renfield
16.02.05, 07:39
"Od dłuższego czasu zarabiam na życie jako prywatny, licencjowany detektyw.
Jestem kawalerem, pracuję samotnie, mam około czterdziestki i nie opływam w
dostatki. Nie zajmuję się sprawami rozwodowymi. Siedziałem parokrotnie w
więzieniu. Lubię alkohol, kobiety, szachy i jeszcze parę innych rzeczy.
Policjanci nie przepadają za mną, ale z kilkoma łączą mnie całkiem dobre
stosunki. Pochodzę z tych stron, urodziłem się w Santa Rosa, moi rodzice nie
żyją, nie mam braci ani sióstr. I jeśli kiedyś załatwią mnie odmownie w
jakiejś ciemnej ulicy, co może się zdarzyć każdemu w moim zawodzie, jak
również wielu innym facetom zarówno z zawodem, jak i bez, to nikt nie będzie
miał poczucia, że życie straciło sens."
Tak sam charakteryzuje się po krótce główny bohater powieści Raymonda
Chandlera. Podoba mi się ta postać, ponieważ w odróżnieniu od bohaterów wielu
powieści sensacyjnych nie jest papierowa. Cenię to, że Marlowe jest uparty i
bezkompromisowy. Nie obawia się dostać w twarz, jak również sam nie waha się,
kiedy trzeba kogoś obić. Mimo, że praca detektywa stanowi jego źródło
utrzymania, to nie rzuca się łapczywie na każde oferowane mu pieniądze, ale
chce najpierw wykonać zadanie, jeśli rzecz jasna w ogóle zgodził się go
podjąć. Obraca się w różnych ciekawych miejscach, całuje piękne kobiety i
nieraz pociąga sobie z różnymi osobami z kieliszka, bądź też z butelki
znajdującej się w szufladzie biurka w jego biurze.
Śmiem twierdzić, że dzięki postaci Marlowe'a (choć oczywiście nietylko)
powieści Chandlera zyskują jakiś taki niepowtarzalny klimacik. Dzisiaj wciąż
czyta się te książki bardzo dobrze, mimo, iż powstawały one kilkadziesiąt lat
temu.