twojabogini
24.03.15, 21:27
Rozłożyłam sobie na części spór wokół gender i Konwencji przemocowej. Wychodzi mi na to, że sednem sporu jest sposób w jaki strony postrzegają seks. Odarłam wypowiedzi stron z tego co się dało szukając sedna.
Kościół i kibicujący mu przeciwnicy jako naturalny i normalny postrzegają seks prowadzący do prokreacji. Zarazem naturalne są tylko te postawy życiowe, które z prokreacją się wiążą przynajmniej potencjalnie - a więc związki heteroseksualne. Stąd też nacisk aby człowieka i jego istotę postrzegać przez pryzmat funkcji prokreacyjnych - kobiety rodzą dzieci i się nimi zajmują, mężczyźni nie rodzą i się nie zajmują więc mają czas i siłę zarabiać. Przyjmujemy też, że tak własnie bóg (lub ewolucja) stworzyli człowieka. (pytanie: po co zatem bóg czy ewolucja stworzyli osoby homoseksualne, czy innych freaków - o ile religijnie można powiedzieć, że szatan coś popsuł, o tyle wiemy już że orientacja seksualna jest warunkowana w znacznej mierze genami - a więc jest produktem ewolucji, choć póki co ewolucjoniści skupiają się na hetero, żeby nie podpaść kościołowi, który niedawno ich dopiero zatwierdził)
Cała reszta konfiguracji seksualnych poza heterykami ewidentnie bzyka się dla przyjemności - no bo dzieci z tego nie będzie. Ot i problem.
Genderowcy z kolei w seksie widzą seks i oddzielają go od funkcji prokreacyjnej. W związku z tym widzą człowieka przez zupełnie inny pryzmat - baby nie są do rodzenia, mężczyźni nie są do zarabiania. W związku z tym w zasadzie dopóki nikt nikomu nie robi krzywdy i wszyscy zgadzają się na to w czym uczestniczą nie ma znaczenia kto z kim i w jakiej konfiguracji się bzyka. Wszyscy są normalni i moralni.
Przenosząc to na real. Znaczna część ludzi nie jest monogamiczna. Znaczna liczba ludzi nie jest heteroseksualna. Znaczna grupa ludzi nie łapie się nawet na klasyfikację homo-hetero. Dotyczy to także osób pozostających formalnie w związkach monogamicznych w których spełnili się prokreacyjnie. Według moich - subiektywnych - szacunków osób spełnionych seksualnie w monogamicznych związkach z długim stażem jest może 30%. Cała reszta albo bzyka się po katach, albo wcale się nie bzyka, bo im się odechciało w monogamii seksu w ogóle, korzysta z praktyk autoerotycznych, albo zmienia partnerów, albo pozostaje w związku formalnie monogamicznym, jednak po cichu otwierając małżeństwo (na różne sposoby).
Nie sądzę, żeby ustawianie normy pod seksualną mniejszość osób o orientacji heteroseksualnej i monogamicznej miało sens. Dlatego też osobiście stawiam na gender i promowanie jako normy różnych modeli życia i różnych modeli seksualności. Z tego samego powodu rozumiem też obawy osób o orientacji mono-hetero ich panikę, gdy nagle dochodzi do nich, że to oni są mniejszością seksualną.
Ponieważ cały system nastawiony był na mono-hetero, także w obszarze preferencji prawnych i ekonomicznych jako mono-hetero funkcjonowały i wciąż funkcjonują nie tylko osoby mono-hetero, ale także osoby o zupełnie odmiennych orientacjach. Nie widzę różnicy pomiędzy gejem zakładającym rodzinę mono-hetero żeby spełnić się zawodowo i mieć jakiś tam status społeczny, a nie funkcjonować jako dziwadło a poligamicznym mężczyzną, który robi to samo i z tych samych przyczyn.
Dziwi mnie wobec tego niepokój u forumowych panów uważających gender za sprzeczny z naturą człowieka i widzących w promowaniu alternatywnych wobec mono-hetero seksualności jakieś szczególne zagrożenie.
Pomijam nieustające zadziwienie postawą polskiego kościoła, który przecież upiera się żeby człowieka nie postrzegać wyłącznie przez pryzmat biologii i prokreacji, którego struktura jest oparta na zaprzeczeniu naturalnym ludzkim instynktom seksualnym i który jest organizacją zrzeszającą więcej osób homoseksualnych niż wszystkie organizacje gejowskie razem wzięte. Pomijam, że posiadającą w strukturach również osoby o bardzo niestandardowych preferencjach takich jak pedofilia i dość wyrozumiale te preferencje traktująca (zbłądził, zagubił się...) - w przeciwieństwie do genderystów, którzy jako kryterium normy traktują zgodę osoby i niewykorzystywanie zależności czy nieświadomości innych osób w tym dzieci w jakiejkolwiek formie.
Zaznaczam, że to moje i tylko moje wnioski - idące dużo dalej niż sam główny nurt gender rozumiany jako pewien sposób postrzegania człowieka.
Bardzo jestem ciekawa jak panowie uzasadniacie swój opór wobec ideologii gender i co utwierdza was w przekonaniu o słuszności tradycyjnych poglądów na człowieka i jego seksualność w opozycji kobiecość i męskość oprawionej w ramki monogamii?