ydorius
07.05.06, 00:45
Tak zupełnie z głupia frant wziąłem zalegającą czegóś na półce książkę ww
autora. Wziąłem zupełnie bez sensu, bo porozkładanych dzieł podczytywanych
tymczasem się już uzbierało i doprawdy kolejnego mi do szczęścia nie potrzeba.
Sięgnąłem po "szczenięce lata". I już miałem się zniechęcić po przedmowie
napisanej w roku 1956, gdy Melchior pisze, że dawniej to co prawda bywało, ale
częstokroć gorzej niźli w Polsce Ludowej, lecz postanowiłem dać szansę
przemówienia książce własnym głosem.
I jestem zachwycony :-)
Już samo obcowanie z polszczyzną jest cudownym przeżyciem, zwłaszcza, że
wyczuwa się uczucie, z jakim autor do niej podchodzi. Nie mówię tu nawet o
uroczych archaizmach i sformułowaniach, które dla żyjących rzadko zrozumiałe
bywają (jak to o dziewce, która 'erbaty' szykować miała i cukier z głowy
łupać), a które urokiem nieodpartym tchną. I nawet nie o potrawach
wigilijnych, których nazwy przyprawiają o zawrót głowy (nie mówiąc oczywiście
o obfitości, bo ta z kolei i samych biesiadników z nóg zwalała). Ale samo
poczucie humoru i dystans robią swoje. Najchętniej przytoczyłbym kilkanaście
krótszo-dłuższych fragmentów, ale ograniczę się do dwóch:
"Tedy towarzyszył nam już tylko kruk, pokumany z psami tak dalece, że nauczył
się szczekać i kiedy kundle z ujadaniem rzucały się do bramy, leciał nad nimi
i szczekał."
"Balkonem zwały się dwa pokoje na górze, przeznaczone na przysięgłe mieszkanie
kawalerskie. Kawaler tam, na dole, nie był tolerowany na noc wcale.
Jeśli na dole nocowały osobniki płci męskiej, to takie, które o swojej
męskości same musiały mieć grube wątpliwości - różne kanoniki, różne doktory
łyse a dychawiczne, mecenasy i kauzyperdy trzy ćwierci do śmierci."
Czyż to nie piękne?
Wracam do lektury. A osoby zaprzyjaźnione z autorem (literacko, nie osobiście)
prosiłbym o podanie swoich typów: z czym zapoznać się w następnej kolejności?
m,
.y.