amgranik
15.07.10, 12:14
Opowiadanko, które zamieszczam poniżej, rozrosło mi się do ponad czterdziestu
stron, więc pójdzie w odcinkach, jeśli zechcecie to czytać. W założeniu ma ich
być kilka. Nie przeszło jeszcze przez sitko redakcji i końcowych korekt, ale
swędzi mnie by usłyszeć opinie spoza kręgu znajomych.
Na końcu świata, gdzie diabły znalazły wyśmienite miejsce do mówienia ludziom
dobranoc, a tym samym przypominania o swoim istnieniu, rozmościła się wśród
pól i lasów wioska Postrzeleniec. Nazwa jej wzięła się od wiodącego przezeń,
prostego jak strzelił gościńca. Mniej więcej w połowie owego gościńca, za
szpalerem krzaczorów, brzozowym za-gajnikiem stał pokraczny dom państwa
Pokracznych. Zbudowali go omal od podstaw, wsysając urokliwą, wiejską chałupę,
jedyny ładny element posiadłości, czyniąc ją integralną częścią budowli, którą
wielkim wysiłkiem, przy użyciu ogromnych nakładów finansowych, wznieśli, a
którą zaczęli przeklinać nim wznoszenie ukończyli. Był to jednak ich
wymarzony, wiejski dom, więc trwali w nim z heroizmem i mieli akwarium.
Akwarium w tym wiejskim domu miało specjalne miejsce i znaczenie.
Wyłupiastookie zwierzęta w nim żyjące były jakże inne od reszty gadziny
hodowanej przez Pokracznych. Najmniej kłopotu sprawiały kozy, które jedynie
czasami zżerały długo pielęgnowane krzewy, z pozoru mało smakowite, ale dla
tych złośliwych stworzeń atrakcyjne ze względu na możliwość zrobienia podłego
psikusa gospodarzowi, którym był dość pokraczny i mocno zakompleksiony Anatol
Pokraczny o bardzo koźlim, raczej capim wyglądzie. W skład menażerii wchodziła
jeszcze setka kur, zostawiających gówno gdzie popadnie i cuchnących
przeraźliwie w swej kurnikowej masie, lecz mających walor praktyczny, bo
wydawały z siebie jaja, które służą do produkcji innego gówna, cuchnącego
jeszcze bardziej, szczególnie w połączeniu z bekonem. Ludzie wyjątkowo lubią
produkować gówno, więc płacili Anatolowi za wydane przez wspomniane kury jaja,
napawając się radosnym przekonaniem, że proces, w którym ich użyją, będzie
służył ich zdrowiu, bo oparty jest o nadzwyczaj naturalny składnik – wiejskie
jaja, jakby wszystkie pozostałe, powszechnie dostępne na rynku, były
produkowane w aglomeracjach przemysłowych. Na tym kończyła się lista zwierząt
przydomowych. Dom zaś zasiedlało pięć skretyniałych psów, rozdzierających
swoje obślinione pyski przeraźliwym ujadaniem, na każdy, nawet najdrobniejszy
szmer. W takim towarzystwie drobiazgiem można nazwać obecność czterech kotów,
mających zwyczaj szczać na pozostawione przez nieuwagę ubrania, po kątach, do
butów i gdzie popadnie. Radości dopełniała Mojmira, osobista żona Anatola,
głośniejsza od gromady psów, złośliwsza, niż całe stadko kóz, lecz trudniejsza
w hodowli, bo wyjątkowo kapryśna. Poza tym psy, kozy czy kury w chwili
uniesienia, dla poprawienia sobie humoru ewentualnie rozładowania napięć,
można było skopać. Mojmira zbyt wysoko mniemała o swoim tłustym zadku a do
tego wolała kopać, niż być kopana. Kopniaki najchętniej rozdawała dwóm
porządnym i pięknym psom berneńskim, natomiast oszczędzała złośliwe,
pokurczone kundle, bo kochała je miłością wielka i czystą wedle zasady – czym
bardziej złośliwe i paskudne bydlę, tym więcej miłości. Rybki w akwarium
swoim, stanowiły więc samą przyjemność – nieme, czyste, nawet nieco
melancholijne. Akwarium stało na granicy ponurego, choć bardzo przestronnego
salonu, gdzie wszystkie cztery szklane ściany zbiornika były dostępne dla
ciekawych oczu. Anatol nie miał wprawdzie wiele czasu na rozkoszowanie się
widokiem małego, sztucznego, podwodnego świata, ale kiedy tylko nadarzała się
okazja, zaglądał tam i rozkoszował się dostojnym spokojem, mających wszystko w
skrzelach – bo przecież trudno powiedzieć, że w nosie – podłużnych,
wyłupiastookich stworzeń, którym trochę zazdrościł tego spokoju. Czasem nawet
marzył o rybim życiu, częściej jednak jego projekcje pełne były pięknych,
młodziutkich, tłustych i najlepiej bardzo skąpo odzianych dziewcząt, wielu
zer, po oczywiście większej od zera cyfrze, na osobistym koncie. W swych snach
bzykał na hektary i pławił się w dobrobycie – Ech, taka wygrana w lotto,
główna, przy kumulacji! - wzdychał. Słał zakłady z wiarą graniczącą z
pewnością na trafienie szóstki, bo Wróżka wiele lat temu wywróżyła mu, że
zgarnie tłustą pulę w grze liczbowej. O wróżkach i wróżbach mówił lekceważąco,
niemal pogardliwie, obśmiewał wszystkich pokładających wiarę w przepowiednie i
jasnowidzenia, sam jednak karmiąc się nadzieją, zbierał jajka spod kurzych
kuprów, przeganiał kozy, karmił sforę psów i z rezygnacją kładł się wieczorem
obok foczego cielska swej żony, mając pewność, że wraz z sześcioma trafnie
wytypowanymi liczbami to wszystko się zmieni, skończy, albo cudem wróci jej
obraz sprzed bardzo dawna, kiedy wydawała mu się nawet ponętna i budziła
pożądanie. Tymczasem wpychające się do łóżka psy stanowiły całkiem przyjemne
urozmaicenie wspólnego polegiwania i wygodne wytłumaczenie, pozwalające
bezpiecznie wykręcić się od czynności właściwych sytuacji. Kwas to piasek i
sierść na prześcieradle, ale Anatol nie należał do wąskiej grupy upierdliwych
pedantów, więc poranne otrzepywanie się z ciał obcych nie stanowiło problemu
Na tym ogromnie często kończył swe ablucje. O poranku biegł do kuchni, by
przyrządzić dla niej kawę i podawał ją do łóżka, marząc po drodze, by zamiast
cukru nasypać do niej ze dwie łyżki arszeniku. Ach, te chwile buntu! Przez
dwadzieścia stopni schodów czuł się wolny, lecz już na płaskiej podłodze
korytarzyka prowadzącego do sypialni, stawał się znów poddanym, pieskiem wiernym.
- Co się tak wleczesz?! Znów kawa będzie zimna! – wyrywał go ze stanu
rozmarzenia niekoniecznie przyjazny głos.
Mojmira podparta ze wszystkich stron poduszkami i psami amebowato rozlewała
się na łóżku, rozpoczynając swój dzień intensywną pracą nad domowymi
rachunkami lub śledzeniem serialu w telewizji.
Mojmira nie była powściągliwa w wierze we wróżby, też marzyła o wielkiej
wygranej. Bardzo często w myślach lub głośno i wyraźnie dzieliła wygraną.
Była przekonana, że samo wysyłanie kuponów jest działaniem zbyt ubogim, więc z
całą energią oddawała się modłom do Matek Boskich, logicznie sądząc, ze
wygrana w lotto jest zbyt błahą sprawą dla Boga Ojca lub syna Jego a Duch
Święty nie nadaje się do załatwiania takich spraw z racji swojego uduchowienia,