blackjackrose
24.01.15, 10:47
Cześć :)
Kwestia jest taka - rozstałam się z facetem. Poszło generalnie o to, że po raz kolejny zlekceważył moją prośbę, że zamiast mnie wybrał kolegów. Nie byliśmy parą, która sobie czegoś zakazywała - ja spotykałam się z koleżankami, on z kolegami. Tylko, że mieszkaliśmy razem, więc sądziłam, że na pierwszym miejscu będę ja plus obowiązki.
On wcześniej mieszkał w akademiku z tymi chłopcami. Kiedy zamieszkaliśmy razem, a minęły wakacje i oni znów się zjechali, widział się z nim przed zajęciami, w przerwach w trakcie zajęć i po zajęciach. Ja byłam w pracy, on, jeśli akurat nie był na zajęciach, to widział się z nimi. Żeby coś od siebie zrobić w domu chociaż... Musiałam mówić, jak miało być zrobione. Dodatkowo w ostatnich tygodniach przed rozstaniem koledzy często u nas bywali, dzięki niemu stali się też moimi znajomymi.
Generalnie nasza rozstaniowa kłótnia zaczęła się parę dni wcześniej - zaprosił kolegów na walkę bokserską, powiedziałam, że ok, ale ja idę sobie na miasto, na kawę, bo nie interesuje mnie ich meski wieczór. Mój były strzelił focha, że jak przychodzą goście, to się nie wychodzi. Odpuściłam, zostałam, poszłam spać w sypialni, oni sobie siedzieli i oglądali walkę.
Parę dni później do mnie przyszły koleżanki, on powiedział, że idzie do kolegów. Mogłabym powiedzieć to samo, ale nie taka ze mnie kobieta ;) Poszedł, ale POPROSIŁAM, by wrócił do domu po piwie.
Wkurzyłam się, bo oczywiście polazł na imprezę. Nie powiedziałby mi o tym najpewniej, gdybym nie napisała smsa, że już może wracać. Niby to nie było nic wielkiego, ale zdenerwowało mnie to, bo to nie był pierwszy: raz umówił się ze mną do kina, i polazł ze znajomymi na miasto, raz miał wrócić po dwóch godzinach, a wrócił po nocy zjarany. I nigdy jakoś nie robiłam awantur, to nie w moim stylu. Rozmawiałam, jasne, mówiłam, że mi się to nie podoba, ale nie wrzeszczałam. No ale ile można, znów zignorował moją prośbę? Zresztą nie wiem, może się mylę, ale mógł mi zaproponować wspólną imprezę - kiedyś imprezowaliśmy razem.
Poszło o to, że ja się ubrałam, powiedziałam sobie, że pierwszy raz się nie skulę, i też wylazłam na miasto. Wiedział, że jestem sama, napisał mi, że jest w jakimś klubie, o którym nie miałam pojęcia gdzie się znajduje. Powiedziałam, że nie wiem, gdzie jest, że nie będę chodzić i go szukać - byłam pewna, że powie chociaż, że po mnie wyjdzie, albo że spotkamy się w jakimś miejscu - przecież ponoć byłam dla niego najważniejsza.
Nie zrobił tego, mało - rano następnego dnia musiałam go zbudzić, wstał obrażony, próbowałam gadać: chciałam mu powiedzieć, że poczułam się zignorowana raz kolejny, chciałam wyrazić swoje uczucia. On się uniósł, powiedział, że nie wie, co ja chciałam osiągnąć tym wyjściem, że nie wyszedł po mnie bo mi ufał (ale mi nie chodziło o zaufanie, tylko zainteresowanie) i że nie wmówię mu, iż pisząc do niego smsa, ktoś akurat gwałcił mnie na środku rynku, a nawet jeśli to i tak nie zdążyłby dobiec.
Po tych słowach odechciało mi się gadać, on się ubrał i powiedział, że idzie się przejść. Ja zostałam w domu, przychodził gość od internetu - oczywiście, jego to specjalnie nie obeszło, ja musiałam zostać. Rozumiem, przejść się, ochłonąć, wrócić... Kilka godzin nie dawał znaku życia. Napisałam smsa, nic. Zadzwoniłam, a on zimno, lekceważąco odpowiedział, że jest u kolegów i jak będzie to wróci.
Wierzcie mi, mam ciężki charakter, a przy nim zawsze się hamowałam, nie krzyczałam, mówiłam. Ale tym razem nie wytrzymałam. Ubrałam się, pojechałam do mojej znajomej, która mieszkała w tym samym akademiku, w którym jego koledzy poprosić ją o rozmowę z nim. Powiedział jej, że nie jest w stanie gadać. Zagotowało się we mnie - znalazłam go w jakimś pokoju, w otoczeniu swoich cudownych znajomych, pijanego, zjaranego, cholera go wie. Dla mnie ucieczka od problemów w alkohol jest niedopuszczalna, wiedział o tym - miałam mamę alkoholiczkę. Wtedy przekroczył moją granicę: zdjęłam z palca srebrny pierścionek, prezent od niego na urodziny i oddałam mu ze słowem "proszę", usłyszałam "dziękuję".
Wiem, że nie powinnam była tego robić przy znajomych - ale jego słowa, jego ucieczka, zimne, lekceważące traktowanie... Poniosły mnie emocje.
Wrócił do domu po trzech dniach po rzeczy - nie rozmawiał ze mną po prostu podjął decyzję. Przepraszałam go kilkakrotnie za ten pierścionek, prosiłam , by został - nic. Powiedział, że mnie kocha, ale mu nie zależy, chce spokoju.
On nie przeprosił mnie za nic - to człowiek, który nie popełnia błędów. W trakcie związku przeprosił mnie może z dwa razy, raczej na odwal się.
Ja też mam ciężki charakter, jestem uparta, często najpierw robię, a potem myślę - ale takie coś nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej. Do tego potrafię przeprosić, jeśli wiem, ze zrobiłam coś źle.
Prosiłam go o szansę kilka razy - nic.
Temat, czy kochał czy nie zostawmy na boku. Wiem, że kochał.
Czy faktycznie pierścionek mógł go tak walnąć, ze jak powiedział "coś w nim pękło"? Uraziłam jego czy jego dumę?
Dodam, że trzy tygodnie wcześniej, kiedy wróciłam do domu i był syf i kiedy powiedziałam, że co on sobie wyobraża, że ja będę pracować, sprzątać, gotować, a on mi nawet nie pomoże, obraził się i pojechał z torbami do siostry -_-