Dodaj do ulubionych

PORZĄDNY WRÓG cz.1

26.09.11, 18:06
Witam.
Znowu. Znowu napisałem opowiadanie.

PORZĄDNY WRÓG

1.
Nasz nowy sąsiad ogrodził się tak wysokim murem, że nie widzieliśmy nawet kominów jego rezydencji. Przez bramę wtaczały się luksusowe auta na rejestracjach z różnych części kraju. Wjeżdzały i wyjeżdżały. Sam sąsiad pozostawał dla nas nieznany. Co jakiś czas wznosił się swoim sportowym samolotem w powietrze, krążył nad okolicą i zawsze obniżał lot nad naszym domem kiwając się na boki. Moi starzy brali to za próbę wymiany uprzejmości i odpowiadali "dzień dobry", ale ja miałem złe przeczucia. Sprawdziłem nawet w internecie, czy taka maszyna mogłaby przenieść bombę.
Niby nie mogła.

2.
Zanim ojciec przywiózł z apteki bardziej odpowiednie materiały, wystarczyć musiały stare ręczniki. Matka moczyła je w gorącej wodzie i przemywała rany tak dokładnie, że jeszcze przed powrotem ojca ujrzeliśmy twarz naszego niespodziewanego gościa. Mimo licznych obrażeń można było rozpoznać, że to nie kto inny, a najsławniejszy w kraju reżyser filmowy, co ojciec po powrocie przyjął z udawaną obojętnością. Facet okazał się bardzo sympatyczny i po paru godzinach oklejony plastrami, owinięty bandażami, gawędził z nami o nowinkach ze świata sztuki. Uraczył nas nawet kilkoma plotkami z życia gwiazd. Jego jedyną prośbą, wtrąconą nerwowo raz po raz, było to, żeby nikomu nie wspominać o tym, co się stało. Z przyjaciółmi różnie bywa, mówił, natomiast dobrze jest mieć porządnego wroga. To musiało nam wystarczyć za wyjaśnienie.
Tak było za pierwszym razem. Potem dbaliśmy już zawsze o dobre wyposażenie domowej apteczki, bandaże różnej szerokości, jałowe opatrunki, plastry, wodę utlenioną. Na półce, w promieniach lampek halogenowych skrzył się pokaźny zapas whisky, bo nasi kolejni pacjenci nie należeli do abstynentów. Co parę tygodni, czasem rzadziej, pojawiali się u nas w domu najsłynniejsi polscy artyści. Za piątym, czy szóstym razem, kiedy oparty o drzwi, zakrwawiony i dygoczący, stanął najsławniejszy polski pisarz, ojciec parsknął śmiechem, usiadł w fotelu i czekał na odpowiedź.
-Koniec.- powiedział. -Co tu jest grane?
Matka skarciła go wzrokiem prosząc literata do środka.
Ten próbował wycharczeć tę samą śpiewkę, co jego poprzednicy. Śliska nawierzchnia, wypadek, kolizja, nagłe zasłabnięcie, czy co tam jeszcze. Matka kiwając tylko głową ważyła w garści przed jego oczami drobne kawałki metalu. -Odłamki.- mówiła.
Kiedy słyszę, że ktoś wychował się w domu otwartym, pełnym artystów, wiem o czym mówi.
-Dzwonię na policję.- kończyła matka i siadała obok ojca. Oczywiście nikt nigdzie nigdy nie zadzwonił. Zapowiadał się miły wieczór w ciekawym towarzystwie. Poranek był niezmiennie jednakowy.
-Chciałbym się jakoś odwdzięczyć, ale uwierzcie mi, nie mam ani grosza.- rozkładali ręce na do widzenia.
Kilka lat później sam zostałem sławny. Wiem, że nie tylko w baśniach ceną za poznanie pewnych tajemnic bywa śmierć. Jest to cena, której udało mi się nie zapłacić, ale stało się tak bardziej za sprawą moich szybkich nóg, niż jakiejś szczególnej promocji.


3.
Pod koniec studiów na wydziale marketingu i zarządzania powiedziałem starym, że chcę zostać pisarzem. Ojciec z właściwą sobie udawaną obojętnością nalał po szklance whisky z zapasów. Brakowało tylko bandaża, pomyślałem, ale matka patrzyła w dywan i nie ruszała się z miejsca. -Wszystko zaplanowałem.- pocieszałem ich. -Będę bogaty!
Najodpowiedniejszym gatunkiem dla mojego planu była fikcja, toteż zacząłem od autobiografii typu lans. Z rodziców uczyniłem prawdziwe cacka. Ułożyłem im najzgrabniejsze dialogi, ustanowiłem szczęście domowego ogniska, co zresztą było świętą prawdą, a z racji oryginalności zwróciło uwagę recenzentów i rozkręciło moją karierę. Całą swoją złość wycelowałem w Artura, czarnego bohatera, legendę szkolnych lat. Resztę postaci obdarowałem po części dobrymi, po części paskudnymi cechami. Potraktowałem to jak paletę literackich możliwości, próbnik podobny do tych, które prezentują producenci farb ściennych.
Znajomi, którzy otarli się o Artura i cała reszta, bo każdy spotkał w życiu swojego Artura, gratulowali mi celnych ciosów. Uważali, że taka artystyczna zemsta była potrzebna i oczyszczająca.
Artur pojawił się w szkole podstawowej na krótko, zaledwie parę miesięcy i zdążył na zawsze wryć się w pamięć. Krążyły o nim straszne opowieści. Przed nami uczęszczał do wielu szkół w różnych częściach kraju, z każdej był wyrzucany. Kablował, knuł, skłócał, kradł. Jego ojciec zatrudnił się w szkolnej kotłowni, gdzie Artur krył się często w przerwach i wychodził stamtąd jeszcze gorszy, jakby zstępował do piekieł po diabelskie instrukcje. Stanowili godny siebie tandem, który zakończył działaność w naszym mieście po tym, jak ojciec wyleciał z pracy za kradzież węgla, roweru i mopów z magazynu sprzątaczek. Jego też przykładnie obsmarowałem. Wtedy nie wiedziałem, że był jeszcze dziadek, ulepiony z tej samej gliny.
Po wyprzedanym nakładzie i dodrukach można było powiedzieć, że jestem pisarzem. Przystąpiłem więc do drugiej części planu pod tytułem „Będę bogaty”...
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka