Dodaj do ulubionych

Było erotycznie to teraz trochę grozy :)

08.12.08, 12:48
Mam nadzije że spodoba się Wam moje opowiadanie z pogranicza
horroru. Nie wiem jak to zatytułować, ale co jakiś czas będę
dodawał ...kolejne dni :)
Obserwuj wątek
    • unhollyseth Dzień 1 08.12.08, 12:49
      Dzień 1
      Jest ciemno. Szumi mi w głowie. Słyszę jakieś głosy. Próbuje dojść
      skąd dochodzą. Czyżby znów z mojej głowy? O nie błagam odejdźcie,
      nie chce was słuchać… błagam! Głosy, ciemność.. dlaczego jest tak
      ciemno? Głosy jakby coraz bliżej, słyszę je, słyszę co mówią… Mówią
      o mnie. Wciąż pada moje imię. Adam, Adam… ADAM! Boże gdzie jestem,
      co się ze mną dzieje? Odjedźcie, zostawcie mnie do cholery w
      spokoju!!! Światło! Widzę światło, malutki punkcik w oddali. Głosy
      już nie są w mojej głowie, ale stoją koło mnie. Otaczają mnie.
      Światło z małego punktu zamieniło się w ogromną kulę jasnego
      światła. Boli, światło boli. Kuje mnie w oczy, czuje ból w każdym
      centymetrze ciała. Tak jakby jasność była szpilką w tanim horrorze,
      którą mężczyzna w zakrwawionym kitlu wbija Ci z wdziękiem sadysty
      prosto w gałkę oczną. Szpilką? Raczej wiertłem , które obracając
      się rozrywa Twoje oko na tysiące bolących kawałków. Znów pytania,
      tysiące pytań gdzie jestem, co się dzieje, co to za głosy. Moja
      głowa jest pełna pytania bez odpowiedzi. Ból połączony z
      frustracją…. z bezsilnością sprawia że czujesz się zamknięty jakby
      w betonowej klatce o którą dzieciaki z sąsiedztwa odbijają piłkę z
      przeraźliwym BUM …BUM… BUM…. Jedyne pytanie, na które dostałem
      odpowiedź to dlaczego jest tak ciemno. Ciemność przestała być już
      tajemnicą. Moje oczy… moje oczy były zamknięte. Same bez mojej
      wiedzy dąży ku światłu, zupełnie jakby były niczym nie związane ze
      mną. Dwie białe kulki z zielonymi plamkami, które żyją własnym
      życiem. Chodzą na spacery, piją piwo w pubie, oglądają telewizję.
      Dwie białe kulki żyjące własnym życiem… Ale teraz znów były moje.
      Znów byłem ich właścicielem. Otworzyłem powieki i kazałem białym
      kulkom powiedzieć mi co widzą.
      Obraz był zamazany. Jadąc we mgle widziałem pewnie więcej niż teraz.
      Widzę! Widzę! Widzę… ale tylko kontury. Trzy postacie chodzące
      wokół mnie. Rozmawiają o czymś, ale nie słyszę ich wyraźnie,
      ponieważ wszystkie siły skupiam na wydawaniu rozkazów białym kulkom.
      Chyba ktoś włączył światła przeciwmgielne bo widzę postacie. Dwóch
      mężczyzn i kobieta. Ubrani w białe kitle. Starszy trzyma jakieś
      kartki, coś zapisuje. Młodszy kiwa tylko głową potwierdzając to co
      mówi Starszy. Młody jest wysoki, szczupły i wygląda jak z filmu o
      hitlerowcach. Wygląda na 27 – 30 lat. Wyraźne rysy twarzy, blond
      włosy nienagannie zaczesane do tyłu. Stary nie wiele niższy od
      Młodego miał pomarszczoną twarz, którą zasłaniały ciemne okulary w
      grubej oprawie. Nie miła twarz, wręcz straszna i odrzucająca. Gdybym
      był dzieckiem i spotkał go późnym wieczorem w odludnym miejscu to
      pewnie uciekałbym ile sił w nogach, krzycząc przy tym jakby mnie
      ktoś kroił na kawałki. Kobieta stała koło Starszego i spoglądała na
      mnie. Miała 35 – 40 lat. Szczupła, atrakcyjna z ognistymi włosami.
      Ten typ kobiety, w którym podkochują się młodzi chłopcy widząc po
      raz pierwszy nagą kobietę w gazecie, którą zabrali po kryjomu ojcu z
      szafy. Cały czas patrzyła na mnie, ale nie wiem JAK patrzyła na
      mnie. Jej twarz była zimna, bez żadnych emocji. Ciekawe czy na jej
      czerwonych ustach gościł kiedykolwiek uśmiech, a jeżeli już to mogę
      się założyć, że to było zaraz po tym jak zadźgała nożem swojego
      kochanka podczas ekstazy.
      Próbowałem się poruszyć, coś powiedzieć, ale z moich ust wydobywał
      się tylko bełkot. Zupełnie nie zrozumiały chyba dla nikogo zlepek
      głosek i dźwięków. Pewnie dostałem jakiś środek usypiający lub
      paraliżujący i właśnie przestawał działać. Moje ciało odradzało się
      jak feniks z popiołów… To odradzanie miało chyba być w chwale i
      majestatycznie, a ja czuję się jakby ten sadysta wwiercający się w
      moje oko przebił się dalej niż tył mojej głowy. Zamiast chwały ból.
      I to ogromny.
      - Gdzie jestem? – Ha! Zlepek dźwięków już nie był tylko esencją
      najznakomitszego bezsensu, ale całym zdaniem. Hmmm raczej pytaniem,
      na które wręcz żądałem odpowiedzi!
      Ognistowłosa pochyliła się nade mną i mogę się założyć, że wbiła mi
      igłę w rękę. Głosem słodkim i ciepłym ( a jakiego innego głosu można
      było się spodziewać po seryjnej morderczyni, która zabija swoich
      kochanków jeszcze w łóżku) powiedziała:
      - Adam… Śpij słodko. Jesteś w dobrych rękach.
      Ha! Widziałem, że mi wbiła igłę ze strzykawką i chyba dostałem jakiś
      środek, bo…. znów zniknąłem.
      Miałem sny, chociaż nie jestem do końca pewien czy to były sny.
      Śniła mi się moja żona. Widziałem ją na łące pośród kwiatów.
      Flirtowała ze mną. Uciekała a ja ją goniłem. Potem śnił mi się las i
      umierające drzewa, starszy mężczyzna, który rozmawiał ze mną w
      nieznanym mi języku. Śniłem, że ktoś stoi w moim pokoju i patrzy się
      na mnie . Ktoś dziwny. Nie widziałem jego twarzy, ale miał
      przechyloną na bok głowę i patrzył na mnie, jak dziecko patrzy na
      tort w czasie swojego przyjęcia urodzinowego. Nie wiem czy to był
      sen czy naprawdę go widziałem, ale miałem nadzieje, że dziś to
      dziecko nie zje tortu. Na koniec znów widziałem swoją żonę. Jej
      sukienka i twarz były pochlapane krwią, ale na jej ustach był
      ciepły i życzliwy uśmiech. Podeszła do mnie i powiedziała…
      -Adam wstawaj. Czekamy na Ciebie…
      • tycja78 Re: Dzień 1 08.12.08, 14:16
        Wow... i co było dalej?
        • unhollyseth Re: Dzień 1 08.12.08, 14:29
          Dzień 2 będzie w najbliższych dniach:)
          • rotarepo Re: Dzień 1 08.12.08, 14:44
            Nie jedz przed snem skitelsów :)
            • unhollyseth Re: Dzień 1 08.12.08, 14:45
              To właśnie dzięki nim jeszcze normalnie funkcjonuje:)
              • se_nka0 Re: Dzień 1 08.12.08, 14:50
                Ja nie wiem co napisałeś, bo się boję czytać :P
                • lachien Re: Dzień 1 08.12.08, 15:41
                  Czyżby dzień drugi był taki?

