wodnik260
04.01.09, 02:07
Jak już stwierdziłem, że przeczytałem wszystko co trzeba, to
nabrałem takiej pychy, że zacząłem pisać. Najpierw wymyśliłem sobie
inżyniera z Łodzi, specjalistę jak ja sam, tylko po uczelniach. Też
się trochę potułał po eksportach, budowach wielkich i małych, jakoś
go w tą budowlankę rzuciło, chociaż mechanik był z wykształcenia.
Duuże sukcesy, ambicje spełnione, tylko bez rodziny, bo pedał
niestety. Nie wiem skąd mi się wziął ten pedał, chyba żeby ciekawiej
było. Żeby napisać to opowiadanie, to poczytałem trochę fachowej
literatury, np. takie Lubiewo, i zadałem parę pytań na ichnim forum
homoseksualnym. Boże, czego ja się o sobie dowiedziałem, ale wiedzę
poniekąd uzupełniłem i opowiadanie potoczyło się całkiem wartko.
Ten inżynier po latach sukcesów i ciężkiej pracy dostał kręćka,
rzucił wszystko i chciał zacząć od nowa. Ale był tak zmęczony, że mu
się wszystko pojebało i wylądował w szpitalu, a potem długo nie mógł
pracować. Państwo się na niego wypięło i nie wypłaciło zasiłku
motywując to przepisem, rzeczywiście, a jakże, ustanowionym przez
sejm wybrany większością głosów analfabetów patriotów od plucia na
Huellego. No i wylądował pod mostem, a w zasadzie na dworcu w Gdyni,
gdzie ześwirował do końca, chodził boso i urządzał parties dla
innych meneli. Pewnego dnia pod dworzec, gdzie z kumplami obracał
ostatnią winówkę zajechał piękny samochód, i wysiadł z niego jakiś
dziwny facet, też na bosaka. Inżynier zapytał czy popilnować, a
tamten się roześmiał i powiedział jak chcesz to pilnuj, tego i tak
nikt nie ruszy. Faktycznie, zostawił auto otwarte, z grającą w
środku płytą, a facet z płyty śpiewał, że myślał że jest mesjaszem,
a okazał się świnią, i że boi się, bo zaraz trzeba będzie wstać i
żyć. Inżyniera ruszyło, piosenka była piękna i mocna, a tu człowiek
z auta wrócił z dworca z piękną kobietą, która inżyniera nie
zaszczyciła nawet spojrzeniem, tylko patrzyła cały czas na swojego
towarzysza. A ten poszperał w aucie, wyjął butelkę wina Rioja, i
butelkę wody kolońskiej Armani Mania, i dołożył do tego 2 tysiaki,
no jak Boga kocham, inżyniera zamurowało, i kazał mu iść do hotelu
za trzy setki za noc, a jakby był kłopot na bramce to tutaj dzwonić
na ten numer, a z rana do fryzjera i do kosmetyczki i do sklepu po
ciuchy, i pokazać się na dworcu o 20, tylko, kurwa, trzeźwy.
Inżynier myślał, że może kolega pedał, albo chociaż bisex, ale ten
koleś znowu pojawił się ze swoją piękną towarzyszką, która już teraz
patrzyła prosto w oczy, z takim jakimś smutkiem i zrozumieniem.
Zaprosili go na party na plaży, była masa młodzieży, masa alkoholu i
Marii Juany, i był seks na piasku, a potem przyszli znowu oboje, a
inżynier leżał i powoli opuszczały go siły, i był szczęśliwy, i tak
sobie delikatnie umierał, i oni patrzyli na niego ze współczuciem, i
piękne oczy kobiety robiły się coraz większe i cieplejsze.
No i było po inżynierze, takie życie, i koniec opowiadania.
Tak sobie pozwoliłem to streścić, ale mam nadzieję, że się podobało.