a.adas
06.08.05, 18:22
Druga w dorobku powieść Francuza, uważana za mniej udaną od "Podróży do kresu
nocy", czasem za wtórną w stosunku do niej. Pozostaje się z tym zgodzić,
choć... "Śmierć" nie fascynuje okrucieństwem i brzydotą w takim stopniu
jak "Podróż", miejscami wydaje się przydługawa i zwyczajnie nuży, brakuje jej
szalonego rozmachu poprzedniczki - tak naprawdę porywa jedynie we fragmencie
poświęconym perypetiom narratora u awanturniczego wynalazcy-hochsztaplera.
Wydaje się jednak, że dopiero w "Śmierci" Celine osiagnął mistrzostwo w
rejestracji słowa mówionego (choć na ile to zasługa także tłumacza - Juliana
Stryjkowskiego?). Nikt tak jak Francuz nie czuje mowy potocznej. Co ważne
pisarz nie stosuje jednej kliszy - jego "bohaterowie" (cudzysłów całkowicie
uzasadniony) krzyczą każdy w swój własny, charakterystyczny sposób. I tak
prawdziwymi perełkami są wściekłe, opętańcze monologi ojca, barwą głosu (to
się słyszy!) oscylującego od litości, komedii po rozpacz i agresję.
Cholera, może mnie przerażać wizja świata Francuza, ale w tych fragmentach
jestem skłonny wierzyć, że to Celine najdobitniej dotarł do głębi ludzkiej
psychiki, jak bardzo by ta wizja nie była obrzydliwa...