                  Nazywam się Walery Boczek, bo zawsze byłem pulchny i na twarzy różowy. Mam 78
                  lat. Mocz oddaję prawie zawsze i regularnie o 7.30 rano. Czasem, co muszę z
                  przykrością przyznać - moczę się. Zdarza mi się to niestety także wtedy, gdy
                  jestem w ruchu, nieomalże pod drzwiami ubikacji. Lecz pocieszam się faktem, że
                  mój najlepszy kolega - Jaś Pyrek - także to robi.
                  Jak co dzień rano, nagi, rozpoczynam preparowanie śniadanka. Zagotowuję mleko,
                  zapuszczam parę kropelek uryny doń, a zanim ostygnie, staram się zwrócić na
                  siebie uwagę sąsiadki i przechodniów wystając w oknie.
                  Czatując nań.
                  Mleko tymczasem ostygło, więc sporządziłem sobie dwa tosty, które natychmiast
                  spożyłem i popiłem sobie zdrowo zimnym już teraz mlekiem. Uradowany
                  wypełnieniem żołądka udałem się w kierunku łazienki, aby zaaplikować sobie
                  solidną porcję prochów. Jak co dzień.
                  Po zażyciu lekarstw poczułem się trochę nieswojo, więc udałem się do ubikacji w
                  celu wypróżnienia. Zajęty kontemplacją płynącą z procesu defekacji nie
                  dostrzegłem z początku GO. Ale gdy GO ujrzałem, targnęły mną mocne torsje i
                  skurcze pośladków. Poczułem, że coś w mojej głowie bezgłośnie pęka. Poczułem
                  żądzę destrukcji i eksternimacji. W dziwacznym widzie zacząłem tłuc swoją
                  sztuczną szczęką kafelki na ścianie klozetu. A to był dopiero początek. Moimi
                  ofiarami stawały się po kolei: najnowszy model umywalki z Carrefoura, lustro ze
                  szkła holenderskiego - to w łazience - a gdy wybiegłem do kuchni - talerze i
                  kubki. Zaatakowałem lodówkę. Chwyciłem kuchenkę mikrofalową i chciałem cisnąć
                  nią o podłogę, gdy kątem oka dostrzegłem spoczywający na blacie stołu nóż do
                  pieczywa......
                  Ocknąłem się i spostrzegłem, że znajduję się leżąc na zimnej podłodze w pokoju
                  jadalnym, wciąż nagi. Obok mnie walały się szczątki mebli, porwane firanki
                  zwisały żałośnie, słyszałem także głosy.
                  Nagle agresywny dźwięk rozdarł panującą ciszę atakując moje bębenki. Hałas,
                  który z początku wydał mi się waleniem młota w gong, przerodził się po dłuższej
                  chwili w...... pukanie.
                  Pukanie do drzwi.
                  W jednej chwili stałem się trzeźwo myślącym człowiekiem, poderwałem się na
                  równe nogi, podsunąłem się niczym cień do drzwi i spojrzałem przez wizjer.
                  Po drugiej stronie rozpoznałem nikogo innego, jak mojego serdecznego druha,
                  wspomnianego już wcześniej Jasia Pyrka.
                  Wpuściłem go do środka i powitałem z należnymi honorami. Ruszyliśmy do kuchni,
                  gdy głosy pojawiły się ponownie. Teraz były wyzaźne i rozumiałem ich sens.
                  Kazały mi dokonywać zniszczeń i pić...pić....pić krew. Dużo krwi.
                  Zwieracze lekko popuściły i po chwili poczułem w nogawkach ICH obecność.
                  FEKALIA.
                  Teraz stawały się wręcz pożądane. Wiedziałem i czułem, że są nieodłączną częścią
                  mnie. Gdy ekstramenta sięgnęły posadzki, znalazłem wyjście w tej samej chwili,
                  w której dostrzegłem TOPÓR. Chwyciłem go pewnie i zadawałem ciosy - mnóstwo
                  ciosów. Bryzgająca, szkarłatna krew oplotła mą twarz.
                  Roześmiałem się ekstatycznie, a ma dłoń poczęła błądzić w okolicach mych
                  wystrzyżonych genitalii.
                  Była ósma. Właściwie trzy po.
                  • lachien Re: Dzień 1 08.12.08, 15:41
                    A może taki?

                    Dziś na obiad będzie tatuś - powiedziała do dzieci mama - stojąc w dzwiach do
                    jadalni. Cała zbryzgana była krwią, na podomce miała strzępy skóry z kłębkami
                    włosów, a w ręku szczerbaty nóż. Za nią, w kuchni, widać było na podłodze nogi,
                    które wystawały zza lodówki. Część ciała powyżej kolan była niewidoczna - wtedy
                    jeszcze nie wiedziały, że jej wogóle nie ma. Nogi wyglądały normalnie - z
                    wyjątkiem tego, że u jednej brakowało stopy. Z kikuta wystawały kości
                    postrzępione od razów topora, którym ją oddzielono. Krwi ma meblach nie było
                    dużo - więcej było jej na babci, która ciągnęła do sypialni korpus. Mama
                    cofnęła się do kuchni, wzięła nogi i wróciła do dzieci. "Dam Wam prezent" -
                    rzekła - po czym z rozmachem wkroiła się w ciało. Gdy nóż utknął w kości -
                    użyła tasaka - i już wnet trzymała w dłoniach oba kolana, które to wręczyła
                    pociechom. Trzeba pomóc teraz babci - powiedziała. Gdy weszły do pokoju,
                    zastały tam babunię, która przygotowała już stół. Leżał na nim tułów. Oooo -
                    dobrze, że jesteście - ucieszyła się - pomożecie przy patroszeniu. Gdy dzieci
                    się ociągały - dodała - "nie bójcie się, bo przypominacie Waszego
                    ojca". "Strasznie wył, gdy źle trafiłam go siekierą" - dodała z szelmowskim
                    uśmieszkiem. Zbliżyła się do ciała i zaczęła wyjmować jelita ze środka.
                    Podawała je dzieciom, które musiały biegać z nimi do kuchni i wrzucać do garnka
                    z zupą, by zgodnie z twierdzeniem babci nadać jej swoistego, mięsnego wyrazu.
                    Cały czas przy tym marudziła, że ojciec przeszkadzał jej się szybko z nim
                    sprawić, a jak było po wszystkim - to w dodatku nabrudził na posadzkę. Nie
                    zdążyła dodać nic więcej, bo pobliska eksplozja bomby atomowej zdmuchnęła całą
                    okolicę.
                    • lachien Re: Dzień 1 08.12.08, 15:42
                      A moooooooże taki?

                      Nazywam się Stanisław Bazia. Mieszkam na małym osiedlu w małym mieście. Swoje
                      gniazdko uwiłem wraz z żoną w bloku wielorodzinnym przy ulicy Działkowej. Moja
                      żona miała na imię Patrycja - miała - ponieważ odeszła do krainy wiecznych
                      łowów 4 lata temu. Nowotwór złośliwy, przez lekarzy uznany za zwykłą
                      niestrawność okazał się śmiertelny. Był to dla mnie straszny cios - niemożność
                      oddania stolca przerodziła się w wielodniowe zatwardzenie - żeby nie powiedzieć
                      zbrylenie. Nic nie pomagały tabletki, ani hipnoza. Wreszcie za pomocą
                      autosugestii udało mi się wydzielić malutkiego bobka. Aby to uczcić, uraczyłem
                      się lampką swojskiego, czerwonego wina. I wtedy się zaczęło.
                      Czyszczenie, początkowo delikatne, w połowie drogi do łazienki osiągnęło punkt
                      krytyczny. Potem nic nie pamiętam. Ocknąłem się parę godzin później, leżąc w
                      przedpokoju, a dookoła mnie.......
                      Sprzątanie trwało tydzień i wywarło wielki wpływ na moją psychikę.
                      Ale tyle o starych czasach.
                      Przez całe życie towarzyszył mi przyjaciel - Kazimierz Dzwon. Nie opuścił mnie
                      nawet w tamtych trudnych chwilach.
                      Dziś jak zwykle po przebudzeniu ruszyłem małymi kroczkami do ustępu. Mocz
                      oddałem bez zakłóceń, za to ze stolcem miałem małe kłopoty, ale i tak wszystko
                      poszło dobrze. Udało mi się nawet prytnąć.
                      Podtarłem się i ruszyłem do kuchni na śniadanie. Po otwarciu lodówki
                      zdecydowałem, że nie będę nic jadł - wypiję tylko kubek mleka. Potem wyszedłem
                      na balkon i głosiłem przez około półtorej godziny. po powrocie do pokoju
                      odziałem się. Włączyłem telewizor, polałem sobie suto mleka i zapadłem w fotel.
                      Oglądając program usnąłem.
                      Obudziło mnie pukanie do drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem Kazia. Wszedł, zzuł
                      buty, po czym udał się do pokoju. Ja w tym czasie byłem w kuchni i parzyłem
                      herbatę. Gdy wszedłem do pokoju z dwiema parującymi filiżankami naparu,
                      zastałem go siedzącego w fotelu i wertującego gazetę. W Moim Fotelu. Nie dając
                      nic po sobie poznać postawiłem herbatę na stole, a sam zająłem miejsce na
                      kanapie. Ale nie spuszczałem go z oczu. Drgnąłem, a po chwili oblał mnie zimny
                      pot, gdy Kazik niedbałym ruchem wyjął z kieszeni fajkę i jął podpalać tytoń.
                      Zamknąłem oczy, ale to nie pomagało. W wyobraźni widziałem, jak z cybucha
                      wypada żażące się ziarnko, spada na fotel i wypala w nim dziurkę. Powoli
                      rozluźniłem się. Bardzo powoli.
                      Kazimierz sięgnął po herbatę i siorbał ją małymi łyczkami. Nagle nie wiem jakim
                      cudem zakrztusił się. Parsknął jeszcze ciepłym płynem na podłogę, ale dwie
                      kropelki osiadły w Jego poręczy. Błyskawicznie rzuciłem się do spiżarni po
                      ścierkę. Gdy zapaliłem światło, mój wzrok momentalnie skierował się w kąt,
                      gdzie leżał On. Jego wypolerowana, drewniana rączka lekko połyskiwała lakierem,
                      a metalowa końcówka lśniła w świetle żarówki.
                      Młot.
                      Otrząsnąłem się. Porwałem ścierkę i ruszyłem biegiem do pokoju. Gdy byłem już w
                      drzwiach stanąłem jak wryty. Kazik siedział w fotelu, trzymał nogę na nogę, ale
                      czubkiem skarpety dotykał obicia.
                      Zatrzęsło mną.
                      Rzuciłem ścierkę w kąt i wróciłem do spiżarni. Zacisnąłem rękę na Jego trzonku
                      i krokiem marszowym powróciłem do pokoju. Uśmiechnąłem się mile do Kazika i
                      zadałem pierwszy z mnóstwa ciosów.
                      Potem straciłem przytomność.
                      Gdy się ocknąłem, wstałem i wyszedłem na balkon, gdzie głosiłem przez pół
                      godziny.
                      Potem załadowałem resztki Kazia do worka foliowego i rzygnąłem se.
                      Ale trafiłem w fotel.
                      Momentalnie znalazłem się znów w spiżarni, skąd wyciągnąłem konopny sznur.
                      Uplotłem z niego pętlę, przyniosłem z kuchni taboret, wszedłem na niego,
                      przywiązałem pętlę do żyrandola, zszedłem, po czym głosiłem na balkonie.
                      Gdy się ściemniło, wróciłem do pokoju, dopiłem herbatę, wziąłem FOTEL w
                      ramiona, wszedłem na taboret, włożyłem głowę w pętlę po czym tryknąłem nóżkami.
                      Klimacik z Czechowa

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka