Dodaj do ulubionych

Mezczyzna & kobieta

26.04.05, 01:38
Moje wlasne wspomnienia:
Byly to lata - pozny "Zapluty" (Gumula). Moja zyciowa przygoda za "kolkiem"
zaczela sie w Tech.Samochodowym w Poznaniu. Zrobilem tam prawo-jazdy, kat.3-
ciej i w ostatnim roku _studjow_ 2-ke. Tam tez poznalem "ustrojstwo" nazywane
samochodem. Po skonczeniu tej szkolki, (na studia mnie nie ciagnelo) wrocilem
do swej miejscowosci i zaczolem pracowac jako kierownik transportu w
niewielkiej firmie (PZGS). "kierownikowalem" tam 6-tka kierowcow i
traktorzysta (jest, jest i w tym zawodzie hierarchia). Z chlopakami nie
mialem problemow, bo nie interesowalo minie - co, ile i z kim pija. Lubili
mnie, poniewaz nie obcinalem im godzin, ktore powaznie naciagali. Po
pierwszej wyplacie zapoznalem sie z nimi dokladniej w garazu z musztardowa w
reku, kielbacha i "katolikami" na blacie warsztatu. Niechcialem uchodzic za
mieczaka - wiec spelnialem toasty rzetelnie. Efekt tego - narzygalem w lozko.
Ale ten "chrzest bojowy" przydal sie w przyszlosci. Mieszkalem z mama -
ojciec nie wrocil z wojny, zostal w Anglii. Sami pchalismy ta Polska bide.
Kierownikowalem - okolo roku - armia wezwala (za-szczy-tny obowiazek).
Wcielili mnie do RWNCZ (ruchome warsztaty naprawy czolgow) w Szczecinie. Po
unitarnym. (hej chlopaki z tamtych lat - pamietacie, nie raz wynosilo sie
peta na kocu w 40-stu 10 km. na poligon) zostalem postawiony do dyspozycji
zastepcy dow. 12 Dywizji Piechoty Zmotoryzowanej im. Otokara Jarosza
(Narodnyj Gieroj CSRS) Pulkownika... mniejsza o nazwiska. Bylem jego
osobistym kierowca (jak za sanacji). Jako ciekawostka - Dowodca tej Dywizji
byl - no kto? Tak! -Jaruzel, widywalem go co dnia. Moj "stary"- okazal sie
przyzwoitym czlowiekiem, nie mialem z nim zadnych "pierepalek" ani... - on ze
mna. Zadanie moje polegalo na - wozeniu starego do Dywizji po inspekcjach i
na dziwki (byl zastepca, do spraw Tech. ) i do uslug rodziny. Stary mial zone
dwie cory (studiowaly na AM) i kilka kochanek. Nie byl za tegim opojem, ale
tez i nie gardzil. Lubilem go za specyficzne poczucie humoru. Wolal na
mnie "Robaszku", zreszta na wszystkich - nizszych ranga. Normalny dzien -
zaczynal mi sie o 7-mej rano, nie obowiazywala mnie pobudka, ani zadne tam
wojskowe "gupoty". W swej jednostce tylko spalem i garazowalem.
Patrzylo "Bractwo" na mnie z zazdroscia. Nikt do mnie nie skakal, wozilem
przeciez "Bat" na ich dupe, ale i ja nie pysznilem sie , staralem sie byc
kolezenski i uczynny. Po porannych "Oblucjach", (na sniadanie nie chodzilem)
siadalem w wymyta i zatankowana (chlopaki dbali o to co dnia, zawsze pod moim
siedzeniem byla flacha "zielska") "Wolge" i gnalem pod wille starego, ladowal
sie stary - dziewczyny z tylu, wiozlem starego do Dywizji, dziewczyny na
uczelnie - czasami odwrotnie. Stary mowil mi co mam dalej robic. Przewaznie,
wracalem po "mamuske" i wiozlem ja do psiapsiulek na "ploty", mowila mi o
ktorej mnej wiecej skonczy "pytlowac". A ja w miasto, (trzeba z czegos zyc)
bawilem sie w "Taryfiarza" (jezdzilem na "cywilnej" rejestracji). Raz WSW
zabralo mi rozkaz wyjazdu. Przyniesli staremu w zebach. Bylem wyprowiantowany
w swej jednostce. Ale wszyscy kucharze we wszystkich jednostkach, (po czasie)
znali mnie i dazyli "uczuciem", oczywiscie ,nie za darmo, "Lzy Soltysa" mialy
swoja wymowe. Jedny slowem - nie jezdzilem glodny, zawsze "cus" na czarna
godzine sie znalazlo, nieraz i stary kozystal z mej "spizarki" jak bylismy
dalej od "zaplecza"- a zglodnial . Kawal chlopa z niego bylo, wazyl - 130kg.,
wiec potrzebowal "paliwa" . Mial Ksywe "Skowronek", ale jak sie zdenerwowal,
jak przemawial do obwinionego, to wszyscy w kolo przysiadali. Mnie traktowal -
jak lubianego psiaka. Rodzine - jak udzielny ksiaze, ale nie bylo zle, nawet
kilka razy - podczas rodzinnych uroczystosci bylem zaproszony do "oltarza".
Bralem to wszystko jako "epizod" w mym zyciu. W 18-stym miesiacu
mej "sluzby", przytrafil mi sie glupi wypadek. Na hali gimnastycznej, przy
wyglupach (bylismy mlodzi) skrecilem noge w kolanie. Dwa miechy w szpitalu,
stracilem "lekotki", a poznalem milutka dziewczyne, Hello Tereniu C. !!! Moze
czyta? Byla na praktyce ze szkoly pielegniarskiej na "Orla Bialego" (plac w
Szczecinie - Pomian potwierdzi). Po rekonwalestencji, komisja lekarska uznala
ze wystarczy tych "za-szczy-tow" (zasluga "mamuski". Byla nawet raz u mnie z
wizyta, mila kobita. Tak mi "matkowala" troszeczke). Dali kat. D i zwolnili
do cywila.

Ps. Jesli (w co watpie) kogos to interesuje, nastapi cdn.

e
Obserwuj wątek
    • edek Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 01:43
      Bo zapomne!
      Dalej...
      Po wojsku Po powrocie do cywila, zastanawialem sie co dalej? Jak pomoc swemu
      losowi? Wyboru wielkiego nie bylo. Do "smutasow" nie naleze wiec - podumalem i
      doszedlem do wnosku ze jednak to jezdzenie nie bylo zle. A co tam sprobowac
      mozna. Jeszcze w wojsku zrobilem jedynke (pierwsza kat. prawka). Najolem sie do
      PSTBR (Przedsiebiorstwo Sprzetowo-Transportowe Budownictwa Rolniczego)
      Zajezdnia w (wpisac co kto chce), a placowka w mym miasteczku. No i zaczol sie
      dla mnie, uniwersytet zycia. Byla to bardzo "naukowa" robota, nauczylem sie
      tam - krecic licznik, krasc benzyne, opychac mat. budowlane, jak cement, cegla,
      pustaki, papa, wszystko co mialo nabywce, a rynek byl chlonny. Nieraz
      zastanawialem sie jak "toto" wszystko dziala? Ale nie trzeba bylobyc wnikliwym
      obserwatorem wszyscy kradli - jak mieli co. Uch to byly czasy. Polska byla
      chyba najbogatszym krajem swiata, wszyscy kradli i mieli co? No i jeszcze jedno
      zyciowe doswiadczenie - gozala, po wypiciu polowki na "leb" nikt nie rozpoznal
      ze coskolwiek wypilem, bralo mnie dopiero po dwu i to nie za mocno. To bylo
      wliczone w koszta tej nauki. Kupilem sobie "Jawe" - szal !!! Z dziewczynami nie
      mialem problemow, ale ta Jawa (co tu gadac - ulatwiala kontakty), zreszta bylem
      nie brzydki (teraz, gdzie -nie - gdzie rysa sie znajdzie) Kolezanek i kolegow
      mialem mnostwo. Ta kawalerke pekalem 2 lata, poznalem dziewczyne ktora
      konczyla "Ogolniak" w mym miasteczku. No i stalo sie...Zakochalem sie. (co trwa
      do dzis) Ozenilem sie, stracilem wolnosc (co nie bylo takie przykre) ale
      zaczely sie - troski. Mieszkalismy razem z mama, wiadomo jak to sie zyje
      na "kupie", szybko zorietowalem sie ze jest w domu o jedna gospodynie za duzo.
      Dostac mieszkanie w mym miasteczku, bylo marzeniem scietej glowy, ("Budujemy
      nowy dom, jeszcze jeden nowy dom" - piosenka dla naiwnych). Jadac z Wroclawia,
      stanolem w Lubinie (wielka budowla socjalizmu - wczesny Gierek) na obiad. Do
      mego stolika dosiadl sie facio - wechem wyczulem ze kolezka po fachu. (Mam
      wyczulony wech na olej napedowy, wogole na wszelkiego rodzaju napedy) Od slowa
      do slowa, dowiedzialem sie ze zapotrzebowanie na kierowcow jest wielkie i
      mieszkanie dostaje sie w ciagu roku. Podjechalem pod wskazany adres i jadac do
      domu - karte obiegowa przyjecia do pracy mialem w kieszeni. Na miejscu
      zalatwilem lekarzy, zwolnilem sie z mej firmy, nawet dostalem przeniesienie. Po
      trzech dniach juz siedzialem w "Mazie" w nowej firmie. KGHM. ZT Lubin.
      (Kombinat Gorniczo-Hutniczy Miedzi . Zaklad Transportu. Mieli szumne te nazwy)
      Praca polegala na tym ze wozilo sie urobek z szybu Lubin wschodni na flotacje
      na szyb glowny. Jezdzilismy na odcinku 8 km. po drodze publicznej. Pracowalo
      sie po 12 godz. od 6-tej do 18-tej - albo odwrotnie. Za pierwszy miesiac
      zarobilem tyle, co w poprzedniej za cztery (bez bokow). Pisalismy tyle , ze na
      koniec miesiaca, okazalo sie ze - wywiezlismy dwa razy wiecej urobku jak
      wydobyli gornicy - tacy "stachanowce" z nas byli. W miedzy czasie wynajolem
      pokoj z kuchnia i sciagnolem zone z pierworodnym. Zeby ukrocic nasze machlojki,
      wprowadzili pewne rygory - otoz, dostawalo sie arkusz papieru format A4 i przy
      wyjezdzie przez brame drewniany policjant stawial pieczatke na danym arkuszu
      ile pieczatek tyle kursow - proste. W dzien jezdzilem jak wariat. ( nikt mi nie
      podskoczyl, podkrecilem swojemu , gdzie trzeba i darl jak gupi) a w nocy
      kombinowalem. Nie, nie z checi zysku, tak dla chryii. Podjezdzalem pod brame,
      bieg wlaczony - lewa noga na sprzegle - prawa na gazie, boczna szyba
      spuszczona - dzwi pod lewa pacha - lewa reka zgieta w garsci papier - jak
      najwyzej oparty na dzwiach, a prawa reka sie czai ... drewniak celuje zeby
      podsteplowac - a ja go cap za rekaw i wale po arkuszu az sie blacha wygina -
      drewniak drze sie wnieboglosy a ja tluke ile sie da - nie raz z wdzianka goscia
      rozebralem. Tak sie budowalo ten swietlany system. Jeszcze jeden smieszny
      moment zapamietalem. Srednio na zmianie robilem 4-5 kursow wiecej od tych -
      wolnych. wyprzedzalem ich na drodze. Spadly wielkie sniegi - przy wiezdzie na
      szyb z glownej drogi - spych uformowal wielka pryzme sniegu, jade po urobek -
      przede mna jezdzie "przczelarz" (taka mial ksywke, caly czas pieprzyl o
      pszczolach) niechcial dac sie wyprzedzic, ja siedze mu na ogonie, trzeba
      zwolnic, widze ze nie wyrobi zakretu, ja jeszcze go poganiam swiatlami,
      przelecial przez ta pryzme, row i utknol miedzy sosenkami nic sie nie stalo -
      to byl mlodnik, przczelarz wylecial z kabiny i drze sie - tony! k...tony,
      myslalem ze zwariowal. Nastepny model, pojechal do miasta po gozale, a ze mial
      juz co-nie-co pod sufitem, jadac z powrotem, wylamal szlabany na przejezdzie
      kolejowym pod kombinatem drozniczka co wajchowala korbami podala nr 265 (bo
      taka liczba byla napisana na masce) gliny sprawdzali nasze auta czy nie sa
      podrapane, nie znalezli, bo kolezka spal za szybem. Zaczynalem miec juz dosc
      tej roboty, jak pododa to kurz, jak chlapa to bloto. Ale mieszkanie ... - to
      mnie trzymalo. Pewnego dnia po przyjsciu do pracy, dyspozytor mowi mi ze mam
      isc do kierownika, co sie stalo pytam, nic - idz zobaczysz, przez mysli mi
      przelecialo ze moze te drewniaki cos na mnie doniesli. Nie, jade po
      nowego "Zubra" do Jelcza, Fajnie mysle sobie, uwolnie sie od tego blota i tej
      monotonnej roboty. I tak sie stalo. Wozilem tym autem dynamit z Bierunia
      Starego (kolo Oswiecimia, spalismy zawsze na terenie obozu byl tam hotel) albo
      z Krupskiego Mlyna (Opolskie) a zapalniki i lonty z Pionek (Kieleckie) Zawsze
      ze mna jechal wydawca mat. strzalowych i "drewniak" (Straz Przemyslowa, tak ich
      nazywali - Drewniana Policja) do obstawy, byli to w zasadzie chlop-robotnicy z
      okolicznych wsi. Wozilem po 6 ton tego szajsu na raz, ten drewniak byl po to
      zeby mi czasami nie naszla jaka mysl , aby puscic cos w kosmos, np.
      jakis "komitet", nie mialem takich mysli. ale przepisy tego wymagaly. Nie wolno
      mi bylo zatrzymywac sie bilzej jak 300m. od najblizszych zabudowan, ale kto to
      przestrzegal. Kiedys jadac po "towar" zabralem autostopowiczow, zaladowalem ich
      do budy 3 chlopakow i 2 panienki, przywiozlem ich z Lubina do Opola,
      wystraszylem sie jak cholera, byli zieleni, obrzygani dokumentnie i jak pijani
      w sztok, jeden przytomniejszy powiedzial mi ze czuli sie jak by jechali winda,
      tylko nie wiedzieli czy w gore czy w dol, blednik im wysiadl. Juz wiecej nie
      zabieralem nikogo. Zaczelo mnie juz to nudzic. Noc w domu. Noc w hotelu. Zawsze
      te same miejsca. Ci sami ludzie. Lubie zmiany.Trzymala mnie obietnica
      mieszkania. Trzeba wytrzymac. Dostalem mieszkanie. Zrobilo sie parapetowe.
      kolesie pomogli wycyklinowac parkiet. po dwu dniach wprowadzilismy sie na nasze
      nowe pierwsze mieszkanie, radocha! Meble juz czekaly od dawna.po kilku dniach
      zwolnilem sie. Bombowiec poszedl w inne rece. Przenesienia nie dostalem.
      • edek Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 01:44
        Pracy dla kierowcow w Lubinie nie brakowalo, we wszystkich jednostkach
        transportowych czekali z otwartymi ramionami. W PKS-ie szybciutko wsadzili mnie
        na autobus. Kazdy kierowca z "Jedynka" byl dla nich jak prawdziwek posrod
        maslakow. To byly jeszcze czasy ze nie robili kierowcow autobusowych z lapanek.
        Zeby autobusem wozic ludzi, trzeba bylo miec "Jedynke". Dostalem "Jelcza" z
        przyczepa, pojemnosc 140 osob - teoretycznie. Kiedys policzylem wysiadlo 220.
        Obslugiwalem przewozy pracownicze, wozilem "kopidolow" do i z pracy. Czasy? -
        "Dojrzewajacy Gierek". Nawet przyjemnie zaczynalo sie robic w tym naszym
        baraku. Import inwestycyjny Gierka bylo widac na kazdym kroku. Historyczna
        kraksa, która sie miala skonczyc dekada Gierka miala dwie przyczyny. Jedna byl,
        oczywiscie, socjalizm, chociaz czy ja wiem? Te, z grubsza biorac Polska jakby
        ma za soba, chociaz nie trzeba przesadzac z zadowoleniem. Jest jednak drugi
        powód, dzialajacy i bez socjalizmu (choc go wzmaga i jest przezen wzmagany):
        ogolno narodowe nieuctwo. Oczywiscie, juz slychac glosy, ze to wielka i
        krzywdzaca przesada, jesli nie wrecz kalumnia. Co na to odpowiedziec?
        Oczywiscie, byl Kopernik, ktory pewnie bylby noblista w naszych czasach. Ale
        jego badania finansowal Kosciól w formie beneficjum, z którego starczalo na
        chleb i lunete. Byla Maria Curie Sklodowska, ale Nobla dostala za badania
        robione we francuskim otoczeniu naukowym i za francuska walute. Byla wybitna
        polska szkola matematyczna. Ale to dzielo garstki zapalencow w czasach, gdy
        matematyka wymagala tylko glowy i olowka, bez klopotania sie o komputery i bez
        zwiazkow z nauka eksperymentalna itd, itp. Rozpedzilem sie i zagubilem. Wracam.
        Do "DDR-onow" jezdzilo sie na wycieczki, po zakupy i vice versa. W TV i Radio
        stawalismy sie 5-ta, a w porywach 4-ta potega swiata. Co prawda dzieki
        Gorskiemu - prawie ze sie stalismy. Na ogol bylo wesolo, utwierdzali nas w tym
        Pietrzak, Laskowik, Smolen i inni rozsmiewacze. W sklepach, towarow coraz
        wiecej. Jednym slowem - ludzie zaczeli sie czesciej usmiechac i zartowac. Jak
        wspominalem wczesniej, nie lubilem nostalgi, robienia czegos na sile. Po dwu
        miesiacach, ide do szefa i prosze - daj mnie pan na "towarowke". Alllle - gdzie
        tam - panie, masz pan jedynke musisz pan jezdzic autobusem - tak jak by to on
        dal mi ta jedynke. Moge jedynie zmienic panu zajecie na linie. Coz - poszedlem
        na linie. Najdluzsza - to byl Kolobrzeg. Dali mi "Tama" - Jugolska Gablota.
        Ladne to bylo ale drogie w eksploatacji. Pojezdzilem kilka miesiecy, poznalem
        uklady, poznalem timy, (Kierowca + Konduktorka). Ale jednak nie podobalo mi sie
        to. Poszedlem do lekarza - pogadalem do reki, jestem "gluchy" i nie moge wozic
        ludkow. Radzi nie radzi przeniesli mnie na towarowke. Pojezdzilem miesiac
        na "skoka" - jezdzilem autami tych co byli niedysponowani - bylo ich wielu -
        "naduzycie" poprzedniego dnia. Pod plotem stal "Zil". Dowiedzialem sie ze:
        niechca go przyjac do naprawy "glownej", ma popekany blok i wal korbowy.
        Producent nie dostarczal zadnych czesci zaminnych - "Kooperacja" w ramach RWPG.
        Ide do Technicznego i nadaje mu ze jak ja odprowadze tego Zila to mi przyjmna -
        zgodzil sie. W tych czasach Zil to bylo "cacko". Szybkie toto bylo i dojne.
        Zaladowalismy z kolezka Zialka na Stara lamanca i wio do Solca Kujawskiego.
        KZNS byl szpitalem dla Ruskich maszyn. Przedstawiciel PKS-u (geba czerwona jak
        u Tatara "twarz" - od nadmiaru kalorii) dostal odemnie w "miech" i po szesciu
        godzinkach jade do domciu nowizna - tylko kola zostaly pekaesowskie - reszta
        jak z igly. Do dzis mam sentyment do tego autka, niby zelaz - a jednak "toto"
        tez maialo dusze. Odplacal mi tym samym, nigdy mnie nie zawiodl. Po
        umeblowaniu "Pczolki" tak go pieszczotliwie nazwalem i takie imie mial posrod
        kolegow. Kazdy szoferak ma swoje ulubione sprzety w aucie ktorym jezdzi.
        Poniekad to drugi dom. Po tygodniu, pojechalem do Sanoka po "Tesciowke"
        (Przyczepa 6 ton ladownosci). Dostalem dysponeta. Dzial zaopatrzenia ZG Lubin
        Sekcja Metalowa. Poznalem Staszka - zaopatrzeniowiec wesoly chlopak, kawalarz
        jakich malo, konczyl studia zaocznie we Wroclawiu. Dopasowalismy sie, mial
        jadna wade - a moze zalete? kochliwy byl jak kot w marcu. Jezdzilismy po calej
        Polsce za towarem potrzebnym do normalnego funkcjonowania kopalni. Mijaly lata,
        przybywalo doswiadzczen w ksiege zwana zyciem. Gierek tez zaczynal sie nie
        sprawdzac, nadszedl czas splacania zaciagnietych pozyczek, ale jakos to
        wszystko sie jeszcze toczylo. Ze kiedys to sie wszystko zawali, kazdy sobie
        zdawal sprawe tylko nie bardzo wiadomo bylo kiedy? Nadszedl czas ze musialem
        rozstac sie z "Pczolka". Minol termin eksploatacji i pczolka poszla pod palnik.
        Szkoda mi bylo tego autka. Na pocieche dostalem nowego "Jelcza" z tesciowa
        (Przyczepa 10-cio tonowa) rowniez nowego dysponeta ZHG (Zaklady Hemii
        Gospodarczej). Wozilem "prochy"(proszki do prania) po wszystkich Arged, PZGS i
        RUCH w calej Polsce. Do dzis pamietam ciasne magazyny RUCH-u w Piotrkowie
        Tryb. - makabra z wepchnieciem przyczepy pod rozladunek, tamowalem ruch na
        glownej ulicy na pol godziny, tak ciasny byl wjazd pod magazyn. Jezdzac tak,
        mijalem nieraz wielkie "Volva" z PEKAES-u tzw. TIR-y. Podobaly mi sie. Zaczolem
        sie tym interesowac. Na nasza zajezdnie zajezdzaly tankowac paliwo. Kiedys
        podszedlem do kierowcy takiego TIR-a i pogadalem z nim chwile, odpowiadal na
        pytania , ale tak jak bym rozmawial ze Sw, Piotrem przed Brama Niebieska,
        wyswiadczal mi wielka laske. Ale dowiedzialem sie o co mi chodzilo. Przy
        pierwszej okazji zajechalem do Blonia i poszedlem do kadr popytac co i jak.
        Dali mi wszystkie papiery, potrzebne do przyjecia. Bylo tego do cholery, po
        przejzeniu uznalem ze jestem w stanie sprostac wymaganym w nich warunkom. Jadac
        w strone domu rozmarzylem sie o dalekich podrozach za kierownica takiego Volva.
        Zimny prysznic spotkal mnie w domu. Wiedzialem ze lekko mi nie przejdzie,
        przekonac zone do mych zamiarow ale wspomnialem. Oniemialem, jeszcze jej takiej
        nie widzialem, tajfun , tornado , burze gradowe, jednym slowem rozpetalo sie
        pieklo, uszy po sobie i cichutko ulotnilem sie z domu. Ba, ale mnie juz ta mysl
        nie dawala spokoju, ziarno zostalo posiane. Po cichu, kompletuje papiery. Po
        skompletowaniu, podrzucilem do Blonia. Kazali czekac na egzamin wstepny.
        Dowiedzialem sie ze w najblizszym czasie Firma ta dostaje 350 "Fiatow" z Wloch.
        Podalem im adres na PKS zeby nie draznic zony. Przyszlo zawiadomienie zeby sie
        stawic na egzamin. W PKS-ie juz inaczej na mne nie wolali tylko "tirowiec". A
        wolajcie sobie, ani to obrazliwe - ale zobowiazujace. Pojechalem. Na 38 , zdalo
        11 miedzy innymi i ja. Zdawalo sie z jazdy, z przepisow ruchu drogowego i z
        jezyka obojetnie jakiego byle zachodniego (a w szkole nie uczyli). Nie wymagali
        tego duzo, proste zdania, jak zamowic jedzenie w restauracji, zalatwic hotel.
        Takie tam pierdolki. Dopiero pozniej okazalo sie ze znajomosc jezyka to nie
        pierdoly. Poliglota nie bylem ale zdalem. Kazali znowu czekac na zawiadomienie
        o kursie. Kurs byl dwu tygodniowy w ramach urlopu. Po kursie egzamin, czego
        nauczyli - a co pozostalo w glowie. Najwazniejsze jednak - to jak przekonac
        zone. Bylem jak synek - lobuziak ktory cos zbroil i boi sie o wymiar kary.
        Zaczolem niesmialo nadmieniac - widziala ze sie mecze, dowiedziala sie
        wczesniej, skad nie wiem. Ona jest kochana. To moj najlepszy przyjaciel,
        doradca, powiernik. Matka moich dzieci i zona. Przyszlo zawiadomienie na kurs.
        Siadlem w "Dacike" bo mielismy takie wozidelko i wio do Blonia. Tam tydzien
        trwal kurs z obslugi agregatow chlodniczych "Thermo King", przepisow
        granicznych, odpraw celnych i innych drobnych a potrzebnych przepisow i z
        pobierznej budowy samochodow uzywanych w tej firmie. Na miejscu byl hotel i
        stolowka. Nastepny tydzien mielismy probne jazdy na sprzecie firmy. Egzamin
        • edek Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 01:45
          Byl Luty 1975r. Przyjechalem do Blonia. Bazy mojej nowej firmy. Dostalem angaz
          i asygnate na mundury plaszcz i czapke. Nie za bardzo mi sie to podobalo,
          przypominalo mi wojsko. Ale co tam, jak tu takie obyczaje? Pojechalem do W-wy
          do krawca i odebralem, "odzienie" stalowy kolor przypominal mundury lotnictwa,
          zreszta pozniej w Moskwie uchodzilismy za Polskich "lotczykow" sugerowala takie
          domysly - "gapa" na lewej piersi. Byly to zwykle pokrzywy, mowie o materiale.
          Regulamin firmy nakazywal chodzenie w pracy w mundurach, nikt sie o to nie
          czepial poza - "Kolombo", glowny dyspozytor podstawiony przez MSW. Czapke
          zgubilem natychmiast? Nie przyzwyczajony do tego nakrycia gufki, a reszte
          ciuchow zostawilem w domu. W nowym miejscu pracy, wszyscy uzywali jezyka
          wykwintnego a, - e, bulke, przez bibulke, itd. itp. jednym slowem, Francja -
          Elegancja. Rej w tym stadzie starali sie wodzic w-wiacy, bylo ich najwiecej.
          Rodowici - byli rozpoznawani bezblednie, importowani starali sie jak mogli,
          uchodzic za rodowitych, inteligencja i sposob bycia jednak ich zdrazal,
          daremnie sie krygowali. Duzo bylo chlopakow z Jeleniej, Walbrzycha i Boleslawca
          z Lubina bylem sam. Trzeba bylo zaczac od "krajowek", kilka tur po kraju.
          Dyspozytor, dosadzil mne do jadacego do Francji przez Slubice w Slubicach
          mialem sie przesiasc do nastepnego udajacego sie z ladunkiem w kraj. Dosiadlem
          sie do p. O. Z Blonia do Slubic, 470km. jechalo sie okolo 8 godz. wiec na
          rozmowe czasu bylo duzo. Pan O. opowiadal mi rozne rzeczy, faktyczne i
          zmyslone, sluchalem jak "swinia grzrmotu" jego wywodow i konotowalem co mi sie
          moglo przydac w przyszlosci, a kasowalem "badziewie". Za te barwne opowiesci,
          zaprosilem go do zajazdu na spozniony obiad w Podrzewiu pod Poznaniem. Nowy
          Zajazd lsnil Neonami, ze srodka dochodzila cyganska muzyka. Ajent znal sie
          na "fachu". Dojechalismy do Slubic. Zglosilem sie do Dyspozytora, po zapoznaniu
          powiedzial ze mam isc do hotelu (byl w zakladowym kompleksie). Kierowca z
          ktorym mam jechac w kraj w krotkim czasie przyjedzie z zagranicy. Mila
          recepcjonistka zapisala mnie na nocleg, zanioslem swoje rzeczy do pokoju i
          poszedlem na kolacje, do pobliskiej restauracji. Po powrocie. p.Danusia (
          recepcjonistka) powiedziala mi ze kierowca z ktorym mam jechac juz jest i
          siedzi na sali TV. Podszedlem na sale, zapach dobrych papierosow i wod po
          goleniu utwierdzil mnie ze jestem coraz blizej "zachodu". Odnalazlem kierowce,
          przedstawilem sie, w wymianie spojrzen - zauwazylem - ciekawosc w jego oczach.
          Wydal mi sie "rowny gosc". Po wymianie kilku zdan na interesujacy nas temat,
          poszlismy spac. Rano, nie zrywalismy sie wczesnie, poniewaz Staszek musial sie
          rozliczyc z podrozy do RFN-u. Bylo kilka sekcji - jak weryfikacja, paliwo,
          dewizy, BRD, paszporty, bylo troche latania. Ja zadzwonilem do domu i
          uprzedzilem zone ze bedziemy mieli goscia na obiad. Jechalismy do Bielska
          Bialej z ladunkiem. Po rozliczeniu, ruszylismy. Samochod - bylo to "Volvo" z
          przyczepa "Teyo".Staszek, okazal sie kierowca. Podobala mi sie jego jazda i
          zachowanie na drodze. Ja juz tez mialem 12-letnie doswiadczenie za kierownica
          wiec nie bylem zielony w temacie. W domu bylismy w sam raz na goracy obiad, po
          obiedzie kawa i luzna rozmowa. Staszek zaspokoil kilka pytan zony i
          pojechalismy dalej. W Bielsku bylismy wieczorem. Nocowalismy w
          Hotelu "Prezydent". Bylo juz pozno, kolacje zjedlismy po drodze. Zastanowilo
          mnie ze Staszek od recepcjonistki pozyczyl dwie szklanki. Po przyjsciu do
          pokoju, po umyciu sie, zaproponowal po "malym". Wyciagnol z nesesera "Cezara" -
          litrowa flacha jugoslawianskiego koniaku. Przegadalismy do rana, herbaty
          wypilismy wiadro, Cezar wsiakl rowniez. Od Staszka dowiedzialem sie o wiele
          wiecej jak na tym firmowym kursie. Staszek, byl z Woli, w-wiak z dziada -
          pradziada. Nie zyje. W Belgi w Ostendzie, przechodzil przez ulice, potracil go
          smiertelnie jakis pirat drogowy. Po rozladunku, podwiozlem Staszka do Katowic
          na dworzec PKS-u. Pojechal do domu. Powierzyl mi Samochod i obowiazki. Mialem
          zaladunek nastepnego dnia we Wroclawiu w "Hutmenie", prety mosiezne do Francji.
          Jechalem przez Lubin, dwie doby w domu, w niedziele o umowionej godzinie bylem
          w Slubicach. Staszek juz czekal na mnie. Okazalo sie ze jade juz za granice do
          Hamburga z butelkami. Inny kierowca przywiozl moj paszport i wlasnie z nim mam
          jechac. Troche zaskoczony ale zadowolony. Przygotowany bylem na jazdy po kraju,
          a tu raptem tylko dwie trasy i juz jade za miedze... Przenioslem manele z
          Hotelu do auta i w droge. Do pelni szczescia brakowalo, zeby partnerem byl
          Staszek ba na uklady nie ma rady, jedziemy. Kolega K. okazal
          sie "Dystansowcem". Kazde zdanie zaczynal od kolegi. Nie bede pisal o nim , bo
          nic nie pamietam. Slaby zawodnik i na drodze i w gadce. Nawet za "mgla" nie
          moge sobie go przypomniec. Za to pierwsza jazde za granice jako kierowca,
          pamietam dokladnie. Z zajezdni w Slubicach do garanicy bylo tylko 5 km. w
          Swiecku na przejciu, odprawa paszportowa i celna, paszporty kontrolowal polski
          oficer WOP. Wziol ten moj paszport, uwaznie i gleboko zajzal w oczy a paszport
          wsadzil gdzies miedzy nogi i nim cos tam hachmecil, nie bylo widac. Nastepny -
          to oficer "Grentz Policai". Ten tylko przylozyl pieczatke w paszport.
          Nastepnie, UC Polski sprawdzil plomby celene zalozone przez celnika przy
          zaladunku i oddarl karte z Karnetu TIR, to samo zrobil celnik niemiecki. Most
          na Odrze i jestesmy w "dodatku do rancza" Autobahn jeszcze po Hitlerze do
          obwodnicy Berlinskiej byl dobry. Od - makabra. Ruch tranzytowy z RFN zrobil z
          tej autostrady rzeke zamarznieta podczas sztormu. Trzeba bylo jechac ostrozie,
          szybciej - resory zostawaly na drodze. Halmsted - Granica. Miedzy jednym
          Narodem. Zaczynala sie 3 km od wlasciwej granicy. Plot z siatki metalowej,
          nastepnie pas ziemi zabronowanej, na nim co 50 m. slupy oswietlajace ten pas,
          budy z psami i wartownicy na wiezach dopelniali ten landszaft. Na odprawie
          celnej pies byl najwazniejszym pracownikiem tych sluzb. Wygladalo to wszystko
          tak jak by zastepy glodnych i spragnionych z zachodu, mialy sie wedrzec do
          krainy mlekem i miodem plynacej. No coz, co kraj to obyczaj - ustroj (tfu).
          Spojrzenia funkcjonariuszy ponure i grozne - dlaczego? Most i jestesmy w tym
          gorszym swiecie. Oficer strazy granicznej usmiechniety, sprawdzil paszporty i
          zyczyl szczesliwej drogi. Na Urzedzie Celnym odprawa zajela nam chwile. Jazda
          po prawdziwej autostradzie byla przyjemnoscia. W Hamburgu bylismy rano. Po
          rozladunku butelek w hamburskim browarze, jedziemy po ladunek do Ludwigshafen.
          Kolega widzial ze nie jestem kamikaze, polozyl sie spac. Jadac rozmyslalem,
          rozgladalem sie po mijanych okolicach i doszedlem do prostego wniosku, ze to
          mysmy te wojne przegrali. Kolega obudzil za Frankfurtem. Zmienilismy sie Po
          kilku minutach wrazenia, zmeczenie, miarowy szum silnika uspil mnie. Po
          przyjechaniu na miejsce pod fabryke, szybciutko wskoczylem w spiwor. Rano po
          zaladunku ruszylismy w droge powrotna, pozno przyjechalismy do Braunshwick'u
          pod "zydow" zeby rano zrobic zakupy. Byly tam 3 sklepy z ciuchami, Waldek,
          Krolak i Fredi. Waldek to slazak. Krolak, brat slynnego Stanislawa - kolarza.
          (Slyszalem ze Stanislaw jest najbogatszym Polakiem w Las Vegas). A Fredi to
          Holenderski Zyd. Kupilem sobie zegarek, japonca m-ki "Orient".
          Wszyscy "tirowcy" takie nosili, niechcialem byc gorszy, poszedlem za stadem.
          • edek Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 01:47
            Slonce pali od rana jak nad kraina Beduinow. Asfalt lepi sie do butow. Drzewa
            umieraja stojac. Kot, rozwalony na wystepie muru, sni sen sytosci i ciepla.
            Poce sie. Rozgrzane miasto, jak macki osmiornicy, wciaga w swoja czelusc.
            Symbioza apatii i rozleniwienia. Przysiadam na krzesle, obok sklepowej kasy.
            Kasjerka usmiecha sie do mnie. (skad ona bierze do tego energie?) Aha, dopiero
            teraz sobie uswiadamiam. Wewnatrz "markietu" panuje mily chlod. (klimatyzacja
            dziala) Mozg z wolna odzyskuje zdolnosc dzialania. Krystyna robi zakupy przed
            wypadem na plaze. Grzebie sie w stercie jablek, jak w przyslowiowych
            ulegalkach. Cholera! Czego ona tam szuka? Przeciez wszystkie sa jednakowo
            piekne. Babska natura! Zaraz ktoras z ekspedietek wyskoczy z pyskowka!
            Rozgladam sie trwoznie. Kasjerka, takim samym jak mnie przed chwila usmiechem,
            wita kolejnego klienta placacego rachunek. Czlonkowie personelu "markietu"
            uwijaja sie wsrod przebogato wyeksponowanych asortymentow artykulow, ukladajac,
            poprawiajac kompozycje wystaw i uzupelniajac na biezaco spowodowane kupnem
            ubytki towaru. Przeciez to nie kraina cudow, z jej haslami ze wszystko dla
            LUDU! (juz dwno sie zorietowalem ze Brzechwa klamie) Tu inaczej pojmuja
            haslo "frontem do klienta". Tam, (jakze ciezko mi pisac to slowo)
            sprzedawczyni, prawem kaduka, mogla ci hurtem, jak leci klasc do
            zatluszczonej "Trybuny Ludu" nadgnile jablka czy cebule majac, na niesmiala
            uwage petenta o niejadalnosci polowy towaru, serie warkniec - prawd: a co mam z
            tym zrobic? Kto za to zaplaci? Gdzie sie pan pcha z rekoma? Niema pan czego
            macac? I trzeba zrozumiec tamte ekspedietki... Ten przyklad szedl z "gory".
            Poza kilkoma prywatnymi Piekarniami, czy Cukierniami, gdzie zasady handlu
            byly "normalne", tzn. "klient nasz pan". W reszcie "uspolecznionych" przybytkow
            Merkurego, panowal folklor. Coz sie dziwic? Gdy na polkach stoja ocet i
            przeterminowane dzemy, a raz kiedys zdazy sie dostawa podlego gatunku jablek
            (gdzie oni podziewaja zbiory z tysiecy hektarow sadow?) i tym samym w nude
            dniowki odwalanej za pusta lada wplecie sie mozliwosc rozmowy z klientem, to
            trzeba te rozmowe przeprowadzic z pozycji pojecia tak bardzo zakorzenionego w
            perelowskiej administracji: kto tu rzadzi? Nie podoba sie? Wynocha! Sprzedam
            czy nie sprzedam, liste obecnosci podpisalam, a wiec dniowke mi zaplaca. A jak
            reszta towaru sie zepsuje? To na zapleczu sklepu podzieli sie z kolezankami tym
            co zostalo, spozadzajac - wedlug uswieconego tradycja, zlodziejskiego,
            socialistycznego rytualu - opatrzony kilkoma pieczatkami i podpisami protokul
            strat. Polak potrafi. Pedzisz, bracie do jedynego w tej dzielnicy sklepu. Moze
            ci sie uda przed odejsciem autobusu kupic bulke do pracy? Dopadasz, zdyszany
            jak Zatopek do dzwi, zamkniete, nerwowo spogladasz na zegarek. Toz dopiero
            rozpoczol sie dzien pracy! Rozplaszczasz nos na szybie. Siedzi przy ladzie
            stadko pan (handel to sfeminizowana galaz gospodarki) prowadzacych ozywiona
            konwersacje. Przestepujac z nogi na noge, niesmialo pukasz. Najstarsza stazem w
            nicnierobieniu, przedstawicielka "Bardzo Waznego Biura", gestem Napoleona, z
            nad szklanki herbaty (przed kryzysem byla kawa) wskazuje miejsce na szybie.
            Spogladasz we wskazanym kierunku, jest. Na konopnym sznurku wisi tam,
            popstrzona przez muchy i wyplowiala od czestego uzywania, kartka z
            napisem "Inwentaryzacja". Co one tu u licha inwentaryzuja, jezeli glowna
            zawartosc sklepu jest, blakajace sie wsrod pustych scian echo ich rozmow?
            Startujesz ostro i nie odpowiadajac na pytajace spojzenia potecjalnych klientow
            zmierzajacych do zamknietego (przynajmnija trzy dni) sezamu. Pedzisz na
            przystanek autobusowy. (...?) Nie panie, nie bylo zadnego. Czekam juz prawie
            godzine. Pewnie zjechal do bazy? Stare opony, wyeksploatowane akumulatory.
            Kryzys, szanowny panie, kryzys... Moze dobry los sprawi ze nadjedzie Taksowka,
            bo inaczej... Spoleczna dyscyplina pracy... Po przeciwnej stronie jezdni,
            ochlapany rozbryzgami ulicznego blota, tkwi od - jak pamietam, mobilizujacy zew
            klamliwej propagandy, zaklety w przydrozny plakat: "Tworczym wysilkiem ludzi
            pracy zbudujemy silna, dostatnia i szczesliwa Polske!" Jak - do cholery, na
            glodniaka i na piechote? Tracony przez Krystyne torba z zakupami odzyskuje
            poczucie rzeczywistosci. Zerkam do wnetrza torby. Jablka, (jedno piekniejsze od
            drugiego)pomarancze, piwo. Idziemy na plaze. W upalnych promieniach slonca,
            mysl pracuje na jalowym biegu. A jednak, podrazniony wspomnieniami mozg
            formuluje niewypowiedziane pytanie. Jak ci tu - to robia, ze przy tak ogromnym
            asortymencie towarow i uslugach przez wszystkie dni tygodnia, nie dali mi
            satysfakcji odczytania na szybie (lsniacej czystoscia) zadnego z odwiedzanych
            sklepow tabliczki z napisem "Inwentaryzacja" czy "Przyjecie towaru"? Zarazona
            perelowskim bezholowiem mysl nie przynosi zadnego sensownego roztrzygniecia
            nurtujacego mnie problemu. Po prostu. Jest inaczej jak w PRL-u, (to widac na
            kazdym kroku) czyli - jest dobrze. Boze, a przeciez tak niedaleko... Nadmorska
            plaza roi sie rozneglizowanym towarzystwem roznego autoramentu. Dziewczyny,
            panie w wieku balzakowskim, oraz te nieco plus wyzej - w stroju topless..
            Chlona slonce, roznego ksztaltu wieku i kondycji biusty... Rozkladamy koc i
            daje nura w chlodne fale morza. Odplywam daleko od brzegu. Lezac na plecach z
            wyciagnietymi rekoma za glowe, kolysze sie na falach, woda przyjemnie chlodzi
            cialo. Chcialo by sie krzyczec! Przeciez, po co mi "Niebo", jesli tu tak
            dobrze. Czuje sie jak "odkupiony" z grzechu pierworodnego. Chcialo by sie, by
            dzien ten trwal bez konca. Lecz roztropnosc podpowiada ze byt czlowieka
            uzalezniony jest od zawartosci kieszeni. Coz, pieniadz rzadzi Swiatem,
            obojetnie, czy tu, czy tam. Na temat "dobr doczesnych", mozna bez konca.
            Jestem "minimalista". Mialem, nie mam. Trzeba zaczynac od poczatku, wspinaczke
            w hierarchi tych dobr. Wiem jedno, czym wiecej chcesz osiagnac, tym wiecej
            musisz tracic, czy warto? Powracajac do brzegu, szeroko rozgarniam wode - ta
            niesie lekko, lawiruje wsrod baraszkujacej mlodziezy. Totalna beztroska, czas
            kanikuly. Smiechy, chichoty, okrzyki. Raj na Ziemi. Cieszmy sie chwila. Ile
            takich chwil w zyciu czlowieka? Lecz takich sie nie zapomina. Nimi zapelniasz
            swoja pamiec i dazysz zeby jak najczesciej sie powtarzaly. Te zle chwile ida w
            niepamiec, zostaje tylko doswiadczenie, ktore podpowiada co masz robic aby
            wlasnie tych zlych chwil unikac. "Glifada", jedna z pieknych atenskich plaz.
            Wracajac na koc, widze Krystyne rozmawiajaca z przystojnym chlopakiem. Jak sie
            okazalo, nasz rodak z dalekiego Ohio. Jest pilotem babardujacego mysliwca z
            pobliskiej bazy USAir Force. Jest ich kilku z dziewczynami, ktore tez sa z
            personelu tej bazy. (wesole i beztroskie towarzystwo) Chlopak, (John) ma na
            lewym ramieniu wytatulowanego orzelka, jak na dwuzlotowce? Pytam, skad wzial
            cos takiego. Powiedzial ze to dla ojca i ojca ojczyzny, i on sam chcial
            podkreslic swe pochodzenie. Teraz, zapewne zeby byc aktualnym, musial
            dotatulowac - korone, poniewaz nasze godlo panstwowe dorobilo sie korony. Czas
            jest jak korba, wszystko przekreci.....
            ~~~~~~~~~~~~~~~~~~
            Siedzicie wszyscy zgnieceni na malej przestrzeni. Nad telepatia panowac nie
            umiecie. A co za tym idzie kazdy z was ma w glowie mniejszy lub wiekszy zamet.
            Szanse na koncentracje - minimalne, szanse na relaks - zerowe. Musi narastac
            zmeczenie, wlasnie psychiczne a nie fizyczne, ktore w krotkim czasie doprowadzi
            do narastania stresu, ogolnej nerwowosci i agresywnosci wszystkich. Ktos kiedys
            powiedzial: glodny polak to zly polak, ale niewyzyty polak to dopiero nerwus.
            Mozna to uogolnic na wszystkich ludzi.
            Jak w takim ukladzie wyglada wasze samopoczucie? Ciekawe komu pierwszemu
            puszcza nerwy... I kto bedzie pierwsza ofiara...
            Aby wymienic poglady - nic tak nie ulatwia rozwoju i poznawa
            • edek Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 01:59
              Chociaz zyje w Kanadzie... Jestem Polakiem, bo mi sie tak podoba. To moja
              scisle prywatna sprawa, z ktorej nikomu nie mam zamiaru zdawac relacji, ani
              wyjasniac jej, tlumaczyc, uzasadniac. Nie dziele Polakow na "rodowitych"
              i "nierodowitych", pozostawiajac to rodowitym i nierodowitym rasistom, rodzimym
              i nierodzimym rasistom.
              Dziele Polakow jak inne narody, na madrych i glupich, uczciwych i zlodziei,
              inteligentnych i tepych, interesujacych i nudnych, krzywdzonych i krzywdzacych,
              gentlemenow i niegentlemenow.
              Dziele tez ludzi na faszystow i antyfaszystow. Te dwa obozy nie sa jednolite,
              kazdy z nich mieni sie odcieniami barw o rozmaitym zgeszczeniu, a spogladajac
              na niektore postingi na tym forum - widac wyraznie kto i zacz.
              Linia podzialu istnieje i daje sie calkiem wyraznie przeprowadzic. Odcienie
              zostana odcieniami, lecz barwa (gdy sie dobrze przyjzec) samej linii istnieje i
              pogleba sie w zdecydowany sposob.

              Moglbym powiedziec ze w plaszczyznie politycznej dziele ludzi na antysemitow,
              antyfaszystow i narodowcow. Bo faszyzm gloszony przez faszystow to zawsze
              antysemityzm. Antysemityzm jest miedzynarodowym jezykiem faszystow.
              Gdyby jednak przyszlo do uzasadnienia swej narodowosci, a raczej narodowego
              poczucia, to jestem Polakiem dla najprostszych, niemal prymitywnych powodow
              przewaznie racjonalnych, czesciowo irracjonalnych, ale bez "mistycznej"
              przyprawy.
              Byc Polakiem to ani zaszczyt, ani chluba, ani przywilej. To samo jest z
              oddychaniem. Nie spotkalem jeszcze czlowieka, ktory jest dumny z tego, ze
              oddycha.

              Polak? - bo sie w Polsce urodzilem, wzroslem, wychowalem, nauczylem, bo w
              Polsce bylem szczesliwy i nieszczesliwy.
              Polak? - bo dla czulego przesadu, ktorego zadna racja ani logika nie potrafie
              wytlumaczyc.

              Polak? - bo mi tak w domu rodzicielskim po polsku powiedziano; bo mnie tam
              polska mowa od niemowlectwa karmiono; bo mnie matka nauczyla polskich wierszy i
              piosenek.

              Polak? - bo po polsku spowiadalem sie z niepokojow pierwszej milosci i po
              polsku belkotalem o Jej szczesciu i burzach. Polak dlatego takze, ze brzoza i
              wierzba sa mi blizsze niz palma i cyprys, a Mickiewicz i Chopin drozsi, niz
              Szekspir i Beethoven. Drozsi dla powodow, ktorych znowu zadna racja nie
              potrafie uzasadnic.

              Polak? - bo przejalem od Polakow pewna ilosc ich wad narodowych.
              Polak? - bo moja nienawisc dla faszystow polskich jest wieksza, niz faszystow
              innych narodowosci. I uwazam to za bardzo powazna ceche mojej polskosci.

              Ale przede wszystkim - Polak dlatego, ze mi sie tak podoba!
            • mon.dan Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 02:04

              że co?
    • mabiwy Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 07:47
      z przyjemnością poczytałem, opowiadasz o z przymrużeniem oka, o czasach ,
      których nie znam z autopsji, a które zawsze wydawały mi się siermiężne. Swiat
      szybko stanął dla Ciebie otworem,co niespotykane dla mieszkńca kraju zza
      zamkniętej kurtyny, w tamtym okresie. Umiesz obserwować i wyciągać wnioski.
      Ciepło mówisz o swojej polskości, jak niemal każdy inostraniec z wyboru. Bo Ty
      jednak, mimo tych wszystkich słów wybrałeś Kanadę.Jedno jest pewne zachowałeś
      umiejętność posługiwania się językiem polskim i robisz to z dużą lekkością.
      Pozdrowienia..
    • b.pascal Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 08:07
      edek napisał:

      > Moje wlasne wspomnienia:
      [...]
      > Ps. Jesli (w co watpie) kogos to interesuje, nastapi cdn.

      Jeśli masz ochotę dalej snuć swoja wspomnienia,
      to proszę, nie tutaj. To jest forum DYSKUSYJNE.
      Na monologi przeznaczone są blogi:
      blox.pl/html :))
      • mon.dan Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 13:11

        oj paskal nie bądź taki zasadniczy. z opowisci o dyrektorze buraku wyszedl
        gazecie bardzo interesujacy artykulik, a z pana edka - poczatki kapitalizmu
        nawet ksiazka (chyba klapa wydawnicza, ale liczy sie sam fakt).
    • tony82 Re: Mezczyzna & kobieta 26.04.05, 09:00
      A gdzie sex, przemoc i używki?:P
      Musisz trochę podkolorować swoją opowieść. Inaczej to się nie sprzeda. Popatrz
      na opowiastkę o niejakim Harrym P. ;P

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka