczy się przede
wszystkim bystrość obserwacji, wyrazistość opisu, autentyzm
ponad wszelkie reguły dramaturgiczne. Raz po raz pojawiają się w
filmie dygresje obyczajowe i psychologiczne, rozbijające tok
głównych wydarzeń. Ważne jest zachowanie pewnej zbiorowości
ludzkiej.

Przed dosłownością i dosadnością rysunku postaci obronili się
odtwórcy ról - dowcipna Shelley Long jako pielęgniarka Carolyn,
oszczędna w grze Laura Dern jako Peggy, subtelna i rozumiejąca
Helen Hunt jako Bree Davis, a także charakterystyczna Lee Grant
jako Dr Harper.

Naczelną intencją staje się doprowadzenie do świadomości widza
odczuć jednostkowych złożonych komplikacji psychicznych
bohatera. Z tego powodu może się łatwo natknąć na zarzuty, że
Altman ulega tanim gustom i robi kino masowe o niezbyt
przyzwoitym poziomie, co wobec ostatnich osiągnięć reżysera jest
nie do przyjęcia. Przy takich sądach warto pamiętać, że zgodnie
z poczciwymi założeniami starego Freuda erotyzm jest główną siłą
napędową ludzkich poczynań.
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka