meduza7
22.11.06, 10:33
Zastanawia mnie jedna rzecz. J.A. bardzo często mowi o szacunku, który młodsi
są winni starszym, dzieci rodzicom i opiekunom, krewni głowie rodu itepe.
Szacunek jest wymagany - nawet jeśli jakaś konkretna osoba tak naprawdę na
niego nie zasługuje. Na przykład Admirał, wuj i opiekun rodzeństwa Crawford,
który po śmierci żony zamieszkał z kochanką, a więc zachował się
skandalicznie, a mimo to Edmund ma bardzo za złe Mary Crawford, że wyraża się
o nim bez stosownego szacunku. Czy to nie hipokryzja? Albo pan Elliot, co do
którego jednym z dwóch koronnych dowodów złego charakteru były lekceważące
słowa, jakie wypowiedział o swoim wuju i w ogóle rodzinie jakieś 10 lat
wcześniej. Czy młody człowiek nie miał prawa do buntu (pewnie wtedy nie
miał), a bardziej dojrzały do zmiany zdania? Zwłaszcza, że "głowa rodu" też
sama z siebie raczej nie zasługiwała na szacunek...
Wydaje mi się, że taki wymuszony szacunek jest podłożem do myśli i nastrojów
bardzo rewolucyjnych... Widząc rozbieżność między nakazem, wyplywającym - z
tradycji? z konwenansu? - a rzeczywistym zachowaniem danej osoby, każdy
rozsądny człowiek, pewnie także w czasach J.A., musiał zadawać sobie pytanie:
dlaczego i za co mam właściwie szanować tego głąba, ktorego jedyną zasługą
jest to, że np. odziedziczył tytuł po ojcu?