zooloza
15.07.10, 08:51
Od jakiegoś czasu spisuję na swoim blogu przygody pewnej pary - facet nazywa
się Szwagier, dziewczyna - z racji wielkich oczu: Kiwaczek. Jest to jedna z
tych historii. Chciałabym się zmierzyć z jakąś krytyką, dlatego wklejam tu i
proszę o parę słów. Aha, Nobull - znalazałam zastosowanie do tego tytułu, co
nam kiedyś z brainstormu wyszedł:)
Zapraszam do lektury:
----------------------------------------------------------------
Dopóki sieć nas nie rozłączy
Weekend, pogoda jak drut. Jadę na Mazury, do Szwagra i Kiwaczka. Odpocznę.
Będzie fajnie, plaża, grill. Przyjeżdżam spocona i już się cieszę na te
jeziora, a tu… Niemcy w domu. Szwagier coś bąka na powitanie, wzrusza
ramionami i znika w mroku zasłoniętego roletami mieszkania. Kiwaczek
spuchnięta od płaczu:
- Musimy porozmawiać – oznajmia z grobową miną od progu.
Siadam więc na walizce, gdy mi peroruje histerycznym szeptem. Że się nie
dogadują. Ba. Nie gadają wcale. Nie ma co się, zresztą, dziwić, skoro Szwagier
ma te swoje tête à tête z panienkami w internecie. W kółko na gadu siedzi,
klepie i tylko fiu fiu fiu – słychać jak przysyłają sobie te cholerne posty!
Ona nie wie przecież, co piszą, nie zagląda, gówno ją obchodzi, lecz wyobrazić
sobie umie. W głowie się nie mieści, przecież człowiek ma swoją cierpliwość!
Jak na Facebooku dał opis, to szlag ją trafił, bo napisał, że coś tam
„blondynki”, że mężczyźni niby wolą! A przecież sam jej truł – tu Kiwaczek
naśladuje z obrzydzeniem: – „przemaluj się na rudo, ruda bądź, mnie rude
kręcą, ruda to jest to, sam seks, samo zło” - takie jej pierdzielił bzdury, a
teraz, o: blondynki! Jak ona ma z tego czerwonego na blond wyjść, to nie takie
proste! W ogóle skąd mu to do głowy strzeliło? Pewnie ta z internetu: blond!
Zresztą na Naszej Klasie sprawdziła – platynowa lodziara, zdzira z ulicy,
wstyd choćby patrzeć. Że też facetów coś takiego bierze, to chyba jakiś
kryzys, wiek średni, Jezu, ręce opadają…
To ja do lodówki po piwo, bo nie przełknę tego info, a tam oparty z
makiaweliczną miną Szwagier, bach:
- Musimy porozmawiać.
No i wali, że na Facebooku widział komenty, żeby jeden, ale nie – kilkanaście,
pod każdym zdjęciem Kiwaczka jakiś emo gnojek pisze rozklejony, a cokolwiek
tylko ona tam wstawi – Jezu, po co wstawia w ogóle?! – no, ale co tam tylko
wstawi, najmniejszą głupotę, ten zaraz trach – on lubi to, lubi! Od razu
zresztą widać, że to jakiś pedał, bo wiersze pisze. No może nie do niej, ale
zamieszcza. Tak o, niby do nikogo, a wiadomo przecież, do kogo. Oni myślą, że
on – Szwagier – durny jest jakiś ułom, bezmózg, niedorozwinięty, IQ
trzydzieści, roślina? Przecież widzi wszytko, jak na dłoni, orłem nie trzeba
być. On się w balona nie nabiję, jego w butelkę nie zrobią, no, chyba że,
kurwa, po jego trupie.
Schowałam się w kącie z piwem i żalem za udanym weekendem. Pogoda jak drut,
tylko nad jezioro skoczyć. A oni tu poobrażani, nabzdyczeni, z laptopami na
kolanach, mroczni, łypią na siebie i z zapamiętaniem jakimś tłuką w
klawiatury. I tylko, co chwila, korzystając z okazji, że ten drugi nie widzi –
cisną te swoje „musimy porozmawiać”. Ze sobą jednak – nawet pół słowa.
Jezioro szlag trafił, przepadł też i grill. Pogoda się także zepsuła, bo
tymczasem chmury niebo zasnuły i nastała ciemność.
Burza. Przedsionek apokalipsy.
Rozszalały się pioruny tłukąc przez całą noc bez litości, wiatr rwał dachówki,
instalacje, kable i straszył nieuchronną zagładą. Zagłada jednak nie przyszła,
nie nastał koniec świata, lecz stało się coś o wiele mocniejszego, przełom,
cięcie, czasu tąpnięcie.
Kiwaczek z pustką w oczach zastygł nad ranem bez ruchu. Szwagier także milczał
i patrzył w nieskończoność, jakby z niej chciał rozpaczliwie wywołać ratunek.
Wreszcie chrząknął i ochrypłym z przerażenia głosem nazwał jednym, straszliwym
zdaniem, to, co tragicznie nastało:
- Nie ma Internetu.
Kable zerwało. Dzwonić, naprawiać?! Weekend, nikt nie naprawi, nie zwiąże, nie
połączy. Koniec kropka. Nie ruszy, nie zadziała. Żaden mail nie przyjdzie,
żadne gadu - gadu. Facebook jak zaklęty, nieczynna Nasza – Klasa. Komentarzy
brak, nie ma na co liczyć. Najmniejsze lubię to – wykluczone.
Nie zabrzmi fiu fiu fiu żadnego postu, żadna koperta w rogu monitora – nie
zaświeci. Nastał kategoryczny, absolutny off line.
Opuszczam to oderwane od wirtualnego świata miejsce w niedzielne popołudnie.
Ptaki szaleją z radości, znów słońce. Komputery milczą pokornie, a Kiwaczek
smaruje Szwagra plecy oliwką do opalania. Oboje niemal płaczą z radości,
widząc mnie z walizką.
- Jaka szkoda – kłamią – że już musisz jechać. Pogoda jak drut, nad jeziorko
byśmy skoczyli, na grilla…