Dodaj do ulubionych

Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej

15.07.10, 12:14
Opowiadanko, które zamieszczam poniżej, rozrosło mi się do ponad czterdziestu
stron, więc pójdzie w odcinkach, jeśli zechcecie to czytać. W założeniu ma ich
być kilka. Nie przeszło jeszcze przez sitko redakcji i końcowych korekt, ale
swędzi mnie by usłyszeć opinie spoza kręgu znajomych.

Na końcu świata, gdzie diabły znalazły wyśmienite miejsce do mówienia ludziom
dobranoc, a tym samym przypominania o swoim istnieniu, rozmościła się wśród
pól i lasów wioska Postrzeleniec. Nazwa jej wzięła się od wiodącego przezeń,
prostego jak strzelił gościńca. Mniej więcej w połowie owego gościńca, za
szpalerem krzaczorów, brzozowym za-gajnikiem stał pokraczny dom państwa
Pokracznych. Zbudowali go omal od podstaw, wsysając urokliwą, wiejską chałupę,
jedyny ładny element posiadłości, czyniąc ją integralną częścią budowli, którą
wielkim wysiłkiem, przy użyciu ogromnych nakładów finansowych, wznieśli, a
którą zaczęli przeklinać nim wznoszenie ukończyli. Był to jednak ich
wymarzony, wiejski dom, więc trwali w nim z heroizmem i mieli akwarium.
Akwarium w tym wiejskim domu miało specjalne miejsce i znaczenie.
Wyłupiastookie zwierzęta w nim żyjące były jakże inne od reszty gadziny
hodowanej przez Pokracznych. Najmniej kłopotu sprawiały kozy, które jedynie
czasami zżerały długo pielęgnowane krzewy, z pozoru mało smakowite, ale dla
tych złośliwych stworzeń atrakcyjne ze względu na możliwość zrobienia podłego
psikusa gospodarzowi, którym był dość pokraczny i mocno zakompleksiony Anatol
Pokraczny o bardzo koźlim, raczej capim wyglądzie. W skład menażerii wchodziła
jeszcze setka kur, zostawiających gówno gdzie popadnie i cuchnących
przeraźliwie w swej kurnikowej masie, lecz mających walor praktyczny, bo
wydawały z siebie jaja, które służą do produkcji innego gówna, cuchnącego
jeszcze bardziej, szczególnie w połączeniu z bekonem. Ludzie wyjątkowo lubią
produkować gówno, więc płacili Anatolowi za wydane przez wspomniane kury jaja,
napawając się radosnym przekonaniem, że proces, w którym ich użyją, będzie
służył ich zdrowiu, bo oparty jest o nadzwyczaj naturalny składnik – wiejskie
jaja, jakby wszystkie pozostałe, powszechnie dostępne na rynku, były
produkowane w aglomeracjach przemysłowych. Na tym kończyła się lista zwierząt
przydomowych. Dom zaś zasiedlało pięć skretyniałych psów, rozdzierających
swoje obślinione pyski przeraźliwym ujadaniem, na każdy, nawet najdrobniejszy
szmer. W takim towarzystwie drobiazgiem można nazwać obecność czterech kotów,
mających zwyczaj szczać na pozostawione przez nieuwagę ubrania, po kątach, do
butów i gdzie popadnie. Radości dopełniała Mojmira, osobista żona Anatola,
głośniejsza od gromady psów, złośliwsza, niż całe stadko kóz, lecz trudniejsza
w hodowli, bo wyjątkowo kapryśna. Poza tym psy, kozy czy kury w chwili
uniesienia, dla poprawienia sobie humoru ewentualnie rozładowania napięć,
można było skopać. Mojmira zbyt wysoko mniemała o swoim tłustym zadku a do
tego wolała kopać, niż być kopana. Kopniaki najchętniej rozdawała dwóm
porządnym i pięknym psom berneńskim, natomiast oszczędzała złośliwe,
pokurczone kundle, bo kochała je miłością wielka i czystą wedle zasady – czym
bardziej złośliwe i paskudne bydlę, tym więcej miłości. Rybki w akwarium
swoim, stanowiły więc samą przyjemność – nieme, czyste, nawet nieco
melancholijne. Akwarium stało na granicy ponurego, choć bardzo przestronnego
salonu, gdzie wszystkie cztery szklane ściany zbiornika były dostępne dla
ciekawych oczu. Anatol nie miał wprawdzie wiele czasu na rozkoszowanie się
widokiem małego, sztucznego, podwodnego świata, ale kiedy tylko nadarzała się
okazja, zaglądał tam i rozkoszował się dostojnym spokojem, mających wszystko w
skrzelach – bo przecież trudno powiedzieć, że w nosie – podłużnych,
wyłupiastookich stworzeń, którym trochę zazdrościł tego spokoju. Czasem nawet
marzył o rybim życiu, częściej jednak jego projekcje pełne były pięknych,
młodziutkich, tłustych i najlepiej bardzo skąpo odzianych dziewcząt, wielu
zer, po oczywiście większej od zera cyfrze, na osobistym koncie. W swych snach
bzykał na hektary i pławił się w dobrobycie – Ech, taka wygrana w lotto,
główna, przy kumulacji! - wzdychał. Słał zakłady z wiarą graniczącą z
pewnością na trafienie szóstki, bo Wróżka wiele lat temu wywróżyła mu, że
zgarnie tłustą pulę w grze liczbowej. O wróżkach i wróżbach mówił lekceważąco,
niemal pogardliwie, obśmiewał wszystkich pokładających wiarę w przepowiednie i
jasnowidzenia, sam jednak karmiąc się nadzieją, zbierał jajka spod kurzych
kuprów, przeganiał kozy, karmił sforę psów i z rezygnacją kładł się wieczorem
obok foczego cielska swej żony, mając pewność, że wraz z sześcioma trafnie
wytypowanymi liczbami to wszystko się zmieni, skończy, albo cudem wróci jej
obraz sprzed bardzo dawna, kiedy wydawała mu się nawet ponętna i budziła
pożądanie. Tymczasem wpychające się do łóżka psy stanowiły całkiem przyjemne
urozmaicenie wspólnego polegiwania i wygodne wytłumaczenie, pozwalające
bezpiecznie wykręcić się od czynności właściwych sytuacji. Kwas to piasek i
sierść na prześcieradle, ale Anatol nie należał do wąskiej grupy upierdliwych
pedantów, więc poranne otrzepywanie się z ciał obcych nie stanowiło problemu
Na tym ogromnie często kończył swe ablucje. O poranku biegł do kuchni, by
przyrządzić dla niej kawę i podawał ją do łóżka, marząc po drodze, by zamiast
cukru nasypać do niej ze dwie łyżki arszeniku. Ach, te chwile buntu! Przez
dwadzieścia stopni schodów czuł się wolny, lecz już na płaskiej podłodze
korytarzyka prowadzącego do sypialni, stawał się znów poddanym, pieskiem wiernym.
- Co się tak wleczesz?! Znów kawa będzie zimna! – wyrywał go ze stanu
rozmarzenia niekoniecznie przyjazny głos.
Mojmira podparta ze wszystkich stron poduszkami i psami amebowato rozlewała
się na łóżku, rozpoczynając swój dzień intensywną pracą nad domowymi
rachunkami lub śledzeniem serialu w telewizji.
Mojmira nie była powściągliwa w wierze we wróżby, też marzyła o wielkiej
wygranej. Bardzo często w myślach lub głośno i wyraźnie dzieliła wygraną.
Była przekonana, że samo wysyłanie kuponów jest działaniem zbyt ubogim, więc z
całą energią oddawała się modłom do Matek Boskich, logicznie sądząc, ze
wygrana w lotto jest zbyt błahą sprawą dla Boga Ojca lub syna Jego a Duch
Święty nie nadaje się do załatwiania takich spraw z racji swojego uduchowienia,
Obserwuj wątek
    • zooloza Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 15.07.10, 14:53
      amgranik napisał:

      > Opowiadanko, które zamieszczam poniżej, rozrosło mi się do ponad czterdziestu
      > stron, więc pójdzie w odcinkach, jeśli zechcecie to czytać. W założeniu ma ich
      > być kilka. Nie przeszło jeszcze przez sitko redakcji i końcowych korekt, ale
      > swędzi mnie by usłyszeć opinie spoza kręgu znajomych.

      Opowiadanko?!

      >
      > Na końcu świata, gdzie diabły znalazły wyśmienite miejsce do mówienia ludziom
      > dobranoc, a tym samym przypominania o swoim istnieniu, rozmościła się wśród
      > pól i lasów wioska Postrzeleniec. Nazwa jej wzięła się od wiodącego przezeń,
      > prostego jak strzelił gościńca. Mniej więcej w połowie owego gościńca, za
      > szpalerem krzaczorów, brzozowym za-gajnikiem stał pokraczny dom państwa
      > Pokracznych.

      rozmościła się, krzaczorów... neologizmy niecytowane, nie wiadomo, po co...

      Zbudowali go omal od podstaw, wsysając urokliwą, wiejską chałupę,
      > jedyny ładny element posiadłości, czyniąc ją integralną częścią budowli, którą
      > wielkim wysiłkiem, przy użyciu ogromnych nakładów finansowych, wznieśli, a
      > którą zaczęli przeklinać nim wznoszenie ukończyli. Był to jednak ich
      > wymarzony, wiejski dom, więc trwali w nim z heroizmem i mieli akwarium.
      > Akwarium w tym wiejskim domu miało specjalne miejsce i znaczenie.
      > Wyłupiastookie zwierzęta w nim żyjące były jakże inne od reszty gadziny
      > hodowanej przez Pokracznych. Najmniej kłopotu sprawiały kozy, które jedynie
      > czasami zżerały długo pielęgnowane krzewy, z pozoru mało smakowite, ale dla
      > tych złośliwych stworzeń atrakcyjne ze względu na możliwość zrobienia podłego
      > psikusa gospodarzowi, którym był dość pokraczny i mocno zakompleksiony Anatol
      > Pokraczny o bardzo koźlim, raczej capim wyglądzie. W skład menażerii wchodziła
      > jeszcze setka kur, zostawiających gówno gdzie popadnie i cuchnących
      > przeraźliwie w swej kurnikowej masie, lecz mających walor praktyczny, bo
      > wydawały z siebie jaja, które służą do produkcji innego gówna, cuchnącego
      > jeszcze bardziej, szczególnie w połączeniu z bekonem. Ludzie wyjątkowo lubią
      > produkować gówno, więc płacili Anatolowi za wydane przez wspomniane kury jaja,
      > napawając się radosnym przekonaniem, że proces, w którym ich użyją, będzie
      > służył ich zdrowiu, bo oparty jest o nadzwyczaj naturalny składnik – wiej
      > skie
      > jaja, jakby wszystkie pozostałe, powszechnie dostępne na rynku, były
      > produkowane w aglomeracjach przemysłowych.

      nie rozumiem sarkazmu narratora, czemu jakos tak go to "gówno" denerwuje?

      Na tym kończyła się lista zwierząt
      > przydomowych. Dom zaś zasiedlało pięć skretyniałych psów, rozdzierających

      skretyniałe psy to mnie nie przekonuje...

      > swoje obślinione pyski przeraźliwym ujadaniem, na każdy, nawet najdrobniejszy
      > szmer. W takim towarzystwie drobiazgiem można nazwać obecność czterech kotów,
      > mających zwyczaj szczać na pozostawione przez nieuwagę ubrania, po kątach, do
      > butów i gdzie popadnie. Radości dopełniała Mojmira,

      jakiej radości, tam nie ma radości

      osobista żona Anatola,
      > głośniejsza od gromady psów, złośliwsza, niż całe stadko kóz, lecz trudniejsza
      > w hodowli, bo wyjątkowo kapryśna. Poza tym psy, kozy czy kury w chwili
      > uniesienia, dla poprawienia sobie humoru ewentualnie rozładowania napięć,
      > można było skopać. Mojmira zbyt wysoko mniemała o swoim tłustym zadku a do
      > tego wolała kopać, niż być kopana. Kopniaki najchętniej rozdawała dwóm
      > porządnym i pięknym psom berneńskim, natomiast oszczędzała złośliwe,
      > pokurczone kundle, bo kochała je miłością wielka i czystą wedle zasady –
      > czym
      > bardziej złośliwe i paskudne bydlę, tym więcej miłości. Rybki w akwarium
      > swoim, stanowiły więc samą przyjemność – nieme, czyste, nawet nieco
      > melancholijne. Akwarium stało na granicy ponurego, choć bardzo przestronnego
      > salonu, gdzie wszystkie cztery szklane ściany zbiornika były dostępne dla
      > ciekawych oczu. Anatol nie miał wprawdzie wiele czasu na rozkoszowanie się
      > widokiem małego, sztucznego, podwodnego świata, ale kiedy tylko nadarzała się
      > okazja, zaglądał tam i rozkoszował się dostojnym spokojem, mających wszystko w
      > skrzelach – bo przecież trudno powiedzieć, że w nosie – podłużnych,
      > wyłupiastookich stworzeń, którym trochę zazdrościł tego spokoju. Czasem nawet
      > marzył o rybim życiu, częściej jednak jego projekcje pełne były pięknych,
      > młodziutkich, tłustych i najlepiej bardzo skąpo odzianych dziewcząt, wielu
      > zer, po oczywiście większej od zera cyfrze, na osobistym koncie. W swych snach
      > bzykał na hektary i pławił się w dobrobycie

      tego nie rozumiem: bzykał na hektary...

      – Ech, taka wygrana w lotto,
      > główna, przy kumulacji! - wzdychał. Słał zakłady z wiarą graniczącą z
      > pewnością na trafienie szóstki, bo Wróżka wiele lat temu wywróżyła mu, że
      > zgarnie tłustą pulę w grze liczbowej. O wróżkach i wróżbach mówił lekceważąco,
      > niemal pogardliwie, obśmiewał wszystkich pokładających wiarę w przepowiednie i
      > jasnowidzenia, sam jednak karmiąc się nadzieją, zbierał jajka spod kurzych
      > kuprów, przeganiał kozy, karmił sforę psów i z rezygnacją kładł się wieczorem
      > obok foczego cielska swej żony, mając pewność, że wraz z sześcioma trafnie
      > wytypowanymi liczbami to wszystko się zmieni, skończy, albo cudem wróci jej
      > obraz sprzed bardzo dawna, kiedy wydawała mu się nawet ponętna i budziła
      > pożądanie. Tymczasem wpychające się do łóżka psy stanowiły całkiem przyjemne
      > urozmaicenie wspólnego polegiwania i wygodne wytłumaczenie, pozwalające
      > bezpiecznie wykręcić się od czynności właściwych sytuacji. Kwas to piasek i
      > sierść na prześcieradle, ale Anatol nie należał do wąskiej grupy upierdliwych
      > pedantów, więc poranne otrzepywanie się z ciał obcych nie stanowiło problemu
      > Na tym ogromnie często kończył swe ablucje. O poranku biegł do kuchni, by
      > przyrządzić dla niej kawę i podawał ją do łóżka, marząc po drodze, by zamiast
      > cukru nasypać do niej ze dwie łyżki arszeniku. Ach, te chwile buntu! Przez
      > dwadzieścia stopni schodów czuł się wolny, lecz już na płaskiej podłodze
      > korytarzyka prowadzącego do sypialni, stawał się znów poddanym, pieskiem wierny
      > m.
      > - Co się tak wleczesz?! Znów kawa będzie zimna! – wyrywał go ze stanu
      > rozmarzenia niekoniecznie przyjazny głos.
      > Mojmira podparta ze wszystkich stron poduszkami i psami amebowato rozlewała
      > się na łóżku, rozpoczynając swój dzień intensywną pracą nad domowymi
      > rachunkami lub śledzeniem serialu w telewizji.
      > Mojmira nie była powściągliwa w wierze we wróżby, też marzyła o wielkiej
      > wygranej. Bardzo często w myślach lub głośno i wyraźnie dzieliła wygraną.
      > Była przekonana, że samo wysyłanie kuponów jest działaniem zbyt ubogim, więc z
      > całą energią oddawała się modłom do Matek Boskich, logicznie sądząc, ze
      > wygrana w lotto jest zbyt błahą sprawą dla Boga Ojca lub syna Jego a Duch
      > Święty nie nadaje się do załatwiania takich spraw z racji swojego uduchowienia,
      >

      no więc, to tylko kosmetyczne poprawki, ogólnie podoba mi się, sprawa z tym toto
      lotkiem dawno mnie intrygowała, żeby coś o tym napisać - taka dziwna to wiara,
      że los się cudem odmieni, bez udziału człowieka ...
      • amgranik Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 15.07.10, 19:38
        Jeerumm!
        Dziękuję. Zwracasz mi uwagę na kilka spraw, które był dla mnie niezauważalne.
        "Cudze chwalicie, swego nie znacie" - niełatwo jest we własnym tekście zobaczyć
        coś niezrozumiałego. Sarkazm narratora wynika stąd, że nie lubi tych postaci.
        Pokraczni po prostu są paskudni, co nie jest niczym dziwnym. Tu paskudni ludzie
        będą dostawać swoją szansę i dalej piszę co z tym robią.
        • zooloza Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 16.07.10, 11:14
          Estonia?
    • porcelina_melody Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 15.07.10, 16:03
      Ogólne wrażenie - fragment mnie nie zachwycił. Bohaterowie są niesympatyczni, karykaturalni, a przez to niewiarygodni. Rozumiem, że karykaturalność była zamierzona, ale u mnie powoduje całkowity brak zainteresowania komiksowymi bohaterami i ich komiksowymi problemami. Generalnie nie podoba mi się maniera protekcjonalnego traktowania bohaterów przez narratora. Pisząc o ludziach, wobec których my, autor ;) czujemy wyższość, powinniśmy się jednak starać o to, by pokazać ich tak, jak oni sami siebie widzą. Czyli ze zrozumieniem, ze współczuciem, nawet jeśli nie z sympatią. I pozwolić, żeby to czytelnik zdecydował, czy bohater jest pretensjonalny i głupi, czy nie. Tutaj negatywna ocena Anatola i jego połowicy jest podana na tacy. Myślę, że może coś zaszwankowało z mową pozornie zależną, może przynajmniej niektóre ze spostrzeżeń narratora miały być spostrzeżeniami bohatera - ale moim zdaniem to nie zadziałało. Przykład:

      amgranik napisał:


      > jakby wszystkie pozostałe, powszechnie dostępne na rynku, były
      > produkowane w aglomeracjach przemysłowych.

      :O Przecież właśnie tak jest. I zupełnie w porządku byłoby, gdyby to bohater uważał, że jako jest jako, wszystko jedno, trójka czy zerówka. Wtedy jako czytelnik mogłabym sama wyciągnąć wniosek o bohaterze, na podstawie jego przekonań, i uznać go za ignoranta. Ale ten osąd jak dla mnie jest wyraźnie odautorski i jako taki razi. Narrator przedstawia mi bohatera z jednej strony, a swoje poglądy (np na jajecznicę) z drugiej. Powoduje to pewien dysonans poznawczy (z tego co widzę wyżej, nie tylko u mnie), skutkujący wzruszeniem ramion mojego wewnętrznego czytelnika. Bo albo to ma być komentarz odautorski, albo opis poglądów bohatera i chyba lepiej byłoby się zdecydować na jedną z tych opcji, zamiast próbować je łączyć, (co wg mnie próbuje zrobić ten fragment) bo takie próby wymagają chyba większej wprawy.
      Styl nie jest zły, pióro lekkie, ale dla mnie to za mało żeby obronić ten fragment.
      Jeszcze jeden szczegół, który mnie uderzył:

      > wioska Postrzeleniec. Nazwa jej wzięła się od wiodącego przezeń,
      > prostego jak strzelił gościńca.

      Większość wiosek, które w życiu zdarzyło mi się oglądać, było skupionych wzdłuż drogi, wiodącej przez nie mniej lub bardziej na przestrzał. Więc to trochę tak, jakby napisać, że sąsiednia wioska nosiła nazwę Dachówka, bo domy w niej, jak jeden mąż zwieńczone były dachami.
      • amgranik Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 15.07.10, 19:32
        Dzięki za słowa krytyki.
        Rzeczywiście bohaterowie są paskudni i tak ma być. Czy są nierzeczywiści?
        Niestety jak najbardziej realni, choć może nieco przerysowani. Nie lubię ich z
        założenia i w dalszej części opowiadania uszczęśliwiam paskudnymi ropuchami do
        połknięcia a konsumując je z apetytem, stają się coraz mniej komiksowi. Tak mi
        się przynajmniej wydaje. Słowa o poczuciu wyższości nieco mnie zdziwiły, ale
        skoro można je w opisie Pokracznych odczytać spojrzę nań bacznie.
        A jaja? Ekologiczny producent Anatol, kiedy setka kur nie wyrabia na zamówienia
        miasta, podkłada, jeszcze niestemplowane jako ekologiczne nadzwyczaj.
        Pomysł z Dachówką, jeśli pozwolisz, zjem.
        Jeszcze raz dziekuję
      • amgranik Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 16.07.10, 11:54
        Jeszcze raz wróciłem do Twojego komentarza i olśnienie zstąpiłona mój siwy
        czerep. Mądrzyłem się pisząc zoolzie, a sam w usta narratora wsadziłem
        niewłaściwy komentarz. Mam nadzieję, że w kilka dni uporam się z historią o
        Pokracznych i będę mógł się z nimi rozstać. Ta para jest tak paskudna, że
        męcząca. Następni bohaterowie będą sympatyczniejsi (mam nadzieję).

        > :O Przecież właśnie tak jest. I zupełnie w porządku byłoby, gdyby to bohater uw
        > ażał, że jako jest jako, wszystko jedno, trójka czy zerówka. Wtedy jako czyteln
        > ik mogłabym sama wyciągnąć wniosek o bohaterze, na podstawie jego przekonań, i
        > uznać go za ignoranta. Ale ten osąd jak dla mnie jest wyraźnie odautorski i jak
        > o taki razi. Narrator przedstawia mi bohatera z jednej strony, a swoje poglądy
        > (np na jajecznicę) z drugiej. Powoduje to pewien dysonans poznawczy (z tego co
        > widzę wyżej, nie tylko u mnie), skutkujący wzruszeniem ramion mojego wewnętrzne
        > go czytelnika. Bo albo to ma być komentarz odautorski, albo opis poglądów bohat
        > era i chyba lepiej byłoby się zdecydować na jedną z tych opcji, zamiast próbowa
        > ć je łączyć, (co wg mnie próbuje zrobić ten fragment) bo takie próby wymagają c
        > hyba większej wprawy
        • porcelina_melody Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 16.07.10, 13:10
          Oszsz ty, nie dziwię się, że musiałeś dwa razy czytać mój komentarz.. Sama właśnie zobaczyłam w nim tę literówkę, i to dwukrotną <facepalm> Pardąsik.
          Co do bohaterów - nie wątpię, że pierwowzory nie dość, że faktycznie istnieją, to jeszcze widzisz ich dokładnie tak, jak opisałeś. Ale ja ich nie znam, nie mam szansy porównać opisu z oryginałem. Dysponuję tylko Twoim fragmentem, i na jego podstawie postaci jawią mi się komiksowo. Nie zapominajmy również, że czytałam tylko fragment, na którego podstawie nie sposób przesądzać o całości.
          Dachówkę zjedz sobie na zdrowie :)
    • nobullshit Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 15.07.10, 18:53
      Obawiam się, że istotnie będę bezwzględna. To się marnie czyta. Długie zdania o
      skomplikowanej - nie zawsze poprawnej - składni i szyku. Wydaje mi się, że mniej
      więcej wiem, jaki efekt chciałeś uzyskać, ale kunsztowna forma (składnia, różne
      słowa i zwroty) za bardzo moi zdaniem kontrastuje z siermiężnością sytuacji i
      licznymi wulgaryzmami. A poza wszystkim, za dużo jest tu niezręczności i błędów.

      >(...) rozmościła się wśród pól i lasów wioska Postrzeleniec. Nazwa >jej wzięła
      się od wiodącego przezeń, prostego jak strzelił
      > gościńca.
      Nie "przezeń", "przez nią" - wioskę, rodzaj żeński. Poza tym takie zbitki są
      dopuszczalne tylko w przypadku osób, rzeczowników ożywionych.

      > Mniej więcej w połowie owego gościńca, za szpalerem krzaczorów,
      Zgadzam się z kimś z przedmówców, że "krzaczory" nie pasują do języka narracji.

      >Zbudowali go omal od podstaw, wsysając urokliwą, wiejską chałupę,
      > jedyny ładny element posiadłości, czyniąc ją integralną częścią >budowli,
      którą wielkim wysiłkiem, przy użyciu ogromnych nakładów >finansowych, wznieśli,
      a którą zaczęli przeklinać nim wznoszenie >ukończyli.
      "Zbudowali... wsysając" - zobaczyłam, jak sami ludzie coś wsysają.
      To chałupa wessała.
      "Zbudowali", "budowli" - powtórzenie, za blisko siebie.
      "Przy użyciu nakładów" - nakładów się nie używa.
      "a którą zaczęli przeklinać" - nie "a" - "i". Tu właściwie nie ma
      przeciwwstawienia.

      >Wyłupiastookie zwierzęta w nim żyjące były jakże inne od reszty >gadziny
      "Żyjące w nim... zwierzęta". I dlaczego "jakże"?

      > Pokraczny o bardzo koźlim, raczej capim wyglądzie.
      Cap to kozioł. Raczej "kozim". No i z dużo tych pokraczności.

      > wydawały z siebie jaja,
      Nie podoba mi się "wydawanie z siebie" jaj.

      I tak dalej.
      Pomysł imho niezły, ale styl do porządnego dopracowania.
      • amgranik Re: Dopraszam sie krytyki, bezwzglednej 16.07.10, 10:25
        Chciałem toć mam. Tekst, na którym prawie nie zostawiłaś suchego miejsca, jest
        wstępem do opowiadanka (rozrosło się w czasie zabawy z nim do rozmiarów
        nowelki)o spełnianiu życzeń. Pragnąłem krytyki i mam. Cieszy mnie ona okrutnie
        (to było celowe). Pozostaje mi tylko powiadomić Akademię Szacowną, że nie muszą
        biedzić się nad tomiskami, bo tegoroczny Nobel może już teraz trafić do mnie. Z
        niektórymi uwagami zgadzam się, z niektórymi nie. Z kurami nieco przesadziłem,
        choć mają sens w kontekście dalszych poczynań Anatola. Napuszony styl i
        siermiężność sytuacji zamierzona, muszę jednak przyjrzeć się, czy, biorąc pod
        uwagę całość, dostatecznie uzasadniona. Chałupę wessali ludzie i tu nie ma
        pomyłki (chyba).
        "Krzaczorów" będę bronił jak niepodległości, bo to nie krzaki, zarośla, gąszcz ...
        Postrzeeniec jest rodz. męskiego i wierz mi ta wieś jest osobą a nie punktem na
        mapie, ograniczonym terytorium.
        Kozioł i cap. Przez chwilę hodowałem kozy. Zapewniam, że jest spora różnica.
        Kozioł, koziołek to takie rogate, co "mówi" meee jest nawet sympatyczne. Cap to
        też rogate, ma ogromne jądra, patrzy wrogo, ma sterczącą na grzbiecie grzywę,
        wielkie jaja, paskudnego fiuta, cuchnie na kilkadziesiąt metrów i jest
        kwintesencją chuci. Anatol taki jest. Omija szerokim łukiem łazienkę, perfumuje
        się zamiast a nie po i roi mu się, ze męskość polega na sprawności seksualnej.
        Ślini się na widok kobiecego tyłka, choć, jak pokazują następne wydarzenia, on
        taki tylko w gębie mocny. Kreatura taka, więc sarkazmu, jadu w tym wiele. Choć
        sam jestem facetem, nie pałam wielką miłością do facetów, szczególnie o
        wyglądzie "raczej capim".
        Rozgadałem się, wybaczcie. Wyjeżdżam za chwile do pierwowzoru Postrzeleńca (dwa
        kilometry idealnie prostej drogi, a tam z netem słabiutko, więc korzystając z
        dobrodziejstw cywilizacji wygadałem się nieco.
        Jeszcze raz dziękuję za recenzje. Pozdrawiam serdecznie.
        • jolea Z innej beczki 24.07.10, 18:43
          Tak sobie czytam rożne Wasze krytyki i opinie o zamieszczanych tu próbkach
          tekstów, więc mi się nasunęło: dlaczego właściwie postaci muszą by w i a r y g
          o d n e? I w ogóle, ich przygody, zdarzenia budujące fabułę? Pytam, bo dośc
          często pada taki zarzut w Waszych opiniach. Bądź co bądź, książka to fikcja
          (oczywiście nie mówię o dokumencie, czy literaturze historycznej), więc autor
          może sobie nawymyślac do woli. Mnie osobiście irytuje taki argument. Karykatura
          czy przerysowanie postaci, skoro jest, to z pewnością celowe i czemuś służy. Ja
          osobiście lubię karykaturyzowac ludzi i rzeczywistośc, robię to celowo i
          świadomie, dlatego teraz się czepiam. Zastanawiam się zatem, czy recenzent,
          który lubi takie książki, żeby było "dokładnie jak w życiu" (w zw. z czym uzna,
          że moi bohaterowie są niewiarygodni, a rzeczywistośc zniekształcona) - co taki
          recenzent napisałby o twórczości Gombrowicza, Bułahakowa, czy bliższej nam dziś
          - Chmielewskiej. Wszakże tam absurd goni absurd!
          • donetta Re: Z innej beczki 24.07.10, 19:56
            Ja też nieraz nad tym myslałam, nad krytyką wiarygodnosci postaci
            czy zdarzeń, przecież to autor tworzy historię, postacie, czytelnik
            zaś powinien autorowi zawierzyć, i nie brać pod lupę wiarygodne, czy
            nie, wazne żeby to była ciekawa opowieść, żeby budzila jakiejś
            emocje. Nieraz się tym gryzłam pisząc, ale potem doszłam do wniosku,
            piszę tak jak widzę pewne rzeczy, oczywiście powieść historyczna
            wodze fantazji zawęża, ale przecież i tam fakty mieszają się z
            fikcją. Fajny jest sam proces kreowania świata według swojej wizji.
            • jolea Re: Z innej beczki 25.07.10, 12:14
              O, jak mi miło, że ktoś jesteś podobnego zdania, zanim rozwinęłam Twój post
              byłam przekonana, że będzie to jakaś kontra. A ja jeszcze przyznam, ze irytują
              mnie wypowiedzi krytyczne o moich książkach, bazujące na niewiarygodności tego,
              czy owego. Nie, żebym była jakaś narcystyczna bo krytykę owszem, biorę na klatę
              (choć to nic miłego, nawet, jeśli trzeba schylić łeb i przyznać krytykowi
              rację), ale te o niewiarygodności są... najbardziej niewiarygodne. Np. jeden
              taki mi napisał, że w życiu nie uwierzy, iż wykształcony, inteligentny mężczyzna
              w średnim wieku porzuci całkiem stabilną rodzinę dla młodziutkiej, ale durnej
              blondyny z wielkim biustem i talią osy!!! (Znaczy: wątek n i e w i a r y g o d n
              y). Choć to dość skrajny przykład, bo moi bohaterowie w istocie, czasem bywają
              dość niewiarygodni (przerysowani), a ich przygody bywają czasem bardzo mało
              prawdopodobne. Ale mają prawo! Wszak po to jest literatura (fikcja literacka),
              by człowiek mógł oderwać się od ponurej rzeczywistości i przeżyć przez chwilę
              jakąś zwariowaną historyjkę. I zapewniam - jest wielu czytelników gustujących w
              takich książkach.
              • donetta Re: Z innej beczki 25.07.10, 13:32
                Nie należy brać do siebie takiej krytyki, owszem, wysłuchac i robić
                swoje, a argument, że facet w średnim wieku nigdy nie porzuci
                rodziny dla owej biuściastej i młodej blondyny, nie przemawia do
                mnie.
                • benetowna1 Re: Z innej beczki 25.07.10, 15:06
                  Postaci muszą być wiarygodne psychologicznie i nie tylko, żeby
                  Czytelnik nie wzruszył ramionami i nie powiedział w duchu : " Toż to
                  bzdura kompletna! Ten człowiek nie zna życia i pisze jakieś
                  głupoty". :)

                  Wydarzenia też nie mogą być całkiem wyssane z palca, chyba że buduje
                  się powieść z gatunku fantastyki, tam to hulaj dusza!

                  A tak na marginesie- korektorka mojej powieści ( zresztą bardzo
                  miło się współpracowało ) zarzuciła mi, że mój pomysł na pewną scenę
                  jest właśnie niewiarygodny, że bohater tak czy tak by się nigdy nie
                  zachował. Ubawiłam się i szybciutko odpisałam, ze to akurat
                  wydarzenie jest wzorowane na fakcie z mojego życia, więc jest
                  całkowicie wiarygodne.
                  Odpowiedź korektorki : " Życie pisze niewairygodne scenariusze"
                  • jolea Re: Z innej beczki 25.07.10, 16:45
                    No i o to właśnie mi chodzi! Że ocena wiarygodności bądź niewiarygodności - to
                    sprawa wielce subiektywna. Ludzie stateczni, poważni, realiści - lubią, jak coś
                    jest wiarygodne, ale wiarygodne po ichniemu: stateczne, poważne, wytłumaczalne i
                    przewidywalne. A ja na ten przykład wyrastałam wśród artystów, pracowałam i
                    pracuję wśród artystów, ba, sama "uprawiam" artystyczny zawód. Kiedyś jeden z
                    wątków swojej książki umieściłam we własnym środowisku zawodowym (które znam jak
                    żadne inne) i dowiedziałam się od pani, która robiła mi redakcję, że: "...ależ
                    proszę pani! Żadna kobieta w tym wieku tak nie mówi, w ten sposób nie myśli, a
                    już w żadnym wypadku tak się nie zachowuje!" Chodziło m.in. o zakład dwóch pań
                    po czterdziestce, która zrobi więcej rund rowerem wokół rynku swojego miasta w
                    kompletnym, ślubnym stroju. Scenka była o tyle fikcyjna, że nie było zakładu.
                    Ale aby wiarygodniej oddać reakcje ludzi i w ogóle, na własne oczy zobaczyć
                    skutek takiego przedsięwzięcia, bez najmniejszej żenady wykonałam je osobiście.
                    W biały dzień, będą kobietą "w tym wieku", ale dla dobra eksperymentu w innym
                    mieście, bo w moim mnie znają i nikt by się nawet nie zdziwił. I co? jak to jest
                    z ta wiarygodnością?
                    • ajtra Re: Z innej beczki 26.07.10, 10:29
                      jolea napisała:

                      " ... dowiedziałam się od pani, która robiła mi redakcję, że: "...ależ proszę
                      pani! Żadna kobieta w tym wieku tak nie mówi, w ten sposób nie myśli, a już w
                      żadnym wypadku tak się nie zachowuje!"

                      "I co? jak to jest z tą wiarygodnością? "



                      Hm...to chyba zależy od wieku pani, która robi redakcję.
                      Jeśli owej pani daleko jeszcze do magicznej czterdziestki, to jej wyobraźnia
                      nie przyjmie do wiadomości, że kobietę po czterdziestce stać na jakiekolwiek
                      szaleństwa.
                      Szydełko i fotel bujany, a nie w sukni ślubnej na rowerze wokół rynku.
                      Zgroza ;-)
                      • porcelina_melody Re: Z innej beczki 26.07.10, 13:14
                        No, wszystkie witki mi poopadały. Postać MUSI być prawdopodobna psychologicznie. I wcale nie chodzi o to, że ma odpowiadać stereotypom. Może robić najdziwniejsze rzeczy, ale zadaniem autora jest opisać to w wiarygodny sposób. Tak, by czytelnik był w stanie, przy odrobinie dobrej woli, uwierzyć w to, co czyta. Przytoczona tutaj Chmielewska, opisując absurdalne wyczyny postrzelonego Lesia zadbała o prawdopodobieństwo psychologiczne i dzięki temu czytamy o nim bez tego wewnętrznego "fuj", które nieodmiennie towarzyszy karykaturalnym, bzdurnym i plastikowym postaciom z pulpowych komedii i seriali. Jego sposób myślenia, a przede wszystkim MOTYWACJE są przedstawione WIARYGODNIE. Nie chodzi o to, co bohater robi. Chodzi o to, DLACZEGO to robi. Podobnie u Gombrowicza, którego proza jest silnie przefiltrowana przez spojrzenie narratora. On właśnie pokazuje uniwersalne prawdy o człowieku, lecz robi to w sposób bardzo specyficzny. Z tego przydeptywania dżdżownicy, z pojedynków na miny wyłaniają się postacie tym bardziej prawdziwe, im mocniej zindywidualizowane. To jest właśnie przeciwieństwo stereotypowego myślenia. Nie wystarczy dać komunikat: "Ten bohater robi głupie rzeczy bo jest głupi, proszę mi uwierzyć na słowo bo jestem Autorem i moje słowa są święte." Mnie jako czytelnika nie interesuje, czy autor jest w stanie zrobić to, o czym pisze, czy też nie. Utwór ma być samowystarczalny, ma stanowić wiarygodny, spójny świat, a nie być opatrzony posłowiem, opisującym szczegółowo wyczyny autora uprawdopodabniające posunięcia bohaterów.
                        • jolea Re: Z innej beczki 26.07.10, 17:26
                          No właśnie... Bohater wiarygodny, czyli "psychologicznie prawdopodobny" -
                          kontra: stereotyp. Myślę, że trafiłaś w sedno sedna. A... nie wiem, czy mam brac
                          to do siebie, ale mój rowerowy popis nie miał na celu "uprawdopodobnienia
                          wyczynu bohaterów". Miał charakter wyłącznie empiryczny.
                          • porcelina_melody Re: Z innej beczki 26.07.10, 18:45
                            > A... nie wiem, czy mam brac to do siebie

                            poniekąd tak ;) Chodziło mi o to, że nie powinno być istotne, czy dane wydarzenie miało miejsce w rzeczywistości, czy nie. Powinno za to być opisane tak, by zaistniało w umyśle czytelnika. W moim na przykład bułhakowski Behemot, przynajmniej w momencie czytania, istnieje na równi z np Małgorzatą, która przecież nie jest postacią fantastyczną. Wydaje mi się, że chodzi o to, że autor musi sprawnie umieścić nowe elementy (choćby najbardziej fantastyczne) w rzeczywistości ogólnie znanej, tak, by te elementy się w niej mieściły, a nie stały z nią w sprzeczności.
                            • jolea Re: Z innej beczki 27.07.10, 11:06

                              Dla mnie też nie jest istotne, czy coś zdarzyło się naprawdę, czy
                              też nie - i jeśli czasem zrobiłam coś (może i dziwnacznego, czy
                              nawet z pozoru mało istotnego) na użytek pisanej książki to nie po
                              to, by móc się wadzić z recenzentem bądź udawadniać czytelnikowi, iż
                              miało to miejsce w rzeczywistości - ale aby się przekonać osobiście,
                              jak to jest.
                              ***
                              W powyższych postach bardzo jasno, logicznie i sensownie piszesz,
                              czym jest dla Ciebie wiarygodność bohaterów i wydarzeń w książce.
                              Tylko rzecz w tym, że kiedy używa się takiego argumentu w sposób
                              nieprzemyślany, często bywa on dyskusyjny. Np:

                              >> Ogólne wrażenie - fragment mnie nie zachwycił. Bohaterowie są
                              niesympatyczni, karykaturalni, a przez to niewiarygodni <<.

                              Nie będę posiłkowała się realiami, choć pewnie wielu z nas mogłoby
                              podać przykład osob tak wyrazistej w swej wredości, że wręcz
                              karykaturalnej - choć rzeczywistej.
                              Wracając do Bułhakowa: czy bohaterowie jego Diaboliady sa
                              sympatyczni? Nie! Są obrzydliwi do granic możliwości. I
                              karykaturalni. Ale Bułhakow ukazując ich w ten sposób miał na celu
                              konkretny przekaz. Tak? Tak.

                              >> Podobnie u Gombrowicza, którego proza jest silnie przefiltrowana
                              przez spojrzenie narratora <<.

                              Zgadza się. Podobnie jak tekst Amgranika. Nie wnikam tu, czy jest
                              dobry, czy zły, ale z pewnością jest „silnie przefiltrowany przez
                              spojrzenie narratora”. I jak u Bułhakowa, taki sposób przedstawienia
                              postaci ma na celu pewien przekaz:

                              >> Sarkazm narratora wynika stąd, że nie lubi tych postaci.
                              Pokraczni po prostu są paskudni, co nie jest niczym dziwnym. Tu
                              paskudni ludzie będą dostawać swoją szansę i dalej piszę co z tym
                              robią<<.

                              A skoro tak, problem polega na tym, że X czy Y „wielkim poetą był”,
                              a Amgranik nie… Dlatego X swobodnie sobie „filtrował przez
                              spojrzenie”, a Y dla celów zbożnego przekazu wytwarzał najgorszej
                              maści (niesympatyczne) kreatury.
                              Dlatego wydaje mi się, że jedyną, konstruktywną i obiektywną oceną
                              prezentowanych w Mamrotku tekstów jest odnoszenie się do stylu
                              pisania, błędów językowych, budowy zdań itepe. Tak sądzę.
                              • porcelina_melody Re: Z innej beczki 27.07.10, 15:27
                                > Wracając do Bułhakowa: czy bohaterowie jego Diaboliady sa
                                > sympatyczni? Nie! Są obrzydliwi do granic możliwości. I
                                > karykaturalni.

                                Ocena subiektywna. Dla mnie nie są jednoznacznie obrzydliwi. I właśnie o to chodzi. Bułhakow przedstawił ich w sposób wielowymiarowy, nie komentując odautorsko (a przynajmniej nie tak łopatologicznie). Dlatego dla Ciebie mogą być obrzydliwi i karykaturalni, a dla mnie zabawni i przerysowani, ale nie papierowi. Bo Bułhakow zostawia miejsce na interpretację, a Amgranik próbuje nam wcisnąć swoją ocenę postaci ex cathedra. Moim zdaniem tu właśnie leży problem, i dlatego między innymi jeden tekst jest wybitny, a drugi dość marny ;) Być może mój pierwszy post pod tekstem Amgranika nie był precyzyjny, ale oddawał z grubsza moje odczucia po lekturze. Wyłapywanie błędów stylu i składni zostawiam bardziej kompetentnym, a sama w recenzjach staram się spojrzeć szerzej i zwracam uwagę na to, co nie gra w samych "fundamentach" tekstu. Oczywiście, są to moje subiektywne odczucia i mam nadzieję, że to się rozumie samo przez się. Wierzę, że jedna nieprzychylna uwaga nie przekreśli niczyjej kariery ;)

                                > Dla mnie też nie jest istotne, czy coś zdarzyło się naprawdę, czy
                                > też nie - i jeśli czasem zrobiłam coś (może i dziwnacznego, czy
                                > nawet z pozoru mało istotnego) na użytek pisanej książki to nie po
                                > to, by móc się wadzić z recenzentem bądź udawadniać czytelnikowi, iż
                                > miało to miejsce w rzeczywistości - ale aby się przekonać osobiście,
                                > jak to jest.

                                Też tak robię. Chodziło mi o to, że sama konieczność przytaczania swoich doświadczeń jako argument na obronę tekstu wg mnie świadczy o tym, że tekst nie broni się sam.

                                > problem polega na tym, że X czy Y „wielkim poetą był”,
                                > a Amgranik nie… Dlatego X swobodnie sobie „filtrował przez
                                > spojrzenie”, a Y dla celów zbożnego przekazu wytwarzał najgorszej
                                > maści (niesympatyczne) kreatury.

                                Dokładnie tak. Bo X i Y zdawali sobie sprawę z mechanizmów, o których piszemy, a Amgranik najwyraźniej - nie. Nikt się nie rodzi "wielkim poetą". Sama bardzo sobie cenię to, jak ktoś mi wytknie mielizny, więc staram się czynić drugiemu, co mi jest miłe ;) Oczywiście podkreślając, że to tylko moje zdanie, a ekspertem żadnym nie jestem.
                                • amgranik Ależ w żadnym wypadku... 03.08.10, 10:02
                                  Krytyka mnie nie zdołowała. Jednocześnie cieszę się, że nie przypięłaś mi łatki "wielkim poetą był", uff, jaka ulga, całkiem poważnie. Zwracasz uwagę na to, co jest w przedstawionym fragmencie nieczytelne. Inna sprawa, czy będę sie starał to wyjasniać, ale wiedza ta przydatna dla innego tekstu. Natomiast w tym Pokraczni dostają szanse by wypięknieć (dokładnie trzy i oferuje im to ryba o imieniu Złoty). Całość w załażeniu jest nowelką satyryczną.
                                  A teraz w sprawie postaci.
                                  1. Kubus Puchatek, Sowa, Kłapouchy...
                                  2. Józef K., K, Geometra...
                                  3. Postaci, którymi zapełnia swoją twórczość K. Vonegut
                                  4. Postaci historyczne u historyków stosujących metodę materializmu historycznego
                                  5. ITD
                                  Teraz znów wyjeżdżam na wieś, ale zamontowane urządzenia może pozwolą mi korzystać z dobrodziejstwa cywilizacji, jakim jest net. Odezwę sie wiec czy tego chcecie czy nie chcecie. "Koniec, bomba..."
                                • amgranik Re: Z innej beczki 04.08.10, 09:08
                                  Poprzedni post "Ależ..." wklepałem w pośpiechu, więc zabrakło czasu na
                                  króciutkie wyjaśnienie. W wyliczance umieściłem Autorów (kudy mi do nich),
                                  którzy dość swobodnie operują postaciami. Kubusia Milne przedstawia jako
                                  głuptasa, co okazuje się nieprawdą. U Kafki bohaterem jest, omal niemożliwy do
                                  zniesienia, przeciągły akord beznadziejności (tak ja to słyszę i odbieram),
                                  natomiast prawdopodobnej psychologicznie postaci, oprócz wszechobecnego Franca,
                                  tam nie znajduję. Oczywiście jest to wielkie uproszczenie, lecz wnikliwą analizę
                                  zostawmy "kafkologom". Vonegut postaci ledwie szkicuje, by wprowadzić głównych
                                  bohaterów, jakimi są cechy, zachowania, procesy społeczne, stereotypy itd. Sam
                                  Kurt twierdzi, ze w jego postaciach jest idiosynkrazji w bród i podpisuję się
                                  rękami i nogami, z zastrzeżeniem jw..
                                  Materializm historyczny w ogóle ma w nosie zachowania i motywy jednostek, nawet
                                  tych najwybitniejszych.
                                  Panny Młodej na rowerze motywy mogą więc być kompletnie nieistotne, jeśli jej
                                  jazda stała się katalizatorem fali lub łańcucha zachowań albo reakcji świadków
                                  tego wydarzenia. Psychologicznie prawdopodobna postać ma sens, kiedy to ona jest
                                  w centrum naszego zainteresowania, o niej pisze Autor, bo zgodzę się z
                                  porceliną, że postać nierzeczywista, z którą obcujemy przez kilkadziesiąt,
                                  kilkaset stron może doprowadzić do rozpaczy czytelnika.
                                  I tyle mojego skromnego zdania w tym względzie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka