Dodaj do ulubionych

Pisarska rzetelnosc - ogolnie

02.03.05, 17:18
Ogolnie - tzn. nie chodzi mi o watek taki, jak ponizszy o "Salonie" :-), tylko o fikcje.
Mam na mysli rzetelnosc w przygotowywaniu tla, zwiekszanie wiarygodnosci powiesci poprzez
podawanie podstaw, ktore sa prawda, a nie oczywista bzdura wyssana z palca i liczeniem na
ignorancje czytelnikow. Przyklady, ktore mi sie nasuwaja, to: Dan Brown - "Anioly i Demony" - cala
historyjka o antymaterii i tym, ze Robert Langdon, profesor Harvardu, nie wiedzial, co to CERN;
Barbara Wilson, kryminaly o Cassandrze Reilly - np. w kryminale, ktorego akcja toczy sie w
Transylwanii, obok stereotypow (nienawisc Rumunow do Wegrow, przmyusowe osadnictwo Rumunow
w Transylwanii, ktora wg autorki byla calkowicie wegierska) bzdura piramidalna zbudowana na
ziarnku prawdy (jak zawsze): fakt: Ceausescu zakazal aborcji; wniosek autorki: wszyscy Rumuni w
czasach Ceausescu mieli co najmniej piatke dzieci (znam glownie osoby urodzone w trakcie
dyktatury - druga polowa lat 60. i lata 70.; maja najwyzej jedna siostre lub brata); trzecim
przykladem ( z forum) sa archeologiczne i antropologiczne wywody Elizabeth Hand w ksiazce
"Przebudzenie Ksiezyca" (na tym akurat sie nie znam, wiec nie zauwazylam sama, ale podobno dla
osob z wiedza na ten temat bledy sa oczywiste).
I teraz pytania: zauwazacie takie rzeczy? Zastanawia Was, ilu przeklaman nie zauwazacie ze wzgledu
na brak znajomosci tematu? I wreszcie - jak gleboko autor musi znac "tlo" na ktorym opiera swa
powiesc? Czy naprawde powinien liczyc na to, ze ludzie, do ktorych adresuje swa ksiazke ("czytelnik
modelowy") wiedza mniej od niego?
Obserwuj wątek
    • braineater Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 02.03.05, 18:20
      "Literatura musi zakładać istnienie publiczności, która jest wykształcona,
      bardziej wykształcona niż pisarz. Czy taka publiczność istnieje, czy nie, to
      nieistotne. Pisarz zwraca się do czytelnika, który wie na dany temat więcej niż
      on; wyobraża sobie więc siebie samego w roli wiedzącego więcej niż naprawdę
      wie, by móc zwrócić się do kogoś, kto wie jeszcze więcej." Italo Calvino "Dla
      kogo piszemy, czyli hipotetyczna półka na książki", cytowany za Dobrawką
      Ugresić.
      I to jest sytuacja optymalna, wręcz utopijna i jako taka w przyrodzie
      praktycznie nie wystepująca, gdyż rynek wydawniczy, jak każdy przemysł,
      zmuszony jest usredniać swoje założenia a w związku z tym, czytelnika uznaje
      sie arbitralnie za idiotę, któremu mozna wcisnąc wszystko, byle atrakcyjnie
      opakowane. Z ostanich przykładów chociażby panowie Cohelo i Brown dowodami
      żywymi na to, że wystarczy powierzchowny recycling kulturowego śmiecia, by
      napisac książczyny sprzedawane w milionach egzemplarzy. Ot, po prostu wystarczy
      wziąść trochę mitologii, socjologii i religioznawstwa, podlać to
      pseudomistycznym sosem i już mamy hiciaka na miarę Veronik Valkirii czy Gór
      Piatych i dziesiątych, bybleby tylko nie zająknąc sie przy tym o Steinerze,
      Levim- Straussie czy Durkheimie, bo zostaniemy posądzeni o elitaryzm i
      zamykanie się w koscianej wieży i podawać to wszytsko jako prawdy objawione
      tylko autorowi, który łaskawi udostepni je maluczkim, za niewielką opłatą. I
      jest to cykl na który czytelnicy dają się nabierac w regularnych odstepach
      czasu - patrz linia prosta pomiedzy Hessem, Castanedą i Cohello.
      Inna forma tego recyclingu stosowana jest nader skutecznie przez megagwiazdusię
      Browna Dana, przy którym normalny człowiek ma wrażenie jakby czytał powieść
      napisaną przez wyszukiwarkę internetową - powiedzmy Google. Cały research do
      tych textów zapewne polegał na przeczytaniu co wiekszych stron www poswięconych
      Paryżowi, Luwrowi i CERN, jak równiez na uzupełnieniu braków w wiedzy za pomocą
      przewodnika Pascala, typu zobacz cały Paryż w weekend. Czasami pomaga też
      posiłkowanie sie literaturą fachową, ale najlepiej o skandalicznym posmaku, by
      móc tworzyc później tak frapujące opisy jak wnetrza Biblioteki Watykańskiej w
      którymś z Brownowych arcydzieł (niedoprecyzuje którym, bo wszystkie trzy zlały
      mi sie w jeden metatekstualny strumień bełkotu, jak to zwykle bywa, gdy
      człowiek w zbyt szybkim czasie próbuje sprawdzić zbyt wiele stron www)
      Ale by nie popaśc w bezsilne biadanie, to są na szczęscie autorzy, którym
      jeszce jestem w stanie wierzyć, że do swojego pisania posłużyli się
      gargantuicznych rozmiarów biblioteką - Eco chociażby czy z polskich Piotr
      Wojciechowski, pisarze u których widać szacunek wobec czytelnika a nie
      rozpatrywanie odbiorcy jako marketingowego targetu.
      Pozdrowienia:)
      • pieranka Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 02.03.05, 18:26
        podoba mi się twoja sygnaturka.
      • staua Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 02.03.05, 18:35
        Dzieki za ten post. No wlasnie - Eco to chyba dobry przyklad pisarza rzetelnego pod tym wzgledem. A
        mysle, ze jest rzetelny (pomimo, ze nie sprawdzilam wszystkich faktow) bo czytalam jego prace
        niebeletrystyczne, z ktorych wnioskuje, ze zasady tam przedstawione stosuje on w praktyce.
        Ale celem niektorych (wielu, bardzo wielu) autorow sa - nazwijmy umownie i ogolnie - "glupi"
        czytelnicy. Wyglada na to, ze calkiem wygodnie stworzyc sobie taka nisze, poprobowac z jedna ksiazka,
        jak sie przyjmie, to mozna hasac na calego... Inna grupa sa czytelnicy, ktorzy nie zwracaja zupelnie
        uwagi na takie sprawy, bo interesuje ich akcja (moze sa to tez wielbiciele filmow akcji), tylko i jedynie
        jak najbardziej dynamiczna akcja, takich Eco znuzy po kilkunastu stronach, a Brown wciagnie.
        Coelho jest chyba adresowany glownie do licealistow (albo nawet gimnazjalistow). Jak chce rad
        zyciowych, to lepiej przeczytam Chopre :-)
        pozdrawiam, i jak Pieranka uwazam, ze Twoja nowa sygnaturka jest super!
        • lipa55 Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 02.03.05, 18:55
          no, ale ilu jest Eco albo chociazby Stevenów Saylorów - profesorów z talentem
          pisarskim?
          większość to tylko sprawni rzemieślnicy, którzy tłuką popularne powieści ;-)
          • staua Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 02.03.05, 19:00
            No tak, ale od rzemieslnika tez wymaga sie przygotowania... Wyobrazam sobie, ze dla pisarza
            przygotowanie to nie tylko techniczny warsztat, ale tez troche wiedzy o tym, co pisze.
            • ash3 Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 02.03.05, 23:02
              Idealnym przykładem takiej "rzemieslniczej" prozy (powieśc sensacyjna) jest
              ksiązka Winslowa "Kalifornia - ogień i zycie". Zadanie, jakie sobie autor
              postawił realizuje znakomicie (piszę w czasie teraźniejszym, bo doczytałam
              mniej więcej do połowy na razie:-)) - temat moze niewyszukany, ale tak
              naprawdę kto z nas ma o tym blade pojęcie? Boahterem jest specjalista od wyceny
              zniszczeń wywołanych przez pożary, były policjant. Prowadzi włsne śledztwo,
              poniewaz uwaza, że policja zbyt pospiesznie (zaniedbując oczywiste dla speca od
              pożarnictwa) zlekcewazyła ślady, jakie zostawił ogromny pożar posiadlosci, w
              które znaleziono zwloki kobiety. Najbardziej fascynująca dla mnie jest nie sama
              intryga, ale opisy - w tym liczne retrospekcje z nauki zawodu - śladów i
              rodzajów ognia, pożarów, sposobów podpaleń itp. Z okładki ksiązki mozemy się
              dowiedziec, że autor zajmował sie zawodowo własnie ubezpieczeniami od pożarów -
              oczywiście, widac i docenia się tę ogromną wiedzę, jaka prezentuje jako
              pisarz...
              Byc moze Winslow nie będzie potrafił o niczym innym pisac - ale o pożarach
              pisze naprawdę ciekawie!
          • braineater Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 02.03.05, 19:05
            Kurcze - przecież nikt nie mówi, że rzemieślnik nie jest odpowiedzialny za swój
            wytwór - ja na przykład wolałbym kupic łożko zrobione przez kogos kto się zna
            na swoim fachu, niz w trakcie upojnych igraszek znaleźć się z noga badziewnego
            łoża zaimplementowaną analnie. Także w masowej produkcji literackiej, nalezy
            brac pod uwagę, że czytelnik skończył edukację na poziomie ciut wyższym niż
            znajomość elementarza i może mu się nie spodobać, że ktoś go traktuje jako
            bezmózgiego bęcwała - patrz moje odczucia wobec Chmielewskiej. Rzemiosło po
            prostu musi być rzetelne, takie w którym czytelnik będzie się w stanie
            rozkochać i polubić jego wady, wynikające z gatunkowego schematyzmu - powieści
            Montalbana na przykład są doskonałym przykładem dobrego literackiego rzemiosła,
            gdzie pomiedzy wartka akcją i niezłymi dialogami autorowi udaje sie przemycić
            sporo interesujących i, co najważniejsze sprawdzalnych wiadomości na tematy
            chociażby kulinarne.
            Pozdrowienia:)
            • lipa55 do s. i b. 02.03.05, 19:11
              chyba się źle wyraziłam (o tej porze nadchodzi spadek formy umysłowej)
              rzemieślnik w znaczeniu sprawnie władający piórem, wymyślający zgrabne intrygi,
              barwne postacie, porywające sceny erotyczne
              a na sprawdzenie, czy naprawdę istnieje skrzyżowanie Marszałkowskiej i Gagarina
              albo co noszono na głowach za Ludwika V nie starczy mu już czasu (albo ochoty)
              albo wychodzi z założenia, ze społeczeństwo i tak kupi, a tym mikronem
              społeczeństwa, które znajdzie jakieś błedy, nie nalezy się przejmować
              • yanga Re: do s. i b. 02.03.05, 22:00
                Oczywiście, że sprawdzenie realiów należy do obowiązków pisarza. Niektórzy -
                zwłaszcza ci bogatsi - zlecają to specjalistom zwanym "rechercherami". Tak
                robiła m.in. Agatha Christie, jak wiadomo z różnym skutkiem - polonica
                wyjątkowo jej się nie udawały, np. "typowe" polskie imiona i nazwiska. Po
                pisarzu jednak książka trafia do redaktora, który powinien to wszystko
                zweryfikować, przynajmniej dawniej tak bywało. Teraz normy dla redaktorów są
                tak wyśrubowane, że w tym pośpiechu wiele błędów im umyka. Istnieją jednak
                pewne granice - np. jeśli autor (dobry, nagradzany) nie tylko przypisuje wiersz
                Broniewskiego Majakowskiemu, ale na autorstwie Majakowskiego buduje całą
                fabułę, a redaktor tego nie sprawdza, to... to co wtedy? Cała - naprawdę dobra
                książka traci wiarygodność. W przekładach błędy często wyłapuje tłumacz, daje
                odpowiedni przypis albo sam koryguje, ale w opisanym przypadku autor był polski.
                • staua Re: do s. i b. 02.03.05, 22:23
                  Tak
                  > robiła m.in. Agatha Christie, jak wiadomo z różnym skutkiem - polonica
                  > wyjątkowo jej się nie udawały, np. "typowe" polskie imiona i nazwiska.
                  Na przyglad major Boris Glydr, Polak - co to za nazwisko?????
                  Redakcja, masz racje, Yanga, to wazna kwestia, czeste kiedys byly przypisy redaktorskie przy
                  pomylkach lub niescislosciach autora, takze dobry tlumacz czesto sie tu przydaje, coraz to rzadsze...
                  Ale mysle, ze solidnosc autora jest i tak najwazniejsza. Mozna przeciez pisac ksiazki osadzone w
                  dobrze sobie znanych realiach, albo tak abstrakcyjne, ze uniknie sie niezgodnych z prawda stwierdzen.
                  Jesli ktos podejmuje sie pisac na konkretny temat, powinien miec wiadomosci z tego zakresu (a
                  przynajmniej sprawdzic te, ktorych uzywa).
                  • broch Re: do s. i b. 02.03.05, 23:40
                    Nie ma znaczenia czy jest to przekrecona rzeczywistosc czy kompletna fikcja.
                    Obowiazkiem czytelnika jest rozpoznanie wartosci dziela.

                    Nazwiska? Hrabia Scurvy?
                    Shame on you Mr Witkiewicz!
                    Oj, joj absolutnie nie wymagam od literatury zgodnosci z faktami ktore przez
                    literature moga byc modyfikowane w dowolny sposob.

                    braieaterze: czym rozni sie idiota co wlasnie Levi-Straussa przeczytal i nic nie
                    rozumiejac cytuje zaslyszane opinie i interpretacje od wierzacego w slowa pana
                    Browna? Niektorzy w okreslonej (naiwnej) fazie rozwoju emocjonalnego potrzebuja
                    Hessego, niektorzy zostaja na tym etapie na zawsze.

                    Jesli czytelnicy daja sie nabrac to stawia ich to w sytuacji tych milosnikow
                    abstrakcyjnego malarstwa co sie zachwycali, nie wiedzac iz malpa obrazy
                    malowala. Malpa nic nie winna, to "milosnik" idiota.

                    W literaturze nie istnieje pojecie rzetelnosci (i dobrze). Zadaniem fikcji jest
                    przyciagniecie czytelnika sprawienie iz "uwierzy" w historie i bedzie chcial wiecej.
                    • staua Re: do s. i b. 02.03.05, 23:58
                      Broch, mowisz o innym poziomie literatury. Ja rozumiem, ze np. "V" Pynchona nie musi miec wiele
                      wspolnego z faktami i tym, co sie naprawde podczas wojny zdarzylo, ale to, co zdarzylo sie naprawde,
                      jest tam podane tak, jak bylo. I rozumiem, ze Danielewski (teraz czytam, stad przyklad), Pavic, czy
                      nawet Lovecraft wymyslaja sobie nieistniejace zrodla, ktore cytuja, ale to jest wpisane w te kategorie,
                      typ fikcji. Czy jak ktos decyduje sie w ogole na przeczytanie Browna, to znaczy, ze ma zaakceptowac
                      wszystko, co ten autor napisal, bo nalezy to uznac za fantazje literacka? Czy moze przeczytac, a potem
                      krytycznie spojrzec na tekst i stwierdzic, czy jest dobry, czy nie i dlaczego, i taka nierzetelnosc moze
                      byc jednym z czynnikow na "nie"? Jakby to ujac... Nierzetelnosc to cos innego niz celowe
                      manipulowanie rzeczywistoscia, gdy zna sie fakty na wyrywki (mam nadzieje, ze wiesz, o co mi chodzi).
                      Witkacy dal to nazwisko hrabiemu w jakims celu (patrz watek o nazwiskach), przesmiewczym,
                      nastawiajac jakos czytelnika do postaci. Major Glydr u Christie chyba nie byl zamierzony, nie odnajduje
                      zadnego skojarzenia (ale moze mozna, tylko ja nie odnajduje?), wydaje mi sie, ze mial tylko tak
                      "polsko" brzmiec...
                      Zgadzam sie co do Hessego, a nawet Coelho, czy "Pamietnika narkomanki", "My dzieci z Dworca ZOO "
                      itd. To niektorym potrzebne w pewnej fazie, niezle jednak uswiadomic sobie jej zakonczenie :-) To juz
                      inny temat jednak.
                      • broch Re: do s. i b. 03.03.05, 01:41
                        mam nadzieje ze Danielewski sie podoba?

                        Major "Glydr" mial oddac egzotycznosc bohatera z Polski, kraju zasypanego
                        sniegiem w ktorym niedzwiedze chadzaja po ulicach miast:). Rownie dobrze mogl
                        sie nazywac Ivanovic. Tak samo egzotycznie i obco choc to nie jest polskie nazwisko.

                        Jak chce poczytac na "serio" to biore Nature (hmm.. cold fusion anyone?).
                        Mysle ze to jak ktos (od)czyta Browna zalezy od edukacji czytajacego.
                        Jesli ktos wierzy w slwo Browna, to nic nie pomoze.

                        Dla mnie literatura nie jest zrodlem wiedzy o o faktach, nawet jesli o nich mowi.

                        Brown to w sumie taka ksiazeczka z serii Harlequin: rzecz mogla sie wydarzyc,
                        ale jest tak naiwna, tak przekreca rzeczywistosc tak bardzo czyni rzeczy
                        niemozliwe mozliwymi iz trudna uwierzyc w to co napisane.

                        Czekaj, chyba strasznie przekrecam ale chodzilo tresc:
                        w powiesci ktora bardzo dawno czytalem glowny bohater pyta sie sluzacej co sadzi
                        o ksiazce. Kiedy sluzaca odpowiada iz ksiazka jes bardzo dobra, bohater chce
                        wiedziec dlaczego. Bo jest taka praaaawdziwa. Pada odpowiedz.
                        Nawet jesli daleka od fikcyjnej ale mozliwej prawdy ktora moze byc zrealizowana.
                        Sluzaca potrzebuje wlasnie takiego "prawdziwego" swiata z serii Harlequin'a.
                        Harlequin mimo iz mozliwy jest faktycznie nieprawdopodobny. Ale wlasnie tego
                        chyba najbardziej potrzeba. Taniej, latwo przyswajalnej informacji nawet jesli
                        ta rzeczywistosc pod pozorami prawdy zawiera stek falszywych przeslanek.
                        I to jest miejsce Browna, Coehlo itp. To sa pisarze ktorzy zaspokajaja potrzeby
                        (pseudo)naukowe na okreslonym poziomie.

                        Nie wierze w "rzetelnosc" informacji w literaturze, poniewaz zadaniem literatury
                        nie jest dostarczanie informacji rzetelnej.
                        Rozumiem Twoje zaniepokojenie, ale mysle iz ludzie lubia byc manipulowani.
                        Dlatego lit. wyzej wspominana cieszy sie taka popularnoscia.
                        Z reszta wspominany przez Ciebie (pozytywnie) Eco napisal ksiazke o
                        sredniowieczu ktora jest rowniez manipulacja tyle iz na wyzszym poziomie, nieco
                        bardziej wyszukana. Przeciez jednak Wloch niezle fakty poprzekrecal, swojego
                        czasu byla na ten temat dyskusja wyszlo na to iz Eco faktycznie rowniez jest
                        "niebezpieczny". Wiecej o ile odmawiasz Brownowi rzetelnosci o tyle przyznajesz
                        ja Eco to faktycznie mozesz podac reke czytelnikom Kodu (nie mysle o jakosci
                        piora). Eco absolutnie rzetelny nie byl. Sporo czytelnikow uwierzylo iz Imie
                        rozy oprocz fikcji niesie spora doze wiadomosci. Wielu krytykow historykow
                        uznalo Eco za "niebezpiecznego" wlasnie dlatego iz stworzyl tak przekonywujaca
                        fikcje oparta o "historyczne dane". Ja (kompletny amator w dziedzinie historii)
                        polecam Manteuffla, Runcimana, Norwicha itp
                        Czesc literatury (np Pynchon) mozna z gory uznac za fikcje i czytanie jest
                        bezpieczne :), poniewaz "wiesz" ze to jest fikcja.
                        Czesc jednak pod pozorami prawdziwej informacji niesie wylacznie fikcje. Jesli
                        wiec ktos uznaje "rzetelnosc" Eco choc odrzuca rzetelnosc Browna to faktycznie
                        popelnia taki sam blad jak milosnik "Kodu da Vinci".

                        Literatura ma dostarczyc rozrywki ale nie powinna byc zrodlem wiedzy o
                        rzeczywistosci. Nie wydaje mi sie aby w literaturze mozna bylo mowic o
                        rzetelnosci. Czy rzeczywistosc w serialu o niewolnicy Izaurze moze byc podstawa
                        do nauki o niewolnictwie w Am. Pd.? A jednak ludzie wierzyli w te historie.

                        "Czy jak ktos decyduje sie w ogole na przeczytanie Browna, to znaczy, ze ma
                        zaakceptowac wszystko, co ten autor napisal, bo nalezy to uznac za fantazje
                        literacka?"

                        Dlaczego? przeczytac nie znaczy zaakceptowac. Jesli stawiam Eco wyzej niz
                        Browna, to na pewno nie dlatego iz Wloch jest bardziej rzetelnym w dziedzinie
                        faktow pisarzem. Nierzeczywistosc ksizki nie powinna decydowac o akceptacji.
                        Kiedys obejrzalem taki film pt "Air Force One" w ktorym podstarzaly Harrison
                        Ford leje swietnie wyszkolonych komandosow rosyjskich. Obejdzalem ale nie
                        "zaakceptowalem" dla mnie histora byla tak absurdalna ze nie moglem powstrzymac
                        sie od smiechu i zlosliwych komentarzy... czym obrazilem niektorych obywateli U.S.A.
                        Przeciez to tez byla fantazja ale tak kretynska ze trudno akceptowac taka
                        historie nawet jesli to fantazja. To jest roznica miedzy dobra literatura a
                        literatura zla.
                        Fantazja czy nie, niesie ze soba elementy "prawdopodobienstwa" nawet jesli
                        kompletnie nieprawdopodobnego ktore akceptujesz. Zla literatura nie jest w
                        stanie przekonac Cie do swojej prawdy.

                        Pewnie nie pamietasz ale w Polsce (i na swiecie) swego czasu panowal szal na
                        Danikena....
                        "Rydwany Bogow" jednak nie powinny byc zrodlem informacji o historii ludzkosci i
                        zwiazku z kosmosem.

                        Rzetelnosc (dla mnie) w literaturze dotyczy wylacznie warsztatu.
                        • staua Re: do s. i b. 03.03.05, 03:59
                          Masz racje, Twoje - bardzo rozsadne -argumenty przemawiaja do mnie. Myslalam o tym watku w
                          drodze do domu i tak wymyslilam, ze:
                          -po pierwsze - jesli jestesmy wlasnie takim "czytelnikiem modelowym", czyli odpowiadamy dokladnie
                          wizerunkowi osoby w glowie autora, gdy tworzyl swoje dzielo, to nie zwrocimy uwagi na
                          niedoskonalosci merytoryczne, bo beda one nieistotne, gdyz cala reszta bedzie nam odpowiadala; gdy
                          jestesmy czytelnikiem o nizszym (powiedzmy) poziomie, to nie zauwazymy ich,a doskonalosc
                          warsztatowa autora zwali nas z nog, wiec tez OK, a jesli o wyzszym, to tez nasz problem, bo przeciez
                          powinnismy miec swiadomosc wlasnego wyboru.
                          -po drugie, co wywnioskowalam po pierwszym - nawet nie czytajac ksiazek (jakiegokolwiek kalibru) w
                          celach dydaktycznych, czy aby poczuc, ze sa takie "prawdziwe" - jak ta sluzaca - mozna zauwazac
                          bledy i niescislosci (zaleznie od poziomu naszej wiedzy na dany temat) i moga nas one razic lub nie (to
                          juz jest chyba bardziej swiadomy wybor, albo moze z kolei zalezny od jakiegos literackiego obycia).
                          Mnie raza, choc nie przecze, u Browna razilo mnie nawet bardziej generalne traktowanie czytelnika jako
                          idioty (ten szyfr, nad ktorym profesor i specjalistka od szyfrow glowia sie przez jakis czas, a od razu
                          widac, ze jest napisany od tylu; a moze to ma wlasnie czytelnika dowartosciowac? Nie jestem calkiem
                          pewna, co ma na celu ten manewr).
                          -po trzecie, tez przywolujac sluzaca - trzeba zakladac, ze sa osoby czytajace nawet fikcje, szukajac
                          czegos "prawdziwego" chocby najbardziej nieprawdopodobnego (to sa te same chyba osoby, ktore
                          placza na filmach w stylu "You've got mail"), i trzeba zalozyc wobec tego, ze jakas fikcja jest do nich
                          wlasnie adresowana... Z drugiej strony, musze przyznac, ze czytam takze pewne ksiazki w celu
                          zapoznania sie z czyms dla mnie obcym, a wydaje mi sie, ze nie mam duzo lepszych i bardziej
                          obiektywnych zrodel (tak czytalam np. "One Man's Bible" Xingjiana Gao)
                          Podsumowujac (banalnie): najlepiej byc na tyle doswiadczonym czytelnikiem, zeby umiec wybrac to, co
                          nam sie spodoba? I to wylacznie wina czytelnika, bo autor kieruje sie prawami rynku? Troche smutne,
                          choc moze prawdziwe...
                        • staua aha! 03.03.05, 04:02
                          Danielewski sie podoba, bardzo :-) Napisze wiecej na forum, jak skoncze...
                          • braineater brochu okrutny! 03.03.05, 17:20
                            Masz sporo racji w tym co piszesz, szczególnie jeśli chodzi o porównywanie Eco
                            i Browna, jesli chodzi o rzetelność. Nie jestem mediwistą, średniowiecze znam o
                            tyle o ile i nie wpadłbym na to, by tropić prawdziwośc faktów w "Imieniu Róży"
                            a nawet jakbym wpadł, to by mi sie pewnie nie chciało:) Chodziło mi jednak o
                            coś troszeczkę innego, niż zwykła sprawdzalnośc/niesprawdzalnośc źródeł, dat i
                            postaci, (przy czym, jesli chodzi o źródła do "I.R.", cytaty i wypisy z tekstów
                            średniowiecznych, Eco, będę się przy tym upierał, jest sprawdzalny, bo z tych
                            samych textów i opierając się na tych samych czasem cytatach, korzystał
                            pisząc "Sztukę i Piekno w Średniowieczu", więc może jestem naiwny ale w
                            weryfikacje źródeł w tekście naukowym jeszce wierzę:)- problem jest jednak
                            inny: Eco od początku wprowadza swojego czytelnika w tekst, uświadamiając mu,
                            że ma do czynienia z grą, z igraszką umysłu erudyty, który ku uciesze swojej i
                            kolegów semiotyków, powrzucał teksty przynależace do przeróznych porządków
                            znakowych, kultur i historii i spiął je za pomocą zgrabnej i wciagającej
                            fabuły. Jeśli ktoś chce w 'I.R." szukac syntezy na temat średniowiecza, to
                            faktycznie nie jest to może najlepsze źródło, ale jeśli ktoś, znający jako tako
                            historię tego okresu, chce przeczytać sympatyczną opowieść umieszczoną w
                            wiarygodnych (co nie znaczy, że prawdziwych) realiach tego okresu, to zawsze
                            mół trafić gorzej - patrz "Krzyżowcy" Zofii Kossak - Szczuckiej:)
                            Natomiast strategia Browna i Cohelo jest skrajnie odmienna, jest strategią
                            demagogiczną i dyktatorską, bowiem zmusza czytelnika do wierzenia, że opisywane
                            przez nich fakty, postacie czy teorie naukowe, stanowią wiedzę tajemną,
                            dostępną jedynie nielicznym wybrańcom i w związku z tym powinny byc traktowane
                            jako najcenniejszy skarb, który autor - postać przecież o tyle mądrzejsza,
                            lepiej wykształcona od swojego czytelnika łaskawie zgodzi sie przekazać.
                            Przykładem niech będzie chociazby opowieść o Santim z Browna, która w tonie
                            sensacyjnych odkryć podaje wiadomości o jego życiu i twórczości, które znaleźć
                            można w każdym profesjonalnym przewodniku po Rzymie i ksiązkach tyczących czy
                            to artystów czy historii miasta. Jest to wiedza do której każdy może dotrzeć
                            bez zbytniego wysiłku - ale dla Browna nie i w związku z tym dla jego
                            czytelników również nie - i w ten sposób wiadomości z podstawowego kursu
                            historii sztuki, lub dobrze zrobionego programu BBC stają się sensacyjnym
                            odkryciem i przyczynkiem do erudycyjnej chwały autora. A czytelnik, urzeczony
                            tą niebywała skarbnicą wiedzy, krynicą mądrości wszelakiej, zapewne nawet nie
                            pomyśli, by sięgnąc po jakieś bardziej profesjonalne opracowania tematu i
                            przyjdzie mu zejśc z tego świata z wiedzą o Rafaelu wyjętą z powieści Browna -
                            co robi krzywdę zarówno odbiorcy jak i samemu Rafaelowi.
                            A odpowiadając na pytanie czym się rózni idota czytający Straussa bez
                            zrozumiena natomiast potrafiący go cytować w każdych okolicznościach od
                            czytelnika CoheloBrownów, jest oczywista - niczym, z uwzględnieniem faktu, że
                            ten pierwszy najczęsciej ma tytuł profesorski:)
                            Pozdrowienia:)
                            • broch Re: brochu okrutny! 03.03.05, 17:48
                              Aha, czyli jednak rzecz nie w rzetelnosci opisu ale rzetelnosci/jakosci powiesci.:)
                              "Jeśli ktoś chce w 'I.R." szukac syntezy na temat średniowiecza, to faktycznie
                              nie jest to może najlepsze źródło, ale jeśli ktoś, znający jako tako historię
                              tego okresu, chce przeczytać sympatyczną opowieść umieszczoną w wiarygodnych
                              (co nie znaczy, że prawdziwych) realiach tego okresu"
                              To znaczy iz wymagane jest rowniez od czytelnika okreslone wyksztalcenie.

                              Staua napisala iz "..bo autor kieruje sie prawami rynku?.."

                              Jesli powiesc jest wydana, to w najlepszej wierze iz zdobedzie czytelnika/rynek.
                              Lubie Salvadora Dali choc to przeciez czysta komercja (polecam wycieczke do
                              muzeum Dali w St. Petersburg, FL). Dowodem na jakosc sztuki nie musi byc smierc
                              artysty z glodu.

                              Problem chyba w "zerowaniu". Tzn artysta "zeruje" na niskich instynktach oraz
                              braku wiedzy oraz snobizmie oraz... itp odbiorcy.
                              To jest dla mnie "repulsive" u panow B. oraz C.
                              • braineater Howgh! 03.03.05, 17:56
                                > To znaczy iz wymagane jest rowniez od czytelnika okreslone wyksztalcenie.
                                Si - o tym pisał już bodaj Ingarden, zakładając istnienie określonej
                                kompetencji czytelniczej.
                                >(polecam wycieczke do muzeum Dali w St. Petersburg, FL) - byłem w Figueras -
                                wystarczy:) też go lubię i bynajmniej nie próbuję sobie zracjonalizowac tego
                                faktu:)
                                > Problem chyba w "zerowaniu". Tzn artysta "zeruje" na niskich instynktach oraz
                                > braku wiedzy oraz snobizmie oraz... itp odbiorcy.
                                Howgh!:)
                                Pozdrowienia:)
    • braineater Nie mogłem sie powstrzymać:) 02.03.05, 19:43
      Gość: iza 22.02.2005 21:05 + odpowiedz


      w niedziele w empiku 3/4 kupujacych ksiazki kupowalo wlasnie te...chyba jednak
      warto:-)
      iza

      Jeszce jakies pytania na temat czy kogokolwiek obchodzi rzetelność pisarska?:)
      POzdrowienia:)
    • ydorius Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 03.03.05, 00:52

      Nabokov, który żadną wyrocznią nie, ale jednak pisarz, twierdził, że literatura
      to nie rzeczywistość a właśnie literatura. Niby banał, a cieszy :-)
      Owszem, miło jest przemycać do dzieła rzeczywiste odniesienia, albo nawet
      wymieszać to tak, by nie było wiadomo gdzie zmyślenie a gdzie rzeczywiste
      źródła. Tak postępował mój ulubiony Borges i chwała mu za to.

      No, ale odczytywanie Borgesa jakby był to zapis rzeczywistości to trochę jakby
      uczyć się anatomii od Picassa.
      Są dzieła, w których rzetelność schodzi na plan dalszy. W przypisach do "1985"
      Burgessa tłumacz (Robert Stiller) pisze:
      "arabskie wyrazy i zwroty: Burgess wtrąca je w najdziwaczniej poprzekręcanych
      formach, nie mając widać pojęcia o tym języku i mieszając w nim rozmaite
      dialekty, transkrypcje, błędy itd. W tłumaczeniu poprawiono je w miarę
      możliwości, doprowadzając do najprostszej (np. bez zwarcia krtaniowego i znaków
      długości przy samogłoskach) transkrypcji polskiej, po konsultacji z Kamilą
      Messaoudi, rodowitą Arabką, która też niejedno ledwie odgadywała".

      Ale Burgess nie pretenduje do miana znawcy języka arabskiego, posługuje się tym
      narzędziem dość nieporadnie, czego nie czuć w tłumaczeniu z dwu powodów: jakości
      tłumaczenia oraz faktu, że nie arabski wraz ze swoją nieogadnioną leksyką był
      celem napisania książki :-)

      Inna sprawa, gdy książka pretenduje do bycia popularnonaukową, tragedia, gdy
      naprawdę się za taką uważa. Myślę sobie, że gdy wplata istniejące postaci w
      fikcję literacką w niezbyt korzystnym świetle stawiając owe postaci, to również
      jest źle. Autor ksiażki, podobnie jak każdy inny człowiek winien mieć na
      względzie, by nikomu nie wyrządzać krzywdy. W tym kontekscie rzetelność autora
      jest niezbędna. W przypadku wspomnainego gdzieś powyżej Lovecrafta na przykład -
      marginalna.

      I jeszcze na marginesie, skoro już o Burgessie była mowa. Jest szansa
      uszczęsliwić Roberta Stillera. Ktoś chętny? :-):
      "maszaki: może ktoś wie co to znaczy? Bo ani ja, ani też nikt z egzotycznych
      filologów i znajomych, których o to męczyłem. Miejmy nadzieję, że sam autor
      wiedział, choć i to nie takie znów pewne. Jedna tylko Renate Mwaipyana wyraziła
      przypuszczenie, że to ma być >>masztaki<<: antyrządowy oskarżyciel, rzecznik,
      czy wręcz donosiciel ze związków zawodowych".

      m,
      .y.

      ----------------------------------
      What is home without Pinezka's Potted Meat?
      Incomplete.
      violentowy świat braci y
      • staua Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 03.03.05, 04:33
        . Myślę sobie, że gdy wplata istniejące postaci w
        > fikcję literacką w niezbyt korzystnym świetle stawiając owe postaci, to również
        > jest źle. Autor ksiażki, podobnie jak każdy inny człowiek winien mieć na
        > względzie, by nikomu nie wyrządzać krzywdy. W tym kontekscie rzetelność autora
        > jest niezbędna. W przypadku wspomnainego gdzieś powyżej Lovecrafta na przykład
        > -
        > marginalna.
        Dodam do tego, ze wplatanie osob rzeczywistych, a nawet bazowanie na nich (bez szkalowania,
        naturalnie) nie przeszkadza mi zupelnie, o ile nie jest nieudolnym pretendowaniem do bycia zrodlem
        wiedzy i opinii. Przyklad: dosc podobala mi sie, tez niezbyt wielkiego kalibru, ksiazka autorstwa Jody
        Shields (nie mylic z Carol Shields, duzo lepsza) "The Fig Eater" , oparta na historii Freuda i jego
        pacjentki Dory, a dotyczaca okolicznosci smierci tejze Dory. Nie zgrzytalo mi tam. Moze to wiec jednak
        naprawde takze kwestia umiejetnosci warsztatowych.
      • hajota Re: Pisarska rzetelnosc - ogolnie 03.03.05, 10:21
        ydorius napisał:


        >
        > I jeszcze na marginesie, skoro już o Burgessie była mowa. Jest szansa
        > uszczęsliwić Roberta Stillera. Ktoś chętny? :-):
        > "maszaki: może ktoś wie co to znaczy? Bo ani ja, ani też nikt z egzotycznych
        > filologów i znajomych, których o to męczyłem.

        Podejmę próbę uszczęśliwienia Stillera. Może to być arabskie słowo "maszakil" -
        problemy, kłopoty - z którego wypadła ostatnia litera. Skoro inne słowa są
        poprzekręcane, jak piszesz (książki nie znam), to może i to też? Ale podkreślam,
        że to tylko domysł.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka