glamourous
03.01.08, 13:35
Noworoczne zyczenia ktore skladalismy sobie z mezem w sylwestrowa
noc sprowokowaly kolejna tzw. szczera rozmowe ;-)
Zaczelo sie od mezowskiej deklaracji, ze w nowym roku bedzie sie
bardziej staral dostosowac swoja seksualnosc do mojej. To z kolei
sklonilo nas do szerokiej refleksji "co to sie z tym naszym
zwiazkiem porobilo"... Bo przeciez przez nasze pierwsze lata razem
nikt do nikogo nie musial sie dostosowywac, bylismy swietnie
dopasowani, nie czulo sie zadnych roznic, zadnych mozolnych staran,
seks byl czesty, spontaniczny i nieskomplikowany. Jak to sie wiec
stalo, ze tak dobrana seksualnie para z poczatkow zwiazku osiagnela
pulap, kiedy trzeba sie az tak bardzo "starac" zeby sie dopasowac?
Jak to sie stalo ze sie teraz tak rozmijamy? Ze nic juz nie jest
proste i stalo sie niemal regula, ze kiedy jedno ma dzika ochote,
drugie nawet nie pomysli o seksie?
Taka "niekompatybilnosc nabyta" :-/
I doszlismy do wniosku, ze to nie rutyna tak na nas zmienila - nie
wspolne zycie pod jednym dachem, nie gotowanie, pranie skarpetek,
placenie rachunkow i cala ta szara codziennosc. Rowniez nie to ze
przestalismy sie nawzajem pociagac. Sytuacje na niekorzysc
zmienily.... nasze rozmowy. Szczere rozmowy o seksie. Mowienie o
swoich potrzebach. Komunikowanie tego, co lubimy a czego nie lubimy.
Chociaz bardzo sie staralismy zeby te rozmowy byly konstruktywne,
chcac nie chcac po drodze pojawily sie instruktaze : "rob to tak, a
tak", pouczenia : "badz bardziej taki a taki", "nie lubie kiedy...",
oraz choc delikatna, to jednak krytyka "nie powinnas tego robic w
taki sposob..." Itp. Jednym slowem nasz seks trafil pod lupe, zostal
poddany analizie oraz wielokrotnej wiwisekcji na spontanicznej i
bardzo delikatnej sferze jaka jest pozadanie.
No i stalo sie. Pod wplywem tych rozmow magia gdzies uleciala. Oboje
sobie to przyznalismy. Te rozmowy zabily w nim "polujacego lwa", a
we mnie cala spontanicznosc i ogien. Seks sie odsakralizowal,
przestal byc czynnoscia podniecajaca i spontaniczna, a zaczely sie
kompromisy oraz zmudne staranie zeby zadowolic partnera. Ciezka,
pozbawiona magii praca. Do tego kilka wypowiedzianych w desperacji
slow, ktore sprawily, ze nigdy juz nie bedzie tak jak dawniej.
Regula jest tu na forum udzielanie rad typu "jesli partner cie w
lozku nie satysfakcjonuje, to POROZMAWIAJ z nim/nia, a wszystko sie
ulozy". "Idzcie do psychologa, zanalizujcie, zwerbalizujcie
problem". Tymczasem komunikacja w zwiazku jak widac wcale nie jest
taka zbawienna. Przynajmniej jesli chodzi o sfere seksu. Bo
nadchodzi taki moment, ze robi sie o jedna rozmowe za duzo. Ze,
pomimo ze staramy sie rozmawiac delikatnie - jednak gdy slyszymy
pewne rzeczy boli nas ambicja. I pojawia sie zniechecenie, zbytnie
skomplikowanie sobie tej delikatnej sfery. Moment, kiedy zaczynamy
za duzo sie zastanawiac i kalkulowac, a za malo po prostu CZUC.
Wniosek z tego plynie taki, ze trzeba chyba mniej gadac, mniej
wywlekac, mniej komunikowac swoje potrzeby werbalnie, a raczej....
No wlasnie - co? Nie kazdy przeciez po kilku latach jest tak
wrazliwy na partnera zeby niewerbalnie odgadywac jego potrzeby...
Macie jakis pomysl? Jak rozmawiac, zeby nie przedobrzyc? Gdzie
znajduje sie ta granica i jak nalezy manewrowac zeby jej nie
przekroczyc?
Ogolnie jest tak jak w tej starej piosence DeMono :"Nie tak latwo
jest kochac, nie tak latwo byc razem/Kiedy wszystko najlepsze/Dawno
juz za nami"