a.adas
08.01.07, 16:03
Meksykański pisarz w połowie lat 50 opublikował dwie ksiązki - zbiór opowiadań
''Równina w płomieniach" i powieść "Pedro Páramo". Miał wówczas trzydzieści
kilka lat. Nigdy więcej nie napisał już niczego. A jednak, dzięki tym dwóm
pozycjom (w sumie mającym niewiele ponad 200 stron) stał się Ameryce Płd. legendą.
Niby prekursor realizmu magicznego. Tyle, że magiczność Rulfo jest astetyczna,
duchowa, wręcz religijno-mistyczna. Nie ma nic wspólnego z rozmachem,
słowotokiem, późniejszych magików. Jego opowiadania często są brutalne, z
reguły gorzkie, czasem ironiczne. Za to zawsze bolesne. Literacko dopracowane
do bólu - jeden tekst ma góra 6-7 stron. I mimo, iż Rulfo pisze o "cieżkiej
doli chłopa meksykańskiego" nie popada ani w rewolucyjną naiwność, ani nie
jest w stosunku do swoich bohaterów protekcjonalny. Właśnie opanowanie,
dystans, jest najbardziej istotną cechą tego tomu.
"Pedro Páramo" to mikropowieść rozgrywająca się w tym samym miejscu i czasie
(wypalona słońcem równina w okresie tuż po rewolucji meksykańskiej) co
opowiadania. Styl Rulfo nie ulega zmianie, nadal najchętniej posługuje się
krótkimi fragmentami, pojedynczymi akapitami. Tutaj w jego tekst wkrada się
niesamowitość, magia.Jednak równie okrutna jak rzeczywistość - narratorami są
tu umarli.