Gość: max
IP: *.b.dial.de.ignite.net
01.04.05, 15:52
1.
Sypało. Pojedyncze, kręcące się w spiralach lub żeglujące powoli, jakby w
zamyśleniu płatki śniegu, raz większe, raz mniejsze. Chwilami śnieg gęstniał,
spadał tumanami na ulice, zakręcał w wirach, bielił w oka mgnieniu dachy
samochodów i gałęzie drzew.
Stali na peronie w podmuchach lodowatego wiatru niosącego śnieżną zadymkę.
Nie bardzo wiedział co powiedzieć. Samotność na granicy czasu i przestrzeni?
Spotkał jej wzrok, uśmiechnął się. Uśmiechnęła się również. Próbował nie
myśleć, ale myśli przychodziły same. Takie mogłoby być życie, sypiący śnieg.
Był tutaj tylko przejazdem. Jak wszystko inne, również i ten musiał kiedyś
dobiec końca.
W śnieżnej zadymce ginęły zielone i czerwone światła sygnałów torowisk.
Pochylił się w jej stronę, dotknął ramieniem jej ramienia. Odwróciła głowę.
Wydawało mu się, że w jej oczach czai się smutek. W czasach, w których
przyszło im żyć nie było to nic szczególnego, w oczach ludzi widział więcej
smutku i goryczy niż radości i nadziei. Przy pewnym stopniu zmęczenia
zacierały się wszelkie różnice, pozostawało zmęczenie.
„Halo kaczorku.”
„Halo niedźwiedziu.”
Obłowaty, czerwono-żółty ciąg wagonów zawirował kręcące się w powietrzu
płatki śniegu i dmuchnął mrozem. Pociągnęła go za sobą, przywarła na moment
palcami do świecącego się zielono automatycznego otwierania drzwi, drgnęły
wysuwając się na zewnątrz i rozsuwając na boki. Usiedli na przebiegającym
wzdłuż ściany wagonu rzędzie siedzeń. Za oknami gęstniała śnieżna zadymka.
Pociąg skręcił w prawo, na południe.
Po Neukoeln powinna być Sonnenallee, jedziemy w złym kierunku, zauważyła.
Wysiedli w Baumschulenweg.
W powietrzu chwiało się kilkanaście płatków śniegu, od czasu do czasu ruszały
pchane podmuchem wiatru. Przeszli podziemnym tunelem na peron obok. Na ławce
obok peronowej dyżurki siedział starszy jegomość, obok kobieta sprawdzała
rozkład jazdy, kawałek dalej dwóch nastolatów opróżniało papierowe torebki z
bułkami. Jegomość odwrócił się do kobiety i powiedział coś, kobieta nie
zareagowała, analizowała nadal kolumny z czasami odjazdu i przyjazdu.
Wsiedli do pierwszego pociągu, który nadjechał. „Wiesz już, że jedziemy z
powrotem?”, powiedziała. Był trochę zaskoczony, czuł ogarniające go
rozbawienie. „Nie. Ale mamy przecież czas”, odpowiedział. Czuł ciepło jej
policzka na jego własnym.
Wysiedli w Neukoeln. Należeli do paru sylwetek ludzkich omiatanych zapachem
świeżego pieczywa z imbisu z bułeczkami, z których sterczały pastelowo
zielone liście sałaty. Ludzie przyzwyczajali się powoli. W USA rosła pierwsza
kukurydza produkująca insulinę, boom na środki dla cukrzyków i alergie
oczekiwany był końcem obecnej dziesięciolatki.
Na Wschodnim Krzyżu podszedł do nich blondyn. Miał wodnisto-niebiekie oczy i
obwisłe usta, zapytał, czy palą, na ich zdecydowane nie odwrócił się i
skierował do dwóch młodych ludzi stojących kawałek dalej. Jeden z nich
wyciągnął paczkę papierosów i zapalniczkę. Zobaczył go ponownie z okna
pociągu, stał za peronową dyżurką i naciągał na głowę wełnianą czapkę. Było
zimno.
2.
Ostatniego lutego zrobiła się zima. Po raz pierwszy wskazówka ich okiennego
termometru cofnęła się tego roku na niebieskie pole i wskazywała ‘5’, dachy
pokrywał milimetr białego puchu, nie topniał również dniem. Zrobił dla Helen
śniadanie. Po jej wyjściu siedział w kuchni ze wzrokiem utkwionym w okno,
powoli robiło się jasno. Turkisowo niebieskie niebo i obielone śniegiem dachy
przypominały mu wschody słońca, które widział kiedyś w Beskidach - różowawą
zorzę nad zaśnieżonymi sosnami. Zrobił sobie kakao.
Wydawało mu się zawsze, że życie już mu ‘dało szkołę’. Okazywało się, że
niepotrzebnie dodawał sobie otuchy. Dokładało po czasie to, co do tej pory
utracił. Cofał się we wspomnieniach, próbując odkrywać ‘prawdę’ w stertach
chaosu, mając na oku jednocześnie tą, z którą uporać musiał się na czasie,
coś w rodzaju zwiększonego poziomu noradrenaliny i opłaty za korzystanie z
telewizora, ponieważ taki posiadał, ale z niego nie korzystał. Przeczytał w
gazecie, że to właśnie demokracja i wolny rynek. Nie lubiał otwartych
narzędzi typu samootwierdające się scyzoryki leżące na stole. Zatrzasnął go i
wrzucił do plecionego koszyczka stojącego na lodówce.
Proceder łupania żywcem ze skóry udoskonalał się. Dochodził do wniosku, że
ostatecznie mógł stać i patrzeć, jak wszystko dookoła staje się kupą
bezużytecznego, trującego, śmierdzącego złomu, nie zmieniało to nic. Trzeba
było mieć źle z głową, żeby w tym wszystkim próbować znaleźć ‘prawdę’.