schramm1
28.02.06, 13:29
Wąż zjadający własny ogon, gnostycki krąg wtajemniczenia
zaciskający pętle czasu na szyi duszącego się powietrza, rozpad suchego
tlenu, świadomość cząstek całości odnajdywanych w studniach snów, w eonach
boskiej genealogii zwierzęcej natury człowieka. Każdej nocy czuł ich
obecność, każdego dnia spotykał ślady swej desperacji. Namacalne dowody
istnienia przyziemnego uwznioślenia. Ślady rannego lisa próbującego wymknąć
się obławie św. Hubertusa cwałującego przez brzozowy las wraz ze swą
przyboczną świtą, ociekającymi śliną ogarami, pańszczyźnianymi chłopami z
drewnianymi kołatkami i całą tą jarmarczną tandetą niezbędną, aby „dasz bór”
ukatrupić z odziedziczonej po dziadku fuzji coś zdziczale jadalnego. Świeże
kawałki łajna parujące przerażeniem na porannej, leśnej ściółce. To znak. Psy
łapiące trop. Krwawe odciski łap poranionych świetlistymi kolcami poranka.
Ucieczka stała się stanem umysłu, działaniem naturalnie odpowiadającym na
zapotrzebowanie sytuacji, można się przyzwyczaić, wszystko polega na
akceptacji lub negacji, w pierwszym przypadku przeradza się to w jeden z
zasadniczych elementów perfidnej gry, obławy, w drugim w beznadziejną walkę o
przetrwanie. W takich sytuacjach stawał sam na sam z decyzjami, które trzeba
podjąć w ułamkach sekund. Można krzyczeć, drapać, gryźć i wyć...I nic. W
takiej chwili nie uda się normalnie żyć. Spokój to wspomnienie, tęsknota,
przed którą trzeba umykać równie szybko jak przed zastrzeleniem i
wypatroszeniem. Niektórzy twierdzą, że trudno jest uniknąć losu, ale jeszcze
trudniej nie stać się funkcjonalnym przedmiotem, kolejnym elementem wystroju,
dekoracyjną funkcją we własnym lub cudzym wnętrzu.
Po południu po zaliczeniu kilku służbowo zmarnotrawionych godzin
przeznaczonych na tzw. zajęcia obowiązkowe, męski humanoid siedzi w
przydworcowej hybrydzie baru i poczekalni dla styranych przyjemnością
podróżowania masowymi środkami komunikacji pasażerów satyrycznie
inkrustowanych w smutek spoconych twarzy siorbiących słomkową herbatę
rozlewającą się po pulsujących pedofilską czujnością welwetowych wnętrzach.
Patrzy na brudne paznokcie na tle pożółkłych palców w obcych dłoniach
pulsujących własnym życiem nadmiernej ruchliwości. Je ciastko z kremem
niemalże budyniowym wypływającym bokami przy każdym kęsie spomiędzy dwóch
warstw ciasta rozwarstwionego od plus do minus nieskończoności. Konsumpcja
bardziej z wyrachowania niż przyjemności czy głodu. Spija eklektyczny
destylat nędzy z niedomytych kieliszków tańczących pośród obojętności
delirycznego bełkotu wymieniając nienawistne spojrzenia z handlarzami
transcendentalnej tandety zapakowanej w codzienne gazety. Na zewnątrz
rozmoknięte między ulicami i chodnikami pasy ziemi wsysają sens grawitacji.
Błoto w ustach. Smak ulicy wpada tu przez uchylone okno i zatrzymuje się przy
barze. Ogarnia go osobliwe obrzydzenie bawiące się okruchami na stole.
Strumień barwnych rzygowin wylewa się na wnętrzności. Misterna mozaika
mdłości. Utoczona przez gigantycznego małża perlista łza skroplonego oddechu
skondensowanych w butelce posępnych cumulusów ulega powolnej krystalizacji i
naruszając schemat algorytmu bezradnej wobec niemożliwego logiki tego miejsca
zawisa w próżniowej komorze umysłu między absurdem i perfekcją, miedzy
groteską i tragedią.
– Coś wisi w powietrzu – Rzekł mężczyzna z twarzą na której zasnęła na
wieki ospa. Nogą pod stołem dyskretnie muskający swej podróżnej torby z
napisem „ marllboro”, upewniający się, że jeszcze nie zmieniła właściciela
wbrew jego woli.
– To inspiracja – wycedził z wysiłkiem przez zaciśnięte zęby. To źródło
negacji wymykające się jednoznacznej klasyfikacji. Powietrze nabrało barwy
opalanego nad ogniskiem wieprza, pachnie spaloną skórą i spoconym owłosieniem
łonowym. Wino tanich wzruszeń mętnieje w zielonookich butelkach. Kwas
siarkowy wypala dziury w gardłach, przez które ulatują w przestrzeń sufitu
dusze martwych papierosów poskręcanych spazmatycznie w popielniczce. Ta
kobieta naprzeciwko jest zaprzeczeniem własnego wizerunku, ten facet obok to
zaślinione pragnienie jej waginy, sperma wycieka mu oczodołami, zasychając na
świńskich rzęsach, to dziecko przechodzące na drugą stronę ulicy jest jeszcze
niespełnioną obietnicą przyszłej klęski, on teraz jest wszystkim, całym
światem pijanej, rozpoczynającej się nocy uwikłanej w brak jakiegokolwiek
uzasadnienia.
Siedział tak dłużej nieokreśloną chwilę i beznamiętnie obserwował ludzi
znajdujących się w zasięgu widzenia, w polu rażenia. Elegancko zmierzwiony,
bezobjawowo nieuleczalnie chory, bez biletu, czekający na swoją kolej, na
swój czas odejścia. Na zaprzeczenie wiecznemu powrotowi. Stara, tekturowa
walizka z metalowymi okuciami na rogach, pokryta brązową skają spokojnie
stała przy sześciu nogach (czterech krzesła i dwóch ludzkich, które jednak
niebawem miały pośpiesznie opuścić lokal, lecz na tyle spokojnie, aby nie
zwracać niczyjej uwagi). Walizka pozostanie przy opuszczonym krześle.
Rozmyślnie zapomniana. Kusząco samotna. W epicentrum przyszłych wydarzeń.
Jest letni wieczór parujący deszczem, otumaniony spalinami, krążący z
umiarkowaną prędkością zapętlonymi w nieskończoność ulicami, nieubłagalnie
zapada zmrok będący przychylnym azylem dla każdego uciekiniera, bez względu
na to, od czego ucieka i przed czym chce się ukryć. Miasto gwarantuje
anonimowość. Anonimowość to gwarancja bezpieczeństwa. – Nazywam się Minski...