martwe.morza
27.12.05, 19:46
Mam 32 lata, ale właściwie (proszę się nie śmiać) to daję sobie 64, czyli dwa
razy więcej niż mam rzeczywiście. Znaczy to tyle, że na dzień dzisiejszy
czuję się dwa razy starsza niż jestem w rzeczywistości. Właściwie... to czuję
się, jakbym przeżyła już całe swoje życie albo tak, jakbym była już zupełnie
stara, siwa, pomarszczona, z wielkim garbem doświadczeń i trzecim okiem
proroka. Wiem, jestem o tym przekonana, ze szczęśliwa miłość, seks,
przyjemność to dziedziny życia, których nie wygrałam w mojej życiowej
loterii...
Mojego męża poznałam w wieku lat 19, poznałam w trudnym dla mnie momencie
życia (byłam załamana po rozstaniu z moim chłopakiem, z którym spotykałam się
2 lata, którego kochałam miłością pierwszą, szczerą, naiwną i baaardzo
wybuchową). Okazało się wtedy, że mój (jeszcze wtedy nie) mąż jest we mnie do
szaleństwa zakochany, że bardzo się starał, wspierał mnie, pocieszał,
adorował, bywał zabawny, zawsze obecny. Wielu moich znajomych i przyjaciół
uważało, że spadł mi z nieba, że uratował mnie przed samotnością i depresją,
w której byłam pogrążona po rozstaniu z tym moim ukochanym chłopakiem. I
cóż... ja bardzo się starałam w to wszystko uwierzyć i to było rzeczywiście
miłe, to zabieganie o mnie, te kwiaty, te wspólne wypady w góry, wyznania,
wiersze, koncerty życzeń itp. Pierwszym moim wielkim błędem było przyjęcie
jego oświadczyn i pierścionka w 6 miesięcy od naszego poznania (on uznał to
za wspaniałą datę), kolejnym błędem (a właściwie dziwnym i nieprzewidzianym
zrządzeniem losu) było to, że poszłam z nim do łóżka i byłam jego pierwszą
dziewczyną, no i pomimo tego że... hm... on się próbował zabezpieczyć –
zaszłam z nim w ciążę.
Aborcję wykluczyłam z powodów moralnych.
Oczywiście ślub odbył się natychmiast, gdyż on się bardzo cieszył ciążą, a
jego mama napierała na legalizację związku, gdyż jest dość ortodoksyjną
katoliczką.
No i tak się zaczęło nasze wspólne życie-pożycie... Co mogę o nim w skrócie
tu powiedzieć... Nie jest najgorsze, gdyż lubię mojego męża... lubię jako
człowieka, hm... kumpla i przyjaciela, jednak zupełnie nie odpowiada mi jako
kochanek... Trudno powiedzieć dlaczego... Jest higieniczny i w miarę
przystojny... ale zupełnie mnie nie pociąga seksualnie. Tak jest od początku,
od pierwszego naszego seksu... Czytam tu, że ludzie przeżywają stres z powodu
dwumiesięcznej abstynencji seksualnej... dla mnie 3 lata bez seksu to norma i
codzienność. Oboje z mężem jesteśmy w sytuacji patowej. Ja - ze swoim
niespełnieniem i mój mąż ze swoją wieczną, niegasnącą miłością do mnie...
miłością bez szans... Tyle razy namawiałam go, żeby sobie kogoś znalazł... ot
tak, dla higieny... ale jest uparty no i odebrał to swoje katolickie
wychowanie... Sama nie zdecydowałam się na odejście, na zostawienie tej
chorej sytuacji, bo brakuje mi podstaw i motywacji. Poza tym mamy 2 dzieci i
właściwie jakiś czas temu wymyśliłam sobie, że moje życie poświęcę dzieciom.
No i tej wersji się trzymam. Poza tym mam dosyć absorbującą pracę, która daje
mi dużo satysfakcji, dużo czytam, no i tak spędzam dzień za dniem w
przekonaniu, że mogłam trafić gorzej.
Uprzedzając pytania czy też sugestie odnośnie oziębłości seksualnej,
niedoboru hormonów czy też kochanków... Odpowiadam: otóż nie jestem święta,
miewałam kochanków, to znaczy... wskutek rozmaitych zbiegów okoliczności,
gdyż sama nigdy nie odważyłam się na poszukiwania matrymonialno-seksualne, no
ale wskutek pewnych kolei losu pojawili się w moim życiu (tym w małżeństwie)
inni partnerzy. Pierwszy z nich był ode mnie sporo młodszy i hm... myślę, że
się nawzajem uwiedliśmy, to znaczy nasze ciała porozumiały się między sobą
wbrew jakiejkolwiek logice życiowej no i mieliśmy romans, romans płomienny,
oparty na seksie, romans, który trwał pół roku i zaczął wymykać się spod
kontroli i zostawiać za sobą ślady, więc po namyśle zdecydowałam się ten
romans przerwać. Mój młodszy przyjaciel, którego poznałam poprzez moją dobrą
koleżankę, gdyż był jej współpracownikiem z biura, naprawdę pociągał mnie
fizycznie. Był zbudowany pięknie, miał piękne oczy, pięknie pachniał, był
dość ekstrawagancki i uprawiał sporty, ale poza tym fizycznym kontaktem nie
pociągał mnie zupełnie... Brakowało mu... ikry ... tajemnicy ... sama nie
wiem jak to ująć...Był to związek ciał a nie związek dusz. Rozstaliśmy się,
nikt z nas nie cierpiał, bo nie było miłości. Krótko po tym mój przyjaciel
przeniósł się do innego, większego miasta i słuch po nim zaginął.
Drugiego z kochanków poznałam znów zupełnie przypadkowo (podczas wakacji) i
tu się zadziała sytuacja o wiele gorsza, trudniejsza do zniesienia, gdyż się
okazało, że to taki facet, który spełniał wszystkie moje wyobrażenia o
facecie idealnym, t.zn. był diabelnie inteligentny, jakiś taki – hm –
szarmancki i trochę z innej epoki, wiedział więcej ode mnie, imponował mi, w
jego oczach było widać wspaniałe, cudowne geny czy cholera wie co... Był
cudownym kochankiem. Jakimś... animatorem seksu, instruktorem albo magiem.
Wiem, że nie spotkam nigdy kogoś takiego, jak on. Myśl o nim męczyła mnie ze
dwa lata... chyba do dziś mnie męczy, choć trudno mi się do tego przed sobą
przyznać. Nasza znajomość nie miała absolutnie racji bytu... Mieszkaliśmy
setki kilometrów od siebie. Z resztą znałam tylko jego nr telefonu, który
natychmiast po powrocie do domu skasowałam dla własnego bezpieczeństwa. Od
tamtego czasu minęły już ponad trzy lata. Wraz z przekroczeniem magicznej
trzydziestki poczułam się baaardzo stara i postanowiłam też w duchu nie
wdawać się w żadne, ale to żadne seksualne ekscesy (bo w moim wieku to już
niesmaczne), przeprowadziłam ze sobą wiele poważnych rozmów, w których
przekonałam sama siebie, że nie przystoi tak kierować się w życiu popędami,
że są ważniejsze sprawy i tak oto stałam się trzydziestodwuletnią staruszką...