consummatum.est
21.09.07, 10:12
o kimś, kto został zgaszony, w kim umarła część duszy.
Tak czuje się człowiek, który pojął, że przestaje być kochany,
a może już nie jest.
Ale jeszcze ma nadzieję, jeszcze chce walczyć i okłamuje
się, że być może nie jest za późno, a faktycznie jest
już chyba skazany na przegraną.
Swoje potrzeby, pragnienia przestaje okazywać, chowa w sobie.
Już wie, że nie zostaną zauważone, spełnione.
W jakim jest teraz stanie ?
W stanie pogodzonej rezygnacji, powoli się do tego
przyzwyczaja. Nie ma innego wyjścia, musi się nauczyć
tej dziwnej samotności. Samotności we dwoje.
Przechodzi na inny etap.
Etap porzuconych prób, opuszczenia wyciągniętej ręki, nie
manifestuje, nie daje żadnych znaków, nie rozdziera błagalnym
skowytem ciszy.
Jest wyciszony, ale uśmięchnięty - choć smutno.
Nie miota się, nie rozpacza, nie ma już w nim emocji.
Idąc ulicą, nie widzi tego, co go otacza.
Pozostaje jak autystyk - w swoim świecie.
Świecie wymarzonym.
Już nie ma złudzeń, jednak nie użala się nad sobą.
W głowie ma tysiące myśli, tworzy następną wizję,
swojego doskonałego życia.
I znów niezmordowanie, jak Syzyf, bedzie próbował
ją urzeczywistnić.
Ten człowiek to silna istota i nie wyobraża sobie,
że mógłby paść i nie podnieść się więcej.
:)
Pozdrawiam
c.e