gornhard
06.12.06, 15:55
Moje dłuższe opko, nieco inaczej pisane, mam nadzieję że się spodoba :)
Pozdrawiam
7 stycznia 1940 roku, północne wybrzeża Szkocji, Elgin
1.
Dołożył do ognia i usiadł w miękkim fotelu, patrząc jak przed kominkiem
beztrosko śpi jego pies. Było już dosyć późno, a jeszcze za nic się dziś nie
zabrał. Zamiast tego już zdecydowanie za dużo razy tego popołudnia sprawdzał
kalendarz, czy aby to na pewno jutro. W końcu dopił trzeci kubek kawy i
zebrał się w sobie na tyle by wstać i zacząć coś robić.
Co rusz zmieniał pomysły, wciąż nie pasowała mu kolejność robienia porządków,
po prostu: nie wiedział jak się za to zabrać. Nie poprosił nikogo o pomoc,
chciał to zrobić sam, choć teraz tego żałował. Stanął przed starą szafą
załamując ręce.
Wziął z półki jedno ze starszych zdjęć. Na nim on i Amy.
Już się przestała tak uśmiechać, a ja ją tak obejmować - prychnął
odkładając fotografię na półkę.
Zagryzł wargi roztrząsając czy może wszystko załatwić, tak jak przed chwilą
wymyślił.
Postanowił.
Otworzył szafę, wyszarpnął z dołu zieloną, niedużą torbę i tylko podszedł do
stołu, zgarniając z niego to co przygotował już wcześniej. Przede wszystkim
dokumenty, kilka drobiazgów, oszczędności.
Przykucnął w kuchni, podniósł obluzowaną deskę wyciągając spod podłogi czarny
woreczek. Wrzucił go niedbale do torby i ruszył do swojego pokoju. Tam zebrał
kilka książek, trochę bielizny, zeszyty spod łóżka i to było już wszystko. Był
spakowany.
Gotowy...
Choć nie tak jak zamierzał. Miał zamiar wszystko uporządkować, nie zapomnieć o
niczym. Ale nie potrafił. Jeszcze tylko zgasił ogień w kominku, ubrał się i
stanął w progu.
- Idziemy - zawołał, a zaraz mu przy nodze stał pies. Zawiązał mu smycz,
pogłaskał i powiadomił: - Idziemy na spacer.
Z łoskotem zamknął drzwi.
I tak opuścił swój dom.
Ostatni raz wkurzając się na pełzający po klatce odór z piwnic, zszedł na dół.
Zapukał pod jedynkę.
- Dzień dobry. Zdaję mieszkanie, tutaj ma pan klucze - popatrzył na
gospodarza, ten jak zwykle niezadowolony - Już tydzień temu zapłaciłem z góry,
więc jesteśmy na czysto panie Frank.
- Posprzątane? - burknął.
- Nie, bo i tak tu nie wrócę, więc mi nie zależy by mnie pan dobrze zapamiętał
- powiedział zgodnie z prawdą, nieco odchodząc w tył.
- Młody... - zacharczał gospodarz - Mówię ci, lepiej tam wraca...
- Wszystko zostawiłem - przerwał mu - może pan z tym zrobić co chce. Pewnie
sprzedać, ale to już pana sprawa... Jeszcze na tym zarobisz Frank. Żegnam. - i
wyszedł z klatki na mroźne popołudnie.
Pies skoczył by zająć się najbliższym krzakiem.
2.
- Nie! - rzucił jak tylko najgłośniej potrafił. Jednym słowem uciął całą
rozmowę, kłótnię. Dziadek wydawał się nie mieć już siły by się sprzeczać,
oparł się delikatnie o fotel, chyba już wiedząc co zrobi jego wnuk.
Ten tylko nerwowo rzucił okiem po salonie, odczekując chwilę by się upewnić że
to koniec i odwrócił się do wyjścia. Przez chwilę jeszcze stał jakby się
wahał, zaraz jednak prychnął pod nosem i wymaszerował do przedpokoju. Jednym
ruchem ręki zerwał z wieszaka kurtkę, porwał z półki czapkę i z trzaśnięciem
wyszedł na zewnątrz.
Zatrzymał się na ganku otępiały nagłym uderzeniem mrozu. Było przeraźliwie
zimno. Choć obraz tuż przed nim malował się niczym sielankowa zima - wolno
opadające płatki śniegu, prawie zero podmuchów nieznośnego wiatru, niemalże
czyste, gwiaździste niebo - to jednak... Było cholernie zimno. A Tom stał na
tym mrozie tak jak w domu, w cienkiej koszuli.
Wyszarpnął szalik z rękawa, naprędce owinął nim szyję, założył kurtkę, czapkę
na głowę, zatrzasnął zamek i tak stanął. Nie było mu ani trochę cieplej. Ale
nie to było teraz najgorsze, a to co właśnie się działo w jego głowie. To była
totalna pustka, to zaraz korek wyrzutów sumienia, a z drugiej strony
utwierdzania się w swojej słuszności, to znów pustka i tak wciąż. Niczym
huśtawka.
Zacisnął szczęki, zawinął dłonie w pięści i zamknął oczy, próbując się zebrać
w sobie.
W garść! - powtarzał. - Weź się w garść, mięczaku!
Próbował miarowo oddychać, by uspokoić wciąż po kłótni walące mu w piersi
serce i powoli mu się udawało, uspokajał się.
Spojrzał przed siebie.
Wpatrując się w wolno opadające płatki śniegu, wciąż nie wierzył temu co
właśnie zrobił. Nagle z całym ciężarem spadła na niego świadomość tego jaką
decyzje podjął. Powieki nieco się rozchyliły ukazując brązowe oczy zastygłe w
miejscu. To było tylko kilka sekund, ale jednak, dorwał go strach.
Wzdrygnął się na myśl o tym, jak bardzo okazał się słaby, już w minuty po tym
jak powziął decyzję, ale już nie było dla niego odwrotu. Choć przecież mógł
się zawrócić, zapukać albo po prostu wejść, przeprosić albo i nie, i jakoś
pewnie by było. Ale Tom dobrze wiedział, że gdy już to zrobi, to nie
będzie już mógł odwołać swojej decyzji, choćby jej żałował, choćby przez nią
cierpiał.
Nagle zerwał się z tego zamyślenia i ciężkim krokiem zaczął schodzić po
schodach. Zapomniał się. Już tylko mignęły mu w oczach słabe światła gwiazd i
poobijany, znalazł się w połowie schodów. Leżąc na wznak, walcząc z
otępiającym bólem z tyłu głowy próbował wybadać czy to tylko obicie, czy może
coś poważniejszego. Nieprzemyślanie poruszył ręką i nagle stoczył się po
oblodzonych schodkach na sam dół.
Żesz kur..!
Kłótnia z dziadkiem, chyba jednym z nielicznych życzliwych mu ludzi, a teraz
jeszcze to. Przemknęło mu przez myśl, że to jakaś kara, za upartość i za to,
że choć wie czym dla dziadka jest jego decyzja to i tak ją podjął.
Po chwili zaczął upatrywać w tym jakiegoś znaku, niejasnego stop dla
tego co robi. Aby zaraz zacząć wątpić w samego siebie, że coś tak banalnego,
zejście ze schodów, to dla niego poobijane ciało. Zwątpił w siebie, bo w takim
razie jak może podołać temu co wybrał? Potrząsnął głową leżąc w śniegu.
Zabolało go. Skrzywił się, ale nie z bólu, a na myśl że już wątpi w samego
siebie.
Nerwowo uderzył pięściami w zaśnieżony chodnik.
To obłęd... - pomyślał i z rezygnacją opuścił głowę. - Nie mam nawet
siły by wstać... Już mam dość?
Leżąc, wzrokiem trafił w okno. Firanka nerwowo drgała, jakby trzymana
roztrzęsiona ręką.
Jeszcze raz zacisnął zęby. Nie mógł się poddać. Już nie.. i na pewno - nie już
- nie po pierwszym upadku. Spojrzał w jasne gwiazdy i w tę jedną szczególną.
Tej nocy była wyjątkowo dobrze widoczna. Żadna nadzwyczajna, każdemu znana, a
jednak Tom od zawsze czuł, że to jego gwiazda. Nigdy nie rozwodził się nad tym
czy to ta szczęśliwa, po prostu jego, Gwiazda Polarna.
Oparł dłonie o lodowaty śnieg i powoli się podniósł, nieco zabolało go w
kolanie. Otworzył furtkę. Jeszcze tylko jedno spojrzenie - by zapamiętać - i
ruszył przed siebie.
- Tom! - zawołał go jakiś zmęczony głos.
Dziadek?
Obrócił się, ale na ganku, w drzwiach, czy w oknie... nikogo tam nie było.
3.
Jak zacząć? - To pytanie, przyprawiało go o szybszy puls już od godziny
szukania na nie odpowiedzi.
Cześć Amy? Nieee, to byłoby bardzo nie za bardzo. Baa! To byłby koszmar!
Wzdrygnął się na samą myśl, ale przede wszystkim z zimna. Kurtka, szalik czy
czapka. Nic nie mogło pomóc w taki mróz. Wydawało mu się, że czuje jak w
żyłach powoli zaczynają płynąć mu kłujące igiełki lodu.
Witaj? Jak do dzieciaka? Albo co gorsza, koleżanki? Co sobie pomyśli?
Nie widział sposobu jak może zacząć tę rozmowę. Kopnął ze złością w śnieżna
pozostałość po rozwalonym bałwanie, chyba jakimś większym dzieciakom nie
spodobało się dzieło tych mniejszych.
Coraz bardziej sfrustrowany wędrował uliczkami w okolicy domu Amy. Od godziny
przychodziły mu do głowy co raz, to gorsze pomysły. W końcu go naszło, że
pierwsza myśl była najlepsza.
Napisać list Na ładnej papeterii, rzucić kilka kocham Cię,
dograć do będę tęsknić kilka ładnych metafor, nie żałować słowa:
bardzo i pewnie to było