tebebe
17.04.10, 17:58
Posyłam dwa fragmenty z mojego literackiego frontu. Robię to dla
zdrowia psychicznego, bo siedzę w tych paranoicznych treściach od
jakiegoś czasu i tracę orientację:) Czy nadeszła już wiosna?
Pozdrawiam
MIŁOŚĆ
Kiedy nadjechał pociąg Olga rzuciła mi się w ramiona i pocałowała w
szyję. Nie musiała tego robić. Wystarczyło pomachać z okna, przesłać
całusy z ręki i cześć. Ona jednak uparcie pędziła w kierunku
miłości, raczej z nawyku niż przekonania, ale i to wystarczyło, żeby
wybić mnie z rytmu. Wiedziałem z doświadczenia i rozmaitych lektur,
że miłość to instytucja równie współczesna, żywa i potrzebna, co na
przykład królestwo. Odcałowałem ją w dłoń, dla hecy,
mówiąc "madam?", na co jej oczy stanęły w ogniu. Pociąg ruszał.
Konduktor niemal wepchnął ją do wagonu. Takie rozkazy odczytał z
tarczy zegara.
Olga znalazła okno.
Miłość istnieje, pisała w mejlu jeszcze tego samego dnia. To jeden z
faktów duchowych, istniejących bądź nie zależnie od naszej woli, a
więc jest to jedyna przestrzeń pełnej wolności. Reszta faktów ma
głęboko gdzieś Twoje opinie, jesteś na nie skazany i nie ma ucieczki.
Jakoś tak pisała, moja mała Olga.
Ciekaw jestem, co u niej.
PIERWSZY BOHATER
Z naprzeciwka, aleją parkową, biegł mężczyzna w sportowym stroju.
Kiedy nas zobaczył, zwolnił, a następnie przyśpieszył, po czym znowu
zwolnił i znowu przyśpieszył, by kilka metrów przed nami rozpłynąć
się w powietrzu.
To była pierwsza postać jaką wymyśliłem, nazajutrz po seansie
spirytystycznym. Nie mając pojęcia, co dalej, rozkazałem mu zniknąć.
W tym czasie Mimi mówiła coś do mnie, ale nie dosłyszałem. W
przeciwieństwie do mnie w takich sytuacjach, po prostu i bez nerwów
powtórzyła pytanie:
-Widziałeś to?
Wzruszyłem ramionami.
Nie minął kwadrans od tego zdarzenia, jak ten sam mężczyzna, też z
naprzeciwka, też alejką, tylko w innym miejscu, biegł jak oszalały w
naszym kierunku, wymachując rękami, gdy tymczasem ja siedziałem na
ławce i rejestrowałem przebieg wydarzeń spokojnie, niczym
psychiatra. Tym razem facet ubrany był w płaszcz, który trzepotał w
pędzie. Dzieliło nas jakieś pięćdziesiąt metrów, gdy przerzuciłem
wzrok na siędzącą obok Mimi.
Patrzyła w asfalt między stopami. Czując mój wzrok na sobie odezwała
się tylko po to, żeby oznajmić, że będę ojcem.
-Skoro tak, to j u ż jestem.- odpowiedziałem, bo skoro tak, to
niby kim byłem w tej chwili.
-Jak tam sobie chcesz.- odrzekła. -W każdym razie jestem w ciąży.
Od tamtej chwili, przez kolejne miesiące, zachowywałem się jak
ojciec, chodziłem jak ojciec, mówiłem jak ojciec, to znaczy nie
robiłem nic specjalnego, a pieniądze płynęły do mnie i odpływały
tymi samymi korytami, wyżłobionymi latami lepszych i gorszych
przyzwyczajeń.
-Jestem twórcą, rozumiesz, artystą!- rzekłem. -Dlatego do głębi
zdumiewa mnie fakt, że nagle, oto, tu i teraz, że oto my, ty i ja...
-Och, skończ.- jęknęła.
Jakie to dziwne, mawiałem, kiedy siadywaliśmy wieczorami.
Wzruszała ramionami.
Ten w płaszczu, który pędził na nas, też przepadł. Zniknął. Machał
rękami, jakby chciał mnie przed czymś ostrzec. Takie to wspomnienia
dotarły do mnie od strony parku, z wiatrem, przez otwarte okno, gdym
siedział sam w domu, przysypiając w fotelu. Nagle musiałem wstać, bo
usłyszałem pukanie. Przez drzwi słyszałem zmęczony męski oddech.
Wydało mi się, że zaczął jednocześnie dzwonić i walić w drzwi
otwartą dłonią. Wydało mi się też, że słyszę szelest płaszcza.
Otworzyłem.
-Jak było na spacerze?!- zawołałem otworzywszy drzwi. Przede mną
stała Mimi i syn. Śmiał się i celował we mnie wskazującym palcem.