Dodaj do ulubionych

Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat?

IP: *.alfa / *.internetdsl.tpnet.pl 01.11.05, 11:23
Oczywiście księgarz z krwi i kości, co to się zna na książkach.
Nie trawię panienek sprzedających w księgarniach, które nie maja bladego
pojecia o książkach i myslą, ze ksiązki, to bułka z masłem na śniadanie.

Antykwariat, hmmm zaciszne miejsce, w którym panuje półmrok, cmentarzysko
książek. Kilka eklektycznych foteli i kot, dwa koty ;) Oczywiście antykwariusz...
Obserwuj wątek
    • octavius2 Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 01.11.05, 15:02
      Byłem w fajnym antykwariacie w Gdańsku, nad samą Motławą, tuż obok Żurawia.
      Malutkie drzwiczki z niewielkim szyldem, który łatwo przegapić, jeśli się nie
      wie, gdzie szukać. Wnętrze też małe, i w dużej części zajęte przez ogromnego
      antykwariusza z długą brodą, który ledwie mieści się za swoim stolikiem. Poza
      tym stosy książek i czasopism, leżące dosłownie wszędzie. Tylko kota brakowało,
      ale może gdzieś się schował :) Żałuję, że nie miałem czasu dłużej tam poszperać.
      • kazisi Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 19:01
        Nie żałuj! Kiedyś już się na tą atmosferę nabrałem. Z antykwariatem niewiele to miejsce ma wspólnego, poza tym że sprzedają używane książki.
    • crazy.berserker Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 15:29
      Antykwariat gdzie na półkach/ladach nie królują najmodniejsze ostatnio powieści
      bądź wznowienia w krzykliwych, kolorowych okładkach. Trudnodostepne pozycje
      poutykane w tajemniczych schowankach na półkach , czekajace na mnie lub innego
      szczęsciarza. Stare, zacne wydania cenionych wydawnictw - żadnych okrojonych
      wersji dla licealistów i gimnazjalistów. W powietrzu - zapach ksiazek - a nie
      żadnego paskudnego odświeżacza "leśnego". Antykwariusz - miłosnik i znawca
      literatury, nie chodzacy za klientem krok w krok, ale gotowy pomóc w razie
      potrzeby. Stosy, kaskady ksiazek - zamiast równiótko i grzecznie poustawianych
      na pólkach wydawnictw. W oknie - obowiązkowo - czarne kocisko

      W dwóch słowach - totalna magia
      • braineater Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 15:39
        kurz (mnóstwo kurzu) i chaos przede wszystkim
        zero idiotyzmów z alfabetycznym układaniem książek - najwyżej na działy jakies
        podzielone i tyle
        i jakies miejsce do przycupniecia, by się książkom odkrytym lepiej przyjżeć,
        przed wyprowadzeniem ich na spacer.
        I żadnej namolnej obsługi - najlepiej żadnej obsługi. Niech nie siedzi tam
        obsługa, tylko człowiek z którym da się pogadać o ksiązkach.

        P:)
        • ydorius Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 15:53

          Oj tak.
          Nic tak nie wkurza, jak gość (bądź - zgroza! - całe ich stado) z obsługi, który
          wodzi wzrokiem za osobą szukającą. Oczywiście ci podbiegający w lansadach i
          pytający czy mogą w czymś pomóc odpadają w przedbiegach. Albo - czego pan szuka.
          Przecież będę wiedział jak znajdę! Coś pan, nigdy w antykwariacie nie był?
          chciałoby się zapytać takiego co się pyta czy nie pomóc.

          Trafiłem raz w Poznaniu do księgarni gdzie siedział pan i czytał gazetę
          (przyjrzałem się potem, nie miał wyciętych dziur na oczy, by mnie podglądać). Z
          cierpliwością mistrza zen zniósł mój półtoragodzinny pobyt, a kiedy już
          dotaszczyłem wybrane ksiażki do jego stolika spojrzał zza okularów i powiedział
          "a po co się tak spieszyć, może pan przysiąść, herbatę zrobię...". Myślałem, że
          się z nim ożenię ;-)

          Strasznie lubię antykwariat na *** w Warszawie, gdzie jest dużo kurzu, mało
          ludzi, i książek tyle, że kiedyś znajoma zrobiłą mi awanturę, że przeze mnie
          mało z głodu tam nie zeszła. Obsługa miła, możliwość wytargowania dyskãtu, w
          ogóle super. Dzielona na kraje / regiony, a oprócz tego na serie, więc z
          powodzeniem można dopiero za siódmym razem, przekopując się przez stosy, dostać
          miłego ukłucia przedzawałowego. Obsługa jest, ale niewiele wie. Kiedyś mając
          tylko pół dnia próbowałem wydobyć informację gdzie przypuszczalnie znajdę jakąś
          książkę i za jedyną odpowiedź otrzymałem machnięcie ręki wyznaczaące azymut.

          Ech. W domu rozrzucam wszędzie książki i próbuję między nimi kluczyć, ale to
          jednak nie to samo. Nie mówiąc już o tym, że większość znam ;-)

          m,
          .y.

          *** - nie będę robił reklamy, choć to zacne miejsce. Może ktoś inny napisze o
          jakie miejsce mi chodzi... :-)

          ----------------------------------
          What is home without Pinezka's Potted Meat?
          Incomplete.
          wzgórza jak słonie chore na łuszczycę
          • good_morning Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 16:22
            ydorius napisał:

            Trafiłem raz w Poznaniu do księgarni gdzie siedział pan i czytał gazetę
            > (przyjrzałem się potem, nie miał wyciętych dziur na oczy, by mnie podglądać).
            Z
            > cierpliwością mistrza zen zniósł mój półtoragodzinny pobyt, a kiedy już
            > dotaszczyłem wybrane ksiażki do jego stolika spojrzał zza okularów i
            powiedział
            > "a po co się tak spieszyć, może pan przysiąść, herbatę zrobię...". Myślałem,
            że
            > się z nim ożenię ;-)

            a to moze zaraz blisko ratusza jest? bo tam faktycznie malo swiatelka bylo a
            wszystko, jak popadnie stalo/lezalo, nigdy nie wiadomo bylo, z czym sie
            wyjdzie. i nikt sie absolutnie nie narzucal i nie szpiegowal ;)
            moze o tym samym antykwariacie myslimy.
            najwieksza radoche mialam (i cala grupa - ech studenckie czasy...) ze
            slowniczka niemiecko-norweskiego z 1934, niemiecki w gotyku to jeszcze nic, ale
            wymowa norweska podana gotykiem, to dopiero jazda :)))
            generalnie to chcialabym antykwariat taki jak opisane powyzej i koniecznie kolo
            domu...
            marzenia scietej glowy...
            • staua Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 16:44
              Bardzo mi sie podobal antykwariat opisany przez Musierowicz w "Tygrysie i Rozy". W Toruniu. Ciekawa
              jestem bardzo, czy to jest realne miejsce, czy wytwor jej wyobrazni - nigdy nie bylam w Toruniu. Moze
              ktos wie?
              A w moim miasteczku jest swietny antykwariat, obslugi nie ma, wlascicielka zupelnie sie nie narzuca,
              choc jej biurko stoi prawie na srodku, jednak jej przy tym biurku nie ma. Duzo starych ksiazek, ksiazek
              niedostepnych, nie-bestsellerow. Tanio. Fajnie.
              • octavius2 Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 03.11.05, 18:57
                Nie czytuję Musierowicz, ale wszystkie toruńskie antykwariaty znam. Nie ma ich
                zresztą wiele. Jeśli napiszesz o nim coś więcej, to Ci powiem, czy istnieje:)
          • melaine_koina Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 17:34
            do herbaty koniecznie poduszki do siedzenia na podłodze...
            i juz się robi taka herbaciarnio-kawiarnio-księgarnio-antykwariat
            z wymianą książek
            na pierwszy rzut oka malutkie pomieszczenie, ale za tajemniczymi drzwiczkami...
            ach skarby

            podział jakis byc musi, ale jeszcze nie wiem jaki
            bo wiadomo, jak łatwo sie pogubić, ale własnie to gubienie pociąga, wciąga, aż
            wreszcie...
            ale doskonale o tym wiemy

            musi to być miejsce tajemnicze, pachnące (cynamonem?), z kustoszem
            wszechwiedzącym...
          • margala do ydoriusa 03.11.05, 11:07

            ydorius napisał:
            > *** - nie będę robił reklamy, choć to zacne miejsce. Może ktoś inny napisze o
            > jakie miejsce mi chodzi... :-)
            >

            czemu nie chcesz robic reklamy? przecież tu nie chodzi o proszek do prania.
            • martolka Re: do ydoriusa 07.11.05, 14:48
              boi sie konkurencji do ksiazek, ot co :-)

              nie badz taki, Y. i powiedz, o który anty chodzi... albo przynajmniej machnij
              reka na azymut ;-)
        • sutekh1 Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 04.11.05, 12:51
          no to takiego gościa i taki antykwariat masz u mnie w czestochowie - na ,
          z robertem w roli głównej.
    • reggatta Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 16:42
      Wolę antykwariaty, gdzie sprzedawca nie zna się na rzeczy za dobrze. Mniej skubie.

      pees. jak wygląda eklektyczny fotel ?
      • annabellee1 Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 18:05
        Taki cudny antykwariat to byl kiedys w WWie.Na Hożej.Nalezal do Jozefa
        Kubickiego.Zwaly ksiazek,cudny zapach ksiazek i kurzu.Mozna bylo szperac ile sie
        chcialo a i pogadac i popodsluchiwac co czynilam z upodobaniem, bo bylam za
        mloda by sie tam wymadrzac.Ten antykwariat istnieje jeszcze, ale jego
        spadkobiercy zrobili z niego cos potwornego.Czysto i higienicznie.Brrr.

        A fotel eklektyczny to tak co ma nogi Ludwika gore z czajnika czyli duzy i
        bezstylowy.
        • reggatta Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 02.11.05, 22:39
          Jak jesteś z wawy, to wyjaśniam iż mówiąc, że nie lubie antykwariuszy co się za
          bardzo znają, miałem na myśli konkretną osobę z konkretnego antka, mianowicie
          gościa z Atticusa na Krakowskim Przedmieściu. Geniusz zarówno antykwaryczny, jak
          i niestety handlowy.
    • grazkax Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 03.11.05, 09:43
      swego czasu był na koszykowej w wawiwe taki antek -lata 80 ubiegłego
      wieku .super książki do wyszperania ,gdzie indziej nie do zdobycia .ale czy
      jeszcze istnieje? w obecnej dobie gdzie nic nie istnieje długo pewnikiem i on
      zniknął -a szkoda.
    • griszah To może tak? 03.11.05, 10:22
      (...)"W taką noc nie podobna iść Podwalem ani żadną inną z ciemnych ulic, które
      są odwrotną stroną, niejako podszewką czterech linij rynku, i nie przypomnieć
      sobie, że o tej późnej porze bywają czasem jeszcze otwarte niektóre z owych
      osobliwych a tyle nęcących sklepów, o których zapomina się w dnie zwyczajne.
      Nazywam je sklepami cynamonowymi dla ciemnych boazeryj tej barwy, którymi są
      wyłożone.

      Te prawdziwie szlachetne handle, w późną noc otwarte, były zawsze przedmiotem
      moich gorących marzeń.

      Słabo oświetlone, ciemne i uroczyste ich wnętrza pachniały głębokim zapachem
      farb, laku, kadzidła, aromatem dalekich krajów i rzadkich materiałów. Mogłeś
      tam znaleźć ognie bengalskie, szkatułki czarodziejskie, marki krajów dawno
      zaginionych, chińskie odbijanki, indygo, kalafonium z Malabaru, jaja owadów
      egzotycznych, papug, tukanów, żywe salamandry i bazyliszki, korzeń Mandragory,
      norymberskie mechanizmy, homunculusy w doniczkach, mikroskopy i lunety, a nade
      wszystko rzadkie i osobliwe książki, stare folianty pełne przedziwnych rycin i
      oszołamiających historyj.
      Pamiętam tych starych i pełnych godności kupców, którzy obsługiwali klientów ze
      spuszczonymi oczyma, w dyskretnym milczeniu, i pełni byli mądrości i
      wyrozumienia dla ich najtajniejszych życzeń. Ale nade wszystko była tam jedna
      księgarnia, w której raz oglądałem rzadkie i zakazane druki, publikacje tajnych
      klubów, zdejmując zasłonę z tajemnic dręczących i upojnych.
      Tak rzadko zdarzała się sposobność odwiedzania tych sklepów - i w dodatku z
      małą, lecz wystarczającą sumą pieniędzy w kieszeni. Nie można było pominąć tej
      okazji mimo ważności misji powierzonej naszej gorliwości.(...)"

      Pozdrawiam.
      • annabellee1 Re: To może tak? I tak... 03.11.05, 12:38
        Najpiekniejszy opis antykwariatu dal w swoich wspomnieniach Karol Estreicher.

        Krakowianie, znający dobrze miasto, pamiętają kościół PP. Prezentek, stojący na
        rogu ulicy św. Jana i ulicy św. Tomasza. Romański w swych murach datuje się
        jeszcze z czasów przed lokacją miasta, i dlatego wkracza w połowę ulicy. W ten
        sposób tworzy się malowniczy placyk, zacieniony wysokimi kamienicami. Za apsydą,
        w najciemniejszym kącie zaułka, gdzie światło dzienne dochodzi rozproszone,
        szare i ponure, gdzie wilgoć, cień i chłód wśród skarp kościoła panują, mieściły
        się składy śmiecia i wszelkiego niechlujstwa. Kiedyś Rada Miejska zajęła się tym
        kątem, bo zdarzało się zbyt często, że w nocy lekkomyślne krakowianki wabiły tam
        niedoświadczonych młodzieńców, z czego wynikały różne kłopoty. Rezultatem obrad
        Rady Miejskiej było umieszczenie w tym miejscu gazowej latarni, którą niestety
        gasił złośliwy zefir.




        W samym rogu zaułka, tuż przy murze kościoła, właściciel wielkiej kamienicy
        wpadł na pomysł, by pokój, gdzie nikt mieszkać nie chciał,przerobić na sklepik.
        Długi czas lokal ten stał pustką, aż wreszcie znalazł się człowiek, który go
        wynajął, bo sklepu potrzebował, a klienteli nie. I w ten sposób w latach
        siedemdziesiątych, za dobrych czasów warszawsko-wiedeńskiej kolei, za panowania
        Modrzejewskiej, Matejki i Sienkiewicza otwarł Jakub Maurycy [Fabian Bernard]
        Himmelblau [1860-1931] swoją antykwarnię, w której życie przepędził, często
        zapominając, że nadszedł szabas.

        Zakurzona, brudna szyba wystawy była myta jedynie przez wiosenne burze i
        jesienne deszcze. Wówczas przejaśniała się trochę i oko przechodnia było w
        stanie dojrzeć broszury, rękopisy, książki i księgi, dyplomata, nuty bezładnie
        nagromadzone. Wśród nich widać było bronzowe popiersie Szujskiego, zegar z
        Napoleonem, dwa lichtarze, kilka czerwonych pieczęci, pudełko monet oraz aparat
        fotograficzny z napisem "okazja". Prawda, była tam jeszcze lornetka odarta ze skóry.

        Gdy weszło się do sklepu, uderzał ostro dzwonek raz za pchnięciem drzwi, potem
        drugi raz, gdy drzwi się zamykało. Wzdłuż długiego lokalu stała lada, a na niej
        pełno książek. Zapomniane powieści, przestarzałe zbiory prawnicze, skorowidze i
        skoropisy, rozporządzenia podatkowe sprzed lat, kolejowe rozkłady jazdy,
        schematyzmy królestwa Galicji i Lodomerii - słowem makulatura, nie mogąca
        znaleźć czytelnika, nadająca się wyłącznie do papierni.

        Za ladą na półkach książki nie lepszy przedstawiały widok. Elementarze wycofane
        ze szkół, poobdzierane z okładek, rozstrzępione, porozpruwane. Obok zajmował
        miejsce pełny nakład jakiejś broszury wydanej w Paryżu przez Januszkiewicza,
        nierozcięte kazania ks. Kajsiewicza, kilkadziesiąt lipskich tomików Brockhausa,
        Roczniki Po1skie Hotelu Lambert, Nowa Polska Ostrowskiego, Pęcławskiego Listy o
        Krakowie, których na starość wstydził się ks. Kalinka, Mierosławskiego dzieła
        militarne, Buszczyńskiego rozprawy ekonomiczne i Hoene-Wrońskiego przez nikogo
        nieczytane filozoficzne traktaty. Ten zapas książek z Wielkiej Emigracji
        przywiózł do Krakowa pewien staruszek księgarz i gdy z głodu umarł, kupił go po
        nim Himmelblau.

        Były czasy gdy panował na półkach jakiś porządek, a książek z różnych dziedzin
        musiało być więcej. Widniały jeszcze napisy działów starannym charakterem
        wyciągnięte : Religia, Filozofia, Łacina, Medycyna, Prawo, Gospodarstwo,
        Powieści, Literatura Piękna - ale było to chyba bardzo dawno, skoro część kartek
        była naderwana lub odstawała od desek.

        Pod ścianą wzdłuż sklepu leżały stosy książek, niesforne, rozstrzepane, ciśnięte
        bez porządku i bez szacunku. Znowu były to książki przestarzałe i nieaktualne.
        Kilkaset egemplarzy "Przewodnika dla kuracjuszów u wód galicyjskich" nikogo nie
        zachęciło do leczenia reumatyzmów w Krynicy, w Rabce i w Szczawnicy. Drugą
        potężną kupę tworzyły stare roczniki Klosów, Tygodnika Ilustrowanego, Wędrowca,
        Bluszczu oraz Tygodnika Mód i Powieści, niekompletne, nieoprawne, związane tylko
        sznurkiem. Na nich, jak na potężnej bazie, leżały kalendarze sprzed pół wieku:
        Kalendarz Polski i Ruski lub Kalendarz Astronomiczno-Gospodarski, Parafialny,
        Dla Domu i Szkoły, Pielgrzymstwa Polskiego, Izraelicki, Dla Uczącej się Młodzi,
        Kapłański, Humorystyczny i przede wszystkim ów najdawniejszy, który genealogię
        swą wprost wywodził od słynnych w XV wieku kalendarzy Uniwersytetu
        Jagiellońskiego, Kalendarz Krakowski Józefa Czecha rok rocznie starannie
        wyrachowany. Na samym szczycie piramidy leżały książeczki do nabożeństwa
        zaczytane i zamodlone, które od Bractwa Literatów przy kościele św. Wojciecha
        dostały się do antykwarni oraz nakład popularnego wydawnictwa ze znamienną datą
        w tytule: Powinności i obowiązki ze stosunku pańszczyznianego wynikające dla
        dworu i gminu spisane w r. 1846.

        Pajęczyny miały tu swoje królestwo. Oplatały księgi po kątach i na półkach i
        rzadko kto rwał ich misterne koronki. Ponieważ much tu nie było, więc łapały
        kurz i brodate, omszone, niczym sędzieliny w borze tatrzańskim lub stalaktyty w
        kopalniach wielickich zwisały z sufitu.

        W sklepie panował zaduch, ponury i odurzający, nie powiem jednak, aby przykry.
        Zapach to był książek i pleśni, kurzu i lampy gazowej, syczącej równomiernie w
        górze.

        Wszedłszy tutaj, zatracało się poczucie czasu. Czy był to rok 1872, czy 1912
        trudno było powiedzieć, bo z pewnością nic się tu nie zmieniło od lat. Miasto
        huczało daleko, czasem głos z ulicy dolatywał lecz stłumiony i nieśmiały jak
        przechodzień, który wszedłszy mimo woli, poddawał się nastrojowi miejsca.
        Płynęły chwile, godziny, dnie, lata - a książki bezładnie leżące leżały cierpliwie.

        Czasem tylko ze stosu w kącie zesunęła się jedna, oparła się swoim ciężarem o
        drugą i z kolei ją poruszyła. Powoli nacisk się zwiększał, opór malał, ustąpiła
        trzecia i czwarta książka i kupa przechyliwszy się, runęła w dół, zasypując
        wąskie przejście na dowód, że prawa lawiny nie tyłko panują wśród gór.

        Gdy oko klienta przywykło do mroku, gdy objęło tę dziwną składnicę ksiąg -
        leniwie po ladzie, po papierach i broszurach krok za krokiem szedł kot, który
        spojrzawszy na gościa, zeskakiwał z lady i uciekał wgłąb sklepu. Tam
        przeskoczywszy trzy stopnie, znikał za małymi drzwiczkami.

        Dopiero wtedy pokazywał się gospodarz. Brodaty Żyd w surducie, świadczącym, że
        jego właściciel nie przywiązuje żadnej wagi do stroju. Antykwarz pochylony i
        trzęsący się szedł z trudem. Zza okularów opasłych na koniec nosa patrzyły blade
        oczy w przekrwionych powiekach.

        - Czego? - pytał niegrzecznie.

        Jeśli klientem był student, który szukał podręcznika szkolnego lub
        ściągaczki-bryka do Cezara czy Ksenofonta, odpowiedź brzmiała:

        - U mnie nie ma...

        Kryło się za nią coś więcej jak niechęć sprzedaży książki czy trud szukania jej.
        W ten sposób chciał antykwarz zniechęcić klienta, chciał na zawsze ustalić w
        jego opinii przekonanie, że nie ma co do niego przychodzić.

        Tak samo odpowiadał innym, gdy padały pytania o książkę kucharską, sennik
        egipski, listownik, o Lekarza domowego, o Poradnik małżeński dla obojga płci lub
        o Medytacje na wszystkie dni roku.

        - U mnie nie ma...

        Ta kategoria gości zdarzała się też rzadko, coraz rzadziej, bo rychło nauczyli
        się wszyscy, że nie warto wstępować do antykwarni, gdzie właściciel
        najpotrzebniejszych książek nie trzyma na składzie.

        Od czasu do czasu jednak trafiali się naiwni, którzy próbowali sprzedaży
        książek: uczeń z końcem roku szkolnego, chcący pozbyć się źródeł swej wiedzy,
        student prawa czy medycyny z podręcznikiem lub żona recenzenta z egzemplarzami
        autorskimi.

        Himmelblau odpowiadał wtedy:

        - Ja nie kupuję tego...

        Znowu po to, aby oduczyć wszystkich wstępowania do sklepu, aby dać mu święty spokój.

        - Ale prócz tej kategorii gości jest jeszcze w antykwarniach inna, najczęstsza i
        najgroźniejsza: przechodzień zwabiony widokiem książek, a mający chwilę czasu,
        wstępujący bez określonego celu, aby popatrzeć czy nie znajdzie czegoś z zakresu
        poezji
        • annabellee1 Re: To może tak? I tak... 03.11.05, 12:50
          francuskich romansów, socjalizmu, pornografii, filozofii i medycyny. Czytelnicy,
          dopytujący się o poszczególne rodzaje piśmiennictwa, mniej irytowali
          Himmelblaua. Tym odpowiadał krótko, stwierdziwszy, że książek nie ma lub że je
          wyszuka na przyszły miesiąć. Niebezpieczni byli ci, którzy wstępowali bez
          określonego pragnienia - tak aby popatrzeć - a którzy grzebali w stogach książek
          i na półkach, każąc czekać właścicielowi.

          - Tam pan nie znajdzie nic, tam nie ma co patrzeć.

          Skoro jednak zaciekły gość nie dawał za wygraną i wyciągnąwszy książkę pytał o
          cenę, taki rozpoczynał się dialog:

          - Ile za tę książkę?

          - Ona droga...

          - Ale ile?

          - Pan nie kupi...

          - Ależ ile? -pytał zniecierpliwiony klient.

          Cena bywała zawsze bardzo wysoka, odstraszająca. Klient opuszczał sklep, Widząc,
          że ze starym nie dojdzie do porozumienia.

          Zdarzało się, że przecież gość godził się na słoną cenę i trzymając w ręku
          książkę, sięgał do kieszeni po pieniądze. Wówczas zły, ponury Himmelblau niemal
          że wyrywał mu ją z ręki i nieuprzejmie mówił:

          - Zawinę...

          Zawijanie trwało dobrą chwilę. Staremu ręce się trzęsły, papieru nie mógł
          znaleźć ani sznurka. Równocześnie odchylał okładki i patrzył na kartę tytułową,
          czytając ją dokładnie. Wreszcie szybko wręczał książkę gościowi, brał, nie
          licząc pieniądze, i wkładał do szuflady.

          Lecz i taka scena nie zawsze miała miejsce. Gdy klient zapytywał:

          - Ile za Herbarz Paprockiego?

          - To już kupili...

          - A "Studia dyplomatyczne" Klaczki?

          - Też nie do sprzedania...

          - A Grabowskiego "Starożytnicze wiadomosci"?

          - Kupione...

          - Cóż w takim razie można tutaj kupić?

          - Ny, tu jedni panowie to wszystko u mnie zamówili. To mnie ciężko sprzedać...

          Zniecierpliwiony klient opuszczał sklep, często trza,skając drzwiami na dobitkę.

          Wówczas stary ożywiał się. Z chyżością, której nikt by nie podejrzewał u niego,
          biegł w głąb antykwarni i znikał za małymi drzwiczkami, kontent, że został sam.

          A pokój, w którym siedział, to była osobliwa komórka z oknem wychodzącym na
          podwórze, gdzie śmietnik ocieniała suchotnicza akacja. Pod oknem stał stół,
          przed nim fotel, z którego wyłaziły sprężyny. Lampa gazowa paląca się cały
          dzień, żelazny piecyk i rynienka z resztkami cebuli, węgiel w kubełku dopełniały
          urządzenia. Pod ścianami stały półki z książkami.

          Osobliwe to były księgi! Nawet niewprawne oko rozeznałoby, że format ich i
          oprawa były inne od książek w sklepie, od zwyczajnych, używanych codziennie w
          domu, w szkole, w urzędzie.

          Niżej stały grube folia w skórę oprawne z grzbietami dzielonymi poziomo przez
          małe garby, jakie tworzą sznurki spajające arkusze. Czasem na grzbiecie
          naddartym lub pękniętym złociły się litery napisu, resztki dawnej świetności, a
          czasem widać było pożółkłą nalepkę. Na górnych półkach równo i starannie
          ustawione stały małe ósemki i szesnastki oprawne w pakunkowy papier, tam, gdzie
          okładka nie mogła już więcej służby wykonywać.

          Himmelblau siedział przy stole i czytał. Gdy zmęczone oczy łapczywie wpatrzone w
          książkę dojrzeć już nie mogły liter, brał szkło powiększające i zmuszał wzrok,
          by pracował śpieszniej i wyraźniej. Od czasu do czasu poprawiał na głowie
          kapelusz lub czapkę futrzaną, którą w zimie nosił. Jeśli treść książki
          szczególnie go zainteresowała, to notował coś na kartce papieru. Pokurczone,
          powykręcane miał palce, jak korzenie drzewa.



          Kiedy ojciec wszedł ze mną do pokoju za antykwarnią, poznałem, że stary
          Himmelblau ucieszył się, bo prosił siadać i podsunął "do pana profesora" fotel
          skórzany, mnie zaś dał do obejrzenia Wojsko polskie Kościuszki wydane przez
          Bartoszewicza.

          Ale rozmowa ich była dla mnie ciekawsza, niż obrazki przedstawiające kawalerię
          narodową, gwardię strzelców pieszych koronnych i kosynierów. Toczyła się mniej
          więcej tak:

          - Ja już dawno czekał pana profesora i dlatego napisał kartkę. Muszę się pytać o
          różne rzeczy. Widziałem jak pan szedł do Czasu, ale nie śmiałem zaczepiać.

          - Cóż takiego?

          - Z Królestwa ja dostał furkę książek po jednym panu hrabim, co tam umarł, i
          pani hrabina sprzedała. Są drogie książki i osobliwości.

          - Polskie druki?

          - Polskie i nie polskie, ale do Bibliografii.

          - Jakież?

          - Niech się pan profesor patrzy.

          - Aa! Królewieckie! A ten klocek w sprawie toruńskiej zestawiony w Berlinie.

          - Czy pan to zna?

          - Tak. To chyba jest w Bibliotece JagieUońskiej, a jak nie to będzie w
          Ossolineum. Pisał pan do Bernackiego?

          - Ny, jeszcze nie. A to wydanie?

          - Jovialitates Potockiego, 1747, to nic nadzwyczajnego. Może pan sprzedać.

          - Ale do tej książki to ciekawość zbiera?

          - Machiavelli, Storie Fiorentine, wydanie weneckie.

          - Niech ino pan profesor czyta, co tu napisane.

          - Rzeczywiście. Cenny egzemplarz, był własnością Starowolskiego, to będą jego
          adnotacje. Bardzo ciekawe!

          - Więc ja tego nie sprzedam.

          I taka odpowiedź padała w stosunku do większości ksłążek, które ojciec mój
          oglądał i których wartość bibliograficzną oceniał. Jedno po drugim z oglądanych
          dzieł Himmelblau brał od ojca i stawiając na półki powtarzał:

          -To ja tego nie sprzedam...

          I tak między uczone dzieła Leopolity, Hoziusza, Łaskiego, Tretera,
          Kochanowskich, Modrzewskiego i Przyłuskiego szły nowe tomy i tomiki pism
          Leszczyńskiego, Potockiego Wacława, Skargi. Na półkach mieściła się cenna
          biblioteka staropolskich pisarzy w autentycznych wydaniach. Posiadał Himmelblau
          zbiór Statutów Polskich i Volumina Legum Konarskiego. Jedną półkę zajmował w
          tomach zebrany komplet Kuriera Polskiego drukowanego u Pijarów w XVIII wieku.
          Alchemiczne traktaty Sędziwoja, wydania kronik Długosza i Bielskiego, Zywoty
          Świętych Skargi, wiele panegiryków i doktorskich rozpraw mieściło się na
          półkach. Świetnie zachowany egzemplarz Statutu Wielikeho Kniastwa Litowskoho po
          białorusku drukowany na pergaminie w roku 1588, był największą chlubą
          Himmelblaua. Wychodząc na noc, chował go w dziurze pod deską podłogi.

          - To jest Radziwiłłowski egzemplarz. Nawet w Bibliotece nie mają takiego.

          - Tam jest ten kupiony od ks. Polkowskiego. Kosztował, o ile pamiętam, 250 reńskich.

          - Ny? Ale od kogo go ks. kanonik Polkowski miał? Od Himmelblaua - mówił z dumą.

          Ukochanym autorem starego antykwarza był ks. Szymon Starowolski, kanonik
          krakowski, polihistor XVII wieku, jak Lelewel zeszłego wieku, a Brückner naszych
          czasów. De rebus Sigismundi Primi lub Reformacje obyczajów polskich, a przede
          wszystkim "Żywoty stu znamienitych pisarzy polskich" czytał parokrotnie i
          stamtąd wiedzę posiadał.

          Miał Himmelblau swe gusta i upodobania. Miał wśród zapomnianych pisarzy
          Rzeczypospolitej osobiste swe antypatie i wrogów.

          - Co pan profesor powi do tej brzydkiej książki?

          - Śleszkowski Sebastian - czytał ojciec. - Jasne dowody o doktorach żydowskich,
          ze nie tylko duszę ale i ciało swoje. w niebezpieczeństwie zginienia wiecznego
          wdają, drukowane w Kaliszu, 1623. To jednak cenna książka, panie Himmelblau,
          jest o ile pamiętam w Dzikowie, u Czartoryskich i w Ossolineum.

          - Ny, to ja ją sprzedam do Biblioteki.

          Biblioteka była zawsze dla niego jedna, Jagiellońska. Książkę, której nie
          polubił, sprzedawał za karę po wysokiej cenie.

          - Tu pisze o tym liberum veto - objaśniał ojcu, podając Seweryna Rzewuskiego O
          tronie polskim zawsze obieralnym z dziejów i z prawa dowody.

          - Cenne dzieło dla dyskusji nad konstytucją majową.

          - To ja na nim zarobię, bo mi się nie podoba. Już pisałem do Czartoryskich.

          Potem pokazał ojcu ciężki pergaminowy kodeks zapisany drobnym pismem.

          - Ja trochę przeczytałem, ale się jeszcze nie nauczyłem, może pan profesor rozezna?

          - Ależ panie Himmelblau - mówił ojciec po chwili. - To niesłychanie cenny
          rękopis z XII wieku. Wyraźnie tu napisane, że pochodzi z klasztoru św. Mikołaja
          pod Kaliszem.

          - Ja też tak napisał do ks. rektora Fiałka do Lwowa i on tu zaraz przyjechał,
          chciał książkę kupić, ale ja mu jej nie sprzedał. Tam jest napisane o opacie
          Szymonie, co umarł w L
          • annabellee1 Re: To może tak? I tak... 03.11.05, 12:52
            w Lądzie w 1188 roku.

            - Czemuż pan jej nie sprzedał?

            - Bo ja jej jeszcze nie przeczytał...

            - Ale czy nie lepiej, żeby manuskrypt znalazł się w Bibliotece.

            - Lepiej, lepiej, ale to po mojej śmierci...




            Stanisław Estreicher (1869-1939)


            * * *
            Wielokrotnie w ciągu lat naszej późniejszej przyjaźni, którą zaszczycał mnie
            stary antykwarz, słyszałem tę jego odpowiedź. Była w niej zachłanność i
            łapczywość skąpca, który siedzi na skarbach, było jakieś maniactwo, przywiązanie
            i ciekawość, ale przede wszystkim była miłość polskiej przeszłości.

            W czasach powstania styczniowego Jakub Himmelblau był młodym i ruchliwym
            człowiekiem. Dobrze mu się wiodło wówczas, bo razem z krakowskim kupcem Fenzem
            wyspecjalizowali się w handlu odznakami patriotycznymi, których kraj tak bardzo
            potrzebował. Zamawiali u rzemieślników w Lipsku i w Dreźnie krzyżyki, orzełki i
            pogonie, pierścionki z kajdan, obrączki z napisem Polska, cierniowe korony, kosy
            skrzyżowane, które w pakach z napisem "galanteria" przychodziły do Krakowa, a
            stamtąd przemycane były do Miechowa lub do Sandomierza za Wisłę. Jeździł z
            towarem Himmelblau aż do samych warszawskich rogatek, a czasem na furce pod
            sianem i kilkaset numerów Pobudki lub Korony i Litwy lub Powstańca przewiózł.
            Najlepiej zarobił, kiedy w lasy świętokrzyskie z polecenia rabina Meiselsa
            zawiózł raz całą skrzynię krótkich pistoletów ze Śląska.

            Stryj jego był przyjacielem Juliusza Kossaka.

            - Mój stryjek to był kolega pana Kossaka, bo oba pochodzili z Wiśnicza. Tak ón
            pomagał panu Kossakowi malować.

            "Pomagał malować" oznaczało, że sterczał w pracowni Kossaka i jeszcze mokre
            "Stadniny" i "Husarzy" wyrywał mu spod pędzla z góry mając na nie kupca.

            Ojciec mój zachodził do Himmelblaua, siedział u niego godzinę, dwie i oceniał
            książki. Doradziwszy mu jakiej bibliotece polskiej ofiarować kupno lub
            odczytawszy jakiś rękopis, był wdzięcznie żegnany przez starego, który, rzecz
            dziwna, sprzedając książki do polskich księgozbiorów, zadowalał się na ogół
            małym zarobkiem.

            Na stole leżało pełno antykwarskich katalogów. Himmelblau wyciągnął jeden z nich.

            - Ja już pisał do Rosenthala o ten druk Stankara. Już go kupili na licytacji i
            tanio. Będzie go pan profesor taniej miał przeze mnie niż wprost.

            Na całym świecie miał swoich przyjaciół, znajomych, krewnych, do których pisywał
            i którzy pisywali do niego niedługie, ale ważne listy.

            Kiedyś przeczytałem,że w Lipsku podczas targów odbędzie się wielki zjazd
            organizacyjny antykwarzy. Zapytałem starego czy pojedzie na ten zjazd.

            - Po co ja mam jechać, kiedy ja ich wszystkich znam i oni mnie znają?

            Tak było w istocie. Drobnym hebrajskim alfabetem, od prawej ręki pisanym, szedł
            jego list do Pragera w Berlinie, do Rosenthala w Monachium, do Rappaporta w
            Rzymie, do Pereza w Madrycie. Znał go i Wilder w Warszawie i Jolowicz w Poznaniu
            i Jabłonko we Lwowie, znali go wszyscy antykwarze na Świętokrzyskiej w
            Warszawie, i przy Charing Cross Road w Londynie i znali go hurtownicy bukinistów
            nadsekwańskich. Nawet w Nowym Yorku przy 57 ulicy miał swego krewnego, który z
            Blumenfelda stał się Bloomfieldem. Na Kercelaku, na Tandecie, na Marché aux
            puces i na Caledonian Market, gdzie nie było antykwarni, zawsze byli handlarze
            starzyzną, którzy wiedzieli, że jak jakaś stara książka polska lub o Polsce się
            wala, to należy pisać do Himmelblaua tym prędzej, im starszy jest druk. Z
            Bochni, z Tarnowa, z Chrzanowa znajomi, krewni i przyjaciele i przyjaciele
            przyjaciół słyszeli o starym Jakubie, że on najlepiej książkę oceni lub kupi.

            Na Corso Umberto w Mediolanie świetnymi szybami wystawy błyszczała wielka
            antykwarnia Simona d'Azzurro, która raz do roku wydawała katalog luksusowo
            ilustrowany, prawdziwą ozdobę każdej biblioteki. Szef firmy udzielał się rzadko.
            Mieszkał w pięknej willi podmiejskiej, był właścicielem stajni wyścigowej,
            członkiem wielu klubów, teściem hrabiego Buonacorsi, przyjacielem klubowym
            Edwarda VII oraz osobistym Anatola France'a. W roku 1890 urządził w Paryżu
            ucztę, na której wręczył przyszłemu królowi Wielkiej Brytanii dar iście
            królewski: manuskrypt Owidiuszowej Ars Amandi, co kiedyś zdobił bibliotekę
            papieża Sykstusa IV, iluminowany ręką Boticella. Z tego powodu France napisał do
            Messer d'Azzurra jeden z najdowcipniejszych swoich listów, który po śmierci
            wielkiego pisarza, wydany pod tytułem Nowe Prowincjalki, bawi do dziś swą
            satyrą. Kierownicy wielkich europejskich bibliotek zabiegali o przyjaźń d'
            Azzurra, licząc się z jego wpływami. Milionerzy amerykańscy prez niego
            zakupywali rzadkie druki i manuskrypty na licytacjach księgozbiorów nie tylko
            włoskich czy europejskich, ale także indyjskich i chińskich. On to z szachem
            perskim przeprowadził kupno słynnego kodeksu biskupa Maciejowskiego, który z
            Persji dostał się do zbiorów Morgana.

            W antykwarni d'Azzurra dyrektorowie trzech działów: antycznego, europejskiego i
            wschodniego wiedzieli i wiedzieli zastępcy dyrektorów i ich sekretarze, że jeśli
            z Krakowa nadejdzie mały list hebrajskim szyfrem zapisany, należy go nieść do
            szefa firmy niczym najpilniejszy telegram z Londynu czy z Paryża. Wówczas szef
            domu, zazwyczaj pełen powagi i niezwykłej godności, wkładał nieco nerwowym
            ruchem okulary w złotej oprawie i po chwili wydawał polecenie. Dziwił się zawsze
            referent zakupów czemu dla jakiegoś lichego słowiańskiego druku tyle musi
            zużywać trudu, tyle zawiadomień do wszystkich agentów rozpisywać. Dziwił się,
            ale nie śmiał się pytać. Znał słabość szefa.

            Himmelblau miał przyjaciół wszędzie, którzy w razie potrzeby służyli mu pomocą.
            On to jednego dnia otrzymał z Odessy świstek papieru, zbyt poufny, aby go
            powierzono poczcie. Trzy tygodnie upłynęło zanim podawany z rąk do rąk, wieziony
            od miasteczka do miasteczka przez Żytomierz, Berdyczów, Brody i Przemyśl dotarł
            do Krakowa na ulicę św. Tomasza. Zawierał osobliwą wiadomość, że jeśli wspaniałą
            i autentyczną tiarę króla Sajtafernesa ofiarują na sprzedaż książętom
            Czartoryskim, to przyjaciele donoszą Himmelblauowi, że interes jest niepewny,
            mimo niskiej i zachęcającej ceny. Tego jeszcze dnia późną porą odwiedził
            Himmelblau dyrektora Muzeum Czartoryskich, profesora Mariana Sokołowskiego i
            odbył z nim dłuższą konferencję.

            O osobliwa międzynarodówko antykwarzy! Czy odżyjesz kiedyś ty wspaniała,
            podziemna, ściśle tajna organizacjo, bardziej podziemna, niż wszystkie
            rewolucyjne ruchy świata, bardziej tajna, niż wszystkie masonie, bardziej
            skuteczna, niż wszystkie międzynarodówki? Siłą swej organizacji, konsekwencji
            wzajemnych popierań, przewyższająca kler, arystokratów i nawet zawodową dyplomację!

            Nie wiedziałem, że do tej tajemnej międzynarodówki, szwargocącej o polskiej
            książee, że do wielkiego jej mistrza i kapłana wprowadził mnie ojciec. Z czasem
            miałem się przekonać o jej potędze.

            Lata upłynęły, przeszła wojna światowa, a sklepik Himmelblaua istniał ciągle,
            lecz zauważyłem, że coraz częściej bywał zamknięty. Razu jednego w wieczór
            jesienny i deszczowy przyszła do nas stara, pomarszczona Żydówka w peruce i
            oświadczyła, że koniecznie pragnie widzieć się z ojcem.

            - Ja jestem córka Himmelblaua, a ojciec chorował i umarł. On kazał panu
            rektorowi oddać tę księgę na pamiątkę.

            Spojrzeliśmy. Był to zbiór listów z XVII wieku, ale jakich listów! Pochodził z
            hetmańskiego archiwum Sapiehów na dalekiej Ukrainie i zawierał listy i
            uniwersały podpisywane ręką królewską od króla Władysława czasów do czasów króla
            Jana. Wielkie pieczęcie lakowe lub przez opłatki przybite i staranna oprawa w
            skórę świadczyły, że do aktów tych kancelaria królewska przywiązywała wagę
            szczególną i że taką samą wagę przywiązywano do nich kiedyś w sapieżyńskim archiwum.

            - Ojciec umarł ze starości.

            - A co się stało z książkami?

            - Chorował od roku, słabł, pieniędzy nie było, bo i stryjek umarł w Mediolanie,
            nie było na leczenie, to je Taffetowi sprzedałam. Ojciec już mało widział i nie
            rozumiał, a choć się
            • annabellee1 Re: To może tak? I tak... 03.11.05, 12:54
              Ojciec już mało widział i nie rozumiał, a choć się domyślał, że książki
              sprzedaję, to nie chciał tego widzieć. Jak je zabierali, tę tylko zatrzymał i
              wsadził pod poduszkę. Powiedział, żebym po jego śmierci zaniosła panu rektorowi.

              W ten sposób nie dochował się w całości osobliwy zbiór starych książek polskich,
              dowód zamiłowań literackich tego antykwarza. Nie domyślałem się, że taki będzie
              ich los, gdy po raz pierwszy stałem w sklepie Himmelblaua, czekając końca
              rozmowy z ojcem.

              * * *
              Tymczasem Himmelblau zdjął z półek paczkę jakichś podartych druków i wręczył je
              ojcu.

              - Tu są oni od roku wypruwane. Jest wśród nich paczka z Lipska.

              I podał ojcu kilkadziesiąt cuchnących, polepionych i zapleśniałych strzępów,
              wymieniając niską cenę.

              - Ja pisał do Warszawy, tam także będą zbierać, pisałem do Wiednia - nadeślą.

              Nie rozumiałem z tego wiele. Ale zaciekawiało mnie, dlaczego ojciec kupuje te
              papierzyska, śmiecie nie warte nawet podpalenia w piecu? Zapytałem go o to.

              Wszystkiego się dowiesz na czas - odparł niecierpliwie.

              Widziałem, że myśli o czym innym, bo papiery, z których zrobił mu paczkę
              Himmelblau, wzbudziły jego zainteresowanie. Gdyśmy wracali fiakrem, rozpakował
              je i ostrożnie przeglądał.

              Zaczynało być nudno. Gdyśmy zajeżdżali do domu, pomyślałem, że z pewnością
              zapomniał o obietnicy nauczenia mnie nowej zabawy z miednicą.

              - No, a teraz, o ile przyrzekniesz, że nie będziesz więcej bębnił w miednicę, to
              nauczę cię nowej zabawy.

              A więc ojciec pamiętał, mimo, że był zajęty szpargałami od starego Himmelblaua!
              Nie wytrzymałem oczywiście i złożyłem uroczyste przyrzeczenie, wytargowawszy
              tylko tyle, że bez pozwolenia nie będę bębnił.

              - Przynieś miednicę, rozściel na ziemi gazety i poproś Magdusi, żeby podała
              dzbanek z ciepłą wodą.

              Ciepła woda parowała z miednicy, gdy ojciec wybrał gruby, poklejony strzęp i
              rzucił go do wody.

              - Dawniej - tłumaczył - introligatorowie nie znali tektury. Mając oprawić
              ksiąźkę, klajstrem zlepiali kartki papieru i stare druki, w ten sposób
              usztywniając okładki. Zużywali na to książki wycofane z obiegu, nie czytane już,
              nie mające wartości dIa nikogo. Ponieważ niejedna książka z tych czasów
              zaginęła, więc my rozlepiamy stare okładki i czasem odnajdujemy coś ciekawego.
              Patrz! pokazuje się jakiś drzeworyt. Uważaj! Nie odrywaj, bo podrzesz, samo
              odejdzie. [2]

              Muszę przyznać, że zabawa była bardzo interesująca. Zawierała w sobie element
              chlapania się w wodzie, nadto ostrożnego odrywania papieru, a prócz tego kryła w
              sobie coś niespodziewanego. Przypominała na większą skalę odbijanki.
              Zainteresowała nawet Krzysię. Moja starsza siostra, zazwyczaj tak krytycznie
              usposobiona do wszystkich moich poczynań, była dla mnie wyrocznią w wielu
              sprawach, może właśnie przez ten krytyczny do nich stosunek. Tym razem
              stwierdziłem, że Krzysia słuchała uważnie relacji o nowej zabawie z miednicą.

              - Ty jesteś co prawda za głupi na to, ale może, ci się uda. Czytałam w Podróży
              do środka ziemi jak to w starych księgach bywają odnajdywane tajemnicze plany.
              Na Oceanie Spokojnym znajduje się wyspa, gdzie piraci schowali przed wiekami
              skarby, lecz brak planu uniemożliwia odszukanie ich. Uważaj dobrze, bo może
              wlepiony on został w jakąś okładkę.

              Planów tajemnego przejścia w głąb ziemi, ani wskazówek do ukrytych skarbów nigdy
              nie znalazłem. Ale tego samego dnia jeszcze ojciec wyłowił z miednicy część
              żywota św. Stanisława w wydaniu nieznanym dotychczas, urywki krakowskiego
              inkunabułu Turrekrematy i kartki z kroniki Miechowity, wycięte na rozkaz
              cenzora, ponieważ nie podobały się Zygmuntowi I.

              Tak nauczyłem się nowej zabawy z miedzianą miednicą.
              • griszah Re: To może tak? I tak... 03.11.05, 13:46
                Fascynujący opis chociaż pewnie byśmy się u p. Himmelblaua nie pożywili
                czytelniczo.
                Pozdrawiam.
    • Gość: marta Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.11.05, 15:15
      Gość portalu: mól książkowy 1980 napisał(a):

      > Nie trawię panienek sprzedających w księgarniach, które nie maja bladego
      > pojecia o książkach i myslą, ze ksiązki, to bułka z masłem na śniadanie.

      A chłopaczkiwie z takim samy podejściem Ci nie przeszkadzają?
    • olaaprilka Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 04.11.05, 18:30
      To może ja napiszę z wyobrażni:
      Otóż książki na półkach są różne, nie tylko w kolorowych wrzeszczących
      obwolutach (tych nie lubię), ale także te w zwykłych, prostych, nie rzucających
      się w oczy (koniec z marketingiem!). Książki leżą sobie spokojnie (czasami
      stoją)i wcale nie zależy im żeby każdy czytelnik je zauważył. One tam po prostu
      są bo takie ich miejsce. Co najwyżej jakiś strudzony szukaniem bibliofil
      czasami którąś zauważy. Najciekawsze są te, które mają zniszczony torchę
      grzbiet (od razu kusi żeby taką książkę wyjąć), każdy powód jest dobry np. nie
      może prawidłowo odczytać nazwiska autora. Ale uwaga kiedy książkę się
      wyciągnie z półki od razu burzy się porządek i ład (powstaje luka) i po co to,
      a może nawet jeszcze czytelnik z książki nic nie zrozumie.
      To żarty. Książki są przecież do czytania.
      ...
      A co do kotów, w Katowicach na rogu ulicy Francuskiej i Wojewódzkiej jest
      księgarnia, w której mieszka sobie czarny kot (mieszkał, dawno tam nie byłam).
      Leży na wystawie, w koszyku, a czasami przeciąga się na książkach (sama
      widziałam). Może to tzw. "Mól książkowy" bo przyznam się nigdy mola książkowego
      nie widziałam, a tyle się o nim pisze. Do wiadomości obrońców zwierząt, kot
      jest zadowolony, sierść ma lśniącą i w ogóle jak na kota przystało ignoruje
      kupujących (sama kocham koty). Czasami podniesie głowę, popatrzy albo ziewa.
      Nie wiem skąd on się tam wziął. Widziałam w tej księgarni zdjęcia ze schroniska
      dla zwierząt, może w jakiś sposób księgarnia im pomaga. W każdym razie kot do
      księgarni pasuje jak ulał.
    • jewoczka Re: Wyśniona i wymarzona księgarnia/antykwariat? 05.11.05, 00:03
      A ja lubię "Massolit" w Krakowie. Przy czym nie odczuwam przeważnie potrzeby
      konsultacji z doświadczonym księgarzem - jesli tylko książki są dobrze
      poukładane i łatwo znaleźć to, czego się szuka.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka