mama114
27.06.05, 15:29
Moi mili,
pisze do Was resztkami sił... Sama doprowadziłam się do takiego stanu ducha,
gdybym wiążące decyzje podejmowała na bieżąco, pewnie byłoby inaczej.
Czesto zaglądam na forum, rzadziej piszę. Może niektórzy z Was pamiętają moją
kiedyś już przedstawianą historię. Na dziś wygląda to w wielkim skrócie tak,
że pozew już złozyłam, czekam na termin 1-ej rozprawy. Czuję się bardzo źle.
Mój mąż totalnie mnie zaniedbywał (dziecko też, mam tu na myśli angażowanie
się w życie rodziny), o odejściu zadecydowałam żyjąc kilka lat w małżeństwie
bez czułości i seksu. Mamy małe dziecko, które mąż bardzo kocha, ono zresztą
jego tez. W separacji jesteśmy już 3 lat, a ja wciąż "żyję" sprawami tamtego
związku i układu. Wielokrotnie wracałam, efekt jest taki, że każdorazowo
cieszę się jadąc z maluszkiem do niego (np. w weekend), ale wystarczy dzień
lub dwa (zdarzało się, ze zostawałam na noc, ale tylko dlatego, zeby maluszek
mógł dłużej u niego pobyć i zjeść z nim czy nami wspólnie śniadanie, sam o
taty bardzo tęskni za mną, w nocy najczęściej ma napady histerii kiedy nie
słyszy mojego głosu), zawsze "uciekałam" do siebie czując, ze nic juz
zwyczajnie między nami nie będzie.
Po drodze w tym wszystkim poznałam innego mężczyznę, przeciwieństwo w wielu
względach męża, o wiele cieplejszego. Poznałam seks tak naprawdę (w moim
małżeństwie prawie nie istniejący).
Mąż mam wrażenie mocno przeżył i przezywa ten nasz kryzys. O ewentualnych
innych mezczyzn w moim zyciu nigdy nie pytał, jakby bojąc sie zadać to
pytanie.
Wie, że złożyłam pozew. Kilka dni temu zadzwonił, poprosił, abyśmy wyjechali
na weekend, porozmawiali o naszych sprawach i moich planach mieszkaniowych
(ciągle wynajmuję lokum).
Zgodziłam się po tym jak zadzwonił póżno w nocy i płacząc błagał mnie, zebym
nie rujnowała naszej rodziny, ze dziecko, ze ciągle bardzo kocha, ze czuje,
ze ja potrzebuje jego pomocy a on jest bezradny, bo nie umie do mnie
dotrzeć....
Strasznie mnie wzruszył tę rozmową (jest dość ostrożnym i wyważonym w słowach
facetem). Pojechaliśmy razem.
Widzę, ze on bardzo sie stara, ze bardzo kocha malucha naszego. Tylko ja
niestety mam takie wewnętrzne przeświadczenie, ze nie przełamię się, nie
uwierzę w to, że między nami mogłoby być inaczej. Wiem, że starał by się
bardzo, zeby mnie nie ranić, to widzę, ale znając jego charakter i to, ze nie
było między nami żadnej bliskości fizycznej (co tak naprawdę zabiło moje
uczucia do niego), ze nie dam rady, ze znów wpadę w depresję....
Ze wszystkich sił chciałabym zapewnić dziecku pełną rodzinę!!! Widze wielkie
cierpienie w oczach mojego ciągle męża. Ale z drugiej strony wiem, ze bez
bliskości fizycznej umieram po kawałku!!! I wiem też, ze to, ze miedzy nami
tej bliskości nie było to nie przypadek, tylko jakis głęboki problem, którego
nie zgłębiłam, ale tak mi się dał we znaki, ze raczej zgłębiac nie chcę...
Przyznaję się, zę raz nawet próbowałam przełamać się, nie protestowałam, ppo
3 latach spędziiłam z nim noc. BYło cieżko. Pomimo tego, ze maz bardzo sie
starał.
Ale mi strasznie trudno pogodzić sie z tym wszystkim. Pracuję nad sobą,
chciałabym przyjąć i zaakceptować to co sie stało, ale w ogóle mi to nie
wychodzi...
Jestem zrozpaczona. Rujnuję życie jemu i dziecku. Sama też mam się tak jak
widać.
Co ja mam robić???