albo09
28.07.09, 00:27
Chciałabym napisać kilka słów od siebie, jestem na świeżo po obejrzeniu filmu
i palę się do tego, żeby podzielić się wrażeniami.
Przyznam (ze wstydem), że nie oglądałam "Gorączki", a w każdym razie nie w
całości. Uwielbiam Ala Pacino, lubię Roberta de Niro i wiele słyszałam o tym
filmie, jednak ponieważ nie mam całego obrazu w pamięci, nie porównuję "Wrogów
publicznych" do niego. Mnie ten film nie rozczarował. Owszem, może jest trochę
monotonny (ucieczki, strzelanina, rabunki, ucieczki, strzelanina...), jednak
ta monotonia w swoisty sposób buduje klimat filmu. Wydaje mi się, że Mannowi
zależało nie na fajerwerkach, chwytającej za gardło fabule, nieoczekiwanych
zwrotach akcji, ale na na odtworzeniu w dość wierny, jakby paradokumentalny
sposób wydarzeń, które miały miejsce wokół osoby Dilingera. Jeśli tak spojrzeć
na ten film, to staje się on wciągający, mimo iż historię znamy i wiemy, jaki
będzie jej koniec. A dzieje się tak właśnie za sprawą świetnej reżyserii,
dobrej gry aktorskiej, poruszającej muzyki. Tak... muzyka jest piękna i bardzo
dobrze komponuje się z filmem. Jest w niej to rosnące napięcie, trwoga i
bezwyjściowość sytuacji, w jakiej znalazł się Dilinger.
Podoba mi się w tym filmie to, że jest surowy, że bez upiększeń pokazuje, jak
było naprawdę. Zbyt długie - zdaniem niektórych - sceny strzelania, obławy,
ucieczek przybliżają nas do rzeczywistego czasu, w jakim rozgrywały się te
wydarzenia. Nie pokazują śmierci w ckliwy sposób. Pokazują ją dość brutalnie,
czyli realistyczne.
Zgadzam się z Panem Mossakowskim, że historyczne tło mogło zostać lepiej
zarysowane, czyli dlaczego Amerykanie w tych czasach nie ufali władzom,
bankom, instytucjom i, paradoksalnie, sympatią darzyli takich fugitive of
justice - myślę, że wtedy film byłby pełniejszy i prezentacja sylwetki
głównego bohatera bardziej pogłębiona.
A propos napięcia, to interesująca i jakby trochę wizyjna (jedyny chyba taki
moment w filmie) jest scena, kiedy Dilinger wchodzi na posterunek policji,
opustoszały, bo prawie wszyscy są zaangażowani w pościg za nim. Jedzie windą,
nierozpoznany, spaceruje między biurkami agentów, ogląda zdjęcia swoje i
swoich kolegów rozwieszone na tablicach, nawet pyta kilku policjantów o wynik
meczu, z którego relacji słuchają. Wtedy czuje się, że pętla się zaciska. Oni
są bardzo blisko, ale też on nie stara się być jak najdalej. Bawi się nimi,
kpi z nich, ale za bardzo ryzykuje. Poza tym nie podejrzewa zdrady. Brawura,
uśpiona czujność i... słabość do kina w końcu go gubią.
Scena śmierci Dilingera jest też bardzo poruszająca. We współczesnym kinie -
zwłaszcza sensacyjnym, gangsterskim, gdzie takie obrazy są na porządku
dziennym i ostatnie chwile konającego, można powiedzieć, są dość stereotypowo
odtwarzane - trzeba być nie lada reżyserem i nie lada aktorem, żeby tak
zrealizować i tak zagrać śmierć. Szybko, bez patosu, sugestywnie.
A tak by the way, dziękuję Panu (P. Mossakowskiemu) i Panu Felisowi za
ciekawe, świetnym piórem pisane recenzje w "Co jest grane", które czytam od
lat i choć uważam, że czasami są one zbyt krytyczne i mogą wręcz zniechęcać do
obejrzenia filmu, to jednak... trudno się od nich oderwać i wiedza, jaką
Panowie dysponują w dziedzinie, którą się zajmujecie, budzi mój respekt.
Pozdrawiam serdecznie. M.