Dodaj do ulubionych

Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ;)

27.12.05, 19:46
Mam 32 lata, ale właściwie (proszę się nie śmiać) to daję sobie 64, czyli dwa
razy więcej niż mam rzeczywiście. Znaczy to tyle, że na dzień dzisiejszy
czuję się dwa razy starsza niż jestem w rzeczywistości. Właściwie... to czuję
się, jakbym przeżyła już całe swoje życie albo tak, jakbym była już zupełnie
stara, siwa, pomarszczona, z wielkim garbem doświadczeń i trzecim okiem
proroka. Wiem, jestem o tym przekonana, ze szczęśliwa miłość, seks,
przyjemność to dziedziny życia, których nie wygrałam w mojej życiowej
loterii...
Mojego męża poznałam w wieku lat 19, poznałam w trudnym dla mnie momencie
życia (byłam załamana po rozstaniu z moim chłopakiem, z którym spotykałam się
2 lata, którego kochałam miłością pierwszą, szczerą, naiwną i baaardzo
wybuchową). Okazało się wtedy, że mój (jeszcze wtedy nie) mąż jest we mnie do
szaleństwa zakochany, że bardzo się starał, wspierał mnie, pocieszał,
adorował, bywał zabawny, zawsze obecny. Wielu moich znajomych i przyjaciół
uważało, że spadł mi z nieba, że uratował mnie przed samotnością i depresją,
w której byłam pogrążona po rozstaniu z tym moim ukochanym chłopakiem. I
cóż... ja bardzo się starałam w to wszystko uwierzyć i to było rzeczywiście
miłe, to zabieganie o mnie, te kwiaty, te wspólne wypady w góry, wyznania,
wiersze, koncerty życzeń itp. Pierwszym moim wielkim błędem było przyjęcie
jego oświadczyn i pierścionka w 6 miesięcy od naszego poznania (on uznał to
za wspaniałą datę), kolejnym błędem (a właściwie dziwnym i nieprzewidzianym
zrządzeniem losu) było to, że poszłam z nim do łóżka i byłam jego pierwszą
dziewczyną, no i pomimo tego że... hm... on się próbował zabezpieczyć –
zaszłam z nim w ciążę.
Aborcję wykluczyłam z powodów moralnych.
Oczywiście ślub odbył się natychmiast, gdyż on się bardzo cieszył ciążą, a
jego mama napierała na legalizację związku, gdyż jest dość ortodoksyjną
katoliczką.
No i tak się zaczęło nasze wspólne życie-pożycie... Co mogę o nim w skrócie
tu powiedzieć... Nie jest najgorsze, gdyż lubię mojego męża... lubię jako
człowieka, hm... kumpla i przyjaciela, jednak zupełnie nie odpowiada mi jako
kochanek... Trudno powiedzieć dlaczego... Jest higieniczny i w miarę
przystojny... ale zupełnie mnie nie pociąga seksualnie. Tak jest od początku,
od pierwszego naszego seksu... Czytam tu, że ludzie przeżywają stres z powodu
dwumiesięcznej abstynencji seksualnej... dla mnie 3 lata bez seksu to norma i
codzienność. Oboje z mężem jesteśmy w sytuacji patowej. Ja - ze swoim
niespełnieniem i mój mąż ze swoją wieczną, niegasnącą miłością do mnie...
miłością bez szans... Tyle razy namawiałam go, żeby sobie kogoś znalazł... ot
tak, dla higieny... ale jest uparty no i odebrał to swoje katolickie
wychowanie... Sama nie zdecydowałam się na odejście, na zostawienie tej
chorej sytuacji, bo brakuje mi podstaw i motywacji. Poza tym mamy 2 dzieci i
właściwie jakiś czas temu wymyśliłam sobie, że moje życie poświęcę dzieciom.
No i tej wersji się trzymam. Poza tym mam dosyć absorbującą pracę, która daje
mi dużo satysfakcji, dużo czytam, no i tak spędzam dzień za dniem w
przekonaniu, że mogłam trafić gorzej.
Uprzedzając pytania czy też sugestie odnośnie oziębłości seksualnej,
niedoboru hormonów czy też kochanków... Odpowiadam: otóż nie jestem święta,
miewałam kochanków, to znaczy... wskutek rozmaitych zbiegów okoliczności,
gdyż sama nigdy nie odważyłam się na poszukiwania matrymonialno-seksualne, no
ale wskutek pewnych kolei losu pojawili się w moim życiu (tym w małżeństwie)
inni partnerzy. Pierwszy z nich był ode mnie sporo młodszy i hm... myślę, że
się nawzajem uwiedliśmy, to znaczy nasze ciała porozumiały się między sobą
wbrew jakiejkolwiek logice życiowej no i mieliśmy romans, romans płomienny,
oparty na seksie, romans, który trwał pół roku i zaczął wymykać się spod
kontroli i zostawiać za sobą ślady, więc po namyśle zdecydowałam się ten
romans przerwać. Mój młodszy przyjaciel, którego poznałam poprzez moją dobrą
koleżankę, gdyż był jej współpracownikiem z biura, naprawdę pociągał mnie
fizycznie. Był zbudowany pięknie, miał piękne oczy, pięknie pachniał, był
dość ekstrawagancki i uprawiał sporty, ale poza tym fizycznym kontaktem nie
pociągał mnie zupełnie... Brakowało mu... ikry ... tajemnicy ... sama nie
wiem jak to ująć...Był to związek ciał a nie związek dusz. Rozstaliśmy się,
nikt z nas nie cierpiał, bo nie było miłości. Krótko po tym mój przyjaciel
przeniósł się do innego, większego miasta i słuch po nim zaginął.
Drugiego z kochanków poznałam znów zupełnie przypadkowo (podczas wakacji) i
tu się zadziała sytuacja o wiele gorsza, trudniejsza do zniesienia, gdyż się
okazało, że to taki facet, który spełniał wszystkie moje wyobrażenia o
facecie idealnym, t.zn. był diabelnie inteligentny, jakiś taki – hm –
szarmancki i trochę z innej epoki, wiedział więcej ode mnie, imponował mi, w
jego oczach było widać wspaniałe, cudowne geny czy cholera wie co... Był
cudownym kochankiem. Jakimś... animatorem seksu, instruktorem albo magiem.
Wiem, że nie spotkam nigdy kogoś takiego, jak on. Myśl o nim męczyła mnie ze
dwa lata... chyba do dziś mnie męczy, choć trudno mi się do tego przed sobą
przyznać. Nasza znajomość nie miała absolutnie racji bytu... Mieszkaliśmy
setki kilometrów od siebie. Z resztą znałam tylko jego nr telefonu, który
natychmiast po powrocie do domu skasowałam dla własnego bezpieczeństwa. Od
tamtego czasu minęły już ponad trzy lata. Wraz z przekroczeniem magicznej
trzydziestki poczułam się baaardzo stara i postanowiłam też w duchu nie
wdawać się w żadne, ale to żadne seksualne ekscesy (bo w moim wieku to już
niesmaczne), przeprowadziłam ze sobą wiele poważnych rozmów, w których
przekonałam sama siebie, że nie przystoi tak kierować się w życiu popędami,
że są ważniejsze sprawy i tak oto stałam się trzydziestodwuletnią staruszką...
Obserwuj wątek
    • katechina Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 27.12.05, 20:09
      Mojego serca ta historia nie krzepi.Rozumiem,że seksu z mężem dalej brak?
      • martwe.morza No to może KU PRZESTRODZE... 27.12.05, 20:19
        Cóż starałam się jak mogłam, by krzepiła... jak cukier :-) Na pytanie
        odpowiadam: mnie nie brak (z przyczyn ode mnie niezależnych), jemu - owszem.
        • kampai Straszne 27.12.05, 20:50
          NIe bardzo wiem po co to napisałaś. Po co komu historie przegranych ludzi,
          którzy nawet nie chcą się z marazmu wyciągnąć. Tutaj piszą ludzie w nadziei
          znalezienia pokrzepienia, optymizmu. A ty tu że przegrana jesteś, że stara choć
          młoda. Buuuuuuu, zaraz się rozpłaczę. Idę se chlapnąć lufkę.
          • martwe.morza To ja bardzo przepraszam 27.12.05, 21:03
            kampai napisał:

            > NIe bardzo wiem po co to napisałaś. Po co komu historie przegranych ludzi,
            > którzy nawet nie chcą się z marazmu wyciągnąć. Tutaj piszą ludzie w nadziei
            > znalezienia pokrzepienia, optymizmu. A ty tu że przegrana jesteś, że stara
            choć
            >
            > młoda. Buuuuuuu, zaraz się rozpłaczę. Idę se chlapnąć lufkę.

            W takim razie ja bardzo przepraszam za moje faux pas oraz za to, że zburzyłam
            koncepcję forum.
            Napisałam, bo to moja historia. Moim zdaniem całkiem na temat czyli o braku
            seksu w małżeństwie. Napisałam jak jest i że czasem dwa miesiące bez seksu to
            nie taki znowu dramat. I że wszystko zależy od perspektywy.

            Poza tym to "na zdrowie" lub też "smacznego".


            • harry_callahan Re: 27.12.05, 21:29
              Bardzo ładnie napisany tekst, pięknie po polsku, bez błędów, zauważalne staranne
              wykształcenie (humanistyczne jak sądzę?) autorki morze_martwe. A problem ma i to
              poważny. Uważam ze powinna pomyśleć o rozwodzie. Stanowczo.

              pozdrawiam!

              HC
              • martwe.morza Dzięki 27.12.05, 21:41
                harry_callahan napisał:

                > Bardzo ładnie napisany tekst, pięknie po polsku, bez błędów, zauważalne
                starann
                > e
                > wykształcenie (humanistyczne jak sądzę?) autorki morze_martwe. A problem ma i
                t
                > o
                > poważny. Uważam ze powinna pomyśleć o rozwodzie. Stanowczo.
                >
                > pozdrawiam!
                >
                > HC
                Owszem harry... Pomimo całej mojej życiowej głupoty udało mi się zdobyć jako-
                takie wykształcenie.

                Również pozdrawiam :-)

                PS. "Nie myśli o rozwodzie ten, kto szykuje się do grobu ;)" (martwe.morza)
                • kampai Re: Dzięki 28.12.05, 12:27
                  Twoim problemem może jest wykształcenie. Zbyt wysokie wykształcenie to problem
                  wielu ludzi. Ludzie o wykształceniu niższym, którzy mniej spędzili czasu w
                  szkole a więcej powiedzmy w życiu mają proste pojmowanie rzeczywistości i
                  potrafią cieszyć się z rzeczy małych. A im człowiek dłużej się uczy, zaczyna za
                  bardzo analizować rzeczywistość, robi się delikutaśny, ma wymagania, które jak
                  się spełnią to go nie cieszą... Seks z profesorem musi być paradny...
                  • ewolwenta kampai wrócił w całej swej krasie 28.12.05, 12:29
                    :))
                  • martwe.morza ;)))))))))) 28.12.05, 12:41
                    kampai napisał:

                    > Twoim problemem może jest wykształcenie. Zbyt wysokie wykształcenie to
                    problem
                    > wielu ludzi. Ludzie o wykształceniu niższym, którzy mniej spędzili czasu w
                    > szkole a więcej powiedzmy w życiu mają proste pojmowanie rzeczywistości i
                    > potrafią cieszyć się z rzeczy małych. A im człowiek dłużej się uczy, zaczyna
                    za
                    >
                    > bardzo analizować rzeczywistość, robi się delikutaśny, ma wymagania, które
                    jak
                    > się spełnią to go nie cieszą...


                    Seks z profesorem musi być paradny...



                    Tylko nie gadaj, że sam pasasz łowicki na hali? Heeej???????????

                    Poza tym, co mam robić w te długie samotne wieczory jak nie analizować? No
                    bracie w niedoli... Miej trochę litości i ludzkich odruchów! ;)
                  • anula36 olsnienie;) 28.12.05, 12:47
                    Seks z profesorem musi być paradny...




                    no coz hmmm jakby nie bylo ja trafilam na to forum za czasow zwiazku z dr (
                    prawie) habilitowanym.
                  • petar2 Re: Dzięki 28.12.05, 12:52
                    > Seks z profesorem musi być paradny...

                    A wyobraź sobie takiego laureata Nobla ...
                    • anula36 Re: Dzięki 28.12.05, 13:06
                      nie to nie ma przelozenia.Taki np byly prezydent Walesa nie wyglada na
                      abstynenta;)
                  • starydziadyga Re: Dzięki 28.12.05, 13:54
                    kampai napisał:

                    > Twoim problemem może jest wykształcenie. Zbyt wysokie wykształcenie to problem
                    > wielu ludzi. Ludzie o wykształceniu niższym, którzy mniej spędzili czasu w
                    > szkole a więcej powiedzmy w życiu mają proste pojmowanie rzeczywistości i
                    > potrafią cieszyć się z rzeczy małych. A im człowiek dłużej się uczy, zaczyna za
                    >
                    > bardzo analizować rzeczywistość, robi się delikutaśny, ma wymagania, które jak
                    > się spełnią to go nie cieszą... Seks z profesorem musi być paradny...


                    Kampai - pierwszy raz slysze ze zbyt wysokie wyksztalcenie to problem. Jesli
                    tak, to zycze ci abys mial jak najmniej takich problemow.

                    SD
          • starydziadyga Re: Straszne 28.12.05, 13:51
            kampai napisał:

            > NIe bardzo wiem po co to napisałaś. Po co komu historie przegranych ludzi,
            > którzy nawet nie chcą się z marazmu wyciągnąć. Tutaj piszą ludzie w nadziei
            > znalezienia pokrzepienia, optymizmu. A ty tu że przegrana jesteś, że stara choć
            >
            > młoda. Buuuuuuu, zaraz się rozpłaczę. Idę se chlapnąć lufkę.


            Nie ma nic do plakania, martwe.morze ciekawie napisala - prawdziwe zycie. Fakt
            ze u sasiadow trawa bardziej zielona.
            Martwe.morze - nawet jesli czujesz sie staruszka, zycze ci abys i na starosc
            ucieche miala - nie tylko z wnuczek - ze swojego ciala tez.

            SD
            • martwe.morza Dobry czlowieku... 28.12.05, 15:19
              starydziadyga napisał:

              > Martwe.morze - nawet jesli czujesz sie staruszka, zycze ci abys i na starosc
              > ucieche miala - nie tylko z wnuczek - ze swojego ciala tez.
              >
              > SD

              Bóg Ci zapłać :P
    • harrietta_35 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 27.12.05, 21:25
      Nie wiem, może ja tu czegoś nie rozumiem. Nie kochasz męża, nie masz
      przyjemności z seksu - a macie 2 dzieci!! Tę drugą osobę trzeba kochać a nie
      lubić, żeby zakładać z nią rodzinę - chyba popełniłaś błąd!!!!!!!
      • martwe.morza Masz rację harrietto 27.12.05, 21:37
        Popełniłam całą masę błędów, za które ponoszę odpowiedzialność. Cóż... Każdy z
        nas błądzi i jesteśmy tylko ludźmi...
        • ewolwenta Re: Masz rację harrietto 27.12.05, 21:53
          Apatia bucha z Twoich postów. Czy coś w ogóle Cię cieszy?

          A Kampim się nie przejmuj. Ostatnio jest rzadkim gościem na forum:), ale bywało
          ze robił tu za zasiedziałą osobliwość. Próbkę miałaś :)
          • martwe.morza ewolwento... 27.12.05, 22:04
            Cieszy mnie mnóstwo rzeczy. Gdybym miała tę swoją "starość" określić
            dokładniej, to bym powiedziała chyba: "Pogodna jesień", to znaczy - tak
            poważnie - cieszę się przede wszystkim moimi dziećmi (jak już wspomniałam
            wcześniej), cieszą mnie moje osiągnięcia zawodowe no i z rozmaitych drobiazgów
            też się cieszę, ponieważ nie mam takiej ponurej natury, jak jakiś złamany
            romantyczny bohater.
            • anula36 Re: ewolwento... 27.12.05, 22:53
              a zastanawialas sie jak bedzie wygladac twoje zycie kiedy dzieci juz odejda z
              domu?
              • martwe.morza anulo 27.12.05, 23:28
                Nie, przyznam, że nad tym się nie zastanawiałam. Nie potrafię przewidzieć
                przyszłości. Sprawia mi trudność - zawsze tak było - poruszanie się po czasie
                przyszłym. Kiedyś próbowałam nawet snuć jakieś wizje i plany, ale okazywałam
                sie zazwyczaj kiepską wróżką wszystko układało się inaczej niż sobie
                wyobrażałam, więc zaprzestałam planowania.

                Dzięki za sugestię.

                m.m
            • koralik00 Re: ewolwento... 27.12.05, 23:11
              Kobieto - Dziewczyno czy zdajesz sobie sprawe z tego ze sama sobie robisz
              krzywde? Jestes jeszcze taka mloda a najtragiczniejsze jest to ze na sile
              chcesz zrobic z siebie staruszke. Na twoim miejscu nie wahalabym sie ani chwile
              tylko rozstala sie z mezem. Ty nie tylko krzywdzisz siebie ale i jego rowniez.
              Piszesz ze robisz to dla dzieci, ale czy dzieci potrzebuja takiego poswiecenia?
              Lata leca a one juz wkrotce beda dorosle i opuszcza dom - co wtedy zrobisz? czy
              wtedy nadal bedziesz probowala znalezc jakis argument ktory nie pozwoli Ci
              rozwiazac tej sytacji? Nie rozumiem tego zupelnie bo z twojej historii wynika
              ze jestes osoba z praca i wyksztalceniem a wiec samodzielnej. Co wiec sprawia
              ze skazujesz sie na smierc emocjonalna i duchowa? Tak naprawde zdziwilabys sie
              ile kobiet jest w podobnej sytacjii a jednak nadchodzi w ich zyciu taki dzien
              kiedy stojac przed lustrem mowia sobie "dzisiaj zmienie wszystko i zaczne zyc
              na nowo". To nie twoja wina ze jako bardzo mloda niedoswiadczona dziewczyna
              zwiazalas sie z czlowiekiem ktory w zaden sposob Cie nie pociaga i w tej
              sytuacji nie mozna nazwac bledem to ze za niego wyszlas - ogromnym bledem jest
              natomiast to jak zdecydowalas dalej zyc. Nie rob sobie tego i nie rob tego
              swojemu mezowi bo obydwoje macie jeszcze szanse aby odmienic wasze zycie i byc
              szczesliwymi. Przemysl to ..... i daj szanse prwdziwemu zyciu!!!
              • martwe.morza koraliku 27.12.05, 23:43

                Co wiec sprawia
                > ze skazujesz sie na smierc emocjonalna i duchowa?

                Nie wiem co sprawia,naprawdę... Myślę, że to jakieś przeznaczenie czy inne
                licho!

                Moja bardzo dobra znajoma urodziła kalekie dziecko. Bardzo o siebie dbała w
                ciąży, robiła badania i nagle... taka tragedia. Niespodziewanie. Niewyobrażalne
                cierpienie.

                Ja na siebie nie patrzę w kategoriach tragedii, myślę, że są ludzie, którzy
                cierpią o wiele bardziej.

                Trafiłam wczoraj na to forum, poczytałam... no i tak zrodziła się moja opowieść
                o moim życiu małżeńskim bez seksu. Napisałam o tym, ale raczej nie po to, by
                ktoś utwierdził mnie w przekonaniu, że mogę jeszcze zawojować gorące bieguny
                rozpusty i swawoli, zdobyć czyhające na mnie serca i ciała.

                Na mojej orbicie praca-dom-praca, po której spokojnie się toczę, nie widzę
                miejsca, brakuje mi czasu na takie fantastyczne rozwiązania.
                Tak to wygląda koraliku...
                • kampai Re: koraliku 28.12.05, 12:19
                  Odwieczny problem człowieka: nie potrafi cieszyć sie tym co ma. Twoja znajoma
                  urodziła kalekie dziecko a tobie los zesłał męża, który cię kocha, dwoje
                  ZDROWYCH dzieci a ty masz problem. Przyznam szczerze, ja tego nie rozumiem.
                  Otrząśnij się, zacznij uprawiać sporty, weź urlop. WEŹ SIĘ ZA SIEBIE!!!! A
                  nie "stara jestem"...
                  • martwe.morza Oj kampai, kampai.... 28.12.05, 12:35
                    kampai napisał:

                    > Odwieczny problem człowieka: nie potrafi cieszyć sie tym co ma. Twoja znajoma
                    > urodziła kalekie dziecko a tobie los zesłał męża, który cię kocha, dwoje
                    > ZDROWYCH dzieci a ty masz problem. Przyznam szczerze, ja tego nie rozumiem.
                    > Otrząśnij się, zacznij uprawiać sporty, weź urlop. WEŹ SIĘ ZA SIEBIE!!!! A
                    > nie "stara jestem"...

                    Problem to jest wtedy, jak dwoje ludzi mówi do siebie w tym samym języku i
                    jeden drugiego nic a nic nie rozumie... To znaczy, że ludzie wtedy siebie nie
                    słuchają, że każdy do siebie gada. Kampai, przeczytaj uważnie, co napisałam, a
                    jeśli Ci się nie chce fatygować, to nie wypowiadaj się od niechcenia w sposób
                    wielce autorytatywny. Nie osądzaj pochopnie.
                    Napisałam, że się cieszę tym, co mam, że cieszą mnie moje dzieci, że lubię
                    mojego męża. Jeśli chodzi o sporty, to oczywiście – uprawiam . Na urlopie
                    właśnie jestem, stąd ta wolna chwila dziś na forum, a z tym braniem się za
                    siebie to nie wiem, co masz na myśli? Ciało? Myślisz że coś z nim nie tak?
                    • petar2 Re: Oj kampai, kampai.... 28.12.05, 12:45
                      Oj Kampai chodzi o to, że uważa iż masz problem i stara się Ciebie przekonać że
                      go nie masz (co zapewne jest faktem). Powinnaś się cieszyć życiem, uprawiać
                      sporty, wziąść urlop.
                      Robisz to wszystko?? I pomimo tego napisałaś na forum???
                      No to rzeczywiście masz problem .... cholera ... Kampai poradź coś!!!
                      • kampai Re: Oj kampai, kampai.... 30.12.05, 09:59
                        Nie pomożesz człowiekowi, jak sam sobie nie pomoże. Trzeba chcieć się wyrwać z
                        marazmu. Siłę charakteru trzeba ćwiczyć jak mięsień dwugłowy przedramienia.
                        Ludzie przestają umieć być ze sobą. Kariera, nowy samochód, remont mieszkania i
                        nowe posadzki, tv, forum w internecie. Zawsze jest tysiące powodów by ze sobą
                        nie być. Moja mama ma trzy siostry. Imprezy rodzinne wspomina się do dziś.
                        Wspomina, bo dzieci tych sióstr niestety nie są już takie życiowe, bo kariera,
                        bo posadzki, bo święty spokój... Nawet "tych rzeczy" nie robią, jak brat mi się
                        zwierzył. 33 lata facet! No to potem zostaje tylko forum internetowe
                        www.pomóżcie.pl...
                        • martwe.morza Ładnie powiedziane o tym mięśniu... kampai 30.12.05, 12:05
                          kampai napisał:

                          > Nie pomożesz człowiekowi, jak sam sobie nie pomoże. Trzeba chcieć się wyrwać
                          z
                          > marazmu. Siłę charakteru trzeba ćwiczyć jak mięsień dwugłowy przedramienia.
                          > Ludzie przestają umieć być ze sobą. Kariera, nowy samochód, remont mieszkania
                          i
                          >
                          > nowe posadzki, tv, forum w internecie. Zawsze jest tysiące powodów by ze sobą
                          > nie być. Moja mama ma trzy siostry. Imprezy rodzinne wspomina się do dziś.
                          > Wspomina, bo dzieci tych sióstr niestety nie są już takie życiowe, bo
                          kariera,
                          > bo posadzki, bo święty spokój... Nawet "tych rzeczy" nie robią, jak brat mi
                          się
                          >
                          > zwierzył. 33 lata facet! No to potem zostaje tylko forum internetowe
                          > www.pomóżcie.pl...



                          Wiem co masz na myśli... tylko że ja - tak to widzę - nie jestem osobą o słabym
                          charakterze, wręcz przeciwnie. Nie zaliczam się też do osób jakoś szczególnie
                          nastawionych w życiu na "MIEĆ", nie udaję się w ślepą pogoń za pieniądzem,
                          uważam, że są w życiu ważniejsze wartości itp. Myślę, że materialistyczne
                          podejście do życia nie jest przyczyną moich niepowodzeń czy - jak to nazywasz -
                          marazmu.

              • pronovia Nieszczęśliwe matki 03.08.06, 11:21
                Witam, przeczytałam sobie wczoraj cały wątek tego forum i zwrócił moją uwagę
                jeden argument przywoływany przez zwolenników zostawienia męża, którego się nie
                kocha, otóż pisze koralik i inni, że DZIECI NIE CHCĄ NIESZCZĘŚLIWEJ MATKI.
                Nie zgadzam się z tym, mam 26 lat i od jakichś pięci nie mieszkam z rodzicami,
                ale ciągle jeszcze pamiętam ich kłótnie. Jako nastolatka zastanawiałam się, co
                bym zrobiła, gdyby się rozwiedli i czy tak byłoby lepiej... otóż TAK NIE BYŁOBY
                LEPIEJ. Moi rodzice są typowym małżeństwem z ponadtrzydziestoletnim stażem i
                wielkich namiętności między nimi nie widziałam nogdy, jak już pisałam, były
                czasem kłótnie, ale w trudnych momentach (problemy rodzinne, choroby) wspierali
                się nawzajem. Dla mnie też stanowili oparcie i NIE WYOBRAŻAM SOBIE, ŻEBY MOGLI
                ŻYĆ OSOBNO, oni byli i są MOIM DOMEM, nawet jeśli wiem, że moja mama nie jest
                szczęśliwa. Oczywiście jest to egoizm dziecka, ale pozostawienie męża "bo już
                go nie kocham, a on mnie tak" jest egoizmem matki i, moim zdaniem, krzywdą
                wyrządzoną młodemu stworzeniu. Koraliku, nie zgadzam się z Tobą, romantyczna
                miłość i idealne związki wystepują głównie w filmach, a posiadanie rodziny to
                obowiązek i rezygnacja z egoizmu.
                Pozdrawiam wszystkich forumowiczów
    • kedzier42 ku pokrzepieniu serc??? 28.12.05, 00:02
      jak zwykle -chcialabym ale boje sie .
      • martwe.morza kedzierze! 28.12.05, 00:17
        Wydaje mi się, że wyraziłam się jasno.
        Nie chce mi się i nie boję się.
        Chyba czytałeś bez zrozumienia, albo czytałeś poprzez swoje fobie i swoje
        doświadczenia. Błąd. To moje życie, wątpię bys je mógł znać.

        Pozdrawiam
        • tina1 Bez obrazy. 28.12.05, 08:25
          Po przeczytaniu tej historii moich myśli nie zaprzątnęły Twoje dylematy.Myślę
          natomiast co czuje Ten , który kocha , ufa, wielbi!? Został sprowadzony jedynie
          do funkcji prokreacyjnej.
          Zapłaciłaś za to swoją"starością",to chyba dobrze. Niszczysz życie
          człowiekowi,uczysz swoje dzieci obłudy i kłamstwa .Obawiam się ,że nie zawsze
          jest łatwo spoglądać w lustro.

          Cóż, życie...
          • martwe.morza Nie nie obrażam się tino... 28.12.05, 10:20
            tina1 napisała:

            > Po przeczytaniu tej historii moich myśli nie zaprzątnęły Twoje dylematy.Myślę
            > natomiast co czuje Ten , który kocha , ufa, wielbi!? Został sprowadzony
            jedynie
            > do funkcji prokreacyjnej.
            > Zapłaciłaś za to swoją"starością",to chyba dobrze. Niszczysz życie
            > człowiekowi,uczysz swoje dzieci obłudy i kłamstwa .Obawiam się ,że nie zawsze
            > jest łatwo spoglądać w lustro.
            >
            > Cóż, życie...


            Nie myśl, że ja nie myślę „o tym, który kocha ufa wielbi”. Myślę, a nawet myślę
            chyba za dużo. Wiele rozmawialiśmy z mężem o naszej sytuacji i nie chcę, byś
            odniosła mylne wrażenie, że go oszukuję czy coś udaję. Jak wspominałam
            wcześniej, sugerowałam nawet i to nie raz, by spróbował kogoś sobie znaleźć,
            mężczyznom jest przecież zawsze łatwiej, starzeją się wolniej, poza tym są tak
            skonstruowani przez Najwyższego, że mogą obdarzyć uczuciem wiele partnerek
            itp. Wszystko na nic.
            Nie obrażam się o to, że piszesz, iż „niszczę życie człowiekowi”, ponieważ
            prawdopodobnie kierują Tobą dobre intencje oraz pochylasz się nad ofiarą
            nieszczęśliwej, źle ulokowanej miłości, mnie uznając za Pandorę i przyczynę
            wszelkiego zła w świecie. To szlachetny odruch.
            Bardziej dotknęło mnie stwierdzenie, że uczę dzieci fałszu i obłudy. Nie masz
            podstaw, by tak sądzić... Staram się i bardzo przykładam do wychowania moich
            dzieci. Uważam się za odpowiedzialnego i świadomego rodzica. Nie bardzo też
            pojmuję, co masz na myśli z tą funkcją prokreacyjną, gdyż w tej dziedzinie
            akurat nam się nie układa... Poza tą sferą łączą nas raczej przyjacielskie
            stosunki, tzn. rozmawiamy ze sobą szczerze, możemy na siebie patrzeć, razem
            chodzimy do znajomych, do kina czy na drinka, tylko seksu ze sobą nie
            uprawiamy, choć podejmowałam – dawniej – różne próby i bardzo się starałam –
            było zawsze beznadziejnie.
            To, że czuję się staro to wiadomo od pierwszych słów mojej opowieści, że jest
            to kara... nie wiem. Możliwe.

            • ewolwenta Re: Nie nie obrażam się tino... 28.12.05, 10:29
              >tylko seksu ze sobą nie
              > uprawiamy, choć podejmowałam – dawniej – różne próby i bardzo się s
              > tarałam –
              > było zawsze beznadziejnie.

              Ta sfera ma to do siebie, że wymaga, delikatnych zabiegów, zwłaszcza
              naprawczych ;). Próby okazjonalne niestety mają to do siebie, że są nieudane.
            • tina1 Re: Nie nie obrażam się tino...-to dobrze:) 28.12.05, 12:50
              martwe.morza napisała:



              Jak wspominałam
              > wcześniej, sugerowałam nawet i to nie raz, by spróbował kogoś sobie znaleźć,
              > mężczyznom jest przecież zawsze łatwiej, starzeją się wolniej, poza tym są tak
              skonstruowani przez Najwyższego, że mogą obdarzyć uczuciem wiele partnerek
              > itp. Wszystko na nic.

              Nie sądzisz chyba ,że dzięki temu jemu jest łatwiej.Rzuciłaś mu koło
              ratunkowe...wielce to humanitarne z Twojej strony!

              > prawdopodobnie kierują Tobą dobre intencje oraz pochylasz się nad ofiarą
              > nieszczęśliwej, źle ulokowanej miłości, mnie uznając za Pandorę i przyczynę
              > wszelkiego zła w świecie. To szlachetny odruch.

              Zaiste. I chyba wiem co mówię. Mam wrażenie , że w podobny sposób byłam
              traktowana przez swojego M, choć wiem ,że mnie nie zdradzał i nie proponował
              znalezienia sobie kogoś. Przemawia tu przeze mnie poczucie krzywdy, mojej
              krzywdy. Przepraszam.

              > Bardziej dotknęło mnie stwierdzenie, że uczę dzieci fałszu i obłudy. Nie masz
              > podstaw, by tak sądzić... Staram się i bardzo przykładam do wychowania moich
              > dzieci. Uważam się za odpowiedzialnego i świadomego rodzica.

              Powiem tak; żebyś nie wiem jak się starała za czas jakiś ten dysonans dzieci i
              tak dostrzegą. Jeśli nawet nie będą Ci miały za złe, im samym będzie to w
              przyszłości ciążyło.

              Nie bardzo też
              > pojmuję, co masz na myśli z tą funkcją prokreacyjną, gdyż w tej dziedzinie
              > akurat nam się nie układa...

              Jest ojcem Waszych dzieci!?

              Poza tą sferą łączą nas raczej przyjacielskie
              > stosunki, tzn. rozmawiamy ze sobą szczerze, możemy na siebie patrzeć, razem
              > chodzimy do znajomych, do kina czy na drinka,tylko seksu ze sobą nie
              > uprawiamy,

              To miłe,że możecie wypić drinka patrząc na siebie, a seks, uczucie do
              najbliższej osoby...no cóż , znowu myślę o Twoim M, gdyż wiem jak to boli.


              > To, że czuję się staro to wiadomo od pierwszych słów mojej opowieści, że jest
              > to kara... nie wiem. Możliwe.

              Lustro było raczej metaforą sumienia.

              Martwe.morza wybacz ,że brzmi to nieco sarkastycznie, inaczej dziś nie mogę.Wiem
              jednak co czujesz i rozumiem Twoje rozterki.
              Pozdrawiam:)


              • ikcaj Re: Nie nie obrażam się tino...-to dobrze:) 30.12.05, 13:11
                dziekuje za wypowiedz, bo juz myslalem, ze tylko mnie dziwi postawa autorki,
                ktora pozoruje siebie na meczennice, w sytuacji kiedy tak naprawde sama jest
                sprawczynia nie tylko swoich nieszczesc.
          • kampai Re: Bez obrazy. 28.12.05, 12:28
            Ot co! Kwintesencja sprawy.
            • kampai Re: Bez obrazy. 28.12.05, 12:29
              To było do Tiny.
          • starydziadyga Re: Bez obrazy. 28.12.05, 14:23
            tina1 napisała:

            > Po przeczytaniu tej historii moich myśli nie zaprzątnęły Twoje dylematy.Myślę
            > natomiast co czuje Ten , który kocha , ufa, wielbi!? Został sprowadzony jedynie
            > do funkcji prokreacyjnej.
            > Zapłaciłaś za to swoją"starością",to chyba dobrze. Niszczysz życie
            > człowiekowi,uczysz swoje dzieci obłudy i kłamstwa .Obawiam się ,że nie zawsze
            > jest łatwo spoglądać w lustro.
            >
            > Cóż, życie...


            Tina,

            W komputerach istnieje tylko zero i jedynka - w zyciu jest wiele wartosci i
            rozwiazania nie sa proste. Skad wiesz ze martwe.morze niszczy zycie meza? Znasz go?

            SD
            • tina1 Re: Bez obrazy. 28.12.05, 14:41
              Nie znam go.
              Wiesz , od razu po przeczytaniu pierwszego postu autorki ustawiłam się na
              pozycji jej męża ( ubolewam i przepraszam autorkę).
              Jej sytuacja, wbrew pozorom oczywiście ,jest jakby bardziej komfortowa - a w
              naturze ludzkiej jest tak jakoś ,że ustawiamy się zwykle po stronie
              pokrzywdzonego :)
              Chcę wierzyć ,że jemu ten układ odpowiada....
              Życzę im naprawdę dobrze.
        • niezapominajka333 Re: kedzierze! 28.12.05, 08:36
          Wiesz, zastanawia mnie w tym wszystkim postawa twojego męża. Ty postanowiłaś
          poświęcic się dla dzieci, sytuacja - choc niekomfortowa - wydaje ci się w miarę
          stabilna. Nie zamierzasz niczego zmieniac, bo nie masz do tego ani chęci, ani
          motywacji. OK - twój wybór.
          On kocha, więc wytrzymuje bez seksu. Ale prawdopodobieństwo, że pozna kogoś,
          dla kogo będzie najważniejszą osobą w życiu, kto obdarzy go nie tylko miłością,
          ale i namiętnością jest całkiem spore i rośnie wraz z upływem czasu. A gdy mąż
          odkryje prawdziwą, odwzajemnioną namiętnośc, to i katolickie wychowanie może
          wziąc w łeb, i na dzieci nie będzie zważał, tylko uwolni was oboje od życia w
          letargu.
          Ty znalazłaś sobie usprawiedliwienie dla własnej bierności - poświęciłaś się
          dla dzieci. Ale to mąż może pierwszy zrobic decydujący krok. Bo jak zapewne
          zauważyłaś, nie jesteśmy w stanie przewidziec do czego jesteśmy zdolni, dopóki
          nie staniemy oko w oko z nieodpartą pokusą.
          To twoje życie i wcale nie mam zamiaru namawiac cię do rozwodu. Ale weź pod
          uwagę, że układ, który wydaje ci się teraz stabilny (bo uporałaś się z głównym
          zagrożeniem, czyli ze swoimi uczuciami) ma bardzo wiele zmiennych. Obyście
          oboje nie żałowali kiedyś lat spędzonych razem.
          • petar2 Re: kedzierze! 28.12.05, 09:37
            Twoja historia wywołała pesymistyczne odczucia i wrażenie dużego problemu który
            niby Cię przygnebia i unieszczęśliwia. "historia przegranych ludzi", "Czy coś w
            ogóle Cię cieszy?", "Nie rob sobie tego ... daj szanse prwdziwemu
            zyciu!!!", "jak zwykle -chcialabym ale boje sie", "Niszczysz życie
            człowiekowi,uczysz swoje dzieci obłudy i kłamstwa".

            We mnie ta historia wywołała nne odczucia. Po pierwsze odczytuję wypowiedź
            Autorki jako pewien wyraz nastroju dominującego obecnie a nie chłodne
            planowanie dalszego ciągu życia. Dlatego dziwi mnie niezrozumienie tej
            nastrojowości postu przez kobiety odczytujące go bardzo dosłownie.

            Po wtóre nie ma szablonu na życie do którego można byłoby przyłożyć każdą
            sytuację i pokazać czy to błąd, tragedia czy szczęście. Wydaje się nam, że do
            spełnienia potrzebne są wszystkie elementy z zakresu: miłość, dom, dzieci,
            seks, praca zawodowa, finanse, podróże, aktywność itd itp. Brak któregokolwiek
            wprawia nas w stan niespełnienia, frustracji, zmusza do rozwiązania
            tego "problemu". Trudno nam się też pogodzić z tym, że niektóre z tych
            atrybutów występują okresowo, tzn były, teraz ich nie ma ale może wrócą.

            Niektórzy mają tak, że pragną czegoś ale ich wymagania, oczekiwania są wysokie.
            Nie potrafią zaakceptować czy cieszyć się częściowymi rozwiązaniami, wolą
            zrezygnować niż iść na ustępstwa. Nie powoduje to jednak frustracji w nich,
            jest to po prostu stan niespełnionego marzenia. Sam tak trochę mam więc nie
            odczytałem historii Autorki tak negatywnie. Myślę, że jest osobą o bogatym
            życiu wewnętrznym i wcale nie zrezygnowaną ani pozbawioną nadziei a
            jednocześnie potrafiącą cieszyć się tym co dostarcza Jej życie. Podejmowane
            decyzje niekoniecznie trzeba rozważać w kategorii błędów, trudno powiedzieć
            jakby było gdybyśmy podjeli inne. Bardzo dużo zależy od tego jak dalej buduje
            się swoje życie :-)

            Nie ma szablonu na szczęśliwe i optymalne życie.

            • albacor Re: kedzierze! 28.12.05, 10:05
              Doprawdy nie wiem kogo chcesz pocieszyć i w jaki sposób. Mówienie, że są inni
              na tym swiecie , którym jest o wiele gorzej i mają znacznie więcej problemów
              nie stanowi żadnego pocieszenia. Dodatkowo, jezeli piszesz: "postanowiłam też w
              duchu nie wdawać się w żadne, ale to żadne seksualne ekscesy (bo w moim wieku
              to już niesmaczne)", to doprawdy niezrozumiałe. Co jest niesmaczne i
              niestosowne? Twój wiek?. Jesteś w takim wieku, z którym kobieta może przeżyć
              jeszcze wiele pieknych chwil i zasklepianie się ze swoim poświęceniem w imię
              czegośtam (dzieci, dom, etc.). Myślę, że próba budowania czegoś innego nie
              będzie żadnym błędem. Jeżeli w wieku 32 lat czujesz sie jak staruszka co będzie
              później?
            • ewolwenta Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 10:26
              Petar, że masz rację, że to chwilowy nastrój stąd też było moje pytanie.
              Z drugiej strony trzyletnie przerwy w seksie i skoki w bok sugerują, że
              faktycznie coś w tej relacji nie gra. A może winę za to, a także za ten nastrój
              ponosi romantyczne wyobrażenie szczerej, naiwnej i baaardzo wybuchowej miłości?
              Wyobrażenie, któremu zwykły, kochający, przewidywalny, oddany a nawet
              obiektywnie atrakcyjny mąż – przyjaciel nie może sprostać?
              Mąż ,o którego nie trzeba walczyć bo leży u stóp jak wierny pies– i tu
              przychodzi mi na myśl post niezapominajki.




              • petar2 Re: Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 10:39
                Evo, może nie tyle wyobrażenie tej romantycznej miłości co jej potrzeba?
                Z moich odświadczeń wiem, że panie o wykształceniu humanistycznym odczuwają
                taką potrzebę bardziej.

                Oczywiście masz słuszność, z racjonalnego punktu widzenia daleko temu związkowi
                do modelowego.
                • martwe.morza petar! Proszę... 28.12.05, 10:59
                  petar2 napisał:

                  > Evo, może nie tyle wyobrażenie tej romantycznej miłości co jej potrzeba?
                  > Z moich odświadczeń wiem, że panie o wykształceniu humanistycznym odczuwają
                  > taką potrzebę bardziej.
                  >
                  > Oczywiście masz słuszność, z racjonalnego punktu widzenia daleko temu
                  związkowi
                  >
                  > do modelowego.

                  Proszę bardzo bez podśmiechujków! Humanizm humanizmem, ale podejrzewam, że
                  nawet najbardziej ścisłej matematyczce by się we łbie pomieszało, gdyby jej
                  życie było pasmem nieustannych seksualnych porażek ;)

                  A tak poważnie... To podoba mi się Twoja interpretacja mojej opowieści. Masz
                  wiele racji zwłaszcza w kwestii nastrojowości ;)

                  • petar2 Re: petar! Proszę... 28.12.05, 11:48
                    A więc coś na rzeczy z tym humanizmem?
                    Dwie polonistki i pani historyk akademicki ... wiem coś o humanistkach ;-)
                    A podśmiechujki to robią ci radzący rozwód i poszukanie rycerza na białym koniu.

                    Uświadomiłaś sobie, że trudno znaleźć (a może w ogóle to niemożliwe) idealną,
                    romantyczną miłośći przekuć ją w stabilny, długotrwały związek i stąd to
                    poczucie wieku. Trochę rozczarowujące ale pomimo tego życie jest piękne,
                    nieprawdaż?
                    • ewolwenta Re: petar! Proszę... 28.12.05, 12:02
                      >Uświadomiłaś sobie, że trudno znaleźć (a może w ogóle to niemożliwe) idealną,
                      > romantyczną miłości przekuć ją w stabilny, długotrwały związek

                      Rzecz przekształcona, nie może zostać nieprzekształcona. Petar to sprzeczność!
                      Z upieczonego ciasta nie zrobisz nieupieczonego. Ale, kto by chciał jeść surową
                      drożdżówkę?

                      hmmm ale romantyczne porównanie...
                      • ewolwenta Re: petar! Proszę... 28.12.05, 12:11
                        brak kawy w organizmie, zaczynam bredzić
                        • petar2 Re: petar! Proszę... 28.12.05, 12:19
                          nooo, i to techniczne wykształcenie wyłazi z Ciebie!
                          Pakuj się, spotkamy się w kawiarni z pół godziny.
                          Zarezerwuję dyskretny stolik w kącie.
                • anula36 Re: Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 11:22
                  A czy wszyscy musimy zyc w/g modelu? Zwlaszcza tego ktory wybieraja nam blizni?
                  Mam wrazenie ze nick martwe.morze jest znaczacy;)
                  Niektorzy ludzie wola w zyciu nie przezywac zbyt wielu uczuc i uniesien, zbyt
                  wiele zmiennych ich zabija. Musza miec peweien schemat i sie go trzymac.
                  Mysle ze nasza bohaterka byla "martwa" jeszcze przed tym zwiazkiem. Te skoki w
                  bok to tylko uzupelnienie stabilnego ukladu ktory jest zyciowa podstawa.Brak
                  planow- oczekiwan to domena emerytow ( ale tylko biernych)
                  Mysle ze tak naprawde chciala tylko opisac swoja historie- nie czeka na nasze
                  rady.Podjela juz decyzje.
                  Zmienic ja moze tylko zaburzenie obecnego stanu homeostazy. Wbrew pozorom ja
                  jej tego nie zycze. Dobrze miec w zyciu kogos kto mimo naszego braku staran
                  bedzie zawsze przy nas.
                  Trzeba tylko ulozyc sobie jakis plan dzialania na czas kiedy dzieci beda juz
                  duze i zaczna zyc swoim zyciem.
                  • ewolwenta Re: Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 11:34
                    Ależ my nie radzimy, my sobie dyskutujemy i wysnuwamy ogólne wnioski na
                    podstawie szczególnej sytuacji i nic z tego nie wynika. I wychodzi na Twoje
                    Anula :)
                • ewolwenta Re: Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 11:32
                  Ale ta potrzeba rodzi się z przekonania, że taka miłość istnieje i jest tym co
                  daje szczęście. Wydaje mi się, że początku romantycznej postawy trzeba szukać w
                  historiach o Kopciuszku, Śpiącej Królewnie itp. Tak ukształtowana świadomość w
                  konsekwencji prowadzi określonych (humanistycznych) zainteresowań. W końcu
                  panowie, nawet humaniści chyba dość rzadko wpadną w zachwyt nad. Pretty Woman.
                  (nie jestem na bieżąco, co tam jest na topie). Nie mam dzieci ale zdaje się,
                  chłopów pewnie bardziej zaciekawią przygody „Tomka na wojennej ścieżce”
                  (Szklarskiego) niż „Ania z Zielonego Wzgórza”.

                  Jeszcze jest pytanie czy ten „niemodelowy” związek niemógłby być bardziej
                  szczęśliwy, w taki normalny zwykły sposób?



                  • petar2 Re: Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 12:01
                    Trafiłaś w mój słaby punkt, przygody Tomka, miło wrócić na chwilę do
                    dzieciństwa stąd uśmiech na twarzy :-) Tym bardziej, że kręciła się wokół niego
                    ta długowłosa blondynka Sally ... ;-)

                    > Jeszcze jest pytanie czy ten „niemodelowy” związek niemógłby być
                    > bardziej szczęśliwy, w taki normalny zwykły sposób?

                    Pewnie tak, nie wiem czy Autorka chce o tym pogadać.
                    Jak puści więcej farby to zaraz rozłożymy związek (upsss Woman, sorry,
                    małżeństwo) na czynniki pierwsze, dokonamy psychoanalizy, radykalnego
                    wybaczenia, fotosyntezy, Yoric użyje neuronauki, Woman młotka a Kawiator swojej
                    inzynierskiej dedukcji, Tomek odszuka drugie dno, Anais zagrzmi "a gdzie
                    uczciwość???" a my Evo ... może na tą odkładaną kawę, co?? ;-)
                    • ewolwenta Re: Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 12:10
                      >a my Evo ... może na tą odkładaną kawę, co?? ;-)

                      Dobry pomysł!! Uwielbiam kawę :)

                      • anula36 w sprawie kawy:) 28.12.05, 12:18
                        jelsi 3 stycznia to sie chetnie przylacze:)
                        • petar2 Re: w sprawie kawy:) 28.12.05, 12:24
                          3 stycznia ... hmmm ... cóż .... średnio .... a co tam, czego nie zrobimy dla
                          Ciebie! Załatwione!
                    • anais_nin666 Re: Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 19:04
                      Anais zagrzmi "a gdzie
                      > uczciwość???"
                      Sio od Anais.
                  • anula36 Re: Nie cierpię komedii romantycznych 28.12.05, 12:19
                    w normalny sposob czy na moja modle;)
                    co to znaczy "normalny sposob"?
              • martwe.morza Właśnie! Ewolwento! 28.12.05, 10:52
                ewolwenta napisała:

                > Petar, że masz rację, że to chwilowy nastrój stąd też było moje pytanie.
                > Z drugiej strony trzyletnie przerwy w seksie i skoki w bok sugerują, że
                > faktycznie coś w tej relacji nie gra. A może winę za to, a także za ten
                nastrój
                >
                > ponosi romantyczne wyobrażenie szczerej, naiwnej i baaardzo wybuchowej
                miłości?
                >
                > Wyobrażenie, któremu zwykły, kochający, przewidywalny, oddany a nawet
                > obiektywnie atrakcyjny mąż – przyjaciel nie może sprostać?
                > Mąż ,o którego nie trzeba walczyć bo leży u stóp jak wierny pies– i tu
                > przychodzi mi na myśl post niezapominajki.
                >

                Ewolwento!
                No właśnie jesteś na dobrej drodze. Może nie chodzi o to, że marzę o księciu na
                koniu który mnie porwie z wieży, ale jestem z tego archaicznego pokolenia,
                które wciąż się karmi wiarą o istnieniu miłości idealnej. Myślisz, że to
                beznadziejne w dzisiejszych czasach?
                Może to się jakoś leczy? Elektrowstrząsami lub tarotem?

                • albacor Re: Właśnie! Ewolwento! 28.12.05, 11:00
                  Martwe_morza - to co powiem moze wynikać z nie najlepszych doswiadczeń w życiu.
                  Świetnie, że karmisz sie taka wiarą i masz nadzieję na "iskrzenie" i psychiczne
                  spełnienie się w ziązku. Tez miełem kiedyś takie wyobrazenia. Tego sie nie
                  leczy niczym. Pacjent(ka) cierpi do końca, ale im wczesniej się wyrwie z
                  zaklętego kręgu (boli bardzo, tym bardziej przy tak wyidealizowanych
                  pragnieniach, ale lepszego wyjścia brak) tym wiecej może jeszcze komuś dać i
                  spełnić sie gdzie indziej.
                  • martwe.morza Albacor... nie rozumiem... 28.12.05, 15:28
                    albacor napisał:

                    > Martwe_morza - to co powiem moze wynikać z nie najlepszych doswiadczeń w
                    życiu.
                    >
                    > Świetnie, że karmisz sie taka wiarą i masz nadzieję na "iskrzenie" i
                    psychiczne
                    >
                    > spełnienie się w ziązku. Tez miełem kiedyś takie wyobrazenia. Tego sie nie
                    > leczy niczym. Pacjent(ka) cierpi do końca, ale im wczesniej się wyrwie z
                    > zaklętego kręgu (boli bardzo, tym bardziej przy tak wyidealizowanych
                    > pragnieniach, ale lepszego wyjścia brak) tym wiecej może jeszcze komuś dać i
                    > spełnić sie gdzie indziej.

                    Nie do końca rozumiem o co Ci chodzi, czy o to, że mam rzucić wszystko, całe
                    moje dotychczasowe życie i iść w świat, by uszczęśliwiać siebie i innych? Czy
                    też wyrwać się ze sfer duchowych w które sie pogrążyłam i osiągnąć (nie wiem
                    jak)stan samozadowolenia z innych niż duchowe sfer życia tzn. z ogródka,
                    samochodu, dvd?

                    No nie chwytam idei...
                • ewolwenta Re: Właśnie! Ewolwento! 28.12.05, 11:34
                  Z pokolenia jesteśmy tego samego.

                  > beznadziejne w dzisiejszych czasach?
                  W każdych czasach.

                  >Może to się jakoś leczy? Elektrowstrząsami lub tarotem?
                  Tarotem?? Nie ja jestem z tych co to szkiełko i oko preferują. Więc terapia
                  polegałaby na pracy nad zmianą wyobrażenia. Zastąpieniem głębokich uniesień,
                  ciepłym szczerym szacunkiem. To się da zrobić. Tylko kwestia zastosowania
                  odpowiedniej techniki./
          • martwe.morza niezapominajko 28.12.05, 10:45
            niezapominajka333 napisała:

            > Wiesz, zastanawia mnie w tym wszystkim postawa twojego męża. Ty postanowiłaś
            > poświęcic się dla dzieci, sytuacja - choc niekomfortowa - wydaje ci się w
            miarę
            >
            > stabilna. Nie zamierzasz niczego zmieniac, bo nie masz do tego ani chęci, ani
            > motywacji. OK - twój wybór.
            > On kocha, więc wytrzymuje bez seksu. Ale prawdopodobieństwo, że pozna kogoś,
            > dla kogo będzie najważniejszą osobą w życiu, kto obdarzy go nie tylko
            miłością,
            >
            > ale i namiętnością jest całkiem spore i rośnie wraz z upływem czasu. A gdy
            mąż
            > odkryje prawdziwą, odwzajemnioną namiętnośc, to i katolickie wychowanie może
            > wziąc w łeb, i na dzieci nie będzie zważał, tylko uwolni was oboje od życia w
            > letargu.
            > Ty znalazłaś sobie usprawiedliwienie dla własnej bierności - poświęciłaś się
            > dla dzieci. Ale to mąż może pierwszy zrobic decydujący krok. Bo jak zapewne
            > zauważyłaś, nie jesteśmy w stanie przewidziec do czego jesteśmy zdolni,
            dopóki
            > nie staniemy oko w oko z nieodpartą pokusą.
            > To twoje życie i wcale nie mam zamiaru namawiac cię do rozwodu. Ale weź pod
            > uwagę, że układ, który wydaje ci się teraz stabilny (bo uporałaś się z
            głównym
            > zagrożeniem, czyli ze swoimi uczuciami) ma bardzo wiele zmiennych. Obyście
            > oboje nie żałowali kiedyś lat spędzonych razem.

            Myślałam o tym, co napisałaś. Już wcześniej pojawiła się taka sugestia, że
            jestem osobą bierną. Nie czuję się bierna, nie jestem kobietą, którą trzeba
            sterować, gdyż unikam podejmowania samodzielnych decyzji. Mam swoje poglądy,
            mam swoje zdanie. Moja postawa, wybór mojej postawy wynika raczej z moich
            wyobrażeń, z mojego wewnętrznego przekonania, że szukanie partnera za wszelką
            cenę, że wplątywanie się w coraz to nowe przygody, romanse – to gonienie za
            wiatrem. Nie chcę stracić życia na poszukiwaniu kochanka, partnera, miłości.
            Skoro ta miłość nie była mi dana, to znaczy, że tak może miało być...
            Ni e chodzi też o to, że boję się zmian, albo że sobie sama nie poradzę i że
            mój misternie poukładany świat legnie w gruzach, gdy mój mąż znajdzie w końcu
            miłość spełnioną. Tylko na razie jest jak jest. Jest jak piszę. Co będzie w
            przyszłości – tego nie wiem.

            • misssaigon m.m 28.12.05, 12:55
              a może...martwe morze... clou twoich problemów to fatalizm życiowy i
              wygodnictwo?
              jeśli dobrze ci sie żyje bez seksu - twoja wola - nie uszczesliwiaj jednak
              meża szukajac mu kochanki. Gwarantuje, że jak zechce to sam sobie znajdzie.
              Zastanawiam się czym ty sie własciwie chwalisz??? dziećmi? dobrym i
              wyrozumiałym mężem?? i po co??? swoim poświeceniu dla dobra rodziny???
              Popełniłaś duzy bład na poczatku życia, którego konsekwencje ciagną się za Toba
              do dziś- to raczej nie powód do chwały. I choć sprawiasz wrażenie osoby
              pogodzonej z losem tak tkwiącej w stabilnym układzie - to dla mnie jest to
              równowaga chwiejna i nie moge się oprzeć wrażeniu że niedługie coś
              gruchnie....pażywiom, uwidzim.
              • tomek_abc Re: m.m 28.12.05, 13:01
                nie zauważyłem aby morze.martwe sie chwaliło czymkolwiek...
                po prostu pisze o swoim zyciu
              • martwe.morza Przecież... 28.12.05, 13:02
                misssaigon napisała:

                > a może...martwe morze... clou twoich problemów to fatalizm życiowy i
                > wygodnictwo?
                > jeśli dobrze ci sie żyje bez seksu - twoja wola - nie uszczesliwiaj jednak
                > meża szukajac mu kochanki. Gwarantuje, że jak zechce to sam sobie znajdzie.
                > Zastanawiam się czym ty sie własciwie chwalisz??? dziećmi? dobrym i
                > wyrozumiałym mężem?? i po co??? swoim poświeceniu dla dobra rodziny???
                > Popełniłaś duzy bład na poczatku życia, którego konsekwencje ciagną się za
                Toba
                >
                > do dziś- to raczej nie powód do chwały. I choć sprawiasz wrażenie osoby
                > pogodzonej z losem tak tkwiącej w stabilnym układzie - to dla mnie jest to
                > równowaga chwiejna i nie moge się oprzeć wrażeniu że niedługie coś
                > gruchnie....pażywiom, uwidzim.

                Przecież się nie chwalę, tylko żalę. Żalę sie w dodatku wirtualnie czyli hm...
                tchórzliwie...

                Konsekwencje ponoszę świadomie, przecież to oczywiste. A fatalizm i
                wygodnictwo? Fakt, do fatalizmu się przyznaję, do wygodnictwa - po części...
                • misssaigon Re: Przecież... 28.12.05, 13:30
                  dla mnie chwaleniem jest deklaracja typu- "zobaczcie, pogodziłam sie z losem,
                  daje sobie rade ze swoim libido...postanowiłam wyzbyć sie przygód, nawet chyba
                  nie jestem nieszczęśliwa " a cała historia zatytułowana jest przewrotnie? "ku
                  pokrzepieniu serc".
                  Wygodnictwo dlatego, że wygodniej było pzrezyc kilka przygód z facetami żeby
                  sie upewnić, że jest sie normalna osobą nieoziębłą i poprzestać na tym. A mozna
                  było np pomysleć o wypracowaniu!! takich kontaktów z męzem , które by dawały
                  jemu satysfakcję a Tobie chociaż przyjemność, o wizycie u specjalisty, o próbie
                  postrzegania męza jako mężczyny atrakcyjnego seksualnie. Wszystko dziej siew
                  naszych głowach, miłośc, pożądanie, namiętność. Jeśli dobrze sie dogadujesz z
                  mężem w małżenstwie to zrób wszystko aby rozbudzic w sobie zainteresowania nim
                  w sferze erotycznej - to się może udać. Uważam, że za wcześnie zrezygnowałaś....
                  Może jednak twój mąz powinien wzbudzić w Tobie zazdrość???
                  • tina1 Brawo miss 28.12.05, 13:45
                    Dokładnie tak:)
                    • petar2 Re: Brawo miss 28.12.05, 13:54
                      > Dokładnie tak:)

                      Co dokładnie tak?
                      Czy na tym forum panuje jakaś magnetyczna siła, przymus oceniania i dawania
                      dobrych rad? Nie zauważyłem żeby Autorka wątku o to prosiła czy sugerowała, że
                      są jej potrzebne.
                      • tina1 Re: Brawo miss 28.12.05, 14:07
                        >>dokładnie tak<< to był mój akcept dla opinii misssaigon.Tyle i tylko tyle.
                        Rad żadnych nie dawałam a sugestie misssaigon są moim zdaniem trafne i wbrew
                        pozorom życzliwe.
                        • ankamk78 Re: Brawo miss 28.12.05, 15:05
                          Gdyby autorce watku nie zalezalo na poznaniu opinii innych, nie goscilaby ze
                          swoja historia na tym forum.
                          Doskonałym substytuem wygadania sie jest przeciez przelewanie swoich problemow
                          na papier. Skoro wiec pisze wlasnie tu to chyba jednak interesuja ja co inni
                          sadza na ten temat.

                          Mnie osobiscie zadziwia,ze tak młoda osoba godzi sie ze swoja sytuacja,choc ta
                          wcale nie jest dla niej satysfakcjonujaca.
                          Osobiscie dosyc zapalczywie i z uporem walcze o swoje szczescie,niezbyt szybko
                          sie poddaje wiec tym bardziej nie rozumiem.

                          Zamiast wysyłac meza do potencjalnych kochanek radzilabym jednak sprobowac
                          powalczyc o bliskosc,intymnosc, czulosc.Z przyjazni nie zawsze rodzi sie milosc
                          ale moze jednak warto sprobowac..

                          Pozdr
                      • misssaigon Re: do petara 28.12.05, 14:55
                        w każdym człowieku istnieje przymus oceniania, porównywania innych ludzi,
                        doradzania - np dlatego, drugi człowiek i jego zycie i problemy nie jest nam
                        obojętny - mozna taka postawe zakwalifikować jako humanistyczną (czyt. ludzką,
                        społeczną )jeśli nie interesują nas ludzie i ich problemy to po co to forum???
                        Żeby sobie rzewne historyjki opowiadać - do płaczu albo do śmiechu???
                        Wyżywać się pisarsko można w kółku literackim.
                        Dlatego każdy kto zamieszcza tutaj swój post decyduje sie na stanięcie pod
                        pręgierzem a jęsli tego nie chce to może przeciez napisać - nie życze sobie
                        komentarzy na temat historii , która zamieściłam..albo opisac historie na
                        kartce, włozyc do butelki i wrzucić do morza).
                        • petar2 Re: do petara 28.12.05, 15:04
                          Przymus oceniania? I to jest postawa humanitarna?
                          No nie przesadzaj.
                          Zainteresowanie, komentarze, czy omawianie sytuacji to coś innego niż ocenianie
                          czy porównywanie. A nawet jeśli to bardziej sytuacje, postępowanie, decyzje niż
                          ludzi których nie znamy a o problemie wiemy tylko co napisze jedna strona.

                          A wyżywać się pisarsko można wszędzie.
                          • misssaigon Re: do petara 28.12.05, 16:14
                            i sam z czystym sumieniem stwierdzisz, że komentując tutaj czyjeś życie,
                            postawę, uczynki - nie oceniasz takowych?????? to co robisz?? wprawki z
                            psychologii?? piszesz sobie a muzom??
                        • martwe.morza misssajgonu, tino... 28.12.05, 15:43
                          Ja się oczywiście baardzo cieszę z Waszych sugestii oraz że Wam się chciało
                          nade mną pochylic i zastanowić. Przecież po to założyłam wątek.

                          Gorzej jednak, kiedy się przyglądam samym tym Waszym pomysłom i rozwiązaniom...
                          Są chyba zbyt idealistyczne, zbyt wyrastają z kinowej filozofii o obowiązkowym
                          happy endzie... Tak się nie da. Nie da się tak jak w filmie lub romansowej
                          powieści wmówić swemu ciału, swej duszy, że czuje to, czego nie czuje. To
                          znaczy - ja tego nie potrafię. Kiedy mi ktoś mówi, że mam rozbudzić w sobie
                          namiętność, wypracować w sobie stan podniecenia lub używa podobnych
                          sformułowań... To chce mi się śmiać i płakać jednocześnie. To jakiś absurd albo
                          dziwny oksymoron czy cholera wie co.
                          Pozdrawiam ;)
                          • ankamk78 Re: misssajgonu, tino... 28.12.05, 15:49
                            Uwiera Cie ta sytuacja, z tego co piszesz dosyc mocno. Dlaczego nie probujesz
                            jej zmienic? Jakkolwiek...byle na lepsze.W koncu kazdy ma prawo do szczescia,
                            do tego w sypialni takze.
                            • martwe.morza Anko 28.12.05, 16:05
                              ankamk78 napisała:

                              > Uwiera Cie ta sytuacja, z tego co piszesz dosyc mocno. Dlaczego nie probujesz
                              > jej zmienic? Jakkolwiek...byle na lepsze.W koncu kazdy ma prawo do szczescia,
                              > do tego w sypialni takze.

                              Próbowałam zmienić. Nic z tego: seks z mężem - no nie mogę, nie-mo-gę... Z
                              kolei rozwód... Mąż o rozwodzie nawet słyszeć nie chce, pisałam o tych jego
                              przekonaniach i uczuciach. Na byle jaki seks z przypadku, od czasu do czasu z
                              przygodnymi partnerami, to ja się nie nadaję, bo mi się konstrukcja psychiczna
                              SYPIE, uciec i się ukryć w innym mieście i wyprzeć się przeszłości? udawać kogo
                              innego? - ODPADA KATEGORYCZNIE - bo to już fikcja literacka ;)

                              No więc się staram jakoś sobie radzić DORAŹNIE, żeby nie zwariować. Nie
                              wiedziałam, że jest takie forum i że tyle osób ma podobne problemy...
                              • ankamk78 Re: Anko 28.12.05, 16:26
                                To wszystko co piszesz, jak najbardziej ma sens, tylko,ze z drugiej strony masz
                                jeszcze cale zycie przed soba i nie mozesz go przezyc "doraznie". Zawsze jest
                                jakies rozwiazanie,nie zniechecaj sie, szukaj.Nie warto sie tak szybko
                                zestarzec.
                                Nie zgodze sie tez z Twoim stwierdzeniem,ze skoro "nie spotkalas wielkiej
                                milosci,to widac tak mialo byc."
                                Powiedzialabym inaczej, jeszcze nie nadszedl odpowiedni czas na ta milosc:)
                                Wierzyc zas warto,bo jak to mowia wiara czyni cuda:) Truizm, wiem ale czasem
                                dodaje wiatru w zagle.
                                • martwe.morza Dzięki 28.12.05, 20:29
                                  Za pozytywna wibrację ;)
                          • petar2 Re: misssajgonu, tino... 28.12.05, 15:54
                            Hej, nie przejmuj się.
                            Taka poetyka forum. Proste problemy, proste rozwiązania. Każdy patrzy przez
                            pryzmat swoich doświadczeń, szybko czyta, szybko pisze, jeszcze szybciej
                            myśli :-)
                          • xapur Kinowy happy end, życiowy dead end. 28.12.05, 15:54
                            Znaczy, że tylko w kinie jest super? Życie to nie bajka i nie oczekuj, że
                            będzie miło. BĘDZIE STRASZNIE! Taak, świetne motto. Polecasz je dzieciom?
                            Wolę idealizm. Przynajmniej daje nadzieję i pozwala się cieszyć tym, co nas
                            otacza. Oczywiście każdego idealistę można załatwić. Zobaczysz, że nic ci się
                            nie uda. Nie ma "prawdziwej" miłości. Zaharujesz się na śmierć, a i tak nic nie
                            osiągniesz. Zresztą na koniec umrzesz i to będzie prawdziwy KONIEC. Bo po
                            śmierci nic nie ma. Te bzdury o raju to dla idealistów nie mogących się
                            pogodzić z rzeczywistością, że efekt końcowy zawsze jest marny.
                            • petar2 Re: Kinowy happy end, życiowy dead end. 28.12.05, 15:59
                              Przegiąłeś z interpretacją.
                              • xapur Wyostrzenie ułatwia przekaz. 28.12.05, 16:06

                                • petar2 Wyostrzenie tak, nadinterpretacja nie. 28.12.05, 16:14
                            • martwe.morza Bez przesady i desperacji 28.12.05, 20:35
                              Przecież jestem idealistką, ale bez przesady! Mam świadomość, że w świecie
                              ułudy i imaginacji żyć się nie da, tym bardziej nie da sie na takich
                              fundamentach wychowywac dzieci... Nie wykarmisz ich księciem z obłoków, nie
                              zapłacisz za angielski, basen i tańce latynoskie marzeniem o lepszym jutrze...

                              A z tą śmiercią... Hm... Trochę pojechałaś po bandzie ;)

                              Pozdrawiam m.m
                          • ewolwenta Re: misssajgonu, tino... 28.12.05, 15:59
                            O nie! To Ty M_M szukasz filmowych fajerwerków, jak ich nie ma to zamieniasz
                            się w tragiczną a nie romantyczną bohaterkę.
                            Dziewczyny, zaś szukają rozwiązania.
                            Owszem, można ciału kazać czuć gdy nie czuje. Tylko wymaga to woli, chęci
                            głębokiej motywacji.
                            • martwe.morza No ba! 28.12.05, 20:40
                              ewolwenta napisała:

                              > O nie! To Ty M_M szukasz filmowych fajerwerków, jak ich nie ma to zamieniasz
                              > się w tragiczną a nie romantyczną bohaterkę.
                              > Dziewczyny, zaś szukają rozwiązania.
                              > Owszem, można ciału kazać czuć gdy nie czuje. Tylko wymaga to woli, chęci
                              > głębokiej motywacji.

                              Słyszałam też, że konia można nauczyc mówić, a siłą sugestii wyleczyć nowotwór,
                              przenosić góry i powstrzymywać żywioły. Wystarczy motywacja. Piękne i
                              wzniosłe! Jestem zachwycona ;)
                              • ewolwenta Re: No ba! 29.12.05, 12:03
                                no to znaczy, że spodkał mnie cud
                          • misssaigon Re: jak nie film to piosenka 28.12.05, 16:10
                            czyli "będziesz robić nic?" jeżeli jest taka filozofia twojego życia?? -
                            wspólczuje bo ja bym nie potrafiła....z drugiej strony to po co chciało ci sie
                            tę całą historie opisywać???
                            Jeżeli nie wierzysz w działanie autosugestii to na pewno nic z tego nie będzie :
                            (( Ale małżenstwo to także spełnianie "obowiązków łóżkowych" czy to sie komuś
                            podoba czy nie - jest to nierozerwalnie związane z istotą małżenstwa. Ja też
                            nie kochałam swojego męża - nie pociagał mnie jako mężczyzna ale spełniałam ten
                            obowiązek 2 razy dziennie, bo to nie była jego wina - nie miałam prawa go karać
                            poprzez narzucanie abstynencji, a rozeszliśmy sie z innych powodów niż mój brak
                            pociągu seksualnego do niego.
                            • martwe.morza Chciałabym... 28.12.05, 20:43
                              misssaigon napisała:

                              > czyli "będziesz robić nic?" jeżeli jest taka filozofia twojego życia?? -
                              > wspólczuje bo ja bym nie potrafiła....z drugiej strony to po co chciało ci
                              sie
                              > tę całą historie opisywać???
                              > Jeżeli nie wierzysz w działanie autosugestii to na pewno nic z tego nie
                              będzie
                              > :
                              > (( Ale małżenstwo to także spełnianie "obowiązków łóżkowych" czy to sie komuś
                              > podoba czy nie - jest to nierozerwalnie związane z istotą małżenstwa. Ja też
                              > nie kochałam swojego męża - nie pociagał mnie jako mężczyzna ale spełniałam
                              ten
                              >
                              > obowiązek 2 razy dziennie, bo to nie była jego wina - nie miałam prawa go
                              karać
                              >
                              > poprzez narzucanie abstynencji, a rozeszliśmy sie z innych powodów niż mój
                              brak
                              >
                              > pociągu seksualnego do niego.

                              Chciałabym Ci coś odpowiedzieć, ale współczucie odebrało mi cały mój animusz...
                              Łączę się w bólu.
                              • dosia.samosia Re: Chciałabym... 28.12.05, 21:21
                                Małżeństwo - o ile OBIE strony nie preferują tzw. białego - zakłada współżycie.
                                Młodych ludzi zwłaszcza. Tłumienia własnych potrzeb nie rozumiem i nie
                                akceptuję. Karania kogoś za brak pociągu seksualnego również, bo to nie fair.
                                • koralik00 Re: Chciałabym... 28.12.05, 22:10
                                  Martwe Morze wczoraj pomyslalam sobie ze tak naprawde jedyna pewna rzecza w
                                  naszym zyciu jest smierc. Jakkolwiek nasze zycie wyglada i tak zakonczy sie
                                  smiercia, ale to wlasnie powoduje ze powinnismy wykorzystac je maksymalnie i
                                  byc szczesliwymi. Oczywiscie nikogo nie mozemy uszczesliwiac na sile wiec to ze
                                  podjelas decyzje o pozostaniu w zwiazku, ktory nie czyni Cie spelniona, jest
                                  tylko i wylacznie twoja sprawa. Zastanawiam sie jednak co czuje czlowiek ktory
                                  zegna sie z zyciem.....? Cokolwiek jednak mysli jedno jest pewne - nie moze juz
                                  tego zmienic i cofnac czas.... To jak dla mnie jest wystarczajacym powodem aby
                                  nie reygnowac z radosci zycia i poszukiwac szczescia bez wzgledu na cene! Tak
                                  czy inaczej zycze SZCZESCIA
                                  • martwe.morza Mimo wszystko... koraliku ;) 29.12.05, 09:41
                                    koralik00 napisała:

                                    > Martwe Morze wczoraj pomyslalam sobie ze tak naprawde jedyna pewna rzecza w
                                    > naszym zyciu jest smierc. Jakkolwiek nasze zycie wyglada i tak zakonczy sie
                                    > smiercia, ale to wlasnie powoduje ze powinnismy wykorzystac je maksymalnie i
                                    > byc szczesliwymi. Oczywiscie nikogo nie mozemy uszczesliwiac na sile wiec to
                                    ze
                                    >
                                    > podjelas decyzje o pozostaniu w zwiazku, ktory nie czyni Cie spelniona, jest
                                    > tylko i wylacznie twoja sprawa. Zastanawiam sie jednak co czuje czlowiek
                                    ktory
                                    > zegna sie z zyciem.....? Cokolwiek jednak mysli jedno jest pewne - nie moze
                                    juz
                                    >
                                    > tego zmienic i cofnac czas.... To jak dla mnie jest wystarczajacym powodem
                                    aby
                                    > nie reygnowac z radosci zycia i poszukiwac szczescia bez wzgledu na cene! Tak
                                    > czy inaczej zycze SZCZESCIA

                                    Dziękuję za życzenia, a z życiem się nie żegnam, choć w sumie miłość to
                                    życie... Można i tak rozumować...
                              • misssaigon Re: Chciałabym... 28.12.05, 22:01
                                hmmm... wyczuwam pewną nieszczerość połączoną z poczuciem wyższości.. ale
                                cóz..my sie wymądrzamy..ty obstajesz przy swoim...powodzenia...
                                • dosia.samosia Re: Chciałabym... 28.12.05, 22:18
                                  Powiem szczerze, że jak to ma być story ku pokrzepieniu to wolę się pochlastać.
                                  • tina1 :)) 28.12.05, 22:24
                                    A ja wciąż mam w " głowie", tego biednego faceta , który robi za podnóżek;))

                                    Sorry, no jakoś inaczej tego nie widzę:)
                                    • dosia.samosia Re: :)) 28.12.05, 22:29
                                      Biedny oszukany frajer marnujący kawał życia na kobietę która go nie pragnęła
                                      nigdy.
                                • martwe.morza To nie tak misssajgonu... 29.12.05, 09:44
                                  To nie była nieszczerość. To taka niegroźna ironia (wynikająca prawdopodobnie z
                                  chronicznego braku orgazmu) ;)

                                  Nie gniewajcie się Kobiety.
    • adso_z_melku Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 29.12.05, 00:38
      co można jeszcze powiedzieć po tak wyczerpujących wywodach, po których wogóle
      jestem pod wrażeniem :);)
      dodałbym jeszcze od siebie,że jeżeli zazwyczaj to kobieta łapie faceta na
      dziecko, to w tym przypadku wygląda mi to na odwrót, także faceta chyba nie ma
      co żałować! jemu jest dobrze tak jak jest.
      i tytuł mi sie nie podoba zabardzo, czym się tu krzepić i tak każdy musi wypić
      swój kielich...
      pzdr.
      • dj73 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 01.05.06, 18:10
        Czesc - mam podobna historię choc wyksztalcenie techniczne - wiec chyba to nie
        wina wyksztalcenia
        podobna, lecz odmienna w detalu
        lat 32, jedno dziacko, firma, maz kocha, ja nie mam ochoty na sex, zycie
        wzorowe do pozazdroszczenia z zewnatrz. Męża kocham - i co jest nie
        tak ?????? - nie zdradzam (jeszcze) moze dlatego ze jestesmy 4 lata, choc
        raczej nie jestem w stanie zdradzic. Kiedyś stwiedzilam ze nie ma sensu szukac
        dalej - taka "rozsądna" milosc. Jaka jest u mnie przyczyna? - prosta kochałam
        szalenie chlopaka majac lat 16, ktory po pewnym czasie mnie juz nie kochal.
        Szalenstwo , obled itp. Nie trafilam na pocieszyciela,zawalilam rok (choc bylam
        dobrym uczniem). Zawsze myslalam ze przeminie uczucie, nie przeminelo z latami
        tylko troszke mniej bolalo. Oczywiscie lat przybylo drugie tyle, czlowiek sie
        zmienia, poznaje wielu ludzi - daleka jestem od tego aby odgrzebywac stare
        dzieje dawno juz nieprawdziwe, a porównywanie czesto nieswiadome niszczy
        zwiazek. Niestety nie wchodzi sie dwa razy do tej samej rzeki.
        Nie wiem jaka jest przyczyna u Martwego Morza,ale Ja sie w zwiazkach wypalam
        po roku, bo zawsze mam wrazenie ze jestem nie tam gdzie trzeba. A co do męża -
        to taka jak ktos wczesniej napisal - to facet złapał mnie na dziacko :-) (jest
        bogaty i przystojny, serdeczny, rodzinny itp.- kolejka dziawczyn byla
        ustawiona - doslownie )To juz jego sprawa dlaczego mnie wybrał , ja niczego
        nie ukrywałam podobnie MartweMorze
        U M.M. facet przecież był pocieszycielem i wiedział o tym. Wiec czemu wszystkim
        żal tego goscia?
        Nie wiem czy MartweMorze ma te same przyczyny ale efekt identyczny
        DJ
        PS
        "Martwe Morze" - bardzo trafne- niegdys wzburzone, szumiace i po horyzont
        piekne itp. Moze kiedys jeszcze zaszumi.......... tylko czasu sie nie cofnie
        :-(
        Na mnie mówili kiedyś Dzwoneczek daaaaawno temu, teraz to chyba juz został
        Zardzewiały Dzwon :-)
    • radi_7 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 29.12.05, 10:38
      .. a co tam... to i ja coś napiszę :-) Po pierwsze dziękuję Ci m.m za "Moją
      historię". Odnalazłem w nim sporo swoich osobistych doświadczeń. Tak samo
      zresztą jak w wielu innych postach na tym forum. Mnie taka lektura pomaga..
      patrząc na innych widzę siebie ale trochę bardziej obiektywnie, trochę mniej w
      tym spojrzeniu emocji, uprzedzeń czy nawykowych reakcji których świadomości
      zazwyczaj brak. Podobno jest tylko jedno źródło cierpienia - niewiedza albo
      inaczej ignorancja dotycząca rzeczwistej natury tego kim jesteśmy i jaki jest
      świat kóry nas otacza. I jeśli chcemy pozbyć się tego cierpienia albo
      prznajmniej je zmniejszyć to musimy mieć chęć i odwagę aby zacząć rezygnować z
      tych złudzeń czy "fałszywych prawd" które w nas tkwią i które kierują naszym
      postępowaniem. Mhmm... nie chcę aby mój post wyglądał na próbę przekonania Cię
      do jakiejś formy aktywności.. do wyboru jakiejś drogi. To nie to.. Byłem kiedyś
      w podobnym miejscu co Ty, w dużym stopniu nadal zresztą jestem. Ale po paru
      latach prób i poszukiwań znalazłem i doświadczyłem (a to trochę więcej niż
      tylko intelektualne zrozumienie) tego że można znaleźć w akceptację swego życia
      nie przez rezygnację ale przez zrozumienie. Pewnie mocno mętnie to brzmi ale
      trudno, chciałem się podzielić z Tobą tą refleksją bo może coś w niej
      znajdziesz dla siebie.
      A skoro większość dyskusji była o miłości i seksie to może mały cytat z tekstu
      który kiedyś otworzył mi oczy na pewne aspekty tych zjawisk.
      "Używasz słów "seks" i "miłość" Zwykle używamy tych dwóch słów tak, jakby miały
      jakieś wewnętrzne powiązanie. Nie mają. Miłość przychodzi dopiero wtedy, gdy
      seks odszedł. Wcześniej miłość to tylko przynęta, gra wstępna i nic innego.
      Jest tylko przygotowaniem gruntu do aktu seksu. Jest tylko wprowadzeniem do
      seksu, przedmową, niczym innym. Dlatego im więcej seksu między dwojgiem ludzi,
      tym mniej miłości, bo przedmowa jest niepotrzebna.
      Gdy dwoje ludzi jest w miłości i nie ma między nimi seksu, będzie wielka miłość
      romantyczna. Ale gdy wkroczy seks, miłość znika.
      Seks jest taki nagły Sam w sobie jest taki gwałtowny. Potrzeba mu wprowadzenia,
      potrzeba gry wstępnej. Miłość, jak my ją znamy, jest tylko okryciem nagiego
      faktu seksu. Jeśli wejrzysz głęboko w to, co nazywasz miłością, znajdziesz seks
      czający się do skoku. Zawsze jest tuż za rogiem. Miłość przemawia. Seks się
      przygotowuje.
      Ta tak zwana miłość łączy się z seksem, ale jest tylko przedmową.
      Gdy seks przychodzi, ta miłość odpadnie. Dlatego małżeństwo zabija miłość
      romantyczną, i zabija ją absolutnie. Dwoje ludzi zapoznaje się ze sobą i gra
      wstępna, miłość, staje się niepotrzebna.
      Prawdziwa miłość nie jest przedmową jest aromatem. Nie przychodzi przed seksem,
      a po nim. Nie jest prologiem, a epilogiem. Jeśli przejdziesz przez seks i
      odczuwasz do tej osoby współczucie, rozwija się miłość. A jeśli medytujesz,
      będziesz czuł się współczujący. Gdy medytujesz w akcie seksu, twój partner
      seksualny nie będzie tylko przedmiotem służącym twojej fizycznej przyjemności.
      Będziesz czuł wdzięczność do niego czy do niej, ponieważ oboje doszliście do
      głębokiej medytacji.
      Jeśli medytujesz w seksie, powstanie między wami nowa przyjazność, gdyż
      dotarliście dzięki sobie do komunii z naturą. Dzięki sobie macie chwilowy wgląd
      w nieznane głębiny rzeczywistości. Będziecie czuli dla siebie wdzięczność i
      współczucie – współczucie dla cierpienia, współczucie dla poszukiwania,
      współczucie dla towarzysza lub towarzyszki, kompana podróży, współczucie dla
      błądzącego po omacku przyjaciela.
      Gdy seks staje się medytacyjny, dopiero wtedy zjawia się idący za nim aromat,
      uczucie nie będące grą wstępną seksu, ale dojrzałością, wzrastaniem,
      medytacyjnym urzeczywistnieniem. Dlatego, gdy akt seksu staje się medytacyjny,
      odczujesz miłość. Miłość jest połączeniem wdzięczności, przyjazności i
      współczucia. Gdy są te trzy uczucia, jesteś w miłości."
      • petar2 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 29.12.05, 11:22
        Zapachniało Wschodem.
        Pewnie dlatego nic nie skumałem.
      • katechina Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 29.12.05, 11:33
        Ale o so sie rozchozi?
      • martwe.morza radi... 29.12.05, 11:38
        > Ta tak zwana miłość łączy się z seksem, ale jest tylko przedmową.
        > Gdy seks przychodzi, ta miłość odpadnie. Dlatego małżeństwo zabija miłość
        > romantyczną, i zabija ją absolutnie. Dwoje ludzi zapoznaje się ze sobą i gra
        > wstępna, miłość, staje się niepotrzebna.
        > Prawdziwa miłość nie jest przedmową jest aromatem. Nie przychodzi przed
        seksem,
        >
        > a po nim. Nie jest prologiem, a epilogiem. Jeśli przejdziesz przez seks i
        > odczuwasz do tej osoby współczucie, rozwija się miłość. A jeśli medytujesz,
        > będziesz czuł się współczujący. Gdy medytujesz w akcie seksu, twój partner
        > seksualny nie będzie tylko przedmiotem służącym twojej fizycznej
        przyjemności.
        > Będziesz czuł wdzięczność do niego czy do niej, ponieważ oboje doszliście do
        > głębokiej medytacji.
        > Jeśli medytujesz w seksie, powstanie między wami nowa przyjazność, gdyż
        > dotarliście dzięki sobie do komunii z naturą. Dzięki sobie macie chwilowy
        wgląd
        >
        > w nieznane głębiny rzeczywistości. Będziecie czuli dla siebie wdzięczność i
        > współczucie – współczucie dla cierpienia, współczucie dla poszukiwania,
        > współczucie dla towarzysza lub towarzyszki, kompana podróży, współczucie dla
        > błądzącego po omacku przyjaciela.
        > Gdy seks staje się medytacyjny, dopiero wtedy zjawia się idący za nim aromat,
        > uczucie nie będące grą wstępną seksu, ale dojrzałością, wzrastaniem,
        > medytacyjnym urzeczywistnieniem. Dlatego, gdy akt seksu staje się
        medytacyjny,
        > odczujesz miłość. Miłość jest połączeniem wdzięczności, przyjazności i
        > współczucia. Gdy są te trzy uczucia, jesteś w miłości."



        Czegoś tu nie rozumiem... Czy to jest na pewno porada dla mnie? Przecież ona
        absolutnie w żaden sposób nie dotyczy mojego problemu. Medytacja w seksie -
        wierzę na słowo - może być ciekawym doznaniem oraz rozwiązaniem dla ludzi,
        których waśnie łączy seks i tylko seks, a brakuje ich związkowi głębi. Są takie
        pary. Dla nich ta propozycja może być cenna, jeśli lubią eksperymentować, są
        podatni czy też otwarci na różnego rodzaju czary-mary-yogi-buddy-hare-
        kryszna... Ale ja... ja seksu nie uprawiam, nie jestem zakochana. No a z
        pustego w próżne to i Salomon nie naleje ;)

        Dzięki za wypowiedź :)
        • radi_7 Re: radi... 29.12.05, 11:50
          ojej nie o to mi chodziło... spróbuje to inaczej powiedzieć.
          W tym cytacie zwróciliście uwagę tylko na to co tak naprawdę chciałem wyrzucić
          bo akturat nie wnosiło nic do rzeczy. No ale zostawiłem żeby nie zepsuć logiki
          całości wypowiedzi... mea culpa. Tak naprawdę chciałem powiedzieć że nie
          wszystko jest takie na jakie wygląda. Że cza
          • radi_7 Re: radi... 29.12.05, 12:13
            sem jak coś nie gra to warto poszukać głębiej. Tylko że wtedy proste definicje
            czy potoczne rozumienie pewnych zjawisk takich jak miłość i seks mogą nie
            wystarczyć. Dobra... to są rzeczywiście tematy na oddzielne dyskusje, dla tych
            którzy maja na to ochotę. M.m ... jeśli rzeczywiście szukasz rad to powiem Ci
            tak. Poszukaj w sobie tego co ukryte.. z czego nie zdajesz sobie w tej chwili
            sprawy a co być może kieruje Twoim postępowaniem, Twoimi nastrojami itp. To co
            widoczne i znane Ci nie wystarcza to szukaj dalej... Gdzie szukać i jak... to
            jest właśnie sztuka życia. Może... nie wiem... to tylko jedna z propozycji..
            może do tej pory nie rozstałaś się z chłopakiem z którym rozeszliście się gdy
            miałaś 19 lat. Którego prawdopodobnie kochałas miłością młodzieńczą,
            romantyczną, pełną złudzeń i marzeń. Może do tej pory nie pogodziłaś się z tym
            co Cię spotkało.. świadomość tego wypierasz z siebie bo nie chcesz zgodzić się
            na utratę złudzeń. Przez chwilę być może widziałaś tą utraconą miłość w osobie
            swojego obecnego męża ale szybko uświadomiłaś sobie że to jednak nie to.
            Szukałaś tego u innych mężczyzn. I nadal tęsknisz za tym co jest niemożliwe. I
            uwierz mi.. ta sama siła która umożliwia Ci funkcjonowanie w tym układzie w
            którym jesteś, ta sama siła może z Ciebie wypierać świadomość tego co tak
            naprawdę jest przyczyną tego że mając 32 lata czujesz się 64 latką. Może po
            prostu mając 32 lata nie chcesz przestać być 19-latką. Ale.. to może być coś
            innego. Nie wiem.. nie jestem Tobą. Chciałem tylko powiedzieć że zawsze trzeba
            szukać źródła cierpienia w sobie i że nigdy tak naprawdę nie można sobie ufać.
            Dobra.. kończę i postaram się już więcej nie mącić. Pozdrowienia noworoczne dla
            Wsiech i dla Ciebie m.m :-)))
            • martwe.morza radi 29.12.05, 22:04
              radi_7 napisał:

              Poszukaj w sobie tego co ukryte.. z czego nie zdajesz sobie w tej chwili
              > sprawy a co być może kieruje Twoim postępowaniem, Twoimi nastrojami itp. To
              co
              > widoczne i znane Ci nie wystarcza to szukaj dalej...




              Ależ radi... Ja się od dłuższego czasu bezustannie poddaję głębokim,
              domorosłym analizom, wychodzę z siebie, staję obok, przyglądam się trzeźwym
              okiem... Znam siebie, nie brakuje mi też do siebie dystansu. Jestem
              zdecydowanie z gatunku kobiet myślących i to myślących chyba zbyt intensywnie :P



              Może... nie wiem... to tylko jedna z propozycji..
              > może do tej pory nie rozstałaś się z chłopakiem z którym rozeszliście się gdy
              > miałaś 19 lat. Którego prawdopodobnie kochałas miłością młodzieńczą,
              > romantyczną, pełną złudzeń i marzeń. Może do tej pory nie pogodziłaś się z
              tym
              > co Cię spotkało.. świadomość tego wypierasz z siebie bo nie chcesz zgodzić
              się
              > na utratę złudzeń. Przez chwilę być może widziałaś tą utraconą miłość w
              osobie
              > swojego obecnego męża ale szybko uświadomiłaś sobie że to jednak nie to.
              > Szukałaś tego u innych mężczyzn. I nadal tęsknisz za tym co jest niemożliwe.

              Nie... Zdecydowanie to błędny trop...
              Miłość do mojego pierwszego chłopaka – jak już pisałam – była płomienna,
              szalona i nieokiełznana ale... jak to często bywa z miłością pierwszą -
              prototypiczną – nie wypaliła. Rozstaliśmy się w sumie w niezgodzie. Przyczyna
              tego rozstania leżała trochę poza nami, to znaczy ten mój chłopak był ode mnie
              o rok starszy i gdy ja byłam w klasie trzeciej liceum on był w klasie czwartej –
              wtedy zaczęliśmy się spotykać. Później on wyjechał na studia do większego
              miasta, ja kończyłam liceum i widywaliśmy się w weekendy. Mieliśmy taki plan,
              że kiedy zdam maturę, wybiorę się na studia do tego samego miasta, co mój
              oblubieniec (no i setki innych planów z tym związanych – nieważne). Los jednak
              nie był dla mnie łaskawy. Z powodów rodzinnych nie mogłam rozpocząć studiów w
              tym wymarzonym miejscu. Zdałam na uczelnię w innym mieście. No i wtedy się
              wszystko posypało... Nastały bardzo nerwowe i smutne wakacje, pełne rozstań,
              powrotów, miotania się i wyrzutów... A potem rozjechaliśmy się każde w swoją
              stronę, każde do innego miasta... Krótko po tym poznałam mojego męża i wiem od
              znajomych, że i ten mój chłopak też spotykał się z jakąś dziewczyną. Nie mogę
              powiedzieć, że nie cierpiałam po tym rozstaniu. Cierpiałam. Trwało to wszystko
              ze dwa lata, może dłużej, ale – przysięgam – cierpienie się skończyło. W pewnym
              momencie mojego życia oddzieliłam się od tamtych czasów, uważając je za okres
              dojrzewania i młodości, przeszłość, która była piękna, jak czasy dzieciństwa,
              ale nigdy już nie powróci, gdyż jest zamknięta tylko w pamięci i w starych
              fotografiach, na których tyle jest uśmiechów.

              Teraz moją głowę zaprząta tyle spraw... naprawdę nie mam czasu rozpamiętywać
              tak odległej przeszłości. Nie sądzę, by tamta historia mogła jakoś wpływać na
              moje obecne problemy...





              Pozdrowienia noworoczne dla
              >
              > Wsiech i dla Ciebie m.m :-)))


              Dzięki radi - Tobie też wszystkiego najlepszego :)
      • ejola Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 30.03.06, 13:57
        Ciekawa jestem jak brzmiałaby ta historia napisana przez Twojego męża? "Moja
        żona wyszła za mnie bo pocieszała się po byłej miłości. Lata mijają mamy dwoje
        dzieci. W naszym związku ja daję i daję. Jestem chyba dobrym mężem i ojcem, a
        przynajmniej nie można powiedzieć,żebym się nie starał. Ona tyle, że JEST. Jak
        wszyscy chcę miłości, ona mnie lubi. Nie może ze mną w pełni być, nie chce jej
        się mnie porzucić. Miotam się od rozpaczy do nadziei. Moja szansa na prawdziwe
        uczucie rozpływa się z biegiem lat. Ona miewa romanse, (może on o tym nie
        wie?), ze mną nie chce się kochać bo po prostu nie może. Ani żyć, ani umrzeć
        jak ktos na tym forum napisał". Z całym szacunkiem, ale chyba to Twój mąż ma p
        [rawdziwy problem. Z litości byś go już zostawiła, może ma jeszcze jakąś szansę
        by dostać w życiu coś na co jak wynika z Twojego opisu zasługuje.
    • kraszan1 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 30.12.05, 00:29
      Rzygać mi się chce...

      Nic do faceta nie czujesz a mimo to tkwisz w małżeństwie z czystego wygodnictwa.

      I jeszcze walisz go po rogach z jakimiś przygodnie spotkanymi buhajami.


      -K

      -------------------------------------------------
      Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
      • petar2 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 30.12.05, 08:31
        Nie powinieneś lekceważyć tych problemów gastrycznych.
        Może czas skończyć z wyjadaniem resztek poświątecznych?
        • kraszan1 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 30.12.05, 15:26
          Tak, tak

          Ty jesteś ten dobry i poprawny bo potrafisz znaleźć drugie, siódme i dziesiąte
          dno w całej sytuacji i jeszcze wskazać na bogate życie wewnętrzne autorki wątku.

          Ja napisałem wprost, że kobieta przyprawia mężowi rogi bo nie potrafi skończyć
          nieudanego małżeństwa i że według mnie to jest wstrętne. I dlatego należy mnie
          traktować protekcjonalnie??


          -K
          -------------------------------------------------
          Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
          • petar2 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 30.12.05, 16:13
            Skoro stosujesz ostry i dosadny język to nie powinieneś mieć mi za złe użycia
            ironii.

            Nie za bardzo natomiast rozumiem jak to jest wypowiadać się mając jednocześnie
            świadomość, że to co się napisze "na tym forum można spokojnie spuścić w
            klozecie". Poza ironicznymi postami traktuję moje wypowiedzi poważnie i tego
            oczekuję od rozmówców.

            Można oczywiście moralizować jak i wypowiadać się od wpływem emocji jednak z
            reguły niewiele to wnosi do sprawy. Tak samo jak stawianie się w roli jednego z
            bohaterów wątku i patrzenie z tego punktu widzenia. Aczkolwiek pokusa jest
            duża, wiem, że trudno się od niej uwolnić.
            Lepszym sposobem wydaje mi się próba zgłębienia problemu, pomoc w znalezieniu
            faktycznych przyczyn.
            • kraszan1 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 30.12.05, 17:06
              petar2 napisał:

              > Skoro stosujesz ostry i dosadny język to nie powinieneś mieć mi za złe użycia
              > ironii.

              Nie mam nic przeciwko ironii ale protekcjonalny ton mnie denerwuje.

              >
              > Lepszym sposobem wydaje mi się próba zgłębienia problemu, pomoc w znalezieniu
              > faktycznych przyczyn.

              Teraz to już zaczynamy jałową dyskusję nad wyższością szkoły Otwockiej nad
              Falenicką.


              -K
              -------------------------------------------------
              Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
      • martwe.morza kraszan... Krynico Czystości... 30.12.05, 11:40
        kraszan1 napisał:

        > Rzygać mi się chce...
        >
        > Nic do faceta nie czujesz a mimo to tkwisz w małżeństwie z czystego
        wygodnictwa
        > .
        >
        > I jeszcze walisz go po rogach z jakimiś przygodnie spotkanymi buhajami.
        >
        >
        > -K
        >
        > -------------------------------------------------
        > Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.



        Jeśli nie jesteś zbyt obrzydzony, by odpowiedzieć, jeśli jesteś w stanie
        powstrzymać na chwilę torsje i konwulsje... to powiedz, doradź, co robić? Wskaż
        drogę, światełko w tunelu, WYJŚCIE, bo tak się na kogoś zerzygać bez pardonu...
        to jest najłatwiej i najprościej, i się ustawić w pozycji wyprostowanej i
        GODNEJ wśród tych, co się wiją i taplają w swoim piekle, czyli wg Twojej wersji
        w spermie i pocie przygodnie napotkanych buchajów...
        No więc?



        • kraszan1 Re: kraszan... Krynico Czystości... 30.12.05, 15:14
          Witaj

          Niestety muszę Cie rozczarować - nie ma idealnej recepty na życie i ja Ci jej
          nie dostarczę.

          Może spróbuj wykonać pewne ćwiczenie umysłowe, mianowicie zamianę ról pomiędzy
          Tobą i Twoim mężem. Wyobraź sobie, że to Ty kochasz go z całej siły a on Ciebie
          niekoniecznie. Że odmawia Ci zbliżeń, czułości i traktuje tylko jako wspólnika
          do prowadzenia domu a na boku bzyka się z młodymi lalmi. Zastanów się co Ty byś
          wtedy czuła.

          I jeszcze jedno - piszesz, że tkwisz w tym układzie bo dom, dzieci, etc -
          jednym słowem STABILIZACJA (dla mnie pozorna). Ale pewnego pięknego dna Twojemu
          mężowi może zabraknąć uczucia czy cierpliwości i nie widząc dalszego sensu
          wspólnej egzystencji wyjdzie do kiosku po gazetę i już nigdy nie wróci.

          I co wtedy? Z godnością obwieścisz całemu światu, że ten ostatni dziwkarz
          porzucił taką wspaniałą rodzinę i będziesz żyć w aurze cierpiętnicy?

          I jeszcze jedno: dziękuję za nazwanie mnie Krynicą Czystości ale absolutnie do
          takiego miana nie pretenduję. Natomiast miałem w sobie tyle odwagi, żeby
          zakończyć nieudane małżeństwo i dopiero wtedy rzucić się w wir przygód
          ociekających potem i płynami ustrojowymi.

          MOIM ZDANIEM to co zrobiłaś jest zwykłą zdradą podyktowaną tchórzostwem i
          wygodnictwem a ja to nazwałem po imieniu nie bawiąc się w polityczną poprawność
          tak ostatnio modną na tym forum.

          Mam pełną świadomośc tego, że moje wypociny na tym forum można spokojnie
          spuścić w klozecie i wcale nie uważam, że posiadłem wiedzę o prawdzie
          absolutnej. Po prostu piszę co myślę o danej sytuacji na posstawie
          zamieszczonego opisu.

          -K
          -------------------------------------------------
          Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
          • woman-in-love Re: kraszan... Krynico Czystości... 30.12.05, 21:35
            Kraszan, dlaczego tak przejmujesz się facetem, który chce byc slepy? Myslisz,
            ze to tak trudno zauważyc, ze kobieta ma go za nic? Mimo to trzyma sie z nią,
            dlaczego? poco?
          • martwe.morza kraszanie... 30.12.05, 23:17
            kraszan1 napisał:

            > Witaj
            >
            > Niestety muszę Cie rozczarować - nie ma idealnej recepty na życie i ja Ci jej
            > nie dostarczę.
            >
            > Może spróbuj wykonać pewne ćwiczenie umysłowe, mianowicie zamianę ról
            pomiędzy
            > Tobą i Twoim mężem. Wyobraź sobie, że to Ty kochasz go z całej siły a on
            Ciebie
            >
            > niekoniecznie. Że odmawia Ci zbliżeń, czułości i traktuje tylko jako
            wspólnika
            > do prowadzenia domu a na boku bzyka się z młodymi lalmi. Zastanów się co Ty
            byś
            >
            > wtedy czuła.


            Cóż... Ćwiczenie to jest zupełnie wykonalne na płaszczyźnie teoretycznej
            i...może to znowu zabrzmi durnie, może mnie znów ktoś uzna za rozwydrzoną i
            zdrowo pomyloną lalę ale co tam... Jest to ćwiczenie przyjemne, gdyż jest
            jednym z moich marzeń tajnych-sennych-niewypowiedzianych głośno, to znaczy...
            Marzy mi się taka zazdrość ślepa, niekontrolowana, taka latynoamerykańsko-
            wenezuelsko-brazylijsko-gorąca! Chciałabym takiego stanu duszy doświadczyć,
            tych dreszczy, konwulsji. Ja bym chyba wtedy czuła całe bogactwo przeżyć i
            doznań, chyba bym czuła, że żyję! Tak sobie to wyobrażam, jak radziłeś tylko
            nie wiem po co to ćwiczenie...
            Poza tym z tym wspólnictwem i oziębłością to przesada. Dom to nie biuro, to nie
            spółka z o.o. ...


            >
            > I jeszcze jedno - piszesz, że tkwisz w tym układzie bo dom, dzieci, etc -
            > jednym słowem STABILIZACJA (dla mnie pozorna). Ale pewnego pięknego dna
            Twojemu
            >
            > mężowi może zabraknąć uczucia czy cierpliwości i nie widząc dalszego sensu
            > wspólnej egzystencji wyjdzie do kiosku po gazetę i już nigdy nie wróci.
            >
            > I co wtedy? Z godnością obwieścisz całemu światu, że ten ostatni dziwkarz
            > porzucił taką wspaniałą rodzinę i będziesz żyć w aurze cierpiętnicy?


            Ależ skąd... Dlaczego i na jakiej podstawie tak uważasz? Nie jestem oszustką i
            nie jestem nieszczera. Może moją wadą jest to, że czasem brakuje mi odwagi, że
            nie jestem osobą walczącą, zmierzająca wprost po trupach do swojego
            indywidualnego prywatnego szczęścia, że często się waham, że czuję iż nie mam
            patentu na mądrość. E tam! Pojechałeś po bandzie.


            >
            > I jeszcze jedno: dziękuję za nazwanie mnie Krynicą Czystości ale absolutnie
            do
            > takiego miana nie pretenduję. Natomiast miałem w sobie tyle odwagi, żeby
            > zakończyć nieudane małżeństwo i dopiero wtedy rzucić się w wir przygód
            > ociekających potem i płynami ustrojowymi.
            >
            > MOIM ZDANIEM to co zrobiłaś jest zwykłą zdradą podyktowaną tchórzostwem i
            > wygodnictwem a ja to nazwałem po imieniu nie bawiąc się w polityczną
            poprawność
            >
            > tak ostatnio modną na tym forum.

            Oj kraszanie...
            Za bardzo się skupiłeś na tych sprawach kochanków. Rozwlekasz je zupełnie
            niepotrzebnie, gdyż – jak mówiłam – odechciało mi się romansów ze dwa lata temu
            albo i trzy. Psychiczna menopauza. Uwiąd. Koniec z tym... Pogodzenie i spokój
            Dalajlamy. I nie tędy droga!

            >
            > Mam pełną świadomośc tego, że moje wypociny na tym forum można spokojnie
            > spuścić w klozecie i wcale nie uważam, że posiadłem wiedzę o prawdzie
            > absolutnej. Po prostu piszę co myślę o danej sytuacji na posstawie
            > zamieszczonego opisu.
            >
            > -K

            Dzięki za posta. Wszystkiego dobrego.


            > -------------------------------------------------
            > Ja nie jestem hakerem, ta pani przyszła tu z tymi plikami i z nimi wychodzi.
    • monami5 !!!.... 26.03.06, 14:32
      Dziewczyno, jestem w Twoim wieku. Odeszlam rok temu od meza - co prawda nie mam dzieci, ale
      mysle ze to zadne usprawiedliwienie, tzn. Twoje - z tego co piszesz jestes w stanie sama sie o nie
      troszczyc. Opusc go i zacznij nowe zycie - nawet jesli samotne, to bedzie na pewno szczesliwsze. Bo
      TWOJE i juz bez tego "niechcianego" malzonka. Moim zdaniem, sama jestes sobie niestety winna zes w
      taki , hmmm... "uklad" weszla. Teraz wiesz, do czego Cie to doprowadzilo.... do smierci duchowej w
      mlodym wieku. Szkoda zycia. Uwierz mi. Zycie ma sie tylko jedno - jakkolwiek banalnie to brzmi - jest
      to prawda.

      Pozdrawiam i wez sie za siebie!...
      • monami5 P.S. 26.03.06, 14:47
        Uwazam, ze to co jeden z przedmowcow stwierdza o powiazaniu, a raczej niepowiazaniu sexu i milosci
        to bzdura kompletna. Te dwie sprawy moga, a wg mnie nawet musza isc w parze. Ja, im bardziej
        kocham tym wiecej sexu.... no ale moze to tylko ja tak mam?.... ;-)
    • emiagereg Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 26.03.06, 21:32
      Witaj,
      na wstepie musze Ci powiedziec, ze przeczytalam Twoja historie z cala
      przyjemnoscia, co wcale nie znaczy...ze ciesze sie z Twojego problemu,
      sytuacji.A nie jest ona napewno ani latwa ani przyjemna.
      Moim zdaniem Twoj pierwszy popelniony blad ma w obecnej sytuacji najwieksze
      znaczenie i tak naprawde to tylko od Ciebie zalezy co z tym dalej zrobisz?
      A ten pierwszy blad to taki, ze po Twojej pierwszej milosci, tej szalonej,
      wzbuzonej, romantycznej, po ktorej tak bardzo cierpialas, czulas sie bardzo
      smutna, mialas depresje nie stanelas sama na nogi.Sama sobie z tym nie
      poradzilas.Pmogol Ci jedynie kolejny mezczyzna-szalenie zakochany w Tobie...Z
      Twojej wypowiedzi jednak wynika, ze Ty wcale go nie pokochalas, jedynie
      uratowala Ciebie w tej depresyjnej sytuacji szalona milosc, jego wyznania,
      koncerty zyczen-to Ciebie fascynowalo i jednoczesnie ratowalo.W tych sytuacjach
      czulas sie lepiej...ale to wszystko on Ci dawal, a nie Ty sama probowalas z tego
      wyjsc.On nie zauwazyl zadnego problemu, przeciez strasznie Ciebie kochal, staral
      sie o Ciebie, w koncu okazalo sie, ze bedziecie mieli dziecko-kolej rzeczy w
      swoim zyciu sama znasz...a tylko jedynym problemem bylo wlasnie to, ze sama nie
      podjelas decyzji co z tym fantem zrobic jeszcze wtedy , kiedy nie bylo za pozno...
      Zylas swiezym-latwym powietrzem, zamiast sie zastanowic nad swoim zyciem,
      jeszcze wtedy...
      Pozniej kolejnym latwym kaskiem na pozbawienie"bolu" byla zdrada, najpierw
      pierwsza, pozniej druga...
      Dopiero po glebokim przemysleniu w wieku 32 lat a nie 19 postanowilas, ze nie
      powinnas kierowac sie wg popedu.I czujesz sie jak staruszka, mimo tak mlodego
      wieku.Nawet juz nie myslisz o rozwodzie, bo czujesz ze umierasz...nikniesz,
      giniesz.
      W zyciu , jak sama wiesz jest bardzo wiele sytuacji, w ktorych trzeba stanac na
      nogi i spojrzec dobrze okiem co sie w danej sytacji dzieje i odpowiednio
      zareagowac.Zycie nie sle nam ulozonej na rozowo drogi, po ktorej mozemy sobie
      blogo spacerowac.Zycie od nas samych wymaga pewnych i trafnych decyzji...wymaga
      od nas PODEJMOWANIA DECYZJI a nie uciekania , poprzez przyjemne rzeczy, osoby,
      ktore nam w tym pomagaja itp.
      Jednym slowem: z jednej pulapki-depresji po pierwszej milosci w padlas w
      ogromna pajeczyne, z ktorej obecnie nie mozesz wyjsc, zaplatana w niej usychasz.
      Zastanow sie, czy takie chcialas zycie?
      Zbierajac sily, jeszcze mozesz wyjsc z tej pajeczyny...Jeszcze jestes mloda,
      masz meza, dwojke napewno ukochanych dzieci-czyz nie dla nich warto zyc?
      To, ze w chwili obecnej czujesz sie nieszczesliwa wcale nie znaczy, ze bedziesz
      sie tak czuc caly czas.Wystarczy tylko chciec cos zmienic, wystraczy podjac
      trafna decyzje...nie uciekac od problemu, bo wtedy uschniesz.
      Jest maz, ktory jako tako napewno cie pociaga, napewno czujesz do niego
      sympatie, lubisz go, cenisz...w koncu jest Twoim mezem i ojcem Waszych dzieci.
      Nie wspominam tutaj o wyjsciu z sytuacji-rozwodem, bo to tylko droga
      ewentualna, wyjsciowa, wtedy gdy juz nie ma na nic ratunku.Gdybys teraz podjela
      taka decyzje, twierdzaco powiedzialabym, ze poszlas znowu na latwizne!
      Skoro sama postanowilas poswiecic sie swoim dzieciom, rodzinie...(uwazam-trafny
      strzal!) juz teraz moge powiedziec, ze stajesz na nogi.Tylko nie mow, ze jestes
      staruszka, wrecz przeciwnie-jestes w stanie teraz , kiedy juz wiesz jaki
      najwazniejszy blad popelnias, naprawic swoje zycie, pozbyc sie bolu, cierpienia,
      ale pozbedziesz sie tylko wtedy, kiedy sama zaczenisz dzialac.Kiedy sama
      zaczniesz podjemowac decyzje.

      Mam nadzieje, ze niczym Ciebie nie urazilam, a ze to co napisalam przeczytasz
      dokladnie i jeszcze raz sie gleboko zastanowisz nad swoim zyciem.
      Zycze duzo szczescia i zrozumienia samej siebie, wlasnego zycia, wlasnych
      decyzji...i jeszcze tego co jest przed Toba:-)

    • mateusz8p Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 27.03.06, 00:59
      Hm... myślę, że wielu z forumowiczów dokonało pochopnej i krzywdzącej oceny.
      Najłatwiej jest spojrzeć z góry, zademonstrować swoją wyższość i próbować
      wzbudzić w kobiecie poczucie winy. Najłatwiej oskarżać, a przy tym często,
      nawet nieświadomie, utożsamiać się z niewątpliwie pokrzywdzonym mężem i
      próbować się jakby zemścić za swoje prywatne niepowoedzenia. Trudniej natomiast
      dostrzec w tym wszystkim także krzywdę autorki. Dostrzec więcej, niż opisy
      znajomości z kochankami. Nikt z nas nie jest na tyle mądry, by mógł oceniać
      poczynania drugiego człowieka, a jest to dla mnie zupełnie nie zrozumiałe
      zwłaszcza wtedy, kiedy motywy działania atakowanej osoby są jasne i zrozumiałe.
      Autorka tematu nigdy nie napisała, że keidykolwiek kochała swojego męża. Po
      prostu zjawił się w jej życiu w momencie słabości, czego efektem było dziecko i
      założenie rodziny "z przymusu". Takie wybory rzadko okazują się dobrymi, ale
      często są uważane za jedyne możliwe wyjścia z sytuacji.

      Trudno cokolwiek poradzić w takiej sytuacji, dlatego też tego nie zrobię, mogę
      tylko życzyć szczęścia, czymkolwiek ono jest dla autorki :)
    • pgpg1 Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 01.08.06, 19:42
      Postaw sprawe jasno.
      To jest fair wobec Twojego faceta.
      Niech znajdzie sobie kogos, niech bedzie szczesliwy. Chyba ze jest teraz tez
      szczesliwy.
    • galeriacytryna Re: Moja historia. Ku pokrzepieniu Waszych serc ; 02.08.06, 17:50
      moja rada jest taka, za wszelka cene postaraj sie odnalezc tego goscia, z ktorym bylo ci tak dobrze. wbrew pozorom nie jest to az takie trudne, nawet skasowane numery telefonow mozna odzyskac
      ja tak zrobilam i jestem szczesliwa
    • dr.tapczan wiele juz powiedziano, lecz... 07.08.06, 10:43
      spróbujmy dokonać małej analizy słów bohaterki. Zwróćmy uwagę jak opisuje ona
      swych kochanków. Pierwszy-sporo-młodszy pociągał bohaterkę fizycznie. Jak
      pisze "był zbudowany pięknie, miał piękne oczy, pięknie pachniał, był dość
      ekstrawagancki i uprawiał sporty, ale poza tym fizycznym kontaktem nie
      pociągał mnie zupełnie".

      Jakież wnioski możemy wysnuść po lekturze tych kilku zdań? Otóż satysfkację
      bohaterce przynosi niewątpliwie kompleksowe drażnienie zmysłów - w tym
      przypadku drażniono wzork "był zbudowany pięknie" i nos (powonienie)-
      cyt. "ładnie pachniał". Zwrócimy uwagę jeszcze na jedno, moim zdaniem bardzo
      istotne określenie - cyt. "był dość ekstrawagancki". To bardzo ważne w
      kontekście kolejnego fragmentu, który poddamy analizie. Idealny mężczyzna musi
      zatem być "ekstrwagancki", czyli nieszablonowy, czasem trochę porywczy, może
      nieco szalony, tryskający dziwnymi pomysłami, potrafiący zaskoczyć...

      Zwykle takie cechy posiadają ludzie, których inteligencja jest ponadprzeciętna.

      Jak się okazuje pierwszy kochanek był ledwie "dość ekstrawagancki", co
      przewrotnie rozumieć należy jako jednak "nie dość", bowiem kochanka odrzucono.
      Czytajmy jak opisuje bohaterka drugiego kochanka - "diablenie
      inteligentny", "szarmancki", "wiedział więcej ode mnie, imponował mi".

      Pierszy ledwie ładnie pachniał i wyglądał, drugi - nawet nie wyglądał (może i
      był ładny, ale ta cecha zupełnie dla bohaterki nie mała w tym wypadku
      znaczenia), ale drażnił jej najbardziej czułą strefę erogenną - mózg!

      Wniosek: mąż bohaterki ma zbyt małe IQ by ja podniecić.
      Rozwiązanie: trening inelekturalny męża
      Prawdopodobnieństwo sukcesu (czytaj zgodnego i żarliwego pożycia) - nikłe

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